Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 29 października 2014
"Zimowy sen"
Obawiam się, że dzisiejszy wpis to przekonywanie przekonanych. No bo jak zachęcić do obejrzenia filmu, który trwa trzy i pół godziny, filmu, w którym dominują rozmowy zamiast szybkiej akcji, liczy się nastrój, klimat, a nie dzianie się? Taki właśnie jest turecki "Zimowy sen" Ceylana. Obawiam się, że nawet Złota Palma w Cannes nie będzie zachętą dla kogoś, kto czegoś innego w kinie szuka. Za to ci wszyscy, którzy do dziś pamiętają "Klimaty", "Trzy małpy" i "Pewnego razu w Anatolii" (chyba jeszcze większe wyzwanie; tu dopiero nic się nie dzieje), na pewno najnowsze dzieło Ceylana zobaczą. Ja, miłośniczka tamtych filmów, na "Zimowy sen" czekałam z niecierpliwością i nie zawiodłam się. Poddałam się jego powolnemu rytmowi, melancholijnemu nastrojowi, wszechogarniającemu smutkowi, pięknie fotografowanym bajkowym krajobrazom Kapadocji skąpanym w szarości i bieli, mrocznym, ale przytulnym wnętrzom, wsłuchiwałam się w długie rozmowy bohaterów albo w ciszę płynącą z ekranu. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że to opowieść o ludziach, którzy porzucili Stambuł, aby prowadzić odziedziczony po ojcu hotel w Kapadocji. Emerytowany aktor, jego dużo młodsza żona i rozwiedziona siostra. To, co dzieje się między nimi i ich relacje ze światem są tematem tego filmu. I jeszcze pytania o wiarę, o przepaść dzielącą bogatych i biednych. Komu niestraszne trzy godziny w kinie, niech spróbuje, a być może nie będzie żałował. A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 22 października 2014
Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny "Nasza wojna"

W stulecie wybuchu I wojny światowej obrodziło książkami na temat. Miałam ochotę wybrać coś z tego bogactwa, nie bardzo jednak umiałam się zdecydować. No przecież ani nie kupię wszystkiego, co wydano, ani tym bardziej nie przeczytam. Na szczęście w prasie ukazały się omówienia najważniejszych pozycji, co pozwoliło mi dokonać wyboru. Odrzuciłam dwie książki Amerykanki Barbary Tuchman "Wyniosłą wieżę" i "Sierpniowe salwy" oraz "Samobójstwo Europy" Andrzeja Chwalby, oczywiście wcale nie dlatego, że miały kiepskie recenzje. Po prostu uznałam, że najlepiej będzie przeczytać "Naszą wojnę" Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego, a ściślej tom I "Imperia 1912-1916" (W.A.B 2014). Dlaczego? Bo to pozycja unikalna. Być może uważny czytelnik tej notki wywnioskował z tytułu, że autorzy zajęli się historią I wojny, ale ich zainteresowanie ograniczyło się do obszarów Europy Środkowo-Wschodniej i Wschodnio-Południowej (Taki termin chyba nie istnieje? Ale cóż stoi na przeszkodzie, aby go powołać do życia?). To jest ta tytułowa nasza wojna. Równie dobrze można by ją nazwać zapomnianą wojną. Zapomniano o niej nie tylko w Polsce, gdzie została skutecznie przykryta okrucieństwem drugiej, ale w całej Europie. W powszechnej świadomości pierwsza wojna to okopy frontów zachodnich, o wschodnich i wschodnio-południowych się nie pamięta, a Polacy, o czym przed chwilą wspomniałam, niewiele o niej wiedzą. Pewnie tyle, że dla nas skończyła się szczęśliwie, bo odzyskaniem niepodległości. Nie ma co ukrywać, że i ja pielęgnowałam w sobie taki nieco nijako-sielankowy obraz pierwszej wojny na naszych terenach. Właśnie dla takich ignorantów Borodziej i Górny postanowili odzyskać tamten czas. Przyznam, że nie przystępowałam do lektury całkiem zielona, bo mniej więcej trzy lata temu przeczytałam znakomitą popularyzatorską pozycję o pierwszej wojnie "Piękno i smutek wojny" Petera Englunda wydaną przez ZNAK. Nie będę się tu na jej temat rozwodziła, zainteresowanych odsyłam do mojego wpisu. W każdym razie książka szwedzkiego autora stanowiła znakomity podkład, dając pojęcie o froncie zachodnim, włoskim i afrykańskim.

Czas wrócić jednak do "Naszej wojny". Od razu bez ceregieli napiszę, że warto po nią sięgnąć, a może nawet trzeba. Napisana z myślą o masowym czytelniku (słowo masowym w polskich realiach czytelniczych należy wziąć w cudzysłów; masowy czytelnik w naszym kraju po prostu nie występuje) łączy w sobie solidną faktograficzną wiedzę podaną w sposób przystępny i bardzo ciekawy z bogatym materiałem źródłowym. Autorzy obficie cytują wspomnienia, pamiętniki, artykuły prasowe. Jest też trochę fotografii. Książka ma bardzo precyzyjny podział, składa się z trzech części. Pierwsza zaczyna się opowieścią o tym, jak do wybuchu wojny doszło (a wcale nie musiało!), przy czym autorzy sięgają kilka lat wstecz do dwóch wojen bałkańskich, dostrzegając w nich zapowiedź tego, co stanie się chwilę później. Potem następuje systematyczny opis walk na froncie. Myślisz, czytelniku tej notki, że to nudne? Otóż mylisz się bardzo. Gdybym miała wybierać, to nieco zdziwiona za najciekawszą uznałabym właśnie tę część. Co nie znaczy, że dwie kolejne interesujące nie są. W drugiej autorzy opowiadają o życiu na zapleczu frontów. O biedzie, kartkach żywnościowych (to pierwszowojenny wynalazek), braku rąk do pracy, emancypacji kobiet, upadku miast, przemianach na wsi, ale też o propagandzie, szpiegomanii, plotkach, a wreszcie o budzących się animozjach między narodami zamieszkującymi trzy imperia i lojalności wobec trzech cesarzy. Jest wreszcie część trzecia, która traktuje o terenach okupowanych. Bardzo ciekawa. Piszą więc Borodziej i Górny o okresie bezkrólewia (stara władza uciekła wraz z cofającym się frontem, nowa jeszcze nie przybyła), o plagach spadających na mieszkańców okupowanych terenów (między innymi rozmaite kontrybucje), o nowych, okupacyjnych rządach, a wreszcie o tym, jak Niemcy i Austriacy postrzegali podbijane przez ich armie tereny (byliśmy dla nich czymś pomiędzy, taką pół-Azją). Bardzo to wszystko fascynujące.

Nie ma co się krygować i trzeba jasno stwierdzić, że "Nasza wojna" wytrzebiła mi z głowy białą plamę, dała pojęcie o tym, co się działo na naszych terenach i na całym froncie wschodnio-południowym w czasie pierwszej wojny. Rozbiła przekonanie, że nic specjalnego się tu nie wydarzyło. Pokazała miliony zabitych, rannych, chorych, jeńców wojennych, z którymi nikt nie wiedział, co zrobić, takie masy ich były, miliony uciekinierów, przesiedlonych, pozbawionych swojego mienia, żołnierzy zamarzających w Karpatach, traktowanych jak mięso armatnie w bezsensownych bitwach czy potyczkach. Mało? A przecież to nie wszystkie nieszczęścia. Ci, którzy wojnę wywołali, w najczarniejszych snach nie przewidywali, że trwać będzie aż cztery lata (zanim liście spadną z drzew żołnierze niemieccy mieli pić kawę w paryskich kawiarniach), pochłonie tyle istnień ludzkich, wypędzi ludzi z domów, zrujnuje Europę i zburzy stary porządek. A na Zachodzie jej wspomnienie będzie traumą do dziś.

P.S. Z niecierpliwością czekam na tom drugi. Kiedy się ukaże, nie wiem, bo nie sposób się tego dowiedzieć z beznadziejnej strony W.A.B.-u, a właściwie Grupy Wydawniczej Foksal. A przecież, kiedy W.A.B. był jeszcze tylko (czy aż) W.A.B.-em, miał świetną stronę internetową. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że za jej upadkiem nie pójdzie upadek poziomu wydawnictwa.

niedziela, 19 października 2014
Raja Shehadeh "Dziennik czasu okupacji"

To już trzecia wydana w Polsce książka palestyńskiego pisarza, prawnika i obrońcy praw człowieka Rajy Shehadeha  (napisał pięć). Ponieważ zachwyciłam się "Palestyńskimi wędrówkami", bardzo podobał mi się "Obcy w domu", nie mogłam ominąć "Dziennika czasu okupacji" (Karakter 2014; przełożyła Anna Sak). Początkowo odkładałam lekturę, trochę obawiając się, że po tamtych dwóch i po reportażach Smoleńskiego, szczególnie ostatnim zbiorze "Oczy zasypane piaskiem", nie będzie to już dla mnie nic nowego. Moje przypuszczenia trochę się potwierdziły, ale to nie powód, aby kolejnej książki Shehadeha nie przeczytać. Przeciwnie. To jak spotkanie z serdecznym przyjacielem. Czy mamy dość, mimo że się świetnie znamy? Nie, chcemy więcej. Powspominamy, ale zawsze pojawią się nowe tematy. Podobnie rzecz się ma w tym przypadku. Najnowsza książka palestyńskiego pisarza jest dokładnie tym, co zapowiada tytuł, dziennikiem prowadzonym od grudnia 2009 do grudnia 2011, a epilog to zapis z maja 2012. Dziennik, forma wygodna i pojemna, dlatego oprócz komentarza do bieżących wydarzeń znajdziemy w nim wspomnienia, okruchy rodzinnej historii, opowieści o ludziach, także tych nieżyjących, opis dnia codziennego, spotkania z przyjaciółmi, zachwyty nad ogrodem, żal za niszczonym bezpowrotnie krajobrazem i oczywiście bogactwo refleksji.

Jeśli, czytelniku tej notki, nie zetknąłeś się dotąd z twórczością Shehadeha, proponuję zacząć lekturę właśnie od "Dziennika czasu okupacji". Tu w pigułce dostaniesz to, co charakterystyczne dla jego pisarstwa, i, co znacznie ważniejsze, dowiesz się, jak wygląda życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. Jak staje się coraz trudniejsze, jak są upokarzani, poddawani najrozmaitszym restrykcjom, jak mur stawiany przez Izrael niszczy ich życie. Ot choćby podróż z lotniska w Tel Awiwie. Kto był w Izraelu, ten wie, że dla każdego to niemiłe przeżycie, ale dla Palestyńczyka jeszcze gorsze. Najpierw oczywiście trzeba mieć przepustkę na przekroczenie granicy (nie każdy ją dostaje), potem dostać się do punktu kontrolnego, potem czekać w kolejce, przejść upokarzającą kontrolę, dopiero wtedy można jechać na lotnisko, gdzie Palestyńczyk musi zjawić się jeszcze wcześniej, niż pasażerowie innych narodowości, i poddany zostanie skrupulatnej rewizji, często także osobistej. Ale "Dziennik czasu okupacji" to nie tylko żal, nostalgia i narzekanie. Wiele tu jasnych barw. Znajdziemy w nim również opis codziennych, drobnych przyjemności, pracy w ogrodzie, spacerów po wzgórzach, spotkań z ciekawymi ludźmi. Bardzo ciekawe są komentarze do wydarzeń w Egipcie. Kiedy Shehadeh pisał swój dziennik, wybuchła arabska wiosna. Pilnie śledził jej przebieg. Oczywiście nie muszę dodawać, z jaką nadzieją, dumą i wzruszeniem. Nie obyło się bez patosu zrozumiałego w takiej historycznej chwili. Kiedy dziś czytamy jego relacje z tamtych dni, znamy ciąg dalszy. Słyszymy chichot historii, która zakpiła z wszystkich. I z nas, ludzi Zachodu, i z uczestników tamtych zrywów, i z Palestyńczyków łączących z nią takie nadzieje. Jak gorzko brzmią dziś słowa autora, kiedy wiemy, co zdarzyło się w Egipcie, w Libii, a przede wszystkim w Syrii, kiedy obserwujemy rozrastające się łby państwa islamskiego. 

Kogo zainteresuje "Dziennik czasu okupacji", niech koniecznie sięgnie po dwie wcześniej wymienione przeze mnie książki. Znajdzie w nich rozwinięcie wątków pojawiających się w "Dzienniku". Historię rodzinną i opis drogi życiowej, to w "Obcym w domu", i zachwyt nad palestyńskim krajobrazem, ale także ból z powodu bezpowrotnych zniszczeń spowodowanych budową izraelskich osiedli, to w "Palestyńskich wędrówkach" (uczciwie muszę przyznać, że ta książka jest dla tych, którym niestraszne opisy przyrody). Kto czytał tamte, niech nie ominie i tej. Jednym słowem najnowszą pozycję Rajy Shehadeha polecam wszystkim. Ja czekam na dwie kolejne. Mam nadzieję, że wydawnictwo Karakter wyda je również. A skoro o wydawnictwie mowa, to jedna drobna uwaga. Szkoda, że ta naprawdę trzymająca poziom oficyna, tym razem przepuściła w redakcji tekstu panoszące się wszędzie wokół stylistyczne błędy. Powtórzone kilka razy w temacie, w moich uszach zgrzyta. Naprawdę z żalem czynię tę wymówkę.

środa, 15 października 2014
"Bogowie"
Wybór w tym tygodniu był oczywisty. "Bogowie" Łukasza Palkowskiego z nagrodzoną rolą Tomasza Kota. Film, który rozbił bank z nagrodami na festiwalu w Gdyni. Nie ukrywam, że duch przekory kazał mi podchodzić do "Bogów" z lekkim dystansem, szczególnie, kiedy pojawiły się głosy, że takiego obrazu nie powstydziliby się Amerykanie. Zaczęłam się obawiać, że może zobaczę film, jakiego nie znoszę. Po amerykańsku gładki i ładny, upraszczający rzeczywistość, z optymistycznym przesłaniem i morałem na końcu. Posypuję głowę popiołem. Tak, to kino popularne, ale rzeczywiście perfekcyjnie zrobione. Każda scena jest tu ważna. A zamiast gładkości i ładności dostajemy świetnie odtworzoną szarość i siermięgę PRL-u. Owszem, film krzepi, ale trudno, aby nie krzepiła historia lekarza, który wbrew rozsądkowi, mimo kłód rzucanych pod nogi dokonał w tamtych czasach i w tamtym miejscu czegoś niewyobrażalnego. A Religa w wykonaniu Tomasza Kota to postać pełnokrwista, o niełatwym charakterze i niewolna od przywar. Pewnie, że jej niejednoznaczność jest przykrojona na miarę filmu popularnego, a nie dramatu, ale na szczęście twórcy uniknęli większych uproszczeń. Chociaż od początku znamy finał tej historii, wszak oparta jest na faktach, to film trzyma w napięciu. Sporo tu też lekkości i humoru. Pewnie tym razem nie muszę zachęcać do wizyty w kinie, a ci, którzy już "Bogów" widzieli, mogą czytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 08 października 2014
"Geograf przepił globus"
Lubię takie niespodzianki. Chyłkiem, bez wcześniejszych zapowiedzi wchodzi film, który warto zobaczyć. Tak było w miniony weekend. Kiedy zastanawiałam się, czy ewentualnie wybrać się do kina na "Służby specjalne" Patryka Vegi, okazało się, że na ekrany wchodzi rosyjski film pod intrygującym tytułem "Geograf przepił globus" pokazywany na ubiegłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym i w ramach przeglądu Sputnik nad Polską, gdzie zdobył Grand Prix. Wobec tego postanowiłam nie sprawdzać wartości najnowszego dzieła Vegi (bardzo różne głosy; jedni, że słaby, inni, że bardzo ciekawy). Wybór był oczywisty: zamiast kupować kota w worku, poszłam na "Geografa". I nie żałuję! Naprawdę warto wybrać się na ten rosyjski film. Jego bohaterem jest Wiktor, biolog, były doktorant na moskiewskiej uczelni, który po stracie pracy wyjeżdża wraz z rodziną do miasta Perm położonego u stóp Uralu nad Kamą. Zostaje tam geografem w jednej ze szkół średnich, mimo że na geografii się nie zna. Ten układ odpowiada obu stronom, jemu, bo musi z czegoś żyć, i dyrekcji, bo od pół roku nikt geografii nie uczył. Zresztą co to za różnica: biolog czy geograf, wzdycha zrezygnowana dyrekcja. Lepszy taki pseudo nauczyciel niż żaden. Chociaż film pokazuje dość jałową rzeczywistość (jałową, nie beznadziejną czy tragiczną), robi to w sposób nieoczekiwanie zabawny i ciepły. Nie sposób nie lubić bohaterów, a przede wszystkim beztroskiego, zapijaczonego, ale sympatycznego Wiktora. "Geograf przepił globus" to skrzyżowanie klimatu rodem z Czechowa z humorem, który zwykliśmy kojarzyć z czeskimi filmami, i z kinem akcji pełnym suspensu, napięcia i dramatycznych zdarzeń. Na tym też polega urok "Geografa", jest filmową hybrydą, dlatego zaskakuje. Więcej zdradzić nie mogę, bo akcja odgrywa tu dość istotną rolę, szczególnie w drugiej części. I tu moje jedyne zastrzeżenie: ten fragment jest może trochę za długi, chociaż nie wykluczam, że miłośnicy kina akcji będą mieli inne zdanie. Mimo to film naprawdę jest wart polecenia. A kto już w kinie był, może przeczytać garść refleksji, które jak zwykle zamieszczam w drugiej części. Zapraszam.
środa, 01 października 2014
Emil Marat, Michał Wójcik "Made in Poland"

Temu kto nie słyszał o książce Emila Marata i Michała Wójcika "Made in Poland" (Wielka Litera 2014), jej tytuł może wydać się bardzo enigmatyczny. Trudno domyślić się, jaką treść skrywa, trudno go z czymś skojarzyć, niełatwo też początkowo zapamiętać. A jest to po prostu rozmowa przeprowadzona przez dwóch dziennikarzy zainteresowanych historią ze Stanisławem Likiernikiem. I tu zagadki ciąg dalszy. Nie jest wstydem, nie wiedzieć, kim był. Samo nazwisko też niewiele mi mówiło, ale już wiadomość, że to pierwowzór (właściwie jeden z dwóch) Stanisława Skiernika-Kolumba, bohatera powieści Romana Bratnego "Kolumbowie rocznik dwudziesty" wyjaśniła wszystko. Obawiam się jednak, że wielu i to nic nie powie, jako, że powieść Bratnego dawno wypadła ze spisu lektur licealnych i raczej nie jest (chyba?) masowo czytana. Ale może przynajmniej niektórzy widzieli jej ekranizację? Serial telewizyjny z Janem Englertem w jednej z głównych ról. Wszystkim tym, którzy nadal nie mają pojęcia, o czym mowa, wyjaśniam, że Stanisław Likiernik, urodzony w roku 1923, to żołnierz Kedywu i uczestnik powstania warszawskiego. Teraz wreszcie mogę odetchnąć z ulgą, już wiadomo, o czym mówimy (właściwie piszemy).

Musiałam usłyszeć o tej książce w radiu, były wszak wakacje, a telewizja (także Kultura) zawiesza na ten czas wszystkie programy o tematyce kulturalnej. Ktoś na pewno wypowiadał się o niej pozytywnie, w przeciwnym razie nie sięgnęłabym po nią. Może mignęła mi gdzieś jakaś mini recenzja, kłując w oczy dużą ilością gwiazdek, ale tego już pewna nie jestem. Po ponownej lekturze "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Białoszewskiego, po rytualnej sierpniowej dyskusji o powstaniu, jaka przetoczyła się przez media, przed premierą "Miasta 44" Komasy postanowiłam "Made in Poland" przeczytać. Spieszyłam się, aby zdążyć przed filmem (słusznie, bo wiele wyjaśnia, daje dobry podkład). Od razu, prosto z mostu albo bez owijania w bawełnę napiszę, że połknęłam ją jednym tchem. To bardzo ciekawa lektura, a i pokłócić jest się o co. Ale do rzeczy.

Rozmowa podzielona została na klarowne części i od razu uprzedzam, że tylko jedna z nich, najdłuższa, stustronicowa, dotyczy powstania. Początek to dzieciństwo, potem następuje opowieść o wybuchu wojny i działalności w Kedywie, następny rozdział to kwestia żydowska (Stanisław Likiernik pochodził z całkowicie zasymilowanej rodziny żydowskiej i właściwie razem z matką powinien znaleźć się w getcie, gdzie zginęła duża część jego rodziny), następny rozdział dotyczy powstania, kolejny wyjaśnia kwestie związane z powieścią Bratnego (Likiernik doskonale znał pisarza jeszcze z czasów dzieciństwa) i wreszcie ostatni to powojenne losy bohatera, czas spędzony na emigracji we Francji. Dla porządku dodam jeszcze, że rozmowa jest bogato ilustrowana zdjęciami z archiwum Stanisława Likiernika, a uzupełniają ją historyczne kapsuły. A teraz o tym, co mnie poruszyło, zastanowiło i zaciekawiło.

Kupiłam tę książkę z przekonaniem, że przede wszystkim dotyczy powstańczych losów Likiernika, jakoś tak na powstaniu w tym roku się zafiksowałam. Tymczasem najbardziej dała mi do myślenia część okupacyjna. Po pierwsze chyba po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że żołnierze Kedywu i pozostałych komórek AK to ludzie bardzo młodzi, niemal dzieci. Kiedy wybuchła wojna, Likiernik miał siedemnaście lat, kiedy został zaprzysiężony, niewiele więcej, a w sierpniu 44 roku dwadzieścia jeden. I ten dwudziestojednolatek był już doświadczonym żołnierzem, bo miał praktykę w Kedywie, za sobą wiele niebezpiecznych, ryzykownych akcji z bronią w ręku, tych najsłynniejszych. Jego bezpośredni dowódcy w Kedywie i w powstaniu byli od niego zaledwie kilka lat starsi! Znakomita część powstańców to niedoświadczone, młodsze jeszcze od niego dzieci. Ale o tym za chwilę. Po tej dygresji wracam do rozdziału okupacyjnego. Ze zdumieniem i niepokojem stwierdziłam, że historię podziemnej działalności Likiernika czytam z zapartym tchem, niemal z wypiekami na twarzy, jakbym połykała jakąś powieść przygodową, a przecież to nie fikcja, to prawda. Wykonywanie wyroków, zamachy, strzelanie, wysadzanie pociągów, ucieczki, ukrywanie się, niemieckie akcje odwetowe na ludności cywilnej. Z jednej strony jestem przerażona, z drugiej daję się uwieść. Podobnie Stanisław Likiernik. Sam przyznaje, że po wojnie brakowało mu tej adrenaliny, tego napięcia, tej przygody. Mówi szczerze o tym, że nie miewał nocnych koszmarów, że nie wracały do niego w snach trupy zastrzelonych i zabitych. Marat i Wójcik dopytują o dylematy moralne, prowokują opiniami niektórych historyków, że gra niewarta była świeczki. Co z tego, że wykonano wyrok na zwyrodnialcu Panience, kiedy potem w akcji odwetowej zginęło iluś niewinnych ludzi. Likiernik stanowczo odpiera te zarzuty, nie ma moralnych wątpliwości. Tak było. Trwała wojna, niewinni, przypadkowi ludzie i tak ginęli zgarniani w ulicznych łapankach, rozstrzeliwani w masowych egzekucjach, zsyłani do obozów. Każdy mógł stać się ofiarą. Mam dużo pokory, kiedy czytam te wspomnienia i rozważania świadka i uczestnika tamtych wydarzeń. Nie mnie sądzić. Łatwo oceniać z dzisiejszej perspektywy. Jednak napawa mnie niepokojem to, że i ja tak łatwo daję się uwieść tej romantycznej (?) stronie konspiracyjnej działalności. Ale jeśli, czytelniku tej notki, nabrałeś przekonania, że Stanisław Likiernik jest bezprzykładnym apologetą wojny, mylisz się. Nie, patrzy trzeźwo na to, w czym brał udział. Pisze o swojej i swoich kolegów niedojrzałości, brawurze, popełnianych błędach, krytykuje metody szkolenia, konspiracyjną podchorążówkę, opowiada o swoim nieprawdopodobnym szczęściu. Ale przede wszystkim nie pozostawia suchej nitki na decyzji o wybuchu powstania. Tu jego poglądy są jasne i sprecyzowane, niezwykle racjonalne i logiczne. Krytykuje dowódców, przede wszystkim Okulickiego, uległego Bora-Komorowskiego, Montera, chwali Iranka-Osmeckiego, który jako jeden z nielicznych ostrzegał i racjonalnie podchodził do decyzji o wybuchu powstania, a jego poglądy poparte były rzetelnymi informacjami. Fatalnie wypowiada się też o rządzie londyńskim. Likiernik po raz kolejny uświadamia, że powstanie, mimo że oczekiwane i teoretycznie przygotowywane, było tak naprawdę nieprzygotowane. To szaleństwo. Bo czyż szaleństwem nie jest decyzja o walce, kiedy większość powstańców to ludzie bardzo młodzi, niewyszkoleni (w konspiracyjnych podchorążówkach uczono ich przede wszystkim teorii), bez mundurów i broni (mieli ją zdobywać na wrogu), niepotrafiący jej obsługiwać? Tych prawdziwie przygotowanych, mających za sobą doświadczenie w Kedywie było niewielu, a tych zielonych znakomita większość. Te proporcje przerażają. Bardzo ciekawa jest opowieść Likiernika o tym, co nastąpiło po upadku powstania, po wojnie. O dojmującym doświadczeniu, że stary świat bezpowrotnie się skończył, że nie wiadomo, co dalej. Kiedy się wszystko skończyło, powstańcom towarzyszyło uczucie pustki i wypalenia, braku celu. Często mieli przeświadczenie, że ich życie już się skończyło. A przecież w 1945 roku Likiernik miał zaledwie dwadzieścia dwa lata! Był u progu życia! To dlatego między innymi zdecydował się na wyjazd.

Będę już kończyć, bo jak zazwyczaj, rozpisałam się, a doskonale wiem, że blogowe notki powinny być krótsze. Na koniec muszę jeszcze dodać, że bardzo ciekawy i prowokujący jest rozdział poświęcony żydowskiemu pochodzeniu Likiernika. Pozostawiam czytelnika z tą informacją, bo gdybym zaczęła rozwijać temat, napisałabym kolejny długi akapit. Niech więc coś zostanie niedopowiedziane. Mam nadzieję, czytelniku tej notki, że przekonałam cię, jak ciekawa i inspirująca jest rozmowa Marata i Wójcika ze Stanisławem Likiernikiem, cała, nie tylko rozdziały, przy których się zatrzymałam. Zapewniam.