Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 31 sierpnia 2016
"Komuna"
Dziś nadrabiania kinowych zaległości ciąg dalszy. Nadal nie zobaczyłam "Śmietanki towarzyskiej" Woody Allena, bo nie wiem, czy warto, a że najbliższy weekend przyniesie przynajmniej dwie zapowiadające się interesująco nowości, to pewnie już nie obejrzę. Cóż, kiedyś rzecz nie do pomyślenia. Zamiast na Woody Allena wolałam wybrać się na "Komunę" Thomasa Vinterberga, autora "Festen" i "Polowania". Film pokazywany był na tegorocznym festiwalu w Berlinie, gdzie Trine Dryholm grająca Annę, główną bohaterkę, dostała nagrodę. Muszę dodać, że ze wszech miar na nią zasłużyła. "Komuna" nie jest osiągnięciem na miarę dwóch przywołanych tu tytułów, ale na pewno warto ją zobaczyć. Tak się dziwnie złożyło, że ten film bardzo dobrze współgra ze "Zjednoczonymi stanami miłości" i "Co przynosi przyszłość", o których ostatnio pisałam. Bo wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o życiu w komunie, pożytkach i problemach, jakie niesie taki wybór, ale przede wszystkim dramat miłosny. I znowu na pierwszym planie jest kobieta, Anna, zagubiona w skomplikowanej sytuacji uczuciowej. Dostajemy bolesną psychodramę, która każe żywo uczestniczyć w rozgrywającym się na ekranie dramacie. Bohaterowie mogą irytować lub budzić współczucie, raczej trudno pozostać obojętnym. Tyle we wstępie, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy. Jak zwykle zapraszam.
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Letnie remanenty filmowe - "Zjednoczone stany miłości", "Kwiat wiśni i czerwona fasola", "Kamper"
Wspominałam w poprzednim filmowym wpisie, że po powrocie z wakacji, głodna kina, zaczęłam nadrabiać zaległości i oglądać nowości. Filmy, o których dzisiaj, na ekranach goszczą już kilka tygodni, ale odnotowuję je z kronikarskiego obowiązku, a kto przeoczył z powodu urlopowych wojaży, może zdecyduje się obejrzeć. Z trzech tytułów, którymi dziś się zajmę, koniecznie należy zobaczyć jeden - "Zjednoczone stany miłości" Tomasza Wiśniewskiego. Miłośnicy kina na pewno reżysera świetnie kojarzą, bo jest autorem głośnych "Płynących wieżowców". Wiedzą też doskonale, że jego ostatni film dostał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz. Ale nie tylko dlatego należy "Zjednoczone stany miłości" zobaczyć. To poruszające, mroczne, psychologiczne kino ze świetnymi, wyrazistymi rolami Magdaleny Cieleckiej, Julii Kijowskiej, Doroty Kolak i Marty Nieradkiewicz. Opowieść o niespełnionych miłościach i uczuciowych fascynacjach, o samotności, tęsknocie. Ale uwaga, nie jest to kino kolorowe, łatwe w oglądaniu. Szare, robiące wrażenie niemal czarno-białych, zdjęcia jak szara była rzeczywistość początku lat dziewięćdziesiątych, ponure blokowisko, zimowe krajobrazy. Kto potrzebuje pokrzepienia, niech obejrzy japoński film "Kwiat wiśni i czerwona fasola". Muszę jednak uczciwie przyznać, że trochę się rozczarowałam. Zbyt prosta jest ta historia, naiwnie optymistyczna w swojej wymowie, ale zobaczyć można. Jeszcze przed wyjazdem, rzutem na taśmę, obejrzałam "Kamper", debiut Łukasza Grzegorzka. Wtedy nie zdążyłam podzielić się refleksjami, po czasie trudno się o filmie pisze, bo wrażenia przygasły. Mimo wszystko przynajmniej we wstępie postanowiłam ten tytuł przywołać, bo moim zdaniem warto go zobaczyć. Tym bardziej, że znalazł się w konkursie głównym gdyńskiego festiwalu. Nie jest arcydziełem, ale ciekawym, bezpretensjonalnym, trochę śmiesznym, raczej lekkim portretem pokolenia trzydziestolatków z dużych miast. No i role Piotra Żurawskiego oraz Marty Nieradkiewicz warte są odnotowania. Tyle kronikarskiego wstępu. Jeśli ktoś któryś z dwóch pierwszych filmów już widział, może przeczytać krótki ciąg dalszy, gdzie znajdzie garść dokładniejszych refleksji.
środa, 24 sierpnia 2016
"Co przynosi przyszłość"
Po wakacyjnej przerwie wracam do kina. Trochę mnie nie było, więc teraz rzuciłam się nadrabiać zaległości, ale równocześnie nie zaniedbuję nowości, których też sporo. W tym roku filmowe lato obfituje w ciekawe premiery, o sezonie ogórkowym można zapomnieć. Zaległościami zajmę się za jakiś czas, kiedy obejrzę wszystkie, a dzisiaj będzie o premierze. Na początek wybrałam się na nagrodzony w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię francusko-niemiecki film "Co przynosi przyszłość" z Isabell Huppert. Wyszłam z kina bardzo zadowolona, chociaż przygnębiona. No może nieco przesadziłam - przygnębienie to za mocne słowo, powiedzmy, że film wprowadził mnie w nastrój melancholii i zadumy. Zastanawiam się jednak, na ile mój odbiór jest typowy, bo po pierwsze postawę bohaterki można interpretować rozmaicie, ponieważ to, co naprawdę czuje, pozostaje w sferze domysłów. Po drugie mimo że film ogląda się bardzo gładko, to łatwo się pogubić. Grana przez Huppert bohaterka, Nathalie, jest nauczycielką filozofii w liceum, autorką podręczników i rozpraw. To, co mówi swoim uczniom, to, co czyta, to, o czym rozmawia z mężem, też filozofem, i z Fabienem, swoim dawnym uczniem, ma znaczenie dla interpretacji filmu. Podobnie rzecz się ma ze ścieżką muzyczną. A wiadomo, jak łatwo w takiej sytuacji uronić sensy. Najchętniej obejrzałabym ten film jeszcze raz, wiedząc już, na co zwracać uwagę. Jeśli więc, czytelniku tej notki, wybierasz się dopiero na "Co przynosi przyszłość", film o kobiecie po przejściach, która za bary bierze się ze swoim losem, w czasie seansu wytężaj wzrok (napisy) lub słuchaj uważnie (jeśli znasz francuski). A jeżeli w kinie już byłeś, możesz przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 17 sierpnia 2016
Dawid Grosman "Wchodzi koń do baru"

Moje dotychczasowe spotkania z prozą Dawida Grosmana miały różny przebieg. Kilka lat temu kupiłam jego powieść o dziwnym tytule "Patrz pod: miłość". Dotąd jej jeszcze nie przeczytałam, chyba dlatego, że wymaga czasu i odpowiedniego nastroju. Potem pochłonęłam "Tam, gdzie kończy się kraj" i już wiedziałam, że to nie ostatnie spotkanie z izraelskim autorem. Powieść mnie poruszyła i wciągnęła bez reszty. Poszłam za ciosem, zabrałam się za "Bądź mi nożem" i po kilku stronach poddałam się. Nie lubię takich sytuacji, zwykle brnę, tym razem jednak nie byłam w stanie. Miłosne listy pary, która się nigdy nie spotkała, wydały mi się tak bardzo ogólnikowe i pretensjonalne, że odłożyłam je, ale z solennym zamiarem, że do nich wrócę w czasie wolnym. Tym bardziej, że książka była bardzo chwalona i być może wystarczyłaby odrobina cierpliwości, aby dostrzec jej wielkość. Na razie czeka na swój czas. Tymczasem kupiłam dwie kolejne (niech żyją promocje na ebooki!) - jedną zaległą, "Ciałem rozumiem" (właściwie dwa obszerne opowiadania), i najnowszą, "Wchodzi koń do baru" (Świat książki 2016; przełożyła Regina Gromacka). I właśnie tę ostatnią wczoraj skończyłam czytać.

To dwa przeplatające się monologi. Pierwszy, zasadniczy, to występ starzejącego się stand-upera, Dowalego Grinsztajna. Drugi jest głosem jego kolegi z dzieciństwa, dziś emerytowanego sędziego, wdowca, który nie pogodził się jeszcze ze śmiercią ukochanej żony. Nie widzieli się od pewnego poranka na obozie wojskowym dla młodzieży, a mieli wtedy chyba czternaście lat. Znali się krótko i powierzchownie, spotykali się na wspólnych korepetycjach z matematyki, a potem nieoczekiwanie na tym obozie. Pewnie dlatego sędzia w pierwszej chwili nie rozpoznał swojego kolegi z dzieciństwa, kiedy ten nieoczekiwanie zadzwonił do niego i zaprosił na swój występ, dość tajemniczo tłumacząc powody. Sędzia przyszedł, siedzi przy stoliku, słucha, najpierw zniecierpliwiony, czasem zaciekawiony, zdumiony, ma ochotę wyjść, ale w końcu zostaje, bo występ Dowalego nieoczekiwanie przybiera inną formę. Ze stand-upu przeradza się w intymne zwierzenie, opowieść o dzieciństwie i o tym, co zdarzyło się tego poranka na wojskowym obozie. I mnie towarzyszyły zmienne uczucia. Zaczęłam od zniecierpliwienia (Kiedy wreszcie skończą się te wątpliwej śmieszności popisy, a zacznie prawdziwa historia?), aby powoli wciągać się w oba monologi, a wreszcie, im bliżej końca, opowieść starzejącego się komika coraz bardziej chwytała mnie za gardło.

To historia samotnego, nieszczęśliwego chłopca, wyśmiewanego przez rówieśników, typowego kozła ofiarnego. Chłopca wychowanego w rodzinie, jakich w tamtych latach w Izraelu wiele, naznaczonej Holokaustem. Rodzinie składającej się tylko z matki, ojca i syna. Nie ma żadnych babć, dziadków, ciotek, wujków i kuzynów. Nie ma, bo wszyscy, jak ironicznie mówi Dowale, wyfrunęli przez komin (cytat z niedoskonałej pamięci). Ojciec zdążył wyjechać z Europy jeszcze przed hekatombą drugiej wojny, matce się nie udało, ma za sobą piekło ukrywania, obozu, marszu śmierci i eksperymentów medycznych. Nic dziwnego, że nie potrafi żyć normalnie. Dowale dźwiga na swych dziecięcych barkach niezwykle dużo. Musi pomagać ojcu w opiece nad matką, znosić jego dziwactwa, szorstkość i dryl. Pomagać mu w rozlicznych dziwacznych biznesach, które mają poprawić sytuację finansową rodziny. Bo ojciec, mimo że sam z Europy wyjechał odpowiednio wcześnie, przecież też został naznaczony przez Holokaust. Trudno nie być, jeśli traci się całą rodzinę, jeśli świat się rozpada. A jednak w smutnym dzieciństwie Dowalego są chwile radosne, najszczęśliwsze chwile jego dzieciństwa, jak powie o nich po latach. To momenty spędzone sam na sam z matką, kiedy rozśmiesza ją swoimi występami. Upokarzany i wyszydzany przez rówieśników chłopiec nie ma komu zwierzyć się ze swoich trosk. Dlatego znalazł niezwykły i oryginalny sposób ucieczki, dowartościowania, obrony, sposób na chwilową wolność. Smutny los Dowalego przypomina historie opowiedziane w książce Mikołaja Grynberga "Oskarżam Auschwitz" i w dwóch znakomitych powieściach Magdaleny Tulli, "Włoskie szpilki" i "Szum".

Sędzia nigdy nie poznał prawdziwej twarzy Dowalego. W jego pamięci zapisał się jako żywy, wesoły chłopiec. Dopiero na obozie zobaczył, ku swemu zdumieniu, jak jest naprawdę. Niestety nie znalazł w sobie odwagi, aby stanąć w jego obronie. Ba, w ogóle nie przyznał się, że go zna. Zdradził kolegę ze strachu, nie udźwignął ciężaru. Łatwo potępiać, ale ilu z nas znalazłoby w sobie siłę, aby postąpić inaczej?

Ale najbardziej wstrząsająca historia jeszcze przed nami. Najważniejsze jest to, co zdarzyło się owego poranka na wojskowym obozie, kiedy to nieoczekiwanie Dowale musiał wyjechać. Dlaczego? Nie od razu zrozumiał, w zamieszaniu nikt mu tego dokładnie nie wyjaśnił. Stopniowo straszna prawda zaczyna do niego docierać, ale nadal nie wie najważniejszego. Dlatego w końcu zaczyna prowadzić chłodną buchalterię, kalkuluje, dokonuje symbolicznego wyboru i potem już zawsze za ten wybór będzie się obwiniał, uzna go za zdradę. A przecież wyboru żadnego nie miał, rzecz już się dokonała, jego decyzja miała znaczenie czysto symboliczne. A wybór to iście diabelski. Taki, przed jakim często stawali Żydzi w czasie Holokaustu. Opowieść  Dowalego o tym, jak jechał wojskowym samochodem z obozu gdzieś na pustyni do Jerozolimy, co czuł, co myślał, z czym się zmagał, jak podejmował swoją decyzję, jest naprawdę przejmująca.

Krótka książka Grosmana mogłaby być szkicem do obszernej powieści. Tym razem autor wybrał formę krótszą, ścieśnioną. Historie Dowalego i sędziego są zaledwie zasugerowane, napomknięte. Mieszają się z nie najwyższych lotów dowcipami, jakimi usiłuje rozśmieszyć publiczność bohater. Dotąd były głęboko ukryte, w czasie występu wydobywają się na powierzchnię. Bo i sędzia zderza się ze swoim cierpieniem, z samotnością i ze zdradą przyjaciela, którą wyparł. Najwięcej rozgrywa się tu między słowami. Czytelnik zostaje postawiony w roli widza, zdezorientowanego, zniecierpliwionego. Niektórzy  wychodzą w trakcie występu. I ty, czytelniku tej notki, możesz to zrobić, ale zapewniam cię, że warto zostać do końca.



czwartek, 11 sierpnia 2016
Jacek Hugo-Bader "Skucha"

"Skucha" (Czarne i Agora 2016) to pierwsza książka Jacka Hugo-Badera, po jaką sięgnęłam. Czytałam jego reportaże w Wyborczej, jednak nigdy w formie książkowej. Ale to się zmieni, bo w ramach nadrabiania zaległości kupiłam kilka, które znajdowały się na mojej liście książek, które chciałabym przeczytać. A to wszystko dzięki ebookowym promocjom! Jako wielka fanka czytnika nie umiem się przed taką dygresją powstrzymać. Ale do rzeczy. O reportażu Hugo-Badera dużo się ostatnio mówiło, głosy były różne, ale nie słyszałam żadnego, który twierdziłby, że nie jest wart lektury. I ja tak nie twierdzę, ale gdzieś tak w połowie książki mój entuzjazm ustąpił miejsca wątpliwościom, ale o tym za chwilę.

"Skucha" to opowieść o ludziach solidarnościowego podziemia. Kolegach z Firmy, czyli Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego podziemnych struktur Solidarności, który wydawał dwa pisma Wolę i Tygodnik Mazowsze. Tak, tak, Jacek Hugo-Bader pisze o swoich dobrych znajomych, z którymi konspirował. Są wśród nich postacie bardzo znane jak Michał Boni, Maciej Zalewski czy Ewa Hołuszko, większość jednak to osoby, których nazwiska nic nam nie mówią. Po raz pierwszy zajął się tym tematem dwadzieścia jeden lat temu. Pretekstem była piąta rocznica obalenia komuny. Miał powstać obszerny reportaż dla Gazety. Nie szło mu jednak, stworzył siedem wersji tekstu, ostatnią podarł, pozostałe spoczęły w tekturowej teczce. Jak pisze we wstępie, przez te lata stale coś tam dorzucał, a o jednej z bohaterek "Skuchy", Ewie Hołuszko, która w tamtych czasach była jeszcze Markiem, kilka lat temu powstał osobny reportaż. Teraz w wersji przerobionej znalazł się w książce. Ostatecznie wrócił do zarzuconego pomysłu z okazji dwudziestej piątej, okrąglutkiej, rocznicy transformacji. Dlaczego? Bo to temat dość dziewiczy, słabo literacko wykorzystany. Jak pisze Hugo-Bader na początku swojej książki, o pokoleniu Kolumbów z roku 20, czyli pokoleniu, którego młodość przypadła na czas wojny, pisano książki, kręcono filmy, Kolumbowie z roku 50, którzy stali się trzonem solidarnościowego podziemia, nie doczekali się swojej kroniki, tym bardziej swojej mitologii. Czy dlatego, pyta autor, że nie musieli złożyć daniny krwi, a ich partyzantka zakończyła się sukcesem? Bader świadomie używa tych słów - Kolumbowie, partyzantka, wojna, czasem dla ścisłości dodając jaruzelska (ewentualnym bardzo młodym czytelnikom tej notki wyjaśniam, że chodzi oczywiście o stan wojenny). Używa ich oczywiście bez patosu, nieco ironicznie, nieco sentymentalnie. Zasadniczym celem książki miała być opowieść o tym, jak ułożyły się losy ludzi solidarnościowego podziemia po roku 1989, ale w trakcie pracy okazało się, że niezbędne jest pokazanie korzeni bohaterów i opowieść o samej partyzantce, dlatego ostatecznie całość składa się z trzech części. I tak powstała "Skucha".

Trzeba przyznać, że czyta się to znakomicie, trudno się od lektury oderwać. Bader język ma potoczysty, gawędziarski, jak trzeba dosadny, często sam pojawia się na kartach swojej książki. W końcu to opowieść bardzo osobista o jego przyjaciołach, z którymi morze wódki wypił (alkohol też jest jednym z bohaterów tej opowieści) i o nim samym trochę też. Pokazuje wszystkie szwy swojej książki, pisze o mękach, w jakich powstawała, zaznacza, co kropka w kropkę przepisuje z pierwszej wersji, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, skrupulatnie odnotowuje, kiedy prowadził rozmowy ze swoimi bohaterami, czasem nieoczekiwanie trafia się rozdział dygresyjny, bywa, że kompletnie nie na temat. Gdybym była wydawczynią książki Badera, to na pewno wywaliłabym rozdzialik o psich kupach mimo całej kokieterii i autoironii autora, który w ten sposób pewnie wymusił pozostawienie tego fragmentu. Nie można też odmówić książce walorów kronikarskich. Losy wielu jego bohaterów są na tyle dramatyczne, powikłane, szalone, ciekawe, że mogłyby się stać inspiracją dla powieściopisarza czy filmowca. 

Jakie wobec tego mam wątpliwości? Jedna pojawiła się teraz, kiedy pisząc, myślę o książce. Drugą miałam już w trakcie czytania, gdzieś tak od połowy. Pierwsza, mniej istotna, jest taka, że wnioski płynące ze "Skuchy" są mało odkrywcze. Bo i bez czytania przecież wiem, że pojawią się tu tacy, którzy w nowej rzeczywistości osiągnęli sukces, czasem polityczny, czasem zawodowy, czasem finansowy. Będą też inni, szaraczki, ale spełnione, zadowolone ze swojego losu. Będą wreszcie pieniacze, którzy nie potrafią żyć w spokojnych czasach, więc na siłę szukają sobie wroga, walczą z instytucjami i ludźmi, wytaczając im tysiące procesów. W swoim mniemaniu pokrzywdzeni, przegrani, ale przecież na własne życzenie. Będą wreszcie i tacy, którym życie w wolnej Polsce po prostu się nie udało. Czasem z ich winy, czasem, i to jest szczególnie bolesne, po prostu sobie nie poradzili. Opuszczeni, zapomniani, ledwie wiążą koniec z końcem, są słusznie rozgoryczeni. Tytuł książki, "Skucha", sugeruje, że coś się nie udało. Że coś pękło, że ludzie się podzielili, że nie zostali należycie docenieni. Rozmówcy Badera często używają tego słowa. Może i skucha, ale na ogół nie ma ona nic wspólnego z ich partyzancką działalnością ani z transformacją. Skucha, bo ktoś się rozstał z mężem, skucha, bo ktoś nie umiał ułożyć sobie życia prywatnego, skucha, bo ktoś miał problemy z dzieckiem, skucha, bo ktoś chorował, skucha, bo ktoś stracił pieniądze i tak dalej, i tak dalej. Takich skuch, jak rozejrzymy się wokół albo spojrzymy na siebie, jest pełno. Po prostu życie często bywa jedną wielką skuchą. Chyba najbardziej przejmujący jest los Ewy Hołuszko, która kiedyś była Markiem. Dziś z tego powodu wymazana z historii przez kolegów, porzucona przez rodzinę, a do tego schorowana, wegetuje. Ale ona akurat nie bardzo się skarży.

A na koniec wątpliwość druga, zasadnicza. Od pewnego momentu zaczęłam mieć poczucie, że książka Badera jest strasznie plotkarska. Jakbym podglądała bohaterów przez dziurkę od klucza. Opowieść Michała Boniego o tym, w jakich okolicznościach został zarejestrowany jako TW, jest ważna i potrzebna, natomiast historia jego bogatego życia osobistego, jego trzech małżeństw, romansów wydaje mi się jednak ekshibicjonistyczna. Nie miałam o tym pojęcia i chyba wolałabym takich szczegółów nie poznawać. Nie dziwi mnie, że dwie osoby nie chciały autoryzować tekstu i groziły procesem (na pewno jednak nie chodzi o Boniego). Być może Bader ma tego świadomość, bo w radiowym wywiadzie, jaki słyszałam, tłumaczył, że o tym opowiadali mu jego rozmówcy, że to było dla nich najważniejsze, co go nawet zdziwiło. Na przykład lekarka, Ewa Choromańska, jedna z pierwszoplanowych bohaterek "Skuchy", stale wracała do opowieści o swoim rozbitym małżeństwie. Może problem polega na tym, że autor opowiada o swoich bliskich znajomych. Może to błąd w założeniu. Może inaczej wyglądałaby ta książka, gdyby pisał o ludziach, których nie znał. A może zwyczajnie nie znalazł pomysłu na temat, z którym koniecznie chciał się zmierzyć.


środa, 03 sierpnia 2016
Wojciech Jagielski "Modlitwa o deszcz"

Odkąd przeczytałam znakomite "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskiego, opowieść o RPA, obiecywałam sobie, że do lektury jego reportaży wrócę na pewno. Od bardzo dawna na półce książek oczekujących leży jego "Trębacz z Tembisy", ostatnio na wirtualnej półce książek oczekujących pojawiły się "Wszystkie wojny Lary" kupione po bardzo przyjemnej cenie (niech żyją promocje na ebooki!), a tymczasem właśnie przeczytałam niedawno wznowioną   "Modlitwę o deszcz" (Znak 2016) (tu powinien nastąpić ten sam radosny okrzyk). Jeśli ktoś myśli, że reportaż wydany po raz pierwszy w roku 2002 jest już nieaktualny, myli się bardzo. Afganistan, a to ten kraj jest tematem książki, to cały czas temat gorący. Aby zrozumieć, co się tam dzieje, aby przestał być tylko jakimś politycznym hasłem kojarzonym najczęściej z amerykańską interwencją i talibami, aby spojrzeć na problem afgańskiej wojny szerzej, trzeba reportaż Jagielskiego koniecznie przeczytać. Ba, poznanie najnowszej historii Afganistanu jest kluczem do zrozumienia takich problemów jak terroryzm światowy czy radykalizacja społeczności muzułmańskiej. Nieprzypadkowo autor poświęca długi rozdział, a może nawet dwa, Osamie bin Ladenowi.

Jagielski pisze o ważnych sprawach, często bardzo skomplikowanych, bo taka zawikłana, pełna meandrów jest historia Afganistanu, ale robi to w sposób niezwykle przystępny, arcyciekawy, a poza tym literacko piękny. Kto czytał jakąś inną jego książkę, pewnie się ze mną zgodzi. To rodzaj zmysłowej prozy przenoszący czytelnika w miejsce, o którym autor snuje swoją opowieść. Widzimy doliny odcięte od świata wysokimi górami, spaloną żarem słońca pustynię, chodzimy ulicami Kabulu, raz zrujnowanego, innym razem tętniącego życiem, widzimy barwy, czujemy zapachy, słyszymy huk wystrzałów, szum wiatru, nawoływania sprzedawców na bazarze. Ale przede wszystkim Jagielski opowiada o ludziach. Bohaterami jego książki są postacie znane, których nazwiska gdzieś tam pobrzmiewały w ostępach mojej pamięci. Ahmad Szach Massud (początkowo to miała być książka o nim), jego oponent Hekmatiar, Nadżibullach, prezydent popierany przez Rosjan, emir Muhammad Omar, przywódca talibów, ale też zwykli partyzanci, wieśniacy, lekarze, profesorowie uniwersytetów, fryzjer, fotograf, właściciele hoteli, w których się zatrzymywał i wielu innych. Jagielski nie ukrywa, że jest Afganistanem i jego mieszkańcami zafascynowany, bywał tam wielokrotnie i nie tylko względy zawodowe były ważne. Jak wielu Europejczyków jechał do Afganistanu także po to, aby się odciąć od codzienności, aby wpaść w jakiś rodzaj transu, medytacji, do czego skłaniało to miejsce w tych krótkich okresach, kiedy panował tam spokój. A spokoju od ponad dwudziestu lat jest w tym kraju niewiele. Warto sobie uświadomić, że prawie cały czas trwa tam wojna. Najpierw, po wyjściu wojsk radzieckich, domowa o władzę, potem z talibami, wreszcie amerykańska interwencja. I dziś Afganistan to nie jest spokojne miejsce. Stale dochodzi przecież do zamachów terrorystycznych, trwa wojna partyzancka z talibami. Odcięte od świata górskie doliny i same góry są znakomitymi kryjówkami. A jeszcze wcześniej Afgańczycy zmagali się interwencją radziecką, której konsekwencje cały świat odczuwa do dziś. Dlaczego? Bo to tamte zdarzenia stały się zarzewiem islamskiego radykalizmu. O tym dość skomplikowanym i długotrwałym procesie opowiada Jagielski w sposób jasny w drugiej części swojej książki, w której poznamy też fascynującą historię Osamy bin Ladena. To opowieść o tym, jak przez przypadek bogata, szanowana rodzina i władze Arabii Saudyjskiej chcąc się pozbyć problemów, jakie sprawiał zbuntowany młodzieniec, ale przecież jeszcze nie radykał i terrorysta, wyhodowały bestię.

Ale może największą zasługą Jagielskiego jest to, że pokazał ludzką twarz Afgańczyków. Że pozbawił ich anonimowości. Teraz, kiedy myślę o Afganistanie, to nie widzę już tylko okrutnej wojny, długobrodych talibów, którzy w barbarzyński sposób wysadzili posągi Buddy wpisane na listę UNESCO, amerykańskich żołnierzy i ich sojuszników ginących w zastawianych na nich pułapkach. Teraz wiem, że w Afganistanie toczyło się normalne życie. Że studiowano, że były uniwersytety, kina i teatry, że Kabul był tętniącym życiem, kosmopolitycznym miastem z kawiarniami, restauracjami, bazarami, drogimi sklepami, bogatymi dzielnicami. Że potem w wyniku wojny domowej obrócony został w perzynę, podobnie jak cały kraj, który stał się zlepkiem udzielnych księstw rozmaitych watażków, chanów i emirów. Kraj rozszabrowany, zaminowany, zamieniony w jedno wielkie bitewne pole. Wiem, jakim koszmarem było życie w Kabulu, gdzie walczyły ze sobą rozmaite stronnictwa. Wiem, jak narodził się, początkowo lekceważony, ruch talibów (talibowie oznacza ci, którzy poszukują prawdy), wiem, jak wyglądały ich rządy (niby to jest znane, a jednak, kiedy się o tym czyta, włos się jeży na głowie), wiem, że w najgorszej opresji były kobiety, którym nie wolno było dosłownie nic. Afganistan to w ogóle, nie tylko za rządów talibów, świat raczej męski, bez kobiet. Fascynująca jest opowieść o tym, jak nagle w Kabulu odradza się życie po upadku talibów. Jak wszyscy biegną najpierw do fotografa, potem do fryzjera, aby zgolić brody, a potem jeszcze raz do fotografa. Fryzjerzy i fotografowie przeżywali wtedy swoje złote dni. Niestety radość trwała krótko, a w Kabulu jest niespokojnie do dziś. Wiem też, że Afgańczycy to tak naprawdę wiele nacji - Tadżycy, Uzbecy, Hazarowie, Pasztuni, Turkmeni. Żyją niby razem, ale jednak osobno. To skutek warunków geograficznych. Doliny sprzyjały izolacji. Między sobą walczą, ale jednocześnie gotowi są zawsze bronić swojego kraju przed najeźdźcami. Sami jednak nigdy nie wszczynali wojen z sąsiadami. Wiem to wszystko i dużo więcej. Nie patrzę już tak jednostronnie na to, co w Afganistanie się działo, dostrzegam skomplikowany kontekst i skomplikowane problemy. Choćby rolę Pakistanu w tej krwawej historii albo wpływ zakończenia zimnej wojny, upadku komunizmu i rozpadu Związku Radzieckiego. Kiedy czyta się o Afganistanie, gdzie całe pokolenia zostały pozbawione normalnego życia, gdzie demoralizująca, wyniszczająca wojna toczy się nieustannie od ponad dwudziestu lat, warto pamiętać o Syrii i Iraku. Niestety, wiele wskazuje na to, że tam może być podobnie. Nie jest to budujący wniosek.