Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 16 sierpnia 2017
Anna Pamuła "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki"

Nie miałam zamiaru sięgać po reportaż „Polacos. Chajka płynie do Kostaryki” napisany przez nieznaną mi Annę Pamułę. Wprawdzie wydało go moje ukochane Czarne (2017), ale przecież nie kupuję każdej książki, która się u nich ukazuje. Jednak, jak to często bywa, wysłuchałam rozmowy z autorką i zachęcona postanowiłam przeczytać. No i nie żałuję. Trzeba przyznać, że Anna Pamuła trafiła na bardzo ciekawy i słabo istniejący w powszechnej świadomości, albo wręcz nieznany, temat. Opowiada historię kostarykańskich Polacos. Czytelnik, który uważnie przeczytał tytuł, być może domyślił się, że chodzi o polskich Żydów. Tak rzeczywiście jest. To słowo do dziś oznacza w Kostaryce  Żyda i ... obwoźnego handlarza, ponieważ większość żydowskich imigrantów przybywających do tego albo do innego kraju Ameryki Południowej na początku imała się takiego właśnie zajęcia. Byli klapperami. A praca to niewdzięczna, ciężka i nieprzynosząca kokosów. Trzeba było sporego samozaparcia, żeby pracować tak kilka dobrych lat. Wędrowali po prowincjonalnych drogach objuczeni wypełnionymi towarem ciężkimi walizami, często brodząc w błocie. Budzili niechęć miejscowych, bo odbierali im zajęcie i radzili sobie lepiej niż oni. Dlatego w roku 1941 powstał pomysł, aby, kiedy skończy się wojna, zmusić Żydów do opuszczenia Kostaryki. Nigdy do tego nie doszło dzięki determinacji jednego z nich, Romana Rowińskiego, który zaalarmował dyplomację polską i amerykańską. Dlaczego zatem harowali tak ciężko? Łatwo zgadnąć - aby uciułać dolary potrzebne do sprowadzenia żon i dzieci pozostawionych w Polsce. Z czasem niektórzy dorabiali się na tyle, że mogli założyć niewielki sklep w mieście, zwykle w San Jose, stolicy Kostaryki. Zawsze to lepsze niż bycie klapperem, chociaż też żadne kokosy. Nadal mieszkali w biedniejszych dzielnicach, gdzie osiedlali się tacy jak oni.

Czas wreszcie odpowiedzieć na pytanie - skąd polscy Żydzi wzięli się w Kostaryce? W kraju, o którym wiedzieli niewiele albo zgoła nic. Odpowiedź z jednej strony jest oczywista, z drugiej niekoniecznie. Oczywista, bo stanowili przecież część wielomilionowej żydowskiej emigracji do Ameryki, która rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku. Pisał o tym zjawisku Martin Pollack w swojej znakomitej książce „Cesarz Ameryki”, której tematem był eksodus z Galicji. No dobrze, ale dlaczego do Kostaryki, kraju niewielkiego, o którego istnieniu, jak wspomniałam, na ogół nie mieli pojęcia? Pierwszy, Max Fischel, zjawił się tam w roku 1892 przez przypadek – kiedy wracał z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał razem z rodzicami, którzy przed laty opuścili rodzinny Będzin, zachorował na żółtą febrę. Musiał opuścić statek, a przypadek sprawił, że stało się to właśnie w  Kostaryce. Max nigdy nie zajmował się handlem obwoźnym, w Stanach skończył studia medyczne, był dentystą. Potem w swojej nowej ojczyźnie stworzył istniejącą do dziś sieć aptek. Następni przybyli dużo później, w latach dwudziestych zeszłego wieku. Docierali do Kostaryki, ale także do Gwatemali, Panamy, Paragwaju, Kolumbii, na Kubę, ponieważ w roku 1921 Stany Zjednoczone wprowadziły kwoty dla imigrantów, w roku 1930 to samo zrobiła Argentyna, w której już od początku wieku narastały nastroje antysemickie i antyimigranckie, dochodziło nawet do zamieszek i pogromów. Przybyszów obwiniano o brak pracy, rosnącą przestępczość i spadek moralności. Żydów dodatkowo utożsamiano z anarchistami i bolszewikami. Wielu docierających do Kostaryki padało ofiarą nieuczciwych naganiaczy, którzy wmawiali im, że stamtąd do Ameryki, czytaj Stanów, dostaną się bez trudu pieszo przez zieloną granicę. Niezorientowani stawali się łatwym celem oszustów. Kolejna fala żydowskich emigrantów to lata powojenne. Trafiali tu  ocaleni z Zagłady. Jedna z bohaterek książki nazywa ich smutną emigracją. Obie grupy, przedwojenna i powojenna, żyły osobnym życiem. Ci pierwsi patrzyli na tych drugich z góry, bo nie orientowali się w miejscowych warunkach. Często mieli też wyrzuty sumienia, że nie sprowadzili w odpowiednim czasie całej rodziny, a tylko żonę i dzieci. Czasem dlatego, bo tylko dla nich starczyło pieniędzy na bilet, ale czasem z innych przyczyn, na przykład z powodu rodzinnych animozji. W takim przypadku tym bardziej gryzło ich sumienie.

Pisze też Anna Pamuła w swojej książce o sprawach przykrych. O  antysemityzmie, który wypychał Żydów z Polski, o świadomej polityce państwa, które w żadnym przypadku nie utrudniało takich wyjazdów, a właściwie nawet do nich zachęcało, szczególnie na terenach, gdzie Żydzi dominowali. Robiono za to wszystko, aby w kraju zatrzymać Polaków. Autorka wspomina również o dzisiejszej niepamięci o naszych żydowskich sąsiadach i powolnym procesie odzyskiwania ich historii. Wiele w tym reportażu opowieści niesamowitych, losy niektórych bohaterów to materiał na fascynującą powieść albo na filmowy scenariusz. Czyta się takie historie jednym tchem.

Nie sposób uciec oczywiście od bardzo aktualnych refleksji. W trakcie lektury tej książki, widać jak na dłoni, że historia się powtarza. Zjawisko emigracji jest stare jak świat. I od zawsze towarzyszą mu te same lęki, obawy, ta sama niechęć do imigrantów. Że odbiorą pracę, że wzrośnie przestępczość, bo przybywają samotni mężczyźni, że będą agitować za bolszewizmem i anarchizmem (teraz miejsce bolszewików i anarchistów zajęli islamiści), a potem podkładać bomby (o tym ostatnim zjawisku pisze Martin Pollack w swojej książce). Dziś krzyczymy, nie przyjmujmy imigrantów zarobkowych, tylko uchodźców. A kim byli tamci imigranci? Owszem, uciekali przed antysemityzmem, ale przede wszystkim przed biedą. Wierzyli, że gdzieś  w dalekim świecie będzie im łatwiej i lepiej. Nie było, szczególnie na początku. Czekała na nich trudna podróż, mozolna, ciężka praca, nieznany, egzotyczny kraj, w którym niełatwo było się odnaleźć. Dziś podobny los jest udziałem imigrantów z Afryki, którzy często uciekają przed biedą. Naiwnie wierzą, że Europa to raj. Nie zdają sobie sprawy z trudów podróży, nie myślą o tym, że mogą jej nie przeżyć. Wielu twierdzi, że gdyby wiedzieli, jak jest naprawdę, nie zdecydowaliby się na wyjazd. Bohaterom reportażu Anny Pamuły było chyba jednak łatwiej. Przynajmniej sama podróż nie stwarzała aż takiego ryzyka. Z wywiadu z autorką wiem, że książka powstawała kilka dobrych lat, ale wydana teraz wstrzeliła się w swój czas.

 

środa, 09 sierpnia 2017
Filmowe remanenty - "Frantz", "21 x Nowy Jork"

Dziś filmowe remanenty – jedna nowość, „Frantz” Francoisa Ozona, i jedna zaległość, dokument „21 x Nowy Jork” Piotra Stasika.

Nie mam jakiegoś specjalnego nabożeństwa do Francoisa Ozona. Owszem, zawsze kiedy na ekrany wchodzi jego kolejny film, przyglądam mu się bacznie, ale niekoniecznie oglądam. Z tych, które widziałam, właściwie tylko dwa zostały na trwałe w mojej pamięci. Pierwszy to „Czas, który pozostał” - niezwykle smutna opowieść o spełnionym zawodowo młodym człowieku, który nagle dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i nie powiadamia o tym nikogo. Dojmująca opowieść o samotności. Drugi to „Schronienie”, historia młodej narkomanki, która pod wpływem tragicznych wydarzeń próbuje wyjść z nałogu. Inne filmy albo wydały mi się przekombinowane, albo nie były niczym więcej niż ubranym w efektowny kostium bzdetem („Osiem kobiet”), albo po prostu nie zostawiły śladu w mojej pamięci. Ale na „Frantza” postanowiłam się wybrać - zainteresował mnie temat, a nagłówek recenzji, który rzucił mi się w oczy, był zachęcający. Muszę przyznać, że film obejrzałam z prawdziwym zainteresowaniem. To historia rozgrywająca się początkowo w niewielkim niemieckim mieście kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Rany i traumy są wciąż świeże, rodziny opłakują swoich zmarłych. Ze śmiercią  syna wciąż nie potrafi się pogodzić miejscowy lekarz, trochę lepiej radzą sobie jego żona i Anna, narzeczona, która codziennie odwiedza  grób ukochanego. Nieoczekiwanie dla wszystkich na cmentarzu zaczyna pojawiać się młody Francuz. Kim jest? Dlaczego przychodzi na grób Frantza? Wkrótce okaże się, że był jego przyjacielem. I lepiej nie wiedzieć więcej, bo przyjemność, jaka płynie z oglądania, wynika z tego, że widz do końca jest stale zaskakiwany. Ta historia jest niczym cebula – pod jedną warstwą jest następna, potem kolejna i jeszcze jedna. Kiedy śledząc w serii krótkich retrospekcji historię znajomości Frantza i Adriena, byłam pewna dalszego ciągu, wkrótce okazało się, jak bardzo się myliłam. Kiedy po niecałej godzinie doszłam do wniosku, że dalej nic nie ma prawa mnie zaskoczyć, bo historia będzie już do bólu przewidywalna, znowu okazało się, że nie mam racji. Potem zaskoczenie goni zaskoczenie. Tyle przyjemności, bo przecież nie jest to historia wesoła. To film o nieprzewidywalności uczuć, ich pogmatwaniu, ale przede wszystkim o bezsensie wojny. O tym, że jej konsekwencją jest nie tylko śmierć, ale i nienawiść niszcząca ocalonych. I także o tym, że wojna nagle czyni z ludzi wrogów, że ten przysłowiowy brat staje przeciwko bratu. No i jeszcze o tym, że  zawiesza prawa moralne i narzuca własne. Czy żołnierza, który na froncie zabił wroga można nazwać mordercą? Dramat pokazany w filmie Ozona znamy doskonale i z ekranu, i z literatury. Ale na zakończenie do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu. Otóż moim zdaniem "Frantz" jest tylko pięknym bibelotem. Opowiada ładnie, elegancko o bolesnych, poważnych sprawach. Bo trudno tak naprawdę, do głębi, do bebechów przeżyć tę historię. Trudno się wzruszyć, trudno zapłakać. Być może jest tak dlatego, że decydując się na czarno-białe zdjęcia tylko czasem zmącone kolorem, reżyser sprawił, że jego film przypomina stare, czarno-białe zdjęcie sprzed wielu lat. Obejrzymy je chętnie, z nostalgią, może się zadumamy, ale to wszystko. Mimo tych uwag warto wybrać się na „Frantza”.

Z lekkim opóźnieniem wybrałam się na dokument Piotra Stasika „21 x Nowy Jork”, o którym już dawno słyszałam. Tym razem padłam ofiarą mojej zasady – im mniej o filmie wiem, tym lepiej. Gdybym wcześniej wysłuchała rozmowy z reżyserem, gdybym więcej poczytała, pewnie nie poszłabym do kina. Czego innego oczekiwałam. Spodziewałam się tradycyjnego dokumentu – dwudziestu jeden historii z Nowym Jorkiem w tle. Tymczasem filmowi Piotra Stasika bliżej do filmu poetyckiego, arthousowego niż do rasowego dokumentu. Muszę przyznać, że długo nie mogłam przełamać bariery, wciągnąć się w zaproponowaną przez reżysera konwencję. Drażnił mnie sposób pokazywania świata, miałam wrażenie przerostu formy nad treścią. Przeszkadzały mi głosy z offu, przeszkadzało, że z tego powodu nie potrafię rozpoznać bohaterów, przyjrzeć się im, skupić uwagi na ich opowieściach. Irytowały mnie niektóre wypowiedzi, bo wydały mi się po prostu głupie i pretensjonalne. Zdaję sobie sprawę, że to, co mnie przeszkadzało, podoba się krytykom, bo film jest raczej wysoko oceniany. Z drugiej strony może dobrze się stało, że nieświadoma, co zobaczę, do kina jednak poszłam. Bo chociaż film mnie irytował, to nadal go czuję. Przede wszystkim pozostała we mnie dojmująca samotność bohaterów, którzy uparcie szukają bliskiej relacji, a najczęściej nic im z tego nie wychodzi. Ich związki są krótkie, bywają ranieni, ale nie rezygnują. Muszę z pokorą przyznać, że najprawdopodobniej film działa właśnie dzięki klaustrofobicznej, chaotycznej, nachalnej formie. Chociaż pojedyncze historie gdzieś się gubią, ma się ciągłe wrażenie chaosu, to pozostaje odczucie smutku, przygnębienia. Z takimi wrażeniami opuszczałam kino. Ponieważ jednak film nie dawał mi spokoju, nie umiałam go sobie jakoś poskładać, po powrocie do domu odsłuchałam w radiu rozmowę z Piotrem Stasikiem i z irytacją stwierdziłam, że nie do końca odczytałam intencje reżysera. W jego zamyśle obraz Nowego Jorku, jaki pokazał, nie jest aż tak bardzo pesymistyczny. Dlaczego? Zdradzać nie będę. Niech każdy interpretuje film po swojemu, a potem warto skonfrontować się ze zdaniem twórcy.

 

środa, 02 sierpnia 2017
Ziemowit Szczerek "Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową"

Ucieszyłam się bardzo, kiedy gruchnęła wieść, że Ziemowit Szczerek wydaje kolejną książkę. Tym razem to „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” (Czarne, Agora 2017). Zachwyciłam się przecież najpierw „Tatuażem z tryzubem”, a potem jego pierwszą książką „Przyjdzie Mordor i nas zje”. Nie ja jedna, obie miały świetne recenzje, potwierdzeniem były liczne nominacje do rozmaitych nagród, a wreszcie Paszport Polityki w roku 2013. Dlatego teraz też obiecywałam sobie bardzo dużo. I chociaż czytało mi się najnowszą książkę Szczerka świetnie, to refleksje mam mieszane.

Po początkowym zachwycie spowodowanym poczuciem, że wchodzę w literacki świat doskonale mi znany, zaczęłam mieć wątpliwości. Drażniło mnie skakanie z tematu na temat, czasem wydawało mi się, że autor pisze o niczym, czasem, że niektóre teksty, te najnowsze, są po prostu niedopracowane. Miałam wrażenie, że brakuje im tej lekkości, tego poczucia humoru, tej zadumy, tego  językowego wyrafinowania połączonego z luzem, które znałam z dwóch poprzednich książek. Wtedy, nawet jeśli pisał pozornie o niczym, jeśli chwytał drobne, nieistotne szczegóły dnia codziennego, byłam zachwycona. Ale to, co w tamtych książkach zachwycało, tu drażniło, robiło wrażenie nachalnej powtórki. Te wszystkie szyldozy, tynkozy, plastikozy, dobudozy, nadformia, Poniemiecje (na wzór Poradziecji, która kiedyś wydawała mi się taka odkrywcza), te wszystkie przekleństwa, ten wykoncypowany językowy luz. To, co piszę, jest oczywiście bardzo subiektywne, ale przecież takie jest każde odczytanie książki. Może po prostu „Międzymorze” trafiło na mój zły moment, może takie pisanie już mi się przejadło, a może rzeczywiście nie ma w nim tamtej finezji? Czy gdybym teraz sięgnęła choćby do fragmentów poprzednich reportaży Szczerka, też by mnie irytowały?

A jednak sporo się z jego najnowszej książki dowiedziałam. Wstyd przyznać, ale ja tego tytułowego Międzymorza, które autor przemierza od lat z takim zachwytem, po prostu nie znam. Mnie ciągną inne klimaty, dlatego te zapiski z podróży, bo tak każe je Szczerek traktować, pozwoliły mi odbyć przynajmniej podróż zapośredniczoną. Najbardziej przykuły moją uwagę te fragmenty, w których autor skupia się dłużej na jednym kraju – na Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii, Łużycach. Kiedy dorzuci coś z przeszłości, napisze o problemach współczesnych, doda jakąś smaczną scenkę (chociaż z tymi scenkami jest właśnie najgorzej, niektóre bywają niestety po prostu banalne), puści wodze fantazji i snuje historię alternatywną. Ale w żadnym wypadku nie jest to wykład historyczny, bardziej gawęda. Tu mu się coś przypomni, tam coś innego, więc rzuci garść historycznych informacji podanych kolokwialnym językiem. A wszystko niezobowiązująco. Trudno też peregrynacje Szczerka osadzić jednoznacznie w czasie, bo to bardziej wspomnienia niż dziennik podróży, dlatego nie padają żadne daty, tylko czasem z kontekstu możemy domyślić się, jakiego okresu opowieść dotyczy.

A całość podporządkowana jest jednemu zamysłowi – Szczerek przykłada do tego wyimaginowanego Międzymorza lupę i zastanawia się, czy taka wyobrażona wspólnota w ogóle istnieje, jak chcieliby politycy. Co łączy te wszystkie kraje od Niemiec po Ukrainę, od Serbii po Estonię? Kiedy mija się granice, które autora tak bardzo fascynują, długo nic się nie zmienia, ani krajobraz, ani architektura, mogłoby się wydawać, że one nie istnieją, że ustanowiono je sztucznie. Dlaczego akurat w tym miejscu, a nie trzy kilometry dalej? A jednak różnice są, nawet wielka słowiańska rodzina narodów jest mitem. Serbowie, prawosławni, znać tam wpływy tureckie, Chorwaci, katolicy,  ciągną w stronę Zachodu. Na jednym miejscu bardziej odcisnęło się piętno niemieckie - to Czechy (Jakie one słowiańskie? - wątpi Szczerek), a z kolei Słowacja jest wiejska, katolicka i bardziej wschodnia. Jeszcze inne są Węgry. A Rumunia? A co dopiero mówić o krajach bałtyckich. Przecież i one nie stanowią jedności. Estończycy śmieją się z Łotyszów, lgną do Skandynawii. Nawet jednej Litwy nie ma!

Wiele w pisaninie Szczerka ciekawego, a szczególnie opowieści o przeszłości, o tym, jak się wszystko ze sobą mieszało, jak na siebie oddziaływało. Na te dociekania nakłada Szczerek spostrzeżenia najnowsze. Patrzy na Międzymorze w momencie buntu. Buntu peryferii przeciwko europejskiemu centrum. Co nam tam jakaś Europa będzie mówiła, jak mamy żyć, jak się urządzać. My mamy swoje reguły, swoje zasady, co nie przeszkadza nam tę Europę finansowo doić. I tak bawimy się z nią, naiwną, w kotka i myszkę. I tak ją ogrywamy, żeby nie powiedzieć dosadniej, co by w tym miejscu pewnie lepiej pasowało. I tak z demokracji krok po kroku zostaje nam tylko wydmuszka. Ale i w takiej postawie nie ma jedności, na szczęście, bo na przykład państwa bałtyckie, patrzą na Polskę z politowaniem i próbują przeczekać, aż nam to szaleństwo minie.

Mimo wielu wątpliwości, jakim tu dałam wyraz, nie żałuję, że „Międzymorze” przeczytałam. Sporo dzięki tej zapośredniczonej podróży odkryłam.