Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 09 maja 2018
Mikołaj Grynberg "Księga wyjścia"

Są książki, które przeczytać po prostu trzeba. Tak jest z wydaną przez Czarne (2018) "Księgą wyjścia" Mikołaja Grynberga. Moje osobiste powody są przynajmniej dwa. Raz, że do dziś tkwi we mnie jego "Oskarżam Auschwitz", dwa, że "Księga wyjścia" to rzecz o Marcu, którego okrągłą, pięćdziesiątą, rocznicę właśnie obchodziliśmy. Dla Mikołaja Grynberga,  autor w swoich fotografiach, a od jakiegoś czasu przede wszystkim w książkach zajmuje się ocalonymi z Holokaustu oraz ich dziećmi i wnukami, antysemicka nagonka 68 roku, której skutkiem była masowa emigracja polskich Żydów albo Polaków pochodzenia żydowskiego (jak trudno zdefiniować ich tożsamość, można przekonać się w książce), była tematem naturalnym. Nic dziwnego, że się nim zajął.

"Księga wyjścia", podobnie jak "Oskarżam Auschwitz", składa się z samych rozmów. Rozmów z ludźmi, których wydarzenia marcowe  dotknęły osobiście, wywracając ich życie do góry nogami, pozbawiając złudzeń. Bohaterowie tej książki byli wtedy uczniami, studentami albo właśnie podjęli pracę. Ich rodzice, także ofiary antysemickiej nagonki, dziś już nie żyją. Tym dramatyczniejsze i smutniejsze to świadectwo. Dlaczego? Bo niektórzy z nich o tym, że są Żydami, usłyszeli właśnie w marcu 68 roku. Nie mieli dotąd pojęcia o pochodzeniu swoich rodziców. Co ciekawe, najczęściej okazywało się w takiej sytuacji, że inni doskonale wiedzieli. Możemy tylko spróbować sobie wyobrazić, co dla nich znaczyła świadomość, że są w Polsce piątą kolumną (tak nazwał ich Gomułka w swoim haniebnym przemówieniu, na wspomnienie którego do dziś cierpnie niektórym skóra).

Ale losy rozmówców Grynberga toczyły się oczywiście bardzo różnie. Różne były drogi dojścia do Marca i różne drogi wyjścia. Niektórzy od początku mieli świadomość swojego pochodzenia, rodzice niczego przed nimi nie ukrywali. Oni najczęściej żyli w swoim środowisku - chodzili do żydowskich szkół, jeździli na kolonie dla żydowskich dzieci organizowane przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, uczęszczali na spotkania do klubów wspomnianego Towarzystwa. Tylko obracanie się w swoim kręgu dawało im poczucie bezpieczeństwa. Często towarzyszyła im świadomość, że na pewno z Polski wyjadą. Mieli już krewnych albo znajomych za granicą, nie tylko w Izraelu, udzielało im się przeświadczenie rodziców, że Żydzi nigdy w Polsce nie będą bezpieczni. Byli też jeszcze inni, tacy pomiędzy. Dowiadywali się od obcych lub kolegów, że są Żydami, najczęściej była to oczywiście inwektywa, przezywano ich, rzucano w nich kamieniami, spluwano na ich widok, bito. Nie rozumieli, co to znaczy. Pytali rodziców, nieraz otrzymywali tylko krótkie potwierdzenie bez dalszych wyjaśnień, innym razem poznawali rodzinną historię. Ilu ludzi, tyle opowieści, jednak bardzo powszechne jest doświadczenie prześladowania jeszcze na długo przed Marcem. Do wyjątków należą ci, którzy żadnego nękania nie zaznali. Nie potrafię zrozumieć, skąd w ludziach brała się ta pasja tropienia żydowskich korzeni, jeszcze mniej gotowość do prześladowania.

Każda rozmowa oparta jest na podobnym schemacie. Najpierw Grynberg pyta o rodzinną historię, o życie przed, potem przychodzi kolej na wydarzenia marcowe, których przygrywką był czerwiec 1967 roku - wygrana wojna Izraela z Egiptem (do historii przeszła pod nazwą sześciodniowej). To jądro każdej rozmowy. Nie muszę pisać, jak przykre, smutne i tragiczne są te świadectwa. Najczęściej wszystko wyglądało dość podobnie - rodzice tracili pracę, a przynajmniej jedno z nich, studenci byli relegowani z uczelni, nowego zajęcia nie sposób było znaleźć ze względu na odgórne naciski, aby takich ludzi nie zatrudniać, zaczynało się nękanie, na przykład pojawiały się obelżywe napisy na drzwiach mieszkania, niektórzy lądowali w więzieniu, coraz mniej znajomych, bo polscy się odwracali, żydowscy powoli wyjeżdżali i rozterka - co robić. Zostać czy wyjechać? Decyzja na ogół nie była prosta. Często łączyła się z rozstaniem z rodzicami, którzy wyjeżdżać nie chcieli, z rodzeństwem, z kimś ukochanym. Bywało, że najpierw jechała część rodziny, po miesiącach lub latach dobijali pozostali. Czasem władza nie chciała dać komuś pozwolenia na wyjazd. To też bywał element nękania, szczególnie, jeśli ktoś z bliskich już wyjechał. A potem udręka likwidowania mieszkania. Towarzyszyła temu cała logistyka. I nadal drobne lub większe szykany, do samego końca. Jak wyjeżdżać ze świadomością, że to nie tylko na zawsze, ale że nie będzie można do Polski przyjechać nawet na chwilę? Jak zaczynać wszystko od nowa? O tym też są te rozmowy. I o dalszych losach, o tym, co im zabrał Marzec i kim się dziś czują. Odpowiedź na to ostatnie pytanie nie zawsze bywa prosta. Poszczególne rozdziały przeplatane są rozmową Mikołaja Grynberga z jego nieżyjącym już dzisiaj ojcem, Marianem. Autor chce wiedzieć między innymi, dlaczego jego rodzice nie zdecydowali się wyjechać.

Warto też dodać, że autor zachował indywidualny język i styl swoich rozmówców. Ten zabieg sprawia, że każdy jest tu kimś innym mimo wspólnoty doświadczeń.

Książkę kończy znakomite posłowie Polowanie na piątą kolumnę historyka profesora Piotra Osęki, który w skondensowanej formie daje jasny i zrozumiały wykład o Marcu, ale także o tym, jaka była jego geneza, a sięga do czasów tuż powojennych, i jakie były skutki tamtych wydarzeń. Statystyka, którą na końcu przytacza, jest przerażająca. Czytałam, i słuchałam, trochę na temat 68 roku w Polsce, szczególnie ostatnio, kiedy mamy okrągłą rocznicę, ale nie spotkałam się z tak klarownym przedstawieniem tego zagadnienia. Lektura całości obowiązkowa.

PS. Świetnym literackim uzupełnieniem książki Mikołaja Grynberga jest powieść "Tylko Lola" Jarosława Kamińskiego. W kontekście tych rozmów jeszcze bardziej ją doceniłam. To przejmujące literackie świadectwo tamtych ponurych czasów. Kto jeszcze nie czytał, musi to zrobić koniecznie.

środa, 02 maja 2018
Magdalena Tulli "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską"

Twórczość Magdaleny Tulli odkryłam dla siebie stosunkowo niedawno. Zaczęło się od "Szumu", którym zachwyciłam się ogromnie, dlatego nic dziwnego, że natychmiast rzuciłam się na "Włoskie szpilki". Taki sam zachwyt! Od tamtej pory czekam na nową książkę pisarki, no i bardzo chciałabym przeczytać poprzednie, co nie jest takie proste, bo nakłady już dawno się wyczerpały. A jeśli normalną drogą, czytaj w księgarni, nie można czegoś kupić, tylko trzeba zadać sobie trochę więcej trudu, to niestety czyta się to, co dostępne natychmiast. Mam całą listę książek, które chciałabym poznać, ale szukać ich trzeba w internecie albo w antykwariatach, a to już zawsze więcej zachodu. Najprostszym wyjściem byłaby biblioteka, ale należę do tych, którzy lubią książki mieć, mieć je zawsze pod ręką. Jednym słowem bardzo żałuję, że wcześniej nie sięgnęłam po twórczość Magdaleny Tulli. A powody były dwa. Po pierwsze to przez niezrozumiałą niechęć do polskiej literatury współczesnej, zmądrzałam - to już nieaktualne, a po drugie książki Magdaleny Tulli wydawały mi się niszowe i nie dla mnie. Proza pisarki funkcjonowała pod hasłem lingwistycznej, hermetycznej. Teraz wiem, że to nie tak. A jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu po lekturze jej rozmów z Justyną Dąbrowską opublikowanych w książce "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską" (Znak 2017).

Nie jest to ani wywiad-rzeka, ani żaden inny wywiad, tylko rzeczywiście rozmowy, w których główną rolę pełni oczywiście Magdalena Tulli. Całość podzielona została na rozdziały poświęcone sprawom dla pisarki istotnym. Zaczyna się od wychowania dzieci, potem jest o dźwiganiu ciężarów (zesłanych przez los oczywiście), szukaniu zawodu, o pisaniu, o muzyce, o książkach, jest rozdział o emocjach - smutku i gniewie, o wolności, przemocy, uchodźcach, wreszcie o miłości i na koniec o upływie czasu i śmierci. W jakimś sensie są te rozmowy tym samym, czym jest jej proza. Dają możliwość wejścia w głąb duszy pisarki (wiem, brzmi bardzo egzaltowanie, ale nadal nie znajduję lepszego sformułowania).  Odkrywa się w nich, dzieli swoimi poglądami, refleksjami, słabościami, uczuciami, lękami, ale przecież to samo robi pisarz w swoich powieściach, też się odsłania i wystawia na osąd.

Magdalena Tulli jawi się dzięki tym rozmowom jako postać nietuzinkowa, fascynująca i osobna. Skomplikowana i niepospolita, refleksyjna, zadająca sobie pytania i szukająca odpowiedzi. Naznaczona trudnym dzieciństwem, którego efektem były kłopoty w kontaktach z ludźmi i problemy szkolne, takie zupełnie podstawowe z pisaniem, czytaniem, liczeniem. Przebyła długą i żmudną drogę, aby to zmienić. Żeby kontakty z ludźmi stały się możliwe, żeby, jak mówi, ręka nadążała za umysłem. Bardzo ciekawe są jej opowieści o tym, jak sobie radziła w dzieciństwie, nie tylko w szkole, jakie strategie przetrwania obierała. Równie ciekawie mówi  o drodze pisarskiej pełnej wahań, nieporozumień, porażek i sukcesów. Najbardziej boli ją niezrozumienie jej wczesnych książek przez krytyków, nadanie im etykietek, które według autorki były niesprawiedliwe, bo nie dotykały tego, o czym rzeczywiście była jej proza. Mocno dostaje się recenzentom i ludziom zawodowo zajmującym się literaturą. Tulli mówi o tym, jak w gruncie rzeczy boją się o swoją pozycję, o to, że się wychylą i narażą na śmieszność i krytykę ze strony środowiska. I rzeczywiście, kiedy zastanowić się nad tym, kiedy przyjrzeć się, jak ocenia się pisarzy i książki, jak najczęściej podobne są oceny, jak często unika się w recenzjach tego, co trudne, trudno nie przyznać racji pisarce. To samo, zauważyłam, dotyczy filmu, a zwłaszcza teatru. Ileż razy jako widz szukałam w recenzjach teatralnych objaśnienia czegoś trudnego, niejasnego, na ogół nadaremnie.

Magdalena Tulli mówi też o swoich lękach egzystencjalnych wynikających z kondycji świata i Polski. Nie jest optymistką. I tu w pełni się z nią zgadzam. Jej obawy, niepokój, przekonanie, że wszystko raczej zmierza w złą niż w dobrą stronę, jej przekonanie, że nie ma łatwych rozwiązań, jeśli w ogóle, są mi bardzo bliskie. Dlatego pewnie mówi wprost i bardzo mocno o sytuacji w kraju, nie robi uników, nie kryje się ze swoimi poglądami. Zwierza się, jak bardzo przeżywa stopniowe ograniczanie wolności, jak bardzo nie zgadza się z takim urządzaniem świata, gdzie wszyscy mają być tacy sami, identycznie myśleć, podporządkować się karnie rozmaitym instytucjom. Tego właśnie nie mogła znieść w czasach swojej młodości, dlatego przeraża ją to, co dzieje się teraz. Bardzo ciekawy jest rozdział poświęcony uchodźcom. Chociaż Magdalena Tulli jednoznacznie opowiada się za ich przyjmowaniem, to mówi też o swoich obawach i trudnościach. Tak bardzo po ludzku. Na przykład zastanawia się, czy potrafiłaby podzielić się swoim mieszkaniem. No bo skoro powiedziało się a, to może konsekwencją tego powinno być powiedzenie b. Przyznam, że i tym razem bardzo bliskie mi są jej przemyślenia na ten temat. Równie ciekawy jest rozdział o roli, jaką odgrywa muzyka w jej życiu i wcale nie jest to tylko opowieść o ulubionych kompozytorach czy o tym, czego słucha. Nie, to znacznie więcej. To również próby nauczenia się gry na instrumencie, śpiewanie w chórze mimo braku warunków, a przynajmniej tak o sobie myślała.

Czytając rozmowy z pisarką, nabrałam przekonania, że może w pewnym sensie jej ograniczenia stały się dla niej błogosławieństwem, bo nauczyły ją uważności, wytrwałości i poświęcania się czemuś całkowicie i dogłębnie. Skupiania się na jednej sprawie. Raz będzie to muzyka, innym razem czytana książka, pisanie, zabawa z dziećmi albo naprawianie jakiegoś przedmiotu.

Na koniec łyżeczka dziegciu. Nie wszystko zainteresowało mnie w równym stopniu. Niektóre rozdziały lekko nudziły, a nawet irytowały. To te, w których Magdalena Tulli za bardzo zmierza w stronę psychologii, w dodatku robi to w taki poradnikowy sposób. Tego nie lubię, ale to na szczęście (dla mnie) drobny ułamek tych rozmów. Dla kogo wobec tego jest ta książka? W pierwszym rzędzie oczywiście dla miłośników jej twórczości. Dla nich to lektura obowiązkowa. Ale śmiało mogą sięgnąć po te rozmowy wszyscy ci, którzy chcą spotkać ciekawego, fascynującego człowieka. Jeśli takiego czytelnika znudzi rozdział o pisaniu, może go przecież pominąć. A jeśli jednak przeczyta, być może sięgnie po książki pisarki.

 

 

 

 

21:00, czytamogladam , Literatura
Link Komentarze (1) »
środa, 25 kwietnia 2018
Joanna Czeczott "Petersburg. Miasto snu"

Książkę "Petersburg. Miasto snu" Joanny Czeczott (Czarne 2017) kupiłam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zmobilizowana faktem, że znalazła się w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, przeczytałam. Kto przynajmniej od czasu do czasu sięga po literaturę rosyjską, temu temat - opowieść o Petersburgu, podobnie jak autorce, musi wydać się interesujący. Już w samym wyobrażeniu miasta nad Newą jest coś ekscytującego, a jeśli kiedyś było się w dawnej stolicy Rosji i pamięta się choćby mglisty obraz, tym bardziej chce się, przynajmniej dzięki lekturze, odbyć kolejną, tym razem wirtualną, podróż. Byłam w Petersburgu w dzieciństwie, jeszcze z rodzicami. Wygrzebuję z pamięci obrazy długich ulic, pałaców, kanałów, ogrodów, Aurory, ruchomych schodów zwożących pasażerów w czeluście najgłębszego metra (zapamiętałam ludzi czytających książki), białych nocy, bo odwiedziliśmy Petersburg na przełomie czerwca i lipca. Czy rzeczywiście pamiętam? Czy tylko sobie wyobrażam?

Myślałam, że "Petersburg. Miasto snu" to po prostu jeszcze jeden zbiór reportaży, jakich wiele czytałam. Tymczasem, jaka miła niespodzianka, ta książka jest czymś więcej. To połączenie literatury faktu z esejem, szczególnie w części pierwszej. Może dlatego, że wzięła się z młodzieńczej fascynacji miastem założonym przez Piotra I. Ta fascynacja wzmocniona szkolną wycieczką zaprowadziła autorkę na studia do Petersburga. Oczywiście nie każdy, kto w jakimś mieście mieszka, nawet długo, jest w stanie coś ciekawego o nim napisać, ale Joannie Czeczott ta sztuka się udała. Co w takim razie sprawia, że nie jest to zwyczajny zbiór reportaży drukowanych wcześniej w prasie? (Tylko ostatni ukazał się przed kilku laty  w jednym z kolejnych wcieleń Przekroju) Autorka wybiera to, co z Petersburgiem się kojarzy i zajmuje się tym w kolejnych rozdziałach. Czasem są to skojarzenia oczywiste, których oczekujemy - powstanie miasta założonego na bagnach przez Piotra I, rewolucja październikowa, blokada Leningradu w czasie drugiej wojny. Innym razem czytając kolejny reportaż, miałam ochotę krzyknąć - no tak, jasne, dlaczego sama na to nie wpadłam. Tak było na przykład w wypadku opowieści o wielkim stalinowskim terrorze i czystkach lat trzydziestych, balecie, ludziach handlujących w metrze (no jasne, metro, pomyślałam sobie) czy potomkach arystokracji. Są wreszcie tematy, którymi czytelnik zostaje całkowicie zaskoczony. Chyba największym odkryciem jest rozdział pierwszy, w którym autorka opowiada o tym, co było na tych ziemiach przed założeniem Petersburga. Legenda głosi, że Piotr I zbudował miasto na bagnach, w pustce. A to nieprawda! Kto słyszał o Ingrii, o jej rdzennych mieszkańcach - Wodach i Iżorach, o twierdzy Nienszanc? Kto pamięta z lekcji historii, że te tereny należały niegdyś do Szwecji? Jeszcze wtedy, kiedy car zakładał tam nową stolicę? Takich zaskoczeń jest więcej. Ale nawet rozdziały, których spodziewamy się w książce o Petersburgu, zaskakują i czyta się je z wypiekami na twarzy. Choćby niezwykle fascynująca historia powstawania miasta albo rozdział o powodziach. Niby wiadomo, że zalewały miasto, ale aż tyle? 308 powodzi przez 308 lat? Niektóre katastrofalne w skutkach. A jakie były ich przyczyny? Jak wreszcie okiełznano żywioł? I kiedy? Nie miałam pojęcia, albo sobie nie uświadamiałam, że Petersburg od początku zawsze żył w cieniu katastrofy. Autorka, podpierając się znawcami tematu, pisze o tym, że w mieście od zawsze toczyła się swoista walka kultury z naturą, nazywa to wręcz, chyba za kimś,  konfliktem kulturalno-eschatologicznym, który z jednej strony odbiera radość, z drugiej staje się napędem dla twórców. To dlatego żyło tu tylu pisarzy. Takich erudycyjnych wstawek jest w książce więcej, zwłaszcza w pierwszej części. Choćby zderzenie opowieści o powstaniu miasta z tekstem scenariusza spektaklu Krystiana Lupy "Miasto snu" wystawionego kilka lat temu w TRWarszawa. Innym ciekawym zabiegiem jest mieszanie opowieści o dzisiejszym obliczu miasta z jego przeszłością. Kiedy Joanna Czeczott pisze o rewolucji lutowej i październikowej, zaczyna rozdział zatytułowany Czekając na rewolucję od portretu współczesnych komunistów, przede wszystkim od dość groteskowej partii Komuniści Petersburga i Obwodu Leningradzkiego, która jako jedyna ze sporą regularnością gości w mediach zachodnich. Dlaczego? Tego już nie zdradzę.

Książka jest swoistym przewodnikiem po mieście i jego historii. Dlatego autorka opowiada chronologicznie - zaczyna od reportażu o Wodach i Iżorach, potem pisze o pomyśle Piotra I, aby tam właśnie u ujścia Newy założyć miasto, o jego powstawaniu, a kończy całość portretem młodego pokolenia, rocznikiem 80-tym. Jak to w przewodniku każdy rozdział zaczyna się od spisu miejsc związanych z tematem. Joanna Czeczott przekonuje w swojej książce, że Petersburg to miejsce szczególne, niezwykłe, tacy sami są jego mieszkańcy. Gdyby dla opisu miasta można  użyć przymiotnika charyzmatyczne, to właśnie tak należałoby o Petersburgu powiedzieć. Lektura obowiązkowa.

niedziela, 22 kwietnia 2018
Wiesław Łuka "Nie oświadczam się"

Pewnie nigdy nie sięgnęłabym po reportaż Wiesława Łuki "Nie oświadczam się" (Dowody na Istnienie 2014), gdybym nie obejrzała spektaklu Agaty Dudy-Gracz "Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk" z poznańskiego Teatru Nowego. Inspiracją dla przedstawienia była właśnie wspomniana książka. Chciałam się przekonać, ile w teatralnej opowieści było z reportażu, co zmieniono i jak rzecz miała się naprawdę. Reporterska książka Wiesława Łuki przed kilku laty zainaugurowała działalność wydawnictwa Dowody na Istnienie założonego przez uznanych reporterów Wojciecha Tochmana i Mariusza Szczygła. Wydana została w jednej z trzech serii - Faktyczny Dom Kultury, w której ukazują się reportaże sprzed lat, polskie i zagraniczne, klasyki gatunku, głośne, czasem zapomniane, a wszystkie warte przypomnienia. I taką zapomnianą książką jest właśnie "Nie oświadczam się".

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, pod tym tytułem nie kryje się żadna historia miłosna. Przeciwnie. To cykl kilkunastu reportaży sądowych relacjonujących głośną wtedy sprawę morderstwa, do jakiego doszło w wigilijną noc na drodze między wsią Zrębin a Połańcem. Wtedy, czyli w roku 1976. Zamordowane zostały trzy osoby, młode małżeństwo Łukaszków, kobieta była w ciąży, i brat żony, kilkunastoletni chłopak. Powodem był drobny zatarg - oskarżenie o kradzież wędlin i mięsa w czasie wesela Łukaszków, które odbyło się kilka miesięcy wcześniej. Długo uważano, że to wypadek, dopiero potem zmieniono kwalifikację czynu. Zbrodnia była przerażająca nie tylko dlatego, że powód tak nieistotny, tak nieadekwatny do zemsty, jakiej dokonano, ale także dlatego, że okrutna i przeprowadzona z zimną krwią, z rozmysłem, drobiazgowo zaplanowana. Ale jeszcze straszniejsze było to, co zdarzyło się w trakcie morderstwa, bezpośrednio po nim  i to, co działo się potem. Otóż świadkiem zbrodni byli pasażerowie autobusu, którym rozjechano ofiary. Nikt nie protestował, nikt nie próbował powstrzymać zbrodniarzy. Jeden z morderców, mózg całej operacji, sterroryzował nie tylko ich,  pieniędzmi i przysięgą przypieczętowaną własną krwią zmuszając do milczenia, ale i całą wieś. Długo wszyscy poza jedną, najbiedniejszą rodziną, która nie dała się przekupić, milczeli, mataczyli, składali fałszywe zeznania.

Wiesław Łuka  przez pięć lat dla jednej z gazet, chyba dla Prawa i Życia, w pewnym momencie pada ta nazwa, relacjonował proces, jeździł do Zrębina i do Połańca, rozmawiał ze świadkami, krewnymi ofiar, z oskarżonymi o zbrodnię i ich rodzinami. Książka składa się z materiałów procesowych, między innymi ze stenogramów fragmentów kilku rozpraw, ale przede wszystkim z rozmów. Reporter kryje się w cieniu, oddaje głos swoim rozmówcom i dokumentom. Zachowuje ich język, co pozwala się przenieść w tamten czas i tamto miejsce.

Obraz, jaki wyłania się z tej książki, jest tyleż nieprawdopodobny, co wstrząsający. To portret zamkniętej, wiejskiej społeczności zdominowanej i zastraszonej przez morderców. Jeden z nich, mózg całej operacji, cieszył się w Zrębinie wielkim autorytetem, chociaż nie był, to uchodził za człowieka wykształconego, który zna się niemal na wszystkim i zna wszystkich ważnych w okolicy, a może nawet w samej Warszawie. Nieprzypadkowo nazywano go królem Zrębina. To społeczność targana podskórnymi konfliktami sięgającymi w przeszłość, gdzie niczego się nie zapomina. Strach, ale i umniejszanie zbrodni, przejście nad nią do porządku dziennego, brak rozeznania, co dobre, co złe powodowały, że niemal wszyscy mieszkańcy zgodnie milczeli i mataczyli. Do tego alkohol, religijność, ale co to za religijność. Tłem zbrodni jest pasterka, niektórzy mordercy i świadkowie  po złożeniu przysięgi milczenia wracają do kościoła, aby mieć alibi. Modlą się, śpiewają, przekazują sobie znak pokoju, jakby nic się nie stało. Może idą do komunii. Przysięga złożona zostaje na krzyż, a druga na medaliki przywiezione przez głównego sprawcę z Częstochowy. Potem, kiedy powoli pęka zmowa milczenia i świadkowie jeden po drugim zaczynają mówić, jak było, rodzi się strach, że krewni zbrodniarzy będą się mścić. Przecież rodziny zamordowanych i morderców, świadkowie muszą nadal mieszkać razem w jednej wsi. Przypomina to liczne sytuacje z tych wszystkich obszarów świata, w których doszło do wielkich konfliktów, rzezi czy ludobójstwa. Kiedy, jak to po każdej wojnie, ktoś musi posprzątać, wszyscy jakoś próbują posklejać rzeczywistość i żyć razem, bo inaczej się nie da. Pisząc to, myślę choćby o Irlandii Północnej, Ruandzie czy Bałkanach. W Zrębinie mamy apokalipsę w skali mikro. Mechanizmy trochę podobne. A oprócz tego polski bałagan. Nieudolnie prowadzone śledztwo, błędy procesowe i relikt tamtych czasów - orzeczona i wykonana kara śmierci, która mimo przerażającego czynu budzi grozę i mój sprzeciw.

Po trzydziestu pięciu latach Wiesław Łuka wraca do Zrębina i nie jest to powrót budujący. Zbrodnia sprzed lat nadal jest tu żywa, podziały również, nikt nikogo nie próbował przeprosić, do pojednania nie doszło, a alkohol leje się szerokim strumieniem.

środa, 18 kwietnia 2018
"Twarz"

Na "Twarz" Małgorzaty Szumowskiej początkowo czekałam bardzo niecierpliwie. Po znakomitym "Body/Ciało" poprzeczka postawiona została niezwykle wysoko, a znakomite przyjęcie na Berlinale uwieńczone Srebrnym Niedźwiedziem obiecywało bardzo dużo. Tymczasem kiedy przyszło do premiery, oprócz dobrych recenzji pojawiły się głosy rozczarowania i krytyki. Że Szumowska wali cepem, że brak filmowi subtelności, że nie zna polskiej prowincji, że to jednak krok wstecz. Piszę to ze smutkiem, bo od znakomitego filmu "33 sceny z życia" na każdy jej nowy obraz czekam z ciekawością. Z tych wszystkich powodów, do których doszedł brak czasu, do kina wybrałam się ponad tydzień po premierze. Szłam, jak zwykle w podobnych przypadkach, z zaciekawieniem, ale i nie obiecując sobie zbyt wiele.

Teraz mogę już napisać, jaki jest mój odbiór "Twarzy". Nie było aż tak źle, jak mogłam się spodziewać, ale też trudno powiedzieć, abym ten film jakoś przeżyła, aby mną wstrząsnął, abym się jakoś specjalnie znakomicie bawiła. Dlatego zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że to jednak krok wstecz. Z filmów o prowincji, które ostatnio obrodziły w polskim kinie, ten obszedł mnie najmniej. Zdecydowanie wyżej stawiam znakomitą "Cichą noc" Piotra Domalewskiego, "Wieżę. Jasny dzień" Jagody Szelc czy "Dzikie róże" Anny Jadowskiej, najmniej w tym gronie utytułowane, dla mnie bardzo ważne. Małgorzata Szumowska chciała się rozprawić z wieloma naszymi wadami - nietolerancją, powierzchowną, pustą religijnością, za którą nic nie stoi, wrogością do obcych, megalomanią, źle pojmowanym patriotyzmem, hipokryzją, nieuctwem,  chciwością, prymitywizmem, alkoholizmem, zawiścią. Dostało się też kościołowi i mediom, które wszędzie wietrzą sensację i z wszystkiego zrobią show. Obawiała się skandalu, a może na niego liczyła, a przynajmniej na krytyczne wzmożenie. Tymczasem chyba nic takiego się nie stało.

Zaczyna się z grubej rury - groteskową sceną, świetnie pokazaną, trochę śmieszną, trochę straszną, ale czy rzeczywiście potrzebną? To swoisty prolog do filmu, preludium. Potem w pierwszej części oglądamy szereg innych scen, które pokazują nasze wady. Nasze? Czy jest to portret Polaków, czy portret polskich prowincjuszy? Tej Polski B albo C, którą lubimy obwiniać o całe zło.

Niby pierwsza scena wprowadza widza w konwencję, więc może nie powinnam się czepiać, że wszystko tu rysowane jest grubą kreską, uproszczone, skondensowane. Pewnie takie ma być. Ja jednak wolę subtelność "Cichej nocy" czy "Dzikich róż". Bohaterów tamtych filmów można nie darzyć sympatią, można patrzeć na nich krytycznie, z odrazą, ale można ich też zrozumieć, współczuć im, a nawet polubić. Bohaterów "Twarzy", rodziny Jacka, nie sposób. Wszyscy, poza siostrą graną świetnie przez Agnieszkę Podsiadlik, i dziadkiem, który prawie się nie odzywa, są prymitywni, chciwi, odrażający i chcą, aby wszyscy żyli według jednego wzoru. Klną jak szewcy, piją, mężczyznom brzuchy wylewają się zza pasków, kobiety, usługujące mężom, zajmujące się dziećmi, są tak szare, jakby ich wcale nie było. Tylko matka, w tej roli Anna Tomaszewska, to niezła sekutnica, która z czasem staje się coraz bardziej demoniczna. Wszystko to kondensuje się w kilku scenach. Pierwsza - codzienna popijawa. Druga - śmieszne, groteskowo przerysowane składanie wigilijnych życzeń. Trzecia - pogrzeb. Mogłam coś przeoczyć, te najbardziej zapadły mi w pamięć. Również ksiądz i inni hierarchowie sportretowani są tak, jak możemy tego oczekiwać. Pazerni, nietolerancyjni, hipokryci, ich słowa zupełnie rozmijają się z czynami. Oczywiście Szumowska nie wymyśliła sobie tego. Tacy jesteśmy, takie mamy wady. Pijemy, przeklinamy, zazdrościmy, nasza religijność jest często fasadowa, mnóstwo jest takich księży, więc niby wszystko się zgadza, tym bardziej, że konwencja nie do końca serio, a jednak coś tu nie gra. Nie ma w tym portrecie Polski i Polaków niczego zaskakującego, wszystko jest do bólu przewidywalne. Czy taka jest prowincja? Czy, jak twierdzą niektórzy, tak wyobraża ją sobie Małgorzata Szumowska? Skąd mam wiedzieć. Ja, człowiek miasta, żyjący w swojej bańce, na dobrą sprawę nie mam pojęcia. Mogę się tylko domyślać, że jest nieco bardziej różnorodna.

Z tego tła od początku wyróżnia się główny bohater, Jacek, grany przez Mateusza Kościukiewicza. Ma długie włosy, słucha metalu, chodzi w dżinsowej kamizelce, ma tatuaże, chce wyjechać, a może uciec. Wszyscy traktują go jak dziwaka i odmieńca, rodzina ma chyba nadzieję, że to minie, kiedy tylko się ożeni. Może by wyjechał, może by się ożenił, gdyby nie wypadek, którego konsekwencją jest przeszczep twarzy. Jeżeli coś mnie porusza w tym filmie, to samotność, wyalienowanie i rozpacz bohatera po operacji i powrocie do domu. Żyje, a to jest najważniejsze, ma nową twarz, ale przecież nie jest to twarz ładna. Budzi ciekawość, sensację, ale i odrazę, lęk. Izolowany, odrzucony przez miejscową społeczność, z trudem tolerowany przez rodzinę, no bo trzeba jednak przygarnąć, ale przecież taki dziwny, żeby nie powiedzieć straszny, więc jak. W trudnej sytuacji wspiera go tylko siostra, na pomoc państwa też nie może liczyć. Szumowska skupia się przede wszystkim na wyobcowaniu bohatera, jego problemy bytowe, finansowe są tylko ledwie zaznaczone.

Film jest oczywiście bardzo dobrze zrobiony. Wracają obrazy i sceny. Przystanek autobusowy, most. Spotkania i rozstania. Każde inne, aż w końcu stają się filmową metaforą. To wszystko nie ratuje jednak "Twarzy", która nie zapada w pamięć, co przyznaję ze smutkiem. Mam jednak nadzieję, że kolejnym filmem Małgorzata Szumowska wróci do swojej wysokiej formy, przecież i w przeszłości zdarzały się jej wpadki. Po "33-ech scenach z życia" przyszedł dużo słabszy "Sponsoring', a potem znowu było dobrze ("Imię") albo znakomicie ("Body/Ciało").

środa, 11 kwietnia 2018
Maciej Płaza "Robinson w Bolechowie"

Kiedy jakoś tak późnym latem usłyszałam, że jesienią wyjdzie druga powieść Macieja Płazy, ucieszyłam się ogromnie, bo tak bardzo zachwyciłam się jego debiutanckim "Skoruniem". I właśnie skończyłam czytać "Robinsona w Bolechowie" (W.A.B. 2017), emocje jeszcze świeże, refleksje też, a zachwyt? Taki sam jak poprzednio! Powieść gęsta, mięsista i pięknie napisana. Nawet gdyby najnowsza książka Macieja Płazy była o niczym, oczywiście jest o czymś, to i tak nie żałowałabym lektury, bo wystarczyłaby mi już tylko przyjemność  obcowania z tą niezwykle napisaną prozą. Kto zna "Skorunia", ten wie, o czym piszę, kto nie zna, powinien spróbować, chociaż z bólem serca przyznaję, że nie jest to rzecz dla każdego. Na pewno wymaga skupienia, uważnej lektury, rozsmakowania się w kunsztownym, barokowym języku pełnym metafor, porównań, niezwykłych skojarzeń, neologizmów i czego tam jeszcze! Kto nie lubi opisów, długich i dokładnych, ale jakich niezwykłych, kto nie lubi introspekcji, kto musi mieć dialogi zapisane, jak Bóg przykazał, i narrację prowadzoną prosto, najlepiej chronologicznie, bez żadnych czasowych zapętleń, przeskoków, bez niedomówień i zagadek, niech się za "Robinsona w Bolechowie" nie zabiera. Niestety. Jeśli dla kogoś to wszystko nie stanowi przeszkody, namawiam gorąco.

W drugiej powieści Macieja Płazy znajdziemy pewne motywy znane z poprzedniej, ale poza tym wszystko jest inne. To, co już oswojone, to wieś - Bolechów, gdzieś nad Wisłą, na jej stromym brzegu, gdzieś w okolicy Sandomierza. Chociaż ziemie też żyzne, chociaż jest i sad, to wieś jednak inna. Bo są wprawdzie chałupy, gospodarstwa otoczone malowniczymi sadami właśnie, ale jest też szpecący okolicę PGR, szczególnie, kiedy zostanie zamknięty i popadnie w ruinę, jest wreszcie pałac należący niegdyś do hrabiego, który zginął w czasie wojny. Potem utworzono w nim muzeum. I ten kontrast wieś - pałac bardzo mocno w powieści wybrzmiewa. Nie tylko w czasach przedwojennych, kiedy żył jeszcze hrabia, ale ta dominacja, ta wielkopańskość trwa nadal - i w czasach komunistycznych, i po transformacji. Nie ma już hrabiego, pałac upaństwowiono, powstało w nim muzeum, ale jego długoletni kustosz - Stefan, syn dawnego ogrodnika, od dziecka zafascynowany pałacowym światem, ma w sobie coś jaśniepańskiego. Człowiek, który swoją zawodową karierę, wykształcenie zawdzięcza historycznej zawierusze, który gdyby nie wojna, gdyby nie zmiana ustroju, pewnie zostałby jak ojciec pałacowym ogrodnikiem,  zachowuje się jak pan na włościach. Gwoli sprawiedliwości dodajmy jednak, że jak dobry, oświecony pan. Jeszcze lepszą panią okaże się jego córka, Łucja, która zgodnie z wolą ojca będzie kontynuowała jego misję.

Na drugim biegunie jest wieś. A tam kamieniarz Franciszek, mistrz w swoim fachu, ale odludek, milczek, gbur, gwałtownik, człowiek o pogmatwanej przeszłości. Począwszy od drugiego rozdziału, naprzemiennie śledzimy losy Stefana i Franciszka. Bardzo mocną dominantą jest tu wojna oglądana oczami dzieci - kilkunastoletniego Stefana i kilkuletniego zaledwie Franciszka. Szczególnie jego perspektywa jest niezwykła, bo nie rozumie, co się wokół niego dzieje, więc i my w taki sposób, niekonkretny, niedomówiony, zawoalowany, nie wprost poznajemy historię wołyńskiej rzezi, bo to na Wołyniu urodził się Franciszek. Temu podporządkowany jest też oczywiście język - enigmatyczny, nasączony strachem. Tym strachem nasiąknie Franciszek, co położy się cieniem na jego życiu. Będzie odmieńcem, dziwakiem, czarcim pomiotem.

Ale powieść Macieja Płazy jest niezwykle zwodnicza, i to kolejna z jej zalet, bo odnosiłam wrażenie, że co jakiś czas zaczyna się od nowa. Zmienia się temat, inny bohater staje się najważniejszy. Niby to naturalne w rodzinnych sagach, a tym w pewnym sensie jest "Robinson w Bolechowie", ale tu poprowadzone to zostało jakoś inaczej. Na tyle zwiodła mnie historia Stefana i Franciszka, że zupełnie straciłam z oczu pierwszy rozdział, który przecież dyskretnie wprowadzał głównego bohatera i najważniejszy temat powieści. Kto nim jest? Robert, wnuk Stefana, syn Łucji. Wychowany w pałacu, oczko w głowie dziadka, to słowo do Stefana bardzo nie pasuje, kolejny odmieniec. Paniczyk, malarzyk, jak o nim mówią. Jest łącznikiem pomiędzy pałacem a wsią, z którą wiążą go rozmaite więzy. Od dziecka maluje, rysuje, włóczy się po okolicy ze szkicownikiem i pudełkiem po czekoladkach, w którym trzyma ołówki i inne przybory potrzebne mu do szkicowania i rysowania. Pudełko to nie byle jakie, Stefan dostał je jeszcze od hrabiego i przechował jak najcenniejszą pamiątkę. Wiele tu takich śladów łączących powojennych mieszkańców pałacu z jego dawnym właścicielem.

Druga część powieści skupia się przede wszystkim na dorosłym już Robercie. To z jego perspektywy patrzymy na Bolechów i jego mieszkańców. Swoje życie rozpiął pomiędzy rodzinną wsią a Poznaniem, gdzie skończył studia na ASP i gdzie zamieszkał. Wątek poznański jest równie fascynujący jak ten bolechowski. Poszerza perspektywę historyczną, społeczną, bardzo ciekawy jest obraz środowiska artystycznego. Nieco zmienia się też w tych partiach język. Jest prostszy, bardziej narracyjny, chociaż nadal niepozbawiony barokowych ozdób, ale tu są nieco dyskretniejsze, mniej liczne. Robert robi karierę, także finansową, jego obrazy są kupowane, wystawiane w Polsce i na świecie, ale jest też związany z artystami z kolektywu Zakład zajmującymi się sztuką krytyczną i po sąsiedzku z anarchistami mieszkającymi w squacie Rozbrat (taki squat rzeczywiście w Poznaniu istnieje, sprawdziłam). Tak jak w Bolechowie jego życie oscylowało między pałacem a wsią, tak tu rozpięte jest między drogim loftem, w którym zamieszkał, a artystycznym kolektywem i squatem, z którym łączą go więzy nie tylko towarzyskie. Ale teraz przebywa odwrotną drogę - z lochu, jak mówi Julia, do drogiego, wypasionego loftu.

Bo jest to powieść o artyście. Maciej Płaza portretuje proces twórczy - wiele tu fascynujących, pięknych opisów obrazów i szkiców malowanych i rysowanych przez Roberta. Autor stawia ważne pytania dotyczące kondycji artysty i pokazuje przejmujące dylematy, przed którymi staje Robert. Co jest miarą sukcesu? Od czego sukces zależy? Co jest źródłem inspiracji? Kim jestem? Jakie maski przybieram? Kiedy jestem sobą? Jaką cenę płacę za sukces? I kiedy czuję, że coś ze mną nie w porządku? Jest też zdrada, ale nie taka, o jakiej pewnie w tej chwili myślisz, czytelniku tej notki, i twórczy kryzys. Maciej Płaza inspirował się malarstwem amerykańskiego malarza Andrew Wyetha. Przyznam się, że o nim nie słyszałam, ale w trakcie lektury obejrzałam sobie reprodukcje jego obrazów. Okładki "Skorunia" i "Robinsona w Bolechowie" zdobią dwa z nich. Jeden z ważnych wątków w powieści inspirowany jest pewnym zdarzeniem z życia malarza. Warto o tym wiedzieć, czytając powieść. Jest w niej też dużo odniesień do prozy Schulza, poezji Leśmiana, może jeszcze do innych autorów, ale nie będę się wymądrzać i udawać, że je odkryłam, bo niestety nie jestem aż taką erudytką. Jednak zapewniam, że i bez tego powieść sprawia ogromną przyjemność i daje niezwykłą satysfakcję. Bo jest też zagadka, tajemnica i czytelnik ma ogromne pole do snucia własnych domysłów nie tylko tych związanych ze wspomnianą przed chwilą tajemnicą. I na koniec jeszcze jedno. Mimo że głównym bohaterem jest mężczyzna, to bardzo istotne i ciekawie sportretowane są też postacie kobiece - wspomniane już Łucja, Julia, ale przede wszystkim Urszula, córka Franciszka.

To niezwykła powieść. Tyle w niej jest - i rodzinna saga, i kawał historii, i bohaterowie z krwi i kości, i portret środowiska artystycznego, i inne wątki, o których nie dałam rady albo nie mogłam w tej notce wspomnieć. Kiedy czytam takie książki jak "Robinson w Bolechowie" Macieja Płazy, to wiem, że obcuję z prawdziwą literaturą, a nie wyrobem literaturopodobnym, literackim produktem skrojonym pod czytelnicze gusta.

niedziela, 08 kwietnia 2018
Jonathan Safran Foer "Oto jestem"

Przyznam, pewnie powinnam ze wstydem, że nigdy dotąd nie zetknęłam się z twórczością Jonathana Safrana Foera. Nie lubię tego pisać, ale nawet  nie miałam pojęcia o istnieniu tego amerykańskiego pisarza. Dopiero teraz, przy okazji wydania jego najnowszej powieści "Oto jestem" (W.A.B. 2017; przełożył Krzysztof Cieślik) zwróciłam na niego uwagę i pod wpływem bardzo dobrych recenzji poważnych ludzi skusiłam się na rzeczoną książkę. A jako łowczyni ebookowych promocji z dumą przyznaję, że udało mi się tę opasłą powieść kupić po wyjątkowo okazyjnej cenie! Czyta się ją rzeczywiście znakomicie, jednym tchem -  tomiszcze liczące siedemset stron połknęłam w tydzień, a był to tydzień normalnej pracy, nie wolnego. Niestety, im dłużej czytałam, tym bardziej mój początkowy entuzjazm opadał - czułam się coraz mocniej rozczarowana i ... znudzona. Miałam wrażenie, że już to znam, w tym oczywiście nic złego nie ma, gorzej, że inni zrobili to już kiedyś lepiej, że za dużo tu irytującego gadulstwa o niczym. Miało być przejmująco, przygnębiająco, dojmująco, a nie było. Może dlatego, że nie przywiązałam się jakoś specjalnie do bohaterów? Irytowali mnie wiecznym gadaniem, roztrząsaniem włosa na czworo.

A powieść jest o sprawach poważnych - o kryzysie małżeństwa i rodziny na tle wyobrażonego przez autora poważnego kryzysu bliskowschodniego, który może przeobrazić się w konflikt międzynarodowy. Co ciekawe, kryzys rodziny jest tu na pierwszym miejscu. Gdzieś tam po drugiej stronie oceanu wybucha poważny konflikt, ale tu, na innym kontynencie, życie toczy się niemal normalnie. Telewizyjne wiadomości są tylko tłem dla rodzinnych rozmów i problemów. Z czasem wszyscy przyzwyczajają się do tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. A kiedy najgorsze zostanie zażegnane, niemal nikt już nie będzie zajmował się tą sprawą. Można odetchnąć z ulgą, a że przy okazji zginęły tysiące (setki tysięcy?), cóż, nikt się nad tym specjalnie nie zastanawia.

Innym bardzo istotnym wątkiem są stosunki Żydów z Izraela z Żydami amerykańskimi, a szerzej z diaspory. W centrum staje kwestia, czy Żydzi amerykańscy czują się odpowiedzialni za Izrael, co ich ze współczesnym Izraelem łączy. Czy tylko sentymentalne wycieczki do biblijnej Ziemi Obiecanej i odwiedziny u krewnych?

Chociaż głównymi bohaterami są Julia i jej mąż Jacob, to pierwsze skrzypce gra on. To on jest w tej powieści na pierwszym miejscu. Może dlatego, że, jak mówi autor, nie byłoby tej książki, gdyby nie jego rozwód. Bo kolejne ważne pytania to pytania o męskość i współczesny wzorzec mężczyzny. Jest to historia męskiego zmagania się ze słabościami i niedorastania do wyobrażenia, jak mężczyzna powinien zachować się w czasie kryzysu, jaki w ogóle powinien być. Co ważniejsze - sprawy wagi światowej czy własna rodzina, a przede wszystkim dzieci? Czy Sam, Max i Benjy stanowią tylko wymówkę dla tchórzącego Jacoba, czy rzeczywiście  są najważniejsi? Niegdyś rolą mężczyzny było iść na wojnę, to kobieta zostawała w domu, opiekowała się dziećmi i dodatkowo przejmowała jego rolę. Jacob, i nie tylko on, bo na apel premiera Izraela do Żydów z diaspory odpowiada zdecydowana mniejszość, zachowuje się inaczej. I tak źle, i tak niedobrze. Nie potrafi sobie z tym poradzić.

Mamy tu też portrety dzieci, a szczególnie ciekawy najstarszego z synów Julii i Jacoba, wspomnianego już trzynastoletniego Sama. Cóż, dzieci zawsze wiedzą więcej, niż nam się wydaje. No i oczywiście ważna jest Julia, czterdziestolatka, rozczarowana swoim małżeństwem, zmęczona codziennością, kręceniem się w kółko za tysiącem drobnych, często irytujących spraw. Julia, która chce być świetną matką, a trudy ma jej wynagrodzić doskonała rodzina i małżeństwo. Dopiero nagły kryzys (nie ten światowy) obnaża prawdę. I Julia, i Jacob żyją wyobrażeniem szczęśliwego małżeństwa i szczęśliwej rodziny, powielane rytuały pokazują pustkę. Mimo że tyle gadają, nie mówią o sprawach dla siebie ważnych, każde udaje, że wszystko jest w porządku. 

Niby tyle napisałam, a dałoby się jeszcze więcej, bo to nie wszystkie wątki, ale rzecz w tym, że, jak wspomniałam na początku, pozostaję wobec tej powieści obojętna. O kryzysie rodziny o niebo lepiej pisze mój ukochany Amos Oz i lubiana przeze mnie  Zeruya Shalev, a o stosunkach Żydów z Izraela z Żydami z diaspory, ale również o kryzysie rodziny i męskości inny mój ulubieniec, też Amerykanin, Philip Roth. Foer mnie rozczarował jak kiedyś Jonathan Franzen, przez niektórych okrzyknięty zdecydowanie na wyrost Tołstojem literatury amerykańskiej.

środa, 04 kwietnia 2018
Peter Nadas "Pamięć"

Długo wstrzymywałam się z kupieniem powieści niemal nieznanego w Polsce węgierskiego pisarza Petera Nadasa, podobno żelaznego kandydata do Nobla. Powieści, która była objawieniem zeszłej wiosny. Chodzi oczywiście o "Pamięć" (Biuro Literackie 2017; przełożyła Elżbieta Sobolewska). W pewnym sensie przerażała mnie grubość (osiemset stron). Oczywiście nie dlatego, że tyle do czytania. Przeciwnie, jestem wyznawczynią poglądu, że im powieść grubsza, tym dla niej lepiej. Co prawda nie głoszę go już bardzo ortodoksyjnie, cenię sobie czasem minimalizm, wszystko jest przecież kwestią talentu pisarza. Tym razem jednak objętość powstrzymywała mnie przed zakupem, bo usłyszałam, iż książka jest tak wydana, że fatalnie się ją trzyma i ręce bolą w czasie czytania, a lektura zamiast przyjemnością  staje się katorgą. Oczywiście kupiłabym ebook, ale niestety go nie było. Już pogodziłam się z myślą, że oprócz intelektualnego trudu przyjdzie mi podjąć również fizyczny, kiedy nieoczekiwanie pojawiła się wersja elektroniczna "Pamięci" i to po niezwykle promocyjnej cenie! Tu mam ochotę zapelować do wydawców - dobrze by było, gdyby premierze książki papierowej towarzyszyła informacja, kiedy pojawi się wersja elektroniczna, jeśli nie ma jej od razu, co najczęściej jest normą. Jeżeli to tylko kilka dni, pal diabli, jeśli kilka miesięcy, jak w tym przypadku, to jednak chciałabym to wiedzieć. Teraz na przykład nie mam pojęcia, czy najnowsza książka Renaty Przybylskiej "Lesbos" zostanie wydana w formie elektronicznej. No ale dość dygresji. Tak więc, kiedy pojawił się w końcu ebook, nie było na co czekać!

Od razu złożę dwa oświadczenia. Pierwsze - i ja książką jestem zachwycona. Drugie - nie jest to rzecz dla każdego. I nie chodzi o objętość, ale o sposób pisania. To proza gęsta, niemal bez dialogów, a jeśli już się pojawiają, to zatopione w narracji, co zawsze utrudnia czytanie. Zdania są długie, wiele tu drobiazgowych studiów dotyczących emocji czy na przykład istoty pocałunku. To oczywiście nie popycha zdarzeń do przodu. Kolejną trudnością jest mieszanie czasów, rwanie narracji, przeskakiwanie do innego tematu, innych zdarzeń, często oddalonych w czasie.

Już sama akcja prowadzona jest trójtorowo. Jeden wątek to historia dzieciństwa narratora spędzonego w Budapeszcie w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku w czasach stalinowskich, aż do rewolucji 56 roku. Drugi dotyczy tego samego bohatera, który na początku lat siedemdziesiątych przebywa w Berlinie Wschodnim, obracając się w środowiskach artystycznych, głównie teatralnych. Dlaczego tam jest? Z czego żyje? Nie bardzo wiadomo. To kolejna cecha powieści - wiele tu niedomówień, nie wszystko zostaje wyjaśnione i podane na tacy. Jest wreszcie wątek trzeci - historia całkiem innego bohatera gdzieś z początku dwudziestego wieku, a może z końca dziewiętnastego, też osadzona w Niemczech w podobnych miejscach jak wątek drugi. Czym jest ta historia? Projekcją wyobraźni narratora i głównego bohatera zarazem? Książką przez niego pisaną? W każdym razie w tej ostatniej opowieści odbijają się emocje głównego bohatera i niektóre zdarzenia, chociaż w wersji mocno zniekształconej. Te trzy wątki  w tej samej kolejności przeplatają się w poszczególnych rozdziałach. Składa się więc powieść Nadasa niczym puzzle, tym bardziej, że autor gra z czytelnikiem, podsycając jego ciekawość. Jak w dobrym kryminale wiele spraw rozwikłanych zostaje na samym końcu, chociaż to przecież nie kryminał. Jakby tego było mało, w przedostatnim rozdziale pojawia się nieoczekiwanie coś zupełnie nowego. Co to jest, zdradzić nie mogę, bo byłby to ordynarny spojler. Tak więc powieść wymaga uwagi, nie da się jej czytać szybko, chociaż najczęściej wciąga tak, że trudno odejść do innych zajęć. Nawet zaparzenie kawy było stratą czasu. Bywają oczywiście momenty nużące, przez które trzeba się przedzierać. To właściwie norma w tego typu powieściach. Ale wysiłek wart jest trudu i czasu. Czytając, czuje się, że to kawał wybitnej (?), znakomitej (?) literatury, jaka nie rodzi się na kamieniu. Nie ma się co czarować - w zalewie nowości, za którymi podążamy, taka powieść jest czymś wyjątkowym. Najczęściej czytamy jednak rzeczy znacznie mniejszego kalibru.

A teraz najważniejsze - o czym jest powieść Petera Nadasa? O pamięci - to na pewno. Stąd jej rwana, chaotyczna forma. Tak myślimy o przeszłości, tak ją sobie przypominamy. Od skojarzenia do skojarzenia - w ten sposób płynie strumień naszych myśli. Oczywiście towarzyszy temu drugie pytanie - co i jak pamiętamy? Co jest prawdą, a co tylko nam się wydaje? Ale tematów tej powieści jest oczywiście znacznie więcej. Kolejny problem, jaki pojawia się w trakcie lektury, brzmi - na ile pewne zdarzenia z naszego życia determinują nasz los, naszą przyszłość, jak wpływają na nasze wybory.

Ale chyba najważniejszy temat "Pamięci" to miłość. Miłość niejednoznaczna, skomplikowana, trudna, miłość hetero, homo i biseksualna, miłość dziecięca, młodzieńcza i dojrzała. Nie przez przypadek dwukrotnie pojawia się problem ojcostwa. Kto jest naprawdę moim ojcem? To pytanie dręczy narratora. Bohaterowie przechodzą przez różne fazy miłości, nie zawsze łatwo jest im zrozumieć, co czują. Wiele tu trójkątów a nawet czworokątów. Są o siebie zazdrośni, cierpią. Jeśli są szczęśliwi, to tylko na chwilę. Miłość skazuje ich na samotność. Bardzo to wszystko smutne, a już ostatnie słowa powieści, dla kogoś, kto ją właśnie kończy, tchną smutkiem bezbrzeżnym. A więc to takie proste. Pomyślał, że w takim razie to takie proste. Takie proste, tak, wszystko było takie proste. Trzeba przeczytać, aby zrozumieć smutek, ironię i cierpienie, jakie z tych zdań płyną. A więc to tak? Czy warto było? Najbardziej tę nostalgię i smutek czuć w wątku berlińskim. Nawet miasto wydaje się dostrajać do melancholii bohaterów. Opisy, chociaż realistyczne, tworzą klimat fantasmagorii, nierealności. Miasto jest puste, wiatr hula po pustych przestrzeniach, bohaterowie chodzą po wyludnionym, wietrznym mieście często nocami.

"Pamięć" jest też powieścią o dojrzewaniu, a wreszcie wielkie znaczenie ma wątek polityczny. Te dwa ostatnie tematy najsilniej wybrzmiewają w rozdziałach węgierskich, kiedy narrator wspomina swoje dzieciństwo, skomplikowane relacje z rówieśnikami, budzące się uczucia, zawiści, zdrady. Opowiada też o swoim domu rodzinnym. Nawet tu wkrada się polityka. Jego rodzice i ich przyjaciele to przedwojenni komuniści, a teraz ojciec jest prokuratorem, bardzo krwawym prokuratorem. Pojawia się wątek zdrady, sfingowane procesy polityczne, no i oczywiście rewolucja roku 56. Wszystko to bardzo gęste, bardzo intensywne. zakończę stwierdzeniem - kto do literatury podchodzi poważnie, powinien "Pamięć" przeczytać koniecznie.

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Andre Aciman "Tamte dni, tamte noce"

Niedawno zachwycałam się tutaj filmem "Tamte dni, tamte noce". Dziś będę zachwycać się książką (Poradnia K 2018; przełożył Tomasz Bieroń), którą dla kina przysposobił James Ivory, jeden z moich ulubionych twórców. Pewnie nie sięgnęłabym po tę powieść, ale ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jej autorem jest Andre Aciman, którego świetne "Wyjście z Egiptu" wydało kilka lat temu Czarne. To wspomnienia o rodzinie pisarza, sefardyjskich Żydach, i dzieciństwie spędzonym w Aleksandrii. Kto nie czytał, niech koniecznie nadrobi zaległość. Powieść, o której dzisiaj, wyszła w Polsce pod zmienionym tytułem, podobnie jak film. Oryginalny brzmi "Call me your name" i nie wiadomo, dlaczego wymyślono inny. I kto był pierwszy - dystrybutor filmu czy wydawnictwo.  Ale do rzeczy.

Lektura "tamtych dni, tamtych nocy"  pochłonęła mnie całkowicie, przeżyłam ją równie mocno jak film. To wspomnienia Elio, pół Włocha, pół Amerykanina, a właściwie Żyda. Przywołuje z pamięci pewne lato, które zaważyło na jego życiu. Lato, kiedy poznał siedem lat starszego od siebie, dwudziestoczeroletniego Oliviera, dobrze zapowiadającego się filozofa, też Żyda, który spędza wakacje we włoskiej willi jego rodziców gdzieś w nadmorskim miasteczku nazywanym w powieści B. Ta wspólnota pochodzenia ma w książce pewne znaczenie, jest znacznie mocniej akcentowana niż w filmie.

"Tamte dni, tamte noce" to historia miłości, ale też opowieść o odkrywaniu swojej tożsamości. Elio zakochuje się w Olivierze, daje sobie przyzwolenie na to uczucie, zastanawiając się jednocześnie, kiedy to się zaczęło, kiedy zdał sobie sprawę, że interesują go nie tylko dziewczyny. Jeśli ktoś spodziewa się taniego romansu, srodze się zawiedzie. Ta powieść to wiwisekcja uczucia. Drobiazgowa, dość powolna analiza rodzącej się miłości może niejednego znudzić. Najpierw jest gra, która poprzedza romans, tym trudniejsza, że toczy się pomiędzy młodymi mężczyznami pod bokiem rodziców jednego z nich. Dodajmy - w latach osiemdziesiątych. Potem romans. Śledzimy tu cały miłosny repertuar - ukradkowe spojrzenia, odczytywanie znaków, przybieranie maski obojętności, udawaną wrogość, duchowe rozterki, wahania, niecierpliwość, nerwowe oczekiwanie, początkowe rozczarowanie, a wreszcie wybuch namiętności. Olivier, starszy, zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży. Elio rzuca się na głęboką wodę, nie zastanawiając się, na co się porywa. Sypiał dotąd tylko z dziewczynami.

Powieść świetnie oddaje całą komplikację uczucia, jego nieoczywistość. Obaj niekoniecznie są sobie wierni i nie bardzo ich to obchodzi. Liczy się to, co dzieje się pomiędzy nimi. Tym bardziej, że czas goni. Wiedzą doskonale, że rozstanie jest nieuniknione. Olivier wraca do Stanów, Elio zostaje we Włoszech, czeka go ostatni rok w szkole. Powieść, w przeciwieństwie do filmu, ma jeszcze ciąg dalszy, ostatni rozdział, opowieść o tym, jak potoczyło się ich życie potem. Nie ma kropki nad i, historia kończy się dość niejednoznacznie. Pozostaje pytanie - dlaczego nie zdecydowali się być razem? Bo kochali też innych? Bo prawdziwa miłość jest właśnie taka - nie do końca spełniona, niesplamiona codziennością, ocalona przed przyzwyczajeniem i spowszednieniem? Dlatego może trwać? Byłaby więc to opowieść o miłości idealnej? A nad wszystkim unosi się przemijanie, delikatny cień śmierci.

Książka jest bardzo zmysłowa, nie tylko w opisie namiętności. Także towarzyszące jej okoliczności mają swoje znaczenie. Włoskie lato, morze, ukryte zatoczki, stara willa z basenem, brzoskwiniowy sad, upał, leniwe popołudnia, dobre jedzenie, wino. No i sztuka. Dom pełen książek, muzyki, rozmowy o filozofii, poezji.

"Tamte dni, tamte noce" to książka, która wzrusza, pochłania i daje wielką, zmysłową przyjemność.

środa, 28 marca 2018
"Wieża. Jasny dzień"

Na debiut filmowy Jagody Szelc "Wieża. Jasny dzień" szłam z jednej strony z ciekawością, z drugiej z duszą na ramieniu. Ciekawość, bo reżyserkę okrzyknięto nowym, niespotykanym, intrygującym głosem polskiej kinematografii, film zbierał i zbiera świetne recenzje, Jagoda Szelc dostała w Gdyni nagrodę za debiut i scenariusz, Paszport Polityki, a w Berlinie jej film pokazywany był w sekcji Forum. Mało? Mimo zachwytów i splendorów na ramieniu siedziała mi dusza, bo obawiałam się, że może to być kino udziwnione, arthousowe, jak niektórzy mówią - festiwalowe. Jednym słowem takie, gdzie forma o dziesięć pięter przerasta treść, co do ekstazy doprowadza krytyków, a zwykły widz nie rozumie tych zachwytów albo głosuje nogami. Na szczęście tym razem obawy się nie sprawdziły! Chociaż nie jest to może do końca moja poetyka, to jednak film oglądałam z zapartym tchem, cały czas czekając na to, co się zdarzy, a że zdarzyć się musi, przekonuje widza sugestywna muzyka i rozsiane, najpierw z rzadka, potem coraz częściej, tropy z zupełnie innej, nierealistycznej bajki. Bo "Wieża. Jasny dzień" to pozornie zwyczajna opowieść o rodzinie, która spotyka się z okazji pierwszej komunii. Zapis kilku dni poprzedzających uroczystość i samego święta. Ale to rodzinne, realistyczne kino miesza się z thrillerem, niektórzy twierdzą, że blisko mu do Larsa von Triera czy baśni. I rzeczywiście jest tu coś z ducha "Melancholii". Ten film niekoniecznie działa na emocje, jest bardziej zagadką, szaradą do rozwiązania. Zmusza do namysłu i główkowania, daje pole do interpretacji. A więc zachęcam, a nawet uważam, że koniecznie zobaczyć trzeba, chociaż obawiam się, że niestety "Wieża. Jasny dzień" nie zawojuje masowej widowni. Nieprzekonanych przekonuję, że film naprawdę świetnie się ogląda, jest też piękny wizualnie, kręcony w plenerach Kotliny Kłodzkiej. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60