Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 30 września 2015
"45 lat"
Kolejny tydzień muszę dokonywać trudnych wyborów - na co pójść do kina, a co z żalem pominąć. Tyle tego. Na razie odpuściłam "Anatomię zła", "Sicario" i "Noc Walpurgi". Może jeszcze uda się nadrobić zaległości. A poszłam na "Everest", o czym przy okazji, kiedy zbierze mi się jeszcze trochę filmowej drobnicy. Cóż, nie jest to film wart specjalnych rozważań, widowisko i tyle, niestety. Ale przede wszystkim obejrzałam "45 lat" z Charlottą Rampling nagrodzoną w Berlinie. Na tym samym festiwalu nagrodę za najlepszą rolę męską dostał też partnerujący jej Tom Courtenay. To chyba nieczęsto się zdarza. Fabuła filmu może wydać się banalna. Ot, małżeństwo przygotowuje się do uroczystości związanych z czterdziestą piątą rocznicą ślubu. Kilka dni wcześniej Geoffe nieoczekiwanie dostaje urzędowe pismo. W szwajcarskich Alpach po mniej więcej pięćdziesięciu latach odnaleziono ciało jego pierwszej miłości. Mimo że Kate wiedziała o jej istnieniu, ta informacja burzy spokój małżonków i doprowadza do kryzysu. Materiał na banalny, przeciętny film. Ale ponieważ wszystko już było, nie chodzi więc o to, co opowiemy, ale jak. Powstał film, od którego trudno się oderwać, mimo że na ekranie niewiele się dzieje - spacery z psem, wspólne posiłki, rozmowy, coraz bardziej dramatyczne, chociaż bez krzyku, czasem wizyta w mieście, bo trzeba doglądać przygotowań do jubileuszowej imprezy, po prostu codzienność. Film właściwie na dwoje aktorów. Być może niektórych znudzi. Mnie porwał, poruszył, kazał się zastanowić. Naprawdę jest o czym myśleć. Na pewno to w dużej mierze zasługa znakomitych aktorów. Bez nich pewnie nie byłoby tego filmu, może osunąłby się w banał. Naprawdę polecam. Właściwie już teraz mogłabym obejrzeć go jeszcze raz. A kto "45 lat" widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 23 września 2015
Kronika filmowa - "Młodość", "Prawie jak matka"

W kinie tyle się dzieje, premiera goni premierę, trudno nadążyć. Z morza tytułów wybrałam dwa. Przede wszystkim "Młodość" Paolo Sorrentino. Bardzo czekałam na ten film. Właściwie sama nie wiem dlaczego, skoro nie jestem apologetką reżysera. Chyba chodziło o temat - konfrontację  starości z młodością. Zafascynowana literackim ujęciem problemu (mój wzorzec z Sevres to "Duch wychodzi" Philipa Rotha) liczyłam na film przejmujący. A może w grę wchodził też snobizm pospolity. No bo wiadomo, Sorrentino miłośnika kina zachwycać powinien i kropka. Tymczasem po seansie wyszłam zła, bo poczułam się bezradna. Nie dość, że oglądałam film chłodnym okiem, jak mówi Tadeusz Sobolewski nie skontaktowałam się z tym filmem (bardzo mi się to sformułowanie podoba, dużo bardziej niż to, którego zazwyczaj używam film pozostawił mnie obojętną), to jeszcze miałam poczucie, że go nie obejmuję. Że gdzieś umykają mi jego sensy. Z ust bohaterów, starych przyjaciół, reżysera pracującego nad swoim filmem - testamentem i kompozytora - dyrygenta, który już dawno wycofał się z życia zawodowego, pada tyle zdań, które, mam wrażenie, są kluczem do interpretacji, że nie sposób tego wszystkiego zapamiętać. Miałam wrażenie, że powinnam siedzieć i notować niczym pilna uczennica, a potem zadumać się głęboko. Ironizuję, ale tylko trochę, bo naprawdę nie wiem, ile w moim rozczarowaniu i nieskontaktowaniu się jest braku wrażliwości i umysłowej tępoty, a ile tego, że "Młodość" to jednak nadmuchana przez krytyków bańka. Niestety obawiam się, że to ten pierwszy przypadek, bo na przykład moja przyjaciółka jest filmem zachwycona. To nie tak, że się nudziłam. Pełno tu pięknych obrazów i scen. Kamera przygląda się starym i młodym ciałom, które zanurzone w basenach tworzą fantastyczne kompozycje, alpejskim krajobrazom, krowom, którymi dyryguje Fred, wnętrzom luksusowego spa czy zalanej wodą Wenecji. Towarzyszy temu często podniosła muzyka, która czasem podbija zadumę, innym razem wydobywa ironię i kpinę. Może i na tym polega mój problem - oczekując czegoś poważnego, nie potrafiłam dostroić się do absurdu, groteski i ironii. Pewnie pozostanę w mniejszości, przyznając się, że film mnie nie zachwyca, skoro zachwycać powinien. Chociaż poprzedni obraz Sorrentino też nie bardzo mnie porwał, to mimo wszystko potrafiłam docenić jego kunszt. Był też dla mnie klarowny i czysty, pociągał nostalgią i melancholią, pozwalał na zadumę. "Młodość" rozpada się na filmowe atomy, sceny, obrazy, których nie potrafię złożyć w całość.

Zupełnie inaczej rzecz się ma z drugim filmem, który obejrzałam w weekend. To brazylijski obraz "Prawie jak matka". Kino środka. Niebłahe, poruszające społeczne problemy, ale jednocześnie skierowane do szerokiej widowni, co niestety nie pozostaje bez wpływu na finał - zbyt optymistyczny i chyba jednak nie do końca możliwy. Kiedy oglądałam zakończenie, natychmiast obudziła się we mnie praktyczna realistka i zadałam sobie pytanie - no dobrze, ale z czego bohaterki będą teraz żyły? Ale pomińmy ten zbyt słodki koniec rodem z Hollywood i przejdźmy do sedna. "Prawie jak matka" to opowieść o Val, która przed dziesięciu laty opuściła swoją miejscowość, aby poszukać zajęcia w Sao Paulo. Pracuje u bogatej rodziny, prowadzi dom i opiekuje się dziećmi, dla którym jest prawie jak matka, a może nawet bardziej niż prawie, bo jej chlebodawczyni, Barbara, zajęta jest swoją karierą i dla synów nie ma czasu. Ale i Val nie jest bez grzechu. Ona dla swojej córki też jest prawie jak matka, nie widziała jej od wyjazdu, ale dzięki niezłym zarobkom zapewniała jej bardzo wygodne życie. Nieoczekiwany przyjazd córki, która postanawia studiować w Sao Paulo, burzy ustalony porządek. Film ma dwie warstwy. Jedna to portrety bohaterów i relacje między nimi. Dotąd proste i jasno określone zaczynają się zmieniać, kiedy pojawia się córka Val, Jessica. Jej przyjazd jest katalizatorem, który sprawia, że chociaż wszyscy bardzo się pilnują, starają się zachować twarz, to jednak spod sztucznych uśmiechów zaczynają wyzierać prawdziwe uczucia. Najważniejsza jest oczywiście relacja między Val a Jessicą. Być może film nie robiłby takiego wrażenia, gdyby nie kapitalna rola Reginy Case. Aktorka obdarza swoją postać całym bogactwem uczuć i emocji, tworzy postać krwistą, pełnowymiarową. Rozpiera ją energia, trudno jej nie lubić. Druga warstwa filmu porusza problem społecznych nierówności. Co wolno, a czego nie wolno, co wypada, a czego nie. Każdy zna tu swoje miejsce i wszystko jest dobrze, dopóki nakreślonych granic nie przekracza. Obie strony, bogaci chlebodawcy i Val, kierują się czymś w rodzaju poprawności politycznej. Nieważne, co myślą, ważne, jak postępują. Ale młode pokolenie ma te zasady za nic, jest spontaniczne i mówi, co mu leży na sercu. Upomina się o godność. Twórcy filmu zdają się wierzyć, że nadchodzi zmiana warty. Bogaci są przez swoje bogactwo zdegenerowani, nie mają woli działania i energii, konsumują to, co zarobili oni albo ich przodkowie. Witalność tkwi w niższych warstwach społecznych. Im się chce, bo to ich jedyna szansa. Oni muszą walczyć, starać się, iść do przodu. Optymistycznie to brzmi, ale oczywiście w rzeczywistości takie proste nie jest. Jak widać, "Prawie jak matka" to nie przygnębiający film społeczny, ale miłe kino środka, nieco naiwne, ale nieodległe od społecznej rzeczywistości.

środa, 16 września 2015
Amos Oz "Judasz"

Najnowsza powieść, "Judasz" (Rebis 2015; przełożył Leszek Kwiatkowski), mojego ukochanego Amosa Oza jak zwykle nie zawodzi. Umieszczam ją w ścisłej czołówce ulubionych książek izraelskiego pisarza. To ten rodzaj prozy, z którą trudno się rozstać. Chciałoby się, żeby trwała, trwała i trwała. No ale życie to wędrówka od rozstania do rozstania (o tym też jest "Judasz"), wszystko ma swój kres, nawet najgrubsza lektura, a ta jest przeciętnej długości. Na szczęście do książki zawsze można wrócić.

"Judasz" jest powieścią wielowarstwową i jestem pewna, że nawet czytelnik niezbyt zorientowany w sprawach izraelsko-palestyńskich, których w dużej mierze dotyczy, znajdzie w niej sporo dla siebie. Choćby magiczna, trochę baśniowa, trochę mroczna atmosfera silnie zaznaczona już od pierwszych stron. Główny bohater, student Szmuel Asz, odpowiada na ofertę pracy i pewnego grudniowego dnia 1959 roku, o zmierzchu przekracza bramę starego, kamiennego domu na końcu jednego z jerozolimskich zaułków. Dalej jest już tylko wadi, dolina. Właśnie przestało padać, wszystko lśni od deszczu. W tym domu spędzi zimę, zabawiając rozmowami starego człowieka, Gerszoma Walda. Dostanie pokój na facjacie, podpisze zobowiązanie, że nikomu nie zdradzi, gdzie i jak pracuje. Mieszka tam jeszcze jedna osoba, tajemnicza i niedostępna Atalia Abrabanel. To ona tu rządzi. Kim jest?

Zaczyna się jak w baśni, jak w powieściach dla dzieci. Tajemniczy dom, tajemniczy ogród, tajemnicza uliczka, tajemnicze miasto. Szmuel w wolnym czasie włóczy się samotnie po Jerozolimie, często nocami. Opisy pustego miasta, boleśnie podzielonego linią zasieków i min na dwie części, izraelską i jordańską,  potęgują jeszcze baśniową, z czasem coraz mroczniejszą atmosferę. I nie jest to mrok, którego źródłem są jakieś zagrożenia czyhające na mieszkańców kamiennego domu. To smutek przypisany życiu. Smutek rozstań, utraty, tęsknoty, rozczarowań, samotności, cierpienia. A jeśli ktoś się łudzi, że można znaleźć na wszystkie smutki świata jakieś panaceum, jest w błędzie. Ale nie ma pocieszenia na świecie to zdanie najlepiej oddaje głęboki pesymizm tej książki. I doprawdy nie sposób się z nim nie zgodzić, kiedy rozejrzy się dookoła. A pisałam te słowa, kiedy tysiące uciekinierów kołaczą do bram Europy, kiedy w Chinach zaczyna się kryzys gospodarczy, który nic dobrego światu nie przyniesie, kiedy trwają wojny, kiedy ukraiński reżyser Oleh Sencow został w Rosji skazany na dwadzieścia lat łagru, a jakby tego było jeszcze mało, to Polskę pustoszy susza. A przecież to zaledwie ułamek cierpień i nieszczęść. Być może, czytelniku tej notki, wzruszysz ramionami. To banały, pomyślisz. Co z tego, kiedy prawdziwe. A Amos Oz potrafi o nich pisać subtelnie, delikatnie, ale jednocześnie dojmująco, i budzi w czytelniku jakieś ukryte struny, niepokoje. Tak było w dwóch tomach jego opowiadań "Sceny z życia wiejskiego" i "Wśród swoich". Już o tym kiedyś wspominałam, żadna moja pisanina głębi jego prozy nie odda, po prostu Amosa Oza trzeba czytać i tyle.

Kolejna warstwa powieści, która na pewno będzie atrakcyjna dla czytelnika, to splecione ze sobą dwa literackie motywy - poszukiwanie drogi życiowej i fatalna fascynacja dojrzałą, starszą kobietą. Piękną, tajemniczą, zamkniętą w sobie, niedostępną. Szmuel znalazł się na rozstajach. Porzuciła go dziewczyna, firma rodziców zbankrutowała, z powodu różnicy poglądów rozpadło się  studenckie Koło Odnowy Socjalistycznej, praca magisterska na temat Jezus w oczach Żydów stanęła w miejscu. Rozmowy prowadzone z Gerszomem Waldem sprawiają, że nabiera coraz więcej wątpliwości. Świat staje się jeszcze bardziej skomplikowany. Chwieją się jego przekonania. I te młodzieńcze, idealistyczne o rewolucji, która zbawi świat, i te bardziej pragmatyczne, dotyczące powstania państwa Izrael i konfliktu arabsko-żydowskiego. Zima spędzona w kamiennym domu miała dać mu czas na uporządkowanie swoich spraw. Tymczasem jest chyba jeszcze bardziej zagubiony. Nadal pyta czego szukamy? dokąd iść? co robić? Pytania, jakie stawiamy sobie nie tylko na początku drogi.

Kolejna warstwa powieści, myślę, że dla Amosa Oza najważniejsza, to cały zestaw pytań, wątpliwości, idei krążących wokół problemu arabsko-żydowskiego. Być może po to "Judasz" powstał. Akcja toczy się w roku 1959 i bohaterowie z tej perspektywy oceniają wszystko to, co się zdarzyło od czasu, kiedy w głowach Żydów przybywających do Palestyny powstało marzenie o własnym państwie. Ale nie sposób zauważyć, że dyskusje toczone w kamiennym domu pełne są proroczych przepowiedni, które się sprawdziły. Amos Oz pytany o perspektywy konfliktu palestyńsko-izraelskiego wypowiadał się z nadzieją. Wierzył, że w dłuższej perspektywie na pewno zostanie zażegnany. Ta powieść, przynajmniej tak ja ją odbieram, jest chyba dowodem na to, że i w nim wiara w rozwiązanie konfliktu  wyczerpała się. Gerszom Wald i Atalia z goryczą mówią o tym, jaką spiralę nienawiści przyniosło najpierw osadnictwo żydowskie w Palestynie, potem walka o państwo, a wreszcie jego utworzenie. Jaki był sens śmierci tych, którzy zginęli w walce o niepodległość, skoro efektem powstania Izraela są kolejne wojny, śmierci, cierpienie, nienawiść? Czy mogło być inaczej? Czy Arabowie musieli nienawidzić Żydów a Żydzi Arabów? Czy Arabowie musieli uciekać, kiedy Izrael powstał? Czy szlachetna idea dwóch narodów w jednym państwie może się ziścić? Na te pytania padają pesymistyczne odpowiedzi. Jest w tym zapętleniu jakiś fatalizm losu.

No i jeszcze jedna warstwa powieści, bardzo ciekawa, religijna. To rozważania Szmuela dotyczące tematu jego przerwanej pracy magisterskiej o stosunku Żydów do Jezusa. Stają się one inspiracją dla rozmyślań o samym Jezusie i przede wszystkim o Judaszu. Szmuel tworzy własną wizję tej postaci, własną ewangelię według Judasza. Jaką, pisać nie będę, bo czas kończyć. Niech to będzie jeszcze jedna przynęta, którą zarzucę na ciebie, czytelniku tej notki. Przeczytaj, dowiesz się. A ja muszę jeszcze wspomnieć, że równie istotne są dywagacje na temat zdrady. Kim jest zdrajca? Jak łatwo rzucamy na kogoś to oskarżenie, często tylko dlatego, że odważył się myśleć pod prąd, wbrew innym. Co jest ceną tak rozumianej zdrady? Infamia i samotność.

Na koniec muszę też wspomnieć o wnikliwych, intrygujących portretach bohaterów, dzięki którym powieść żyje, a nie zamienia się tylko w dyskurs na tematy religijne, światopoglądowe i polityczne.

Czy to mało? A przecież "Judasz" jest znacznie bogatszy, niż udało mi się przekazać w tej długiej-niedługiej notce. Pozostaje mi wobec tego zaapelować ponownie (już kiedyś to robiłam) - czytajcie Amosa Oza!!!

niedziela, 13 września 2015
"Płomień"
Greckie kino przeżywa swoje pięć minut. Powtarzam tę opinię za krytykami, bo niby na jakiej podstawie ja, miłośniczka kina, ale przecież nie fachowiec, mam o tym wyrokować. Wiem tylko tyle, że w ostatnich latach dotarły na polskie ekrany dwa greckie filmy, z których jeden, nominowany do Oskara "Kieł", był szeroko komentowany. Nie widziałam ich, za to teraz wybrałam się na "Płomień", historię pewnej rodziny. A tłem dla tej opowieści jest wybuchający w grecki kryzys. Bez trudu można odnaleźć pokrewieństwo do bułgarskiej znakomitej "Lekcji", do filmu braci Dardenne "Dwa dni, jedna noc", a nawet do polskiego "Muru", o którym pisałam ostatnio. Maria, bohaterka "Płomienia", musi zmierzyć się z problem właściwie nie do rozwiązania. Jak bohaterki dwóch pierwszych filmów ściga się z czasem, dlatego, jak one, pędzi, gna, spieszy się. Ale tym razem jest jeszcze bardziej intensywnie i emocje również większe. Poziom hałasu i niektóre obrazy przytłaczają. Zdarzenia galopują. Akcja prowadzona na kilku planach czasowych jeszcze tę intensywność zagęszcza i jednocześnie wzmaga ciekawość. Prawie od początku wiemy, jaki będzie finał, ale nie mamy pojęcia, co do niego doprowadziło. Atakowana tyloma bodźcami dałam się całkowicie wciągnąć filmowej opowieści, zatopiłam się w niej bez pamięci. Dopiero po seansie, kiedy ochłonęłam, pojawiło się kilka wątpliwości, które przede wszystkim dotyczyły przebiegu zdarzeń. Mimo tego uważam, że "Płomień" naprawdę warto zobaczyć. To kino, które nie pozostawia obojętnym, nie ulatuje od razu po seansie. A nie ma chyba nic gorszego dla kinomana niż poczucie, że zmarnowało się czas, i pytanie, po co ten film nakręcono. Namawiam, aby "Płomień" obejrzeć, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.
środa, 09 września 2015
"Mur"
Wahałam się, czy wybrać się do kina na "Mur", filmowy debiut Dariusza Glazera, bo oceny różne. Ostatecznie przekonał mnie zachęcający lid na stronie magazynu Kino. Poszłam i nie żałuję. To wprawdzie nie arcydzieło, ale film gęsty, przytłaczający, dotykający. Jest o czym myśleć, jest o czym pisać. Nie pozostawił mnie obojętną. Przypomniał mi znakomitą bułgarską "Lekcję", która niedawno przemknęła przez nasze kina studyjne. Bo dla mnie to przede wszystkim opowieść o człowieku w potrzasku, chociaż wszyscy zwracają uwagę na problem nierówności społecznych, który jest jednym z tematów filmu. Wydaje mi się, że "Mur" jest ciekawszą propozycją niż szeroko reklamowane, ale nieudane "Żyć nie umierać" z Tomaszem Kotem, które, jak słyszałam, gromadzi sporo widzów. Nie mam złudzeń, na ten film będą chodzić nieliczni. Czym w takim razie jeszcze zachęcić? Może nazwiskami? Główne role zagrali Tomasz Schuchardt, Marta Nieradkiwicz, nagrodzona w zeszłym roku w Gdyni za świetną rolę w "Płynących wieżowcach", i Aleksandra Konieczna, ale nawet w epizodach pojawili się znani aktorzy, Ewa Kasprzyk, Ewa Kolasińska, Ewa Telega i Piotr Machalica. No i autorem zdjęć jest Wojciech Staroń. Dla mnie jednak i tak najważniejsze, że opowiedziana historia wywołuje emocje. Jeśli ktoś już "Mur" widział, może przeczytać ciąg dalszy, gdzie refleksji więcej, co stanowi najlepszy dowód na to, ze film mnie obszedł. Zapraszam.
środa, 02 września 2015
Lucian Dan Teodorovici "Matei Brunul"

Całkiem niedawno pisałam o rumuńskiej powieści Cristiana Teodorescu "Medgidia, miasto u kresu", zapowiadając jednocześnie książkę, o której będzie dzisiaj. To kolejna rumuńska lektura, "Matei Brunul" Luciana Dana Teodorovici (Amaltea 2014; przełożyła Radosława Janowska-Lascar). Powieść została na polskim rynku zauważona, znalazła się w półfinałowej czternastce Angelusa. Na początku września poznamy finałową siódemkę, trzymam kciuki. Od razu napiszę, że książkę przeczytać trzeba, ale jednocześnie z góry uprzedzam, że nie jest to lektura  przyjemna, chociaż czyta się ją z zapartym tchem.

Bohater, tytułowy Matei Brunul, a właściwie Bruno Matei, po matce Włoch, po ojcu Rumun, aktor teatru lalkowego, który wiedzę o marionetkach zdobywał na Sycylii, zostaje pod koniec lat czterdziestych aresztowany pod sfingowanym zarzutem. Kto zetknął się z literaturą rumuńską, kto zna choć trochę historię tego kraju, ten wie, jak wyglądały czasy stalinowskie w Rumunii i jakie metody resocjalizacji stosowano w rumuńskich więzieniach. Spora część książki to opowieść o dziesięciu latach spędzonych przez Bruna za kratami. Od aresztowania, które, jest pewien, nastąpiło przez pomyłkę, przez śledztwo, wymuszanie zeznań, proces, a wreszcie tułaczkę po obozach pracy i więzieniach. Chociaż autor nie epatuje okrucieństwem ponad miarę, nie da się uniknąć opisu tortur, poniżania, upadlania, katorżniczej pracy, potwornych warunków, obrzydliwego żarcia. Z drugiej strony więzienne rozdziały to fascynująca opowieść o człowieku, który próbuje przetrwać, stosując rozmaite strategie. Najpierw chwyta się nadziei, że wkrótce wszystko się wyjaśni i będzie wolny, potem przeciwnie, żyje chwilą, z dnia na dzień, nie pozwalając sobie na marzenia o wolności. Próbuje zawierać więzienne przyjaźnie, ale kiedy z różnych powodów prowadzi to do nieszczęścia, pogrąża się w samotności i milczeniu. Czasami ratunkiem bywają wspomnienia, rozmyślania o marionetkach, jego życiowej pasji, przywoływanie opowieści z dzieciństwa, zapamiętanych legend i mitów. Paradoksalnie nie tortury, katorżnicza praca czy parszywe warunki są najgorsze. Najtrudniej jest pogodzić się z ostracyzmem i pogardą ze strony towarzyszy niedoli, jakich w wyniku fałszywych pomówień Bruno doświadcza w jednym z więzień. Mimo tego że znalazł się na dnie piekła, mimo tego że, jak mówi, zło rozlało się nad światem, mimo braku nadziei, nigdy nie utracił człowieczeństwa. Kiedy teraz, dzieląc się swoimi refleksjami, znowu myślę o powieści, dochodzę do wniosku, że, co może brzmieć jak paradoks, to właśnie w więziennych rozdziałach książki jest więcej optymizmu. Chociaż początkowo może się wydawać, że będzie inaczej.

Bo kiedy poznajemy Brunula, nie Bruna, ale właśnie Brunula, jest już wolny. Ma gdzie mieszkać, ma pracę, ma z czego żyć, ma nawet przyjaciółkę Elizę. Odbył karę, odpokutował, teraz dostał szansę, aby stać się nowym człowiekiem, pożytecznym dla partii, kraju i społeczeństwa. Przynajmniej tak przekonuje go jego nowy przyjaciel i opiekun, funkcjonariusz służby bezpieczeństwa. A jednak im dalej, tym mroczniej. Świat poza więziennymi murami jest może nawet straszniejszy, bo o duszę Brunula toczy się walka, walka, w której jest właściwie bez szans, bo stracił pamięć. Jego ostatnie wspomnienia pochodzą z czasów, kiedy miał szesnaście lat. Może to dobrze, że nie pamięta więzienia? Ale Brunul właściwie nie wie, kim jest. Utracił swoją przeszłość, swoje wspomnienia, swoją historię, swoją tożsamość. Nie tylko osobistą, ale też narodową, społeczną. Jest bezbronny, podatny na manipulację, można mu wmówić wszystko, dlatego staje się obiektem makiawelicznego eksperymentu. Partia próbuje stworzyć nowego człowieka, bez pamięci, bez przeszłości, za to  użytecznego i wiernego socjalistycznej ojczyźnie. Jest jak marionetka w rękach swojego przyjaciela-opiekuna, funkcjonariusza służby bezpieczeństwa. Ale każda marionetka, tego nauczyli Bruna jego mistrzowie z Sycylii, ma swoją duszę. Czy Brunulowi uda się ją odnaleźć? Czy odzyska wolność? Czy będzie chciał ją odzyskać? Czy w ogóle podejmie taką próbę? Żeby jej pragnąć, trzeba mieć świadomość, że się jest niewolnikiem. Poza murami więzienia wcale nie żyje się lepiej. Człowiek skazany jest na samotność, na milczenie. Nie wie, komu ufać, kto wróg, a kto przyjaciel, kto kłamie, a kto mówi prawdę. Trzeba nie lada sprytu i zręczności, aby umiejętnie poruszać się w takim świecie. Nowa, socjalistyczna Rumunia to więzienie. Tym gorsze, że bezterminowe. Co robić? Jak przetrwać? Uciekać? Zapomnieć i dostosować się? Czy przeciwnie, pamiętać? Pielęgnować swoją duszę? Nie ma dobrego wyjścia. No bo co to za życie bez pamięci, bez tożsamości? A z drugiej strony świadomość potęguje tragizm, sprawia, że życie staje się nie do wytrzymania. Zakończenie powieści jest zaskakujące i bardzo niejednoznaczne. Można je różnie interpretować. Mnie przytłoczyło, poddałam się wersji pesymistycznej.

Wartością powieści są też znakomite portrety psychologiczne Bruna i jego opiekuna. Tylko Eliza pozostaje zagadką. Jaka jest naprawdę? Co nią kieruje? Jakie są jej intencje? To autor pozostawia interpretacji czytelnika. Kolejną zaletą powieści jest to, że po prostu wciąga. Akcja prowadzona dwutorowo, na dwóch planach czasowych, wzmaga ciekawość. No i chwilami zaskakuje. "Matei Brunul" to książka nie tylko bardzo ciekawa, taka, dla której warto zarwać noc, ale przede wszystkim ważna.