Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 27 września 2017
"Ptaki śpiewają w Kigali"

Na najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego czekałam, od kiedy tylko reżyserska para zaczęła opowiadać o swoich planach, a było to dobrych kilka lat temu. Jestem wielką admiratorką ich twórczości, to po pierwsze, a po drugie temat żywo mnie interesuje. Choroba reżysera, zbieranie funduszy sprawiły, że projekt się przeciągał, a w międzyczasie zmieniła się też koncepcja filmu. Początkowo scenariusz miał być oparty na opowiadaniu Wojciecha Albińskiego. W pierwszej wersji drugim głównym bohaterem, oprócz Claudine, był mężczyzna. Wyszłaby z tego jeszcze jedna opowieść o miłości w czasach zagłady. Dlatego dobrze się stało, że tamten pomysł uległ zmianie. Teraz dostaliśmy uniwersalny film o wychodzeniu z traumy, o przyjaźni, o próbie zrozumienia tego, co się stało, i staraniach, aby zacząć nowe życie po apokalipsie. Film wyciszony, nieepatujący makabrą, o bardzo klarownej, czystej formie, pięknie fotografowany. "Ptaki śpiewają w Kigali" to całkowite przeciwieństwo "Wołynia" Smarzowskiego - nie oglądamy samego ludobójstwa, aktów przemocy. Dlatego też obie aktorki, Jowita Budnik i Eliane Umuhire, grają oszczędnie, są wyciszone, tylko czasami dają upust emocjom. Historia bohaterek jest tylko zarysowana, wiele pozostaje w sferze domysłu, z czasem niektóre wątki zostają dopowiedziane. Na pewno będą widzowie, których film znudzi wolnym tempem i zniechęci oszczędnymi środkami wyrazu. A ja mam kłopot, bo z jednej strony wyciszenie, czystość, klarowność i oszczędność formy zrobiły na mnie wrażenie, sprawiły, że film został ze mną, z drugiej jednak spowodowały, że tę dramatyczną historię oglądałam na chłodno. Nie wzruszyłam się, nie przeżyłam jej, nie doznałam wstrząsu. Chyba jednak nie o to chodziło. Zastanawiam się, czy opowieść, która w zamyśle twórców, ma być ostrzeżeniem przed nienawiścią prowadzącą do przemocy i tragedii, przekona nieprzekonanych, czyli widzów, którzy nie zastanawiają się nad takimi sprawami. Mam jeszcze inną uwagę - moim zdaniem w kilku miejscach nie udało się uniknąć schematycznych rozwiązań. Mimo zastrzeżeń uważam, że film należy obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 20 września 2017
"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 13 września 2017
"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

środa, 06 września 2017
Sabri Louatah "Dzikusy. Francuskie wesele" (tom I)

Skuszona szumem medialnym w poważnej prasie sięgnęłam po książkę francuskiego pisarza Sabriego Louataha „Dzikusy. Francuskie wesele” tom I (W.A.B. 2017; przełożyła Beata Geppert). Gdyby nie wywiad w Gazecie Wyborczej o autorze nie  wiedzielibyśmy wiele, nawet na stronie wydawnictwa nie ma żadnej (!) informacji, co uważam za skandal. Nie dowiemy się również z rzeczonej strony, ile tomów liczy całość. Dopiero w Wikipedii i wspomnianym wywiadzie znalazłam, że cztery. W tym miejscu muszę pozwolić sobie na złośliwość, na którą od dawna mam ochotę – odkąd W.A.B. stało się częścią Grupy Wydawniczej Foksal, ich strona internetowa jest po prostu beznadziejna! Ale wróćmy na chwilę do autora – Francuz kabylskiego pochodzenia, mieszka w Stanach i do Francji nie zamierza wracać, „Dzikusy” to jego debiut. Kolejną powieść pisze już po angielsku.

Kim są Kabylowie? Przyznam, że nie miałam pojęcia, ale od czegóż internet. Jest to jeden z narodów berberyjskich zamieszkujący między innymi tereny północno-wschodniej Algierii. Warto dodać, że Kabylowie nie są Arabami i uważa się ich za rasę białą. Często to blondyni o niebieskich oczach. Oczywiście dla Francuzów ten fakt nie ma znaczenia, w powszechnej świadomości są kimś gorszym, skoro pochodzą z Algierii. Wrzuca się ich do jednego worka z Arabami albo wręcz z nimi myli. O tym opowiada Louatah we wspomnianym wywiadzie, o tym jest powieść. Bo jej bohaterami są przede wszystkim właśnie Kabylowie – kabylski ród Narruszów.

Akcja pierwszego tomu rozgrywa się w ciągu jednej sobotnio-niedzielnej doby głównie w Saint-Etienne, robotniczym mieście w centralnej Francji, potem w Paryżu. Atmosfera jest niezwykle gorąca, dla rodu Narruszów podwójnie – przygotowują się do wesela jednego z kuzynów, a w niedzielę odbywa się druga tura wyborów prezydenckich. Wyborów historycznych, bo zmierzą się w nich Sarkozy i Szawisz, reprezentujący centrolewicę kandydat pochodzenia algierskiego, ściślej kabylskiego właśnie, oczywiście postać fikcyjna. Nic dziwnego, że cała Francja oszalała. W niedzielę na ulice wylegną tłumy jego zwolenników, aby na żywo albo na telebimach śledzić poczynania swojego kandydata. Do lokali wyborczych ustawią się długie kolejki. Podobno to właśnie Louatah, a nie Houellebecq, wpadł pierwszy na pomysł, aby kandydatem na prezydenta Francji uczynić muzułmanina, nierodowitego Francuza. Chociaż Szawisz muzułmaninem jest raczej z tradycji. Skończył najlepszą francuską uczelnię, jest ateistą. Czy ostatecznie wybory wygra, tego z pierwszego tomu się nie dowiemy.

Trzeba przyznać, że powieść znakomicie się czyta. Na pewno wpływ na to ma filmowa konstrukcja. Naprzemiennie śledzimy różne wątki, przyglądamy się różnym bohaterom. Nie od razu wiemy, kto jest kim, co go łączy z rodem Narruszów, ale domyślamy się, że losy wszystkich splotą się ze sobą w odpowiednim momencie. Sceny zmieniają się szybko, jak w kalejdoskopie. Napięcie podbija jeszcze to, że niemal każdy rozdział zaczyna się od podania dokładnego czasu. Od razu czujemy, że coś się musi zdarzyć. Przyjemność sprawia też podglądanie członków rodu. A rodzina to rozległa. Na jej czele stoi seniorka – babka. Potem są jej liczne dzieci i wnuki. To właśnie jeden z nich, Slim, żeni się z arabską dziewczyną, której rodzina pochodzi z Algierii. Między Kabylami i Arabami nie ma zgody. Obie nacje za sobą nie przepadają, co ma wpływ na weselną atmosferę. Każda z rodzin gardzi tą drugą. Nie podobają się stroje, muzyka, kuchnia. Rodzina panny młodej, która przygotowuje uroczystość, złośliwie sadza Narruszów przy stołach znajdujących się z boku. Dla nich to oczywiście despekt. Didżej gra tylko arabskie piosenki, zapominając o kabylskich. To też nie może się podobać.

Losy członków rodu Narruszów układają się różnie. Pokolenie rodziców wykonuje najczęściej proste prace - to kierowcy autobusów, robotnicy, opiekunki w żłobku. Nie skończyli studiów, mieszkają w gorszych dzielnicach, nie są zamożni, ale trudno ich nazwać biednymi. Wielkie znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, trzymają się razem, ale nie są specjalnie religijni. Inaczej wygląda sytuacja ich dzieci. W tym pokoleniu są już studenci, biznesmeni, a jeden z kuzynów został aktorem – gra główną rolę w popularnym telewizyjnym serialu. Jednym z ważniejszych bohaterów jest Karim, kuzyn pana młodego. To o nim dowiadujemy się najwięcej, jego portret jest najgłębszy. Chodzi jeszcze do szkoły. Nie ma łatwego charakteru. Prowadzi jakieś podejrzane interesy, nie stroni od narkotyków, przysparza matkę o ból głowy. W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwym chłopakiem. Ma słuch absolutny, ale porzucił muzykę. Na jego życiu położyły się cieniem dwa zdarzenia – śmierć ojca i zawód miłosny. Zakochał się w niewłaściwej dziewczynie – z bogatego, francuskiego domu. Za wysokie progi - Karim mógł być jej kumplem, ale nie obiektem miłosnych uniesień. Przyznam, że jego portret wydał mi się dość stereotypowy, przewidywalny. I taka jest cała powieść, a właściwie pierwszy tom – sprawnie napisany, ale trudno powiedzieć, aby diagnoza francuskiego społeczeństwa była jakoś szczególnie odkrywcza. Znacznie więcej interesujących spostrzeżeń znalazłam w wywiadzie, do którego już  kilkakrotnie się odwoływałam. Zresztą autor nie ukrywa, że zależało mu na komercyjnym sukcesie. Nie należy jednak zapominać, że to dopiero część pierwsza. Może kolejne wyjdą poza stereotypy. Oczywiście czekam na ciąg dalszy. Nie ukrywam, że bardzo jestem ciekawa, co się wydarzy.

PS. Tak się dziwnie złożyło, że kiedy przeczytałam powieść, ze zdumieniem odkryłam, że w moim mieście w Muzeum Etnograficznym jest wystawa poświęcona ... Kabylom. Czym prędzej pobiegłam. Chociaż niewielka, to bardzo ciekawa.