Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 30 października 2013
"Ida" Pawła Pawlikowskiego
Na szczęście nie trzeba było długo czekać na "Idę" Pawła Pawlikowskiego. Tym filmem reżyser wychowany i wykształcony w Anglii wraca do Polski. Nie będę udawać, że znam jego twórczość. Widziałam tylko "Kobietę z piątej dzielnicy", która podobała mi się raczej średnio. Ale na "Idę" trudno było nie czekać. Kiedy tyle się o filmie mówi, oczekiwania szybują w górę i łatwo się rozczarować. Odrobinkę się tego obawiałam, ale oczywiście niepotrzebnie. Przed premierą tak głośną trudno zupełnie uniknąć medialnego szumu, choćby człowiek najbardziej się starał. Wspominam o tym dlatego, aby przywołać tu usłyszane przeze mnie słowa jednego z krytyków filmowych, które trafnie "Idę" charakteryzują. To, co w "Pokłosiu" Pasikowskiego zostało wykrzyczane, powiedział ów krytyk, w filmie Pawlikowskiego zostało wypowiedziane ściszonym głosem. Oba filmy dotykają tego samego problemu, Holokaustu, ale w jakże inny sposób. W tym pierwszym opowieść dotyczy zbiorowości, tu mamy los indywidualny. Może stąd to wyciszenie, wręcz asceza? A może taki sposób opowiadania bardziej odpowiada temperamentowi reżysera? "Ida" jest całkowicie zanurzona w klimacie lat sześćdziesiątych. Nie dość, że czarno-biała, to jeszcze nakręcona na wąskiej taśmie, rzecz dziś w kinie niespotykana. Okraszona muzyką z tamtych lat, trochę jazzu, nostalgiczne brzmienie saksofonu, trochę popularnych przebojów. Puste, klarowne, czasem wręcz geometryczne kadry, od czasu do czasu ujęcia z góry. Surowy, zimowy, bezludny krajobraz. Skojarzenia z kinem szkoły polskiej jak najbardziej uprawnione. Melancholia i smutek podszyty grozą. Najważniejsza jest jednak historia, straszna, ale opowiadana chłodno. Bardziej domyślamy się, niż poznajemy emocje bohaterek. Szczególnie zagadkową, enigmatyczną postacią jest tytułowa Ida. Równie ważne są relacje między nią a jej ciotką Wandą. Lakoniczność filmu Pawlikowskiego kojarzy mi się z oszczędnym sposobem opowiadania Hanny Krall, tak charakterystycznego dla jej książek. Tyle tytułem wstępu. Kończę oczywistym stwierdzeniem, że "Idę" zobaczyć trzeba koniecznie. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego.
środa, 23 października 2013
"Życie Adeli: rozdział 1 i 2"
Trudno było nie pójść na "Życie Adeli: rozdział 1 i 2" Abdellatifa Kechiche. Nie tylko Złota Palma w Cannes, nagrody dla obu aktorek tamże, ale i świetne recenzje. Przyznam, że trochę obawiałam się tych trzech godzin. Chociaż jestem zapaloną kinomanką i długie filmy mi nie straszne, to jednak tak długi obraz to dzisiaj rzadkość. Obawy okazały się niepotrzebne, nawet nie wiem, kiedy upłynął czas spędzony w kinie. Przyznam, że zdumiewa mnie, na czym polega siła tego w gruncie rzeczy skromnego filmu. To werystyczna obserwacja życia, zwyczajnych ludzi, zwyczajnych zdarzeń. Kamera nie upiększa, pokaże każda zmarszczkę, każdą fałdkę, każdy pryszcz, każdą głupią minę, każdy fizjologiczny odruch. Teraz, kiedy to napisałam, zastanawiam się, czy użyłam właściwych słów. Bo przecież dla głównej bohaterki, tytułowej Adeli, to lata niezwykle burzliwe. Poszukiwanie tożsamości, odkrywanie siebie, przełamywanie lęków, próba. Jakby nie było, film pokazuje codzienność. Może to jest to najwłaściwsze słowo. Wrócę jeszcze raz do mego pytania: gdzie tkwi siła "Życia Adeli"? Na pewno w prawdzie, w emocjach, we wzruszeniu, ale może przede wszystkim w aktorstwie. Adele Exarchopoulos ma moc magnetyczną. Trudno oderwać od niej oczy. Gra delikatnie, subtelnie, gestem, mimiką, westchnieniem, kamera często pokazuje zbliżenie jej twarzy. Lea Seydoux, filmowa Emma, to jej przeciwieństwo, też świetna. Jej bohaterka drażni i uwodzi jednocześnie (widza również). To tyle tytułem wstępu. Nie ma sensu pisać o treści, pewnie każdy zna temat, jako że film zyskał rozgłos z powodu mocnych scen erotycznych, niektórzy twierdzą nawet, że pornograficznych. Dlatego w tej części to wszystko, a ciąg dalszy dla tych, którzy "Życie Adeli" już widzieli.
środa, 16 października 2013
Michał Książek "Jakuck"

"Jakuck" Michała Książka (Czarne 2013) to książka, która wyrasta z pasji, z fascynacji miejscem, jego kulturą, językiem, przeszłością, dniem dzisiejszym, przyrodą i wreszcie zamieszkującymi je ludźmi. Użyłam słów pasja i fascynacja, a może właściwsze byłoby słowo miłość, no ale ponieważ brzmi dość egzaltowanie, niech zostaną dwa pierwsze. Czytając ten reportaż z dalekiej, skutej lodem, zmrożonej mrozem, zasypanej śniegiem Jakucji, chwilami odnosiłam wrażenie, że autor pisze dla siebie, nie oglądając się na czytelnika. Szczególnie wtedy, kiedy drobiazgowo, ulica po ulicy, zaułek po zaułku, dom po domu kreśli obraz Jakucka. Albo kiedy opowiada o ptakach. Nie ukrywam, że czasami nadużywał mojej cierpliwości. Początkowo nie mogłam się też przekonać do rozbudowanego słownika języka jakuckiego. Z czasem jednak zrozumiałam, że poznając znaczenie słów, poznajemy mentalność, kulturę Jakutów (a właściwie Sacha, jak nazywają siebie), poznajemy miejsce. Łatwo zgadnąć, dlaczego na określenie śniegu, zimna czy lodu znajdziemy w tym języku nie jedno słowo, ale kilka. Ale dlaczego podobnie jest ze słowem miejsce? Objaśnienia wyrazów to w wykonaniu autora mini opowieści, które z czasem doceniłam i czytałam z ciekawością. Podobnie było z całą książką. Początkowy opór zastąpiło zaciekawienie, ba, Książek wciągnął mnie w swój świat. Aż w końcu nie mogłam się oderwać od opisu zmrożonego miasta, starych, drewnianych domów (dieriewiaszek), których w Jakucku coraz mniej, bo, jak wszędzie, zastępują je betonowe bloki, od prowadzonych przez autora poszukiwań śladów po chacie Wacława Sieroszewskiego, od relacji z odbytej w tym celu podróży do wiosek położonych na północ od Jakucka. Z otwartymi ustami czytałam o przeprawach przez skutą lodem Lenę pieszczotliwie zwaną Babcią, o zimowej wyprawie na północ w roli pomocnika kierowcy ciężarówki  (od takiej ciężarówki zależy zaopatrzenie odległych wiosek), o wilkach czy o obyczajach mieszkańców. Długo tak jeszcze mogłabym wymieniać. Michał Książek swoimi drobiazgowymi opisami i opowieściami sprawił, że zaczęłam sobie wyobrażać miasto, rzekę, wszechogarniającą pustkę przestrzeni, biel śniegu, ciemności i mgłę, przez którą ludzie gubią się we własnym mieście. Dotkliwy mróz nie pozwalał złapać oddechu, a ból grubo obutych nóg walczących ze skutą lodem i śniegiem ziemią nie dawał o sobie zapomnieć. Mogę zachwycać się tym światem, ale wiem jedno: on nie dla mnie. Nie dla mnie ciemności panujące przez wiele miesięcy, szarość, brak kolorów, nie dla mnie grubaśne stroje, nie dla mnie ponad czterdziestostopniowy mróz, śnieg, wiatr i lód!!! Zima to pora roku, której nienawidzę, czuję, że kradnie mi rok w rok kilka miesięcy z życia, więc nie wyobrażam sobie, jak można egzystować w miejscu, w którym zaczyna się już we wrześniu, a kończy w maju. A autor tej książki potrafi! Spędził w Jakucji kilka lat, studiował tam, uczył się języka, poznawał kulturę i historię, założył rodzinę, podróżował, szukał śladów polskich zesłańców (szczególnie wspomnianego już Sieroszewskiego), którzy często wnieśli wiele do kultury tej lodowej krainy. A tym, co zobaczył, co przeżył, czego się dowiedział, dzieli się z czytelnikiem.

Reportaż Michała Książka rozpoczyna się jesienią 2008 roku, a kończy wiosną roku 2009, no a w środku jest nieubłagana zima. Autor na przemian opisuje miejsca, przyrodę, swoją codzienność, wyprawy, opowiada o historii tej części Syberii, o jej mieszkańcach, ich obyczajach, kulturze i życiu. Pisze o tym, jaki wpływ na ich egzystencję ma niemal wieczna zima, a jak odcisnęła się na nim Rosja, a potem Związek Radziecki. Jak chronili swój język, kulturę, tradycję, swoją odrębność. Uświadamia, że Jakucja to nie tylko Jakuci, ale także Eweni, Ewenkowie i inni. Ale przede wszystkim sprawia, że Jakuck, Jakucja, Jakuci przestają być pustymi nazwami, zyskują swoje desygnaty, już nie są białą (nomen omen) plamą na mapie, a miejscem konkretnym, chociaż oddalonym od nas tysiące kilometrów. A przecież Jakucja nie jest na Syberii jedyna. Czytając reportaż Michała Książka, możemy zrozumieć, jak wielki to obszar, ciekawy i nieznany. A wszystko zaczęło się od młodzieńczej fascynacji Sieroszewskim. Na półkach w domu rodzinnym autora stał komplet jego dzieł, które jako dziecko czytał. Po latach ta literacka fascynacja zawiodła go do Jakucji, tropem idola, który tam spędził lata zsyłki, przeżył wiele chwil strasznych, ale miał też na swoim koncie niejedną prawdziwą przygodę, a w końcu pokochał ten kraj i tych ludzi (nie on jeden). Zazdroszczę autorowi, że udało mu się zrealizować młodzieńcze marzenie.

Kończę zapewnieniem, że książkę warto przeczytać, chociaż trzeba mieć świadomość, że lektura momentami wymaga skupienia i kontemplacji. Ale znajdziemy równie wiele fragmentów trzymających w napięciu czy po prostu zabawnych. Przede wszystkim jednak całość jest po prostu zajmująca. I jeszcze jedno. Wysłuchałam w radiu arcyciekawej rozmowy z autorem "Jakucka". Michał Książek wydał mi się człowiekiem niezwykle interesującym, refleksyjnym i głębokim. Pewnie niejednym doświadczeniem czy przemyśleniem mógłby się jeszcze z czytelnikiem podzielić.

niedziela, 13 października 2013
"Chce się żyć"

"Chce się żyć" Macieja Pieprzycy wchodzi na ekrany kin w glorii chwały. Sukcesy na festiwalach w Montrealu i w Gdyni, na obu nagrody publiczności, niemilknące owacje po seansach, zachwyty nad rolą Dawida Ogrodnika, opowieści o tym, ile aktor musiał z siebie dać, aby wcielić się w Mateusza. Jak wieść niesie, widzowie płaczą, a film działa jak katharsis i sprawia, że chce się żyć. Początkowo i ja poddałam się tej euforii, wszak miło słyszeć, że polski film triumfuje w szerokim świecie. Później jednak przyszło otrzeźwienie. Nie lubię w kinie łatwych wzruszeń, nie lubię filmów z łatwym happyendem, nie lubię filmów w stylu hollywoodzkim o tym, jak w końcu po licznych przeszkodach dobro albo sprawiedliwość triumfują, a uciemiężony bohater żyje długo i szczęśliwie, nie lubię filmów, które zagłaskują i upiększają rzeczywistość. Do dziś nie rozumiem zachwytów nad "Pięknym umysłem", który mnie nie tylko rozczarował, ale i zirytował (powtarzam się, już tu o tym pisałam przy okazji poruszającego "Lęku wysokości" Bartosza Konopki), nie poszłam na "Nietykalnych",  nie poszłam też na kilka innych filmów zrobionych według takiego schematu. Ale "Chce się żyć" postanowiłam jednak zobaczyć chociaż podszyta sporą dawką nieufności i ... zaciekawienia. To drugie pojawiło się po wysłuchaniu wymiany zdań dyskutantów Tygodnika Kulturalnego w TVP Kultura (świetny program; nie po raz pierwszy polecam).  Film Pieprzycy jednogłośnie obwołali wydarzeniem tygodnia, mimo że i oni deklarowali swoją nieufność do tego typu produkcji. Nic dziwnego, że chciałam sprawdzić, jak zareaguję. Powiem więcej, nabrałam nawet nadziei, że będzie dobrze.

Po przydługim wstępie czas przejść do meritum. Film rzeczywiście jest bardzo dobry. Świetnie się go ogląda, nie jest nadmiernie czułostkowy, nie epatuje litością dla głównego bohatera ani smutkiem. Zamiast tego dostajemy ironiczny komentarz z offu i pogodny nastrój. Chwilami film jest nieodparcie śmieszny. Scena otwierania paczki od wuja z Niemiec (więcej zdradzić nie mogę), to jedna z najśmieszniejszych scen filmowych, jakie pamiętam. Od razu przypomniało mi się "Pali się moja panno" Menzla. Tam też mam swoje ulubione pięć minut (kiedy ze stołu znika szynka). O świetnym aktorstwie nie muszę wspominać. Nie tylko Dawid Ogrodnik, także Kamil Tkacz w roli młodego Mateusza, Dorota Kolak, Arkadiusz Jakubik i inni. Ale ... No właśnie, jest przecież jakieś ale. Oglądając film, nie mogłam pozbyć się głosu nieufności. Myślałam sobie, jest fajnie, ale co dalej, czym mnie ten film zaskoczy, kiedy zacznę ryczeć jak bóbr, gdzie to katharsis. Wzruszenie nadeszło, ale niejednokrotnie wzruszałam się bardziej. Katharsis nie przeżyłam, film mnie jakoś nadmiernie nie poruszył, pozwolił zasnąć, nie dał specjalnie do myślenia, niczym nie zaskoczył. Nie mogę też powiedzieć, aby sprawił, że chce się żyć. Wrodzony realizm, przez niektórych zwany pesymizmem (ale to nieprawda), od razu kazał mi zwrócić uwagę na to, co niemiłe. Owszem, dla Mateusza historia kończy się szczęśliwie. Odkąd dostrzeżono w nim człowieka, traktuje się go jak ... człowieka. A inni? Jego koledzy? Chłopak z wodogłowiem i ten drugi równie głęboko upośledzony? Im się nie należy ładny pokój? Ich dalej można traktować jak nie-ludzi? Cóż, oni pozostaną w obskurnej sali, będą karmieni na leżąco, a jeśli trzeba będzie, to usunie im się przednie zęby, a ksiądz powie im tylko, że Bóg ich kocha. Takie niewesołe refleksje, zamiast oczyszczającego katharsis, wywołał we mnie film Pieprzycy.

Kończę konkluzją, że "Chce się żyć" to film bardzo dobry, ale nie należy zapominać, że jednak mainstreamowy. Ja chyba  oczekiwałam od niego zbyt wiele.

środa, 09 października 2013
Amos Oz "Wśród swoich"

Stary, dobry Amos Oz. Znowu po niego sięgnęłam. Tym razem po najnowszy zbiór opowiadań "Wśród swoich" (Rebis 2013; przełożył Leszek Kwiatkowski) zbierający bardzo dobre recenzje. Zresztą w wypadku Oza za nic mam głosy krytyków, po prostu ich nie słucham, jako że kocham go wielką czytelniczą miłością. A opowiadań byłam ciekawa tym bardziej, że poprzedni zbiór, "Sceny z życia wiejskiego", po prostu mnie zachwycił. Doskonale pamiętam, że wysmażyłam tu pean na jego cześć pisany niemal w natchnieniu, świadectwo ekstazy jakiejś ogromnej. Trochę ironizuję, ale nie jestem daleka od prawdy. Wtedy miałam wrażenie, że obcuję z literaturą delikatną, lekką jak puch, melancholijną, a nawet smutną, dotykającą tajemnicy ludzkiej egzystencji w sposób niezwykły. Co tu dużo mówić, po prostu wielką. "Wśród swoich" to powrót do tamtego pomysłu, tonu, nastroju. Podobna konstrukcja, podobny temat, tylko miejsce akcji inne. I jeszcze jedna różnica: to proza całkowicie realistyczna. W tamtym tomie pojawiły się dwa (a może nawet trzy) opowiadania nie do końca spełniające kryteria realizmu. Podobnie jak "W scenach z życia wiejskiego" dostajemy tu zbiór opowieści, których akcja rozgrywa się w jednym miejscu. Niby każda stanowi odrębną całość, każda jest historią kogoś innego, ale w kolejnych rozdziałach ci, którzy byli na pierwszym planie w jednym z poprzednich opowiadań, wracają gdzieś w tle albo wręcz partnerują komuś innemu. Każda historia znajduje też jakieś domknięcie w jednym z następnych rozdziałów. W kilku zdaniach, gdzieś mimochodem, narrator, mieszkaniec kibucu Jikhat, w którym toczy się akcja, informuje o tym, co się wydarzyło. Tak jakby plotkował, opowiadał komuś o swoich sąsiadach. 

Amos Oz wraca w swojej ostatniej książce ponownie do tematyki kibucowej, jak w dwóch powieściach sprzed lat: "Spokój doskonały" i "Może gdzie indziej". Akcję umieścił w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy ruch kibucowy wciąż jeszcze był wierny swoim ideałom. Sam mniej więcej w tamtych latach, po śmierci matki i konflikcie z ojcem, zamieszkał w kibucu i żył w nim długi czas. Miejsce nie jest tu bez znaczenia. Dlaczego? Bo w kibucu żyje się kolektywnie, we wspólnocie, bardzo blisko innych członków społeczności. Dom przy domu, ściana przy ścianie. Nawet posiłki jada się wspólnie w stołówce. Wspólne są też rozrywki, wspólnie rozwiązuje się problemy, często te najintymniejsze, jeśli tylko wyjdą na światło dzienne, a zazwyczaj wychodzą, bo przecież tu każdy o każdym wszystko wie. Wydawałoby się, że w takiej wspólnocie nikt nie może czuć się samotny. Okazuje się jednak, że samotność potrafi zagnieździć się wszędzie. Nawet tutaj. Podobnie jak nieszczęśliwa miłość, zawiedzione uczucie, zdrada. To bardzo smutne opowiadania. Nie ma tu może antycznych tragedii, jest taki zwykły, codzienny smutek i codzienne nieszczęście. Da się z tym żyć, ale ciężar samotności i niezrozumienia uwiera. Ból istnienia w najczystszej postaci. Jest samotna kobieta i samotny mężczyzna, coś ich do siebie przyciąga, ale nie potrafią przekroczyć niewidzialnej bariery. Jest mąż, który odszedł do innej. Jest ojciec niepotrafiący się pogodzić z tym, że jego osiemnastoletnia córka zamieszkała ze swoim nauczycielem, który zmienia kobiety jak rękawiczki. Jest młody chłopak umieszczony w kibucu przez opiekę społeczną, który pragnie stać się jednym z nich, ale bezskutecznie. Jest mały, nieszczęśliwy chłopczyk dręczony przez dzieci z dziecińca. Tak bardzo pragnie ciepła rodziców. Jest jego ojciec, który ze wszystkich sił chce ochronić swojego synka. Jest mądra, samodzielna, silna kobieta, która ucieka od męża. I samotny mężczyzna niemający odwagi albo refleksu, aby sięgnąć po swoją szansę. I chłopak, który pragnie się stamtąd wyrwać, ale nie ma sił, aby zostawić najbliższych. I wreszcie stary, chory, samotny mężczyzna, który za wszelką cenę chce się czuć potrzebny. Takie to historie, zwyczajne, jak w życiu, jak wszędzie wokół nas. Czasem rozgrywają się na widoku, czasem w zakamarkach duszy. Jedno je łączy: cierpienia nie sposób dzielić z kimś innym. Nikt, nawet gdyby najbardziej chciał, nie jest w stanie wziąć go na siebie. Tym nie można się podzielić.

Tak jak w "Scenach z życia wiejskiego" to, co najważniejsze, rozgrywa się gdzieś pomiędzy słowami. I tylko czasem narrator rzuca czytelnikowi, a może słuchaczowi?, jakieś zdanie, które trafia w sedno. Że miłość to plaga, bo trudno się przed nią obronić, a zwykle prowadzi do nieszczęścia. Że jest na nią większy popyt niż podaż. Że kibuc wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nic nie poradzi na samotność. Cóż, jak się okazuje, żadna wspólnota przed nią nie ochroni.

Amos Oz jak zwykle nie zawodzi. Najnowszy tom jego opowiadań to książka bardzo prawdziwa, bardzo smutna i bardzo piękna. Przyznam jednak, z lekką nutką żalu, że nie udało mi się przeżyć ponownie takiego czytelniczego olśnienia, jakie towarzyszyło mi w czasie lektury " Scen z życia wiejskiego". Czy tamte opowiadania były po prostu jeszcze lepsze? Czy może teraz czas mniej sprzyjał skupieniu? Może jedno i drugie? Tak czy owak Amos Oz jest zawsze wart lektury. Jak zwykle, kiedy o nim piszę (który to już raz?), gorąco namawiam do spotkania z jego książkami. Wszystkimi, nie tylko tą ostatnią.

PS. Trwa sezon noblowski. Wkrótce poznamy laureata w dziedzinie literatury. Od dawna uważam za skandal, że dotąd ani Amos Oz, ani mój drugi ukochany pisarz, Philip Roth, nagrody nie dostali. Czy tym razem też tak będzie?

środa, 02 października 2013
Małgorzata Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew"

Kiedy tylko zobaczyłam na stronie wydawnictwa zapowiedź tej książki, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nazwisko autorki niewiele mi mówiło, ale to jeden z moich tematów. Odkąd zachwyciłam się powieściami Eginalda Schlattnera, "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki", staram się czytać wszystko, co rumuńskie i o Rumunii. Nie ma tego wiele, a pewnie też nie wszystko trafia mi w ręce. Tymczasem książka Małgorzaty Rejmer od razu stała się głośna, omówienia, wywiady, recenzje i zachwyty (w każdym razie ja nie natknęłam się na głosy krytyczne). Medialny szum sprawił, że natychmiast kupiłam i niemal natychmiast przeczytałam, co nie zawsze się zdarza, bo świeże książki muszą odstać swoje na półce,  czasem krócej, czasem dłużej. A po lekturze dołączyłam do grona admiratorów. Dlaczego? To proste, książka jest nie tylko bardzo ciekawa, momentami poruszająca, nawet wstrząsająca, momentami śmieszna, jeszcze w innych miejscach anegdotyczna, ale też świetnie napisana. Znać, że autorka ma talent nie tylko reporterski, ale i literacki. Sprawdziłam i już wiem, że kilka lat temu debiutowała powieścią "Toksymia" nominowaną do Nagrody Literackiej Gdynia. Stąd pewnie styl pełen literackich ozdobników, bliższy literaturze pięknej niż reportażowi, językowe stylizacje i zabawa formą. Raz będzie to opowieść o Nikolae Ceausescu napisana jak baśń, innym razem rozdziały, którym bliżej do opowiadań czy ludowych przypowiastek niż rasowych reportaży. Czasem bohater staje się jednocześnie narratorem, a rozdział o rumuńskiej rewolucji, której właściwie nie było (dlaczego, nie będę zdradzać), został napisany w formie klasycznego dramatu z chórem. Nawet tytuły rozdziałów, i podtytuł też, podporządkowane są literackiemu zamysłowi."Krew i kurz", "Błoto i złoto", "Kropla i morze", "Kołyski i trumny". Sporo tu takich zabaw. To wszystko sprawia, że książkę czyta się znakomicie i po prostu z wielkim literackim smakiem.

"Bukareszt. Kurz i krew" (Czarne 2013) to efekt fascynacji Małgorzaty Rejmer Rumunią, a Bukaresztem w szczególności. Tak jak Mariusz Szczygieł nauczył się czeskiego z miłości do Czech i Czechów, tak Małgorzata Rejmer, jak przeczytałam w jednym z wywiadów, postanowiła poznać rumuński, kiedy podczas swojego pierwszego pobytu w Bukareszcie, zrozumiała, że muszą być kolejne. I tak powstała ta książka, próba zrozumienia Bukaresztu, Rumunii, Rumunów, efekt fascynacji, może też współczucia dla tragicznej historii kraju i jego mieszkańców. Składa się z trzech części, które różnią się nie tylko treścią.

Część pierwsza, "Komunizm. Błoto i złoto", to, co nietrudno zgadnąć, rzecz o czasach chyba najmroczniejszych, najtragiczniejszych w rumuńskiej historii, przynajmniej tej współczesnej, czyli o okresie komunizmu. To tu znajdziemy opowieści najbardziej wstrząsające. O więzieniach, o Securitate, o efektach dekretu z roku 1966  zakazującego antykoncepcji i aborcji, o rządach Ceausescu, które można by uznać za groteskowe, gdyby nie były tak tragiczne, o nędzy tamtych czasów. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak tragiczne były losy rumuńskiego społeczeństwa, jak powikłana rumuńska historia. Naprawdę trudno mi do dziś zapomnieć rozdział o więzieniu w Pitesti i metodach tam stosowanych. A przecież próbkę miałam w "Czerwonych rękawiczkach" Schlattnera. Kiedy czytałam pierwszą część książki Małgorzaty Rejmer, czułam się przygnieciona świadomością, że po raz kolejny dotykam najczystszego zła. Ile jest takich miejsc? Lektura jest tym bardziej wstrząsająca, że w pierwszej części autorka najczęściej skupia się na konkretnych postaciach. To tu najwięcej jest opowieści o ludziach, które bardziej przypominają opowiadanie, przypowiastkę czy balladę.

Część druga, najkrótsza, "Międzywojnie. Oko i ostrze", to podróż w czasie do okresu między wojnami i drugiej wojny światowej. Opowieść o Wielkiej Rumunii (jak Węgry po traktacie w Trianon straciły wiele, tak Rumunia wiele zyskała), o krwawym antysemityzmie, groteskowych władcach, sojuszu z Hitlerem, zmianie frontu i radzieckim odwecie. Ale też o przedwojennym Bukareszcie, który miał przypominać Paryż. Dla mnie  to niezwykle ciekawa powtórka  ze Schlattnera i z "Bałkańskich upiorów" Kaplana.

I wreszcie część trzecia, "Współczesność. Orient i obłęd", czas od rewolucji 1989 roku po dzień dzisiejszy. Co tu znajdziemy? Niewesoły obraz współczesnej Rumunii dręczonej kryzysami, biednej, źle rządzonej, skorumpowanej, zniszczonej, Rumunii, która nie skonfrontowała się ze swoją przeszłością. Próbę odpowiedzi na pytanie, dlaczego społeczeństwo rumuńskie tak biernie przyjmuje swój fatalny los. Małgorzata Rejmer odwołuje się  do najważniejszego rumuńskiego eposu, "Jagniątko". Na ile opowieść o pasterzu, który ze spokojem i rezygnacją czeka na śmierć z rąk dwóch innych pasterzy, odbija narodowy charakter Rumunów? Jest wreszcie wiele odniesień (w poprzednich częściach też) do jeszcze dalszej historii, nawet tej sięgającej czasów starożytnych. Kim są Rumuni? Ile mają z Daków, ile z Rzymian, którzy ich podbili? Ale przede wszystkim jest ta część książki portretem Bukaresztu, miasta pięknego i brzydkiego, zniszczonego i udręczonego, ale fascynującego. Niektórych czytelników Małgorzata Rejmer zaraziła swoją fascynacją tym miastem. Mnie nie na tyle, abym zapragnęła Bukareszt zobaczyć (ale marzy mi się podróż po Bukowinie czy Transylwanii). Jest w tym mieście, jeśli wierzyć autorce, coś, co mnie przygnębia i przeraża. Nie wiem, czy zniosłabym chaos, rany i liszaje, które na tkance miasta odcisnęły bieda, szalone pomysły władców (szczególnie Ceausescu) i bezwzględna natura (Bukareszt jest najbardziej sejsmicznie zagrożoną europejską stolicą; trzęsienia ziemi nawiedzają go systematycznie co jakiś czas, niszcząc budynki i zabijając ludzi). Trzecia część książki jest też najbardziej anegdotyczna, może nawet ciekawostkowa czy plotkarska, ale dzięki temu najłatwiej się ją czyta. Sporo tu krótkich, lekkich rozdziałów o felietonowej proweniencji. Ot choćby śmieszna opowieść o bukaresztańskich taksówkarzach albo o wierze w zabobony, a jeszcze inna o przekleństwach (barwne, wyrafinowane, zabawne, po prostu dzieła literackie, aż chce się kląć po rumuńsku), kolejna o dowcipach i jeszcze kilka innych równie zabawnych i ciekawych. Ale pisze też autorka o problemach miasta: bezpańskich psach (ostatnio sporo się o tym w naszych mediach mówi) czy budynkach zagrożonych zawaleniem.

Kończę, namawiając miłośników książek, literatury nonfiction i wszystkich zainteresowanych światem, aby koniecznie sięgnęli po arcyciekawą i literacko finezyjną książkę Małgorzaty Rejmer. Naprawdę warto wyjrzeć poza nasze opłotki i spróbować zrozumieć Rumunię i Rumunów. Bo co o nich i o ich kraju wiemy? A przecież są tak blisko.