Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 29 października 2017
Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy"

Po niewielkich rozmiarów powieść amerykańskiej pisarki Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy" (Wielka Litera 2016; przełożył Bohdan Maliborski) sięgnęłam właściwie tylko z ciekawości. Była tak wychwalana, że kiedy ebook osiągnął korzystnie niską cenę, kupiłam, żeby sprawdzić. Ale do lektury podchodziłam z wielkim sceptycyzmem, bo to, co o książce słyszałam, jakoś mnie nie porywało. No i sprawdziło się - przeczytałam bez bólu, ale zachwytów nie podzielam. Cóż, może jestem za mało wrażliwa, aby w tej minimalistycznej opowieści dostrzec więcej. Dla mnie, miłośniczki prozy mięsistej, gęstej, ociekającej opisami, "Mam na imię Lucy" to zaledwie szkic powieści. Ale rozumiem, że w erze pośpiechu, braku czasu, ten typ literatury może znajdować czytelników. Są też i tacy, dla których  minimalizm jest zaletą.

To historia dojrzałej kobiety, tytułowej Lucy, która z perspektywy lat opowiada o swoim życiu, dzieciństwie, małżeństwie, początkach pisarskiej kariery, relacjach z dorosłymi córkami. Na przeszłość patrzy przez pryzmat spotkania z matką, która na prośbę jej męża przyjeżdża, aby pielęgnować córkę w szpitalu. Wspomnienia nie stanowią spójnej całości, składają się na nie raczej okruchy pamięci. Nie dowiemy się, jakie wojenne demony dręczyły ojca Lucy, jaki problem miał brat, dlaczego posypało się jej małżeństwo. Tego wszystkiego możemy się tylko domyślać.

Lucy żyje w cieniu swojego dzieciństwa spędzonego gdzieś na amerykańskiej prowincji w stanie Illinois. Dzieciństwa ubogiego, szorstkiego, naznaczonego samotnością, lękami i wstydem. Wstydem ubóstwa, chłodu, głodu, brudu, byle jakich ciuchów, wstydem brata-odmieńca. Mimo upływu lat nadal pamięta tamtą samotność, nierozumienie ze strony rodziców, rówieśników, którzy się z niej  wyśmiewali. Jako jedyna z trojga rodzeństwa odmieniła swój los - wyjechała, skończyła studia, zamieszkała w Nowym Jorku. Ale zawsze czuła się tą gorszą. Bo wychowała się w takim domu, bo nie oglądała telewizji, bo nie przeczytała tych wszystkich książek, które powinna, bo nie bywała w teatrze, w muzeach, na koncertach. Chociaż skończyła studia, tego wszystkiego nie dało się już nadrobić. Spotkanie z matką nie przyniesie nic istotnego, nic poza plotkami, opowieściami o sąsiadach, znajomych z dzieciństwa. Mimo to jest dla niej ważne, spędzą razem pięć dni, będą blisko siebie, ale więzi i rodzinne relacje nie zostaną odbudowane. Chociaż dzieciństwo Lucy nie było szczęśliwe, nie ma w niej nienawiści, jest miłość, tęsknota i żal, że nic się nie da naprawić.

Drugie ważne spotkanie w jej życiu to przypadkowa rozmowa ze znaną pisarką, która bezwiednie odciśnie piętno na przyszłości Lucy. Rzucone mimochodem rady wpłyną na jej twórczość i życiowe wybory. Potwierdzi się to, co zawsze myślała i co robiła, że trzeba iść do przodu, swoją drogą, chociaż nie sposób nie popełnić błędów, nie sposób kogoś nie skrzywdzić. Po latach zrozumie, że to, co było dobre dla niej, nie było dobre dla jej córek. Chociaż nie chciała, skrzywdziła je, jak niegdyś krzywdzili ją jej rodzice. Ale na szczęście tym razem będzie inaczej - Lucy uda się odbudować zerwane więzi z córkami. Jest w tej powieści smutek, ale jest też zgoda na świat, jaki by nie był. Może dlatego, że bohaterka lubi ludzi, co często powtarza.

To tyle o książce Elizabeth Strout. Czego bym nie pisała, nie zmienia to najważniejszego - historia Lucy nie porusza mnie jakoś specjalnie, nie dotyka, nie wzbudza emocji. Dlatego na tej jednej powieści zakończę moją znajomość z twórczością amerykańskiej pisarki.

 

 

 

 

 

 

środa, 25 października 2017
Jarosław Mikołajewski "Terremoto"

Kiedy ukazała się najnowsza książka Jarosława Mikołajewskiego „Terremoto” (Dowody na Istnienie 2017) nie miałam zamiaru po nią sięgać, chociaż bardzo cenię autora. Cóż mnie obchodzi zeszłoroczne trzęsienie ziemi we Włoszech? Myślałam. Niemal wyrzuciłam je z pamięci! Mam tyle innych lektur do czytania! Dopiero wywiad z autorem, którego wysłuchałam, sprawił, że natychmiast książkę kupiłam. Teraz wstydzę się mojej postawy, bo pisanie Mikołajewskiego właśnie temu służy - ma budzić w czytelniku sumienie, odkopywać jego wrażliwość, przypominać o tym, co niewygodne.

Od razu napiszę, że „Terremoto” może wielu czytelników zirytować. Chociaż wydane przez wydawnictwo specjalizujące się w literaturze non fiction w serii reporterskiej moim zdaniem reportażem nie jest. Bliżej mu do eseju. To bardzo osobista książka, wręcz ekshibicjonistyczna, tak ekshibicjonistyczna, jak potrafi być poezja, a że Mikołajewski jest też poetą (A może przede wszystkim poetą? Ciekawe, jak by siebie nazwał.), nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z wierszem ukrytym w prozie. Dziwacznie i pokrętnie to brzmi, ale w każdym razie skojarzenia z poezją towarzyszyły mi bardzo często w czasie lektury „Terremoto”. I to właśnie ekshibicjonizm, pisanie bebechami, może czasem nawet egzaltacja, mogą zniechęcić albo wręcz zirytować niejednego czytelnika. Ja książkę Jarosława Mikołajewskiego kupiłam z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kupiłam tę niezwykle osobistą wypowiedź, ten wiersz, ten list do czytelnika, to zwierzenie.

„Terremoto” jest w pewnym sensie kontynuacją jego poprzedniej książki, „Wielkiego przypływu”, opowieści o Lampedusie, jej mieszkańcach i o tym, jak ratują przypływających do ich wyspy uchodźców. Ona też była niezwykle osobista, ale mam wrażenie, że ta jest jeszcze bardziej. Podobnie jak tam i tym razem autor wybiera sobie bohatera. W „Wielkim przypływie” był nim doktor Bartolo, który od wielu lat jako lekarz i jako człowiek ratuje uchodźców. Tym razem to Luka Cari, strażak, rzecznik prasowy straży pożarnej, dziennikarz. To on oprowadza autora po terenach zniszczonych przez zeszłoroczne trzęsienie ziemi niczym Wergiliusz Dantego po piekle i czyśćcu. Ale zanim wyruszą wspólnie do tego umbryjskiego inferno, Mikołajewski przypomina inną historię. Luka Cari brał udział w akcji zarządzonej przez włoskiego premiera Mateo Renziego, której celem było sprowadzenie z egipskiego wybrzeża wraku statku z ciałami siedmiuset uchodźców. Dlaczego Włosi się tym zajęli? Bo trzeba te ciała pochować, a wcześniej pobrać materiał genetyczny dla rodzin, które być może kiedyś się o nie upomną. Ale dlaczego? Bo jesteśmy dziećmi Antygony, jak mówi Luka Cari. Konotacje literackie są w książce Mikołajewskiego bardzo silne – duże wrażenie robi cytat z „Burzy” Szekspira, słowa Mirandy cierpiącej na wieść o katastrofie statku, w której zginęli ludzie. Autor zwraca uwagę na to, że literatura europejska pełna jest takich dowodów człowieczeństwa, ma w sobie litość dla ofiar. W takim kontekście pada pytanie o to, co się z nami, Polakami, stało? Bo o naszej znieczulicy pisze, przeciwstawiając ją ofiarności Włochów. A przecież wychowani jesteśmy w tej samej europejskiej kulturze, tak bardzo lubimy podkreślać nasze europejskie kulturalne dziedzictwo. Gdzie się ono podziało?

Potem opowiada o trzęsieniu ziemi, a właściwie o trzech, o czym nie pamiętałam. Pierwsze miało miejsce w sierpniu 2016 roku, kolejne przyszło w październiku, następne zimą 2017. Jakby żywioł uznał, że uderzyć raz to za mało, że trzeba zniszczyć wszystko, pognębić do imentu tych, którzy jakimś cudem ocaleli. A to niekoniecznie koniec, bo nie dość, że ziemia we Włoszech drży bezustannie, o czym przypominamy sobie tylko przy okazji spektakularnych tragedii, to sejsmolodzy uważają, że ten ciąg zapoczątkowany w sierpniu zeszłego roku jeszcze się nie zakończył. Mikołajewski i Cari jadą przez oszałamiająco piękne, górzyste umbryjskie tereny zniszczone przez trzęsienie ziemi, jadą drogami, na których niebezpieczeństwo czyha cały czas – pełno tu powalonych głazów, skał, które w każdej chwili mogą się osunąć na drogę, pełno uskoków i innych pułapek. Docierają do kompletnie zniszczonych miasteczek i wiosek, kiedyś ślicznych jak z obrazka, odwiedzanych przez turystów, słynnych z powodu swych kulinarnych specjałów. Odwiedzają Amatrice, Norcię (po polsku znana jako Nursja), Castellucio. Nie ma już tych miejsc, są kikuty domów, pałaców, kościołów umiejscowione wzdłuż czegoś, co kiedyś było główną ulicą miasteczka albo uroczą piazza, są połamane szafy, stoły, resztki krzeseł, garnki, zabawki, szkolne zeszyty i wszystko to, co gromadzimy w domach, a co żywioł wybebeszył swoją niszczycielską siłą, wystawił bezwstydnie na widok ciekawskich. Kocham Włochy, byłam tam wiele razy, w Umbrii też, w tych zniszczonych przez trzęsienie ziemi miejscach nie, ale doskonale mogę je sobie wyobrazić. Dlatego tym bardziej serce mi pęka, kiedy czytam książkę Mikołajewskiego. Czy Amatrice, Norcia, Castellucio i inne miejscowości powstaną kiedyś z martwych? Czy wróci do nich życie? Na pewno nic nie odda życia tym wszystkim, których kataklizm zabił. W samym Amatrice zginęły dwieście dziewięćdziesiąt cztery osoby.

Autor pochyla się nad nimi, przywołuje ich imiona i nazwiska, zawody. Pisze o traumie ocalonych. Ale przede wszystkim naiwnie, i nie wstydzi się swojej naiwności, pyta. Sejsmologów, czy trzęsienie ziemi można przewidzieć i skąd się w ogóle bierze, siebie o miejsce Boga w tym wszystkim. Zadaje odwieczne pytanie – dlaczego? Najpierw uczonym filozofom za pośrednictwem poematu Woltera napisanego po wielkim trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Lizbonę, potem Bogu. Dlaczego, Boże, pozwalasz na cierpienie? Czym zawinili ci wszyscy mieszkańcy Amatrice, Norcii, Castellucio? Odpowiedz, jeśli jesteś, a tego Mikołajewski pewien wcale nie jest, a właściwie raczej pewien jest tego, że Bóg nie istnieje, czego świadectwo w swoich rozmaitych tekstach daje wielokrotnie. Przyznam, że także z tego powodu pisanie Mikołajewskiego jest mi bliskie. Oczywiście odpowiedzi nie znajduje, bo znaleźć nie może. Szuka jej też u księży. Pyta nie tylko dlaczego, ale też, co powiedzieliby ludziom dotkniętym podobną tragedią. Częsta w takim wypadku odpowiedź, że Bóg jest miłością albo że to tajemnica, nie zadowala autora. Dlatego drąży dalej, pytając uczonych teologów. Na końcu i tak pozostają bezradność i milczenie. Mikołajewski chciałby być jak ci ludzie, którzy klęczeli zatopieni w modlitwie przed zrujnowaną, wybebeszoną bazyliką świętego Benedykta w Nurcii. Chciałby, ale nie potrafi, bo widzi tam tylko ruiny i pustkę.

Ta momentami naiwna, przesiąknięta cierpieniem i zdumieniem książeczka ma szansę obudzić w czytelniku wrażliwość, wytrącić z dobrego samopoczucia, skłonić do stawiania sobie podobnie naiwnych pytań i szukania własnych odpowiedzi. Moją odpowiedzią jest również bezradność.

 

niedziela, 22 października 2017
"Zgoda"

Mimo rozmaitych recenzji postanowiłam wybrać się na „Zgodę” Macieja Sobieszczańskiego. Jedni film chwalą, inni wyrażają się raczej krytycznie, niektórzy żałują, że zabrakło dla niego nagrody w Gdyni (jury doceniło tylko kostiumy). Kiedy są kontrowersje, warto sprawdzić, po czyjej stronie jest racja tym bardziej, że temat ważny i słabo dotąd rozpoznany w kinie i w literaturze. Tytułowa Zgoda to obóz stworzony w Świętochłowicach przez polskie organy bezpieczeństwa. Przetrzymywano w nim Niemców, Ślązaków, Polaków i osoby innych narodowości uznane za wrogów. To nie jedyne takie miejsce, niewiele się o nich mówi. Ale poruszała już ten temat w swoim reportażu „Rok 1945. Wojna i pokój” Magdalena Grzebałkowska i, o ile mnie pamięć nie myli, Paweł Smoleński w „Pochówku dla rezuna”

Muszę przyznać, że mam z filmem Macieja Sobieszczańskiego kłopot. To obraz z gatunku słusznych i oczywistych. Taką filmową wyjadaczkę jak ja, która obejrzała całe morze filmów, niczym nie zaskoczył, a przecież powinien. Czego nowego dowiedziałam się po obejrzeniu „Zgody”? Właściwie niczego. Że obozy były i że traktowano tam więźniów okrutnie, to dla mnie żadne odkrycie. Nie wykluczam, że dla niektórych widzów, zwłaszcza młodych, temat może być zaskakujący. Jeśli zadumają się nad skomplikowanymi ścieżkami historii, jeśli zrozumieją, że świat nie jest czarno-biały i ofiary mogą stać się katami, to bardzo dobrze. Ja jednak to wszystko już wiem. Za dużo książek przeczytałam, za dużo filmów obejrzałam, za dużo w życiu widziałam. Nie lepiej jest z warstwą fabularną. „Zgoda” to  melodramat. Ich dwóch i ona jedna. Obaj ją kochają, a ona oczywiście tylko jednego z nich. Franek zgłasza się do pracy w obozie, bo wierzy, że w ten sposób ocali osadzoną w nim Annę. Nieoczekiwanie spotyka tam też Erwina, Niemca. Wszyscy troje przyjaźnili się przed wojną. Jak mówi matka Franka: „Jej nie ocalisz, a siebie pogrążysz” (cytat z zawodnej pamięci). Łatwo domyślić się, że bohaterowie chcąc ratować ukochaną osobę, będą musieli zstąpić do piekieł i dokonywać dramatycznych wyborów. Aby spróbować ocalić ludzkie istnienie, sami zaprzeczą swemu człowieczeństwu. Łatwo też zgadnąć, że skoro ich jest dwóch, a ona jedna, to pojawią się komplikacje. Takie są prawa gatunku. Niestety tym razem na mnie to nie działa. Chociaż film oglądałam w skupieniu i nie mogę powiedzieć, abym się nudziła, nie potrafiłam jakoś wzruszyć się losami bohaterów ani przejąć ich tragicznymi dylematami. Pozostałam obok ich historii. Niby wszystko jest w porządku, na papierze wszystko się zgadza, a jednak coś nie gra. Poza tym przyjęta konwencja zawęża perspektywę, pozostali bohaterowie pozostają w cieniu, a relacje miedzy nimi pokazane są powierzchownie.

Jeżeli coś miałabym pochwalić, to mroczną atmosferę konsekwentnie budowaną zdjęciami. Zdjęcia to mocna strona filmu, niektóre są wręcz malarsko piękne, przywodzą na myśl obrazy, co przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Nie wiem, czy takie estetyzowanie jest w wypadku tego filmu na miejscu. Na ekranie dominują ciemne, monochromatyczne barwy, wiele scen rozgrywanych jest nocą lub w ciasnych, klaustrofobicznych barakach, do których światło niemal nie dociera. Wokół jest szaro i brudno, często pada, a Franek, który wraca nocą do domu,  brnie przez błoto. Słychać jak się rozbryzguje pod jego butami. To nazbyt czytelny, dość nachalny symbol. Film jest też bardzo okrutny, reżyser nie szczędzi widzowi brutalnych scen znęcania się nad więźniami.

Nie unikam na ekranie i w literaturze trudnych tematów, ale tym razem zastanawiam się, w imię czego spędziłam w kinie niełatwe półtorej godziny.

 

środa, 18 października 2017
Egon Hostovsky "Zaginiony"

Ostatnio kupiłam kilka interesująco zapowiadających się powieści i systematycznie po nie sięgam, przeplatając literaturą faktu. Zwykle bywa odwrotnie – to literaturę faktu przeplatam powieścią, ale widocznie minione już lato sprawiło, że poczułam głód beletrystyki. Wśród moich zakupów znalazła się książka czeskiego pisarza Egona Hostovskiego „Zaginiony” (Książkowe Klimaty 2016; przełożył Andrzej Jagodziński). Autor od końca lat czterdziestych zeszłego wieku przebywał na emigracji w Stanach, a i wojnę tam spędził, uciekając przed Holocaustem. Zmarł w roku 1973. Uważany jest za jednego z ważniejszych czeskich pisarzy, na naszym rynku wydawniczym został dopiero odkryty dzięki Książkowym Klimatom. Czy za „Zaginionym” pójdą jego kolejne powieści, tego nie wiem. Nasze wydawnictwa bywają kapryśne, niektórzy autorzy pojawiają się jedną książką jak efemerydy, inni wydawani są od deski do deski.

Akcja powieści rozgrywa się w Pradze zimą roku 1948. A rok to bardzo ważny w historii powojennej Czechosłowacji, z czego oczywiście nie zdajemy sobie sprawy. Uczciwie przyznaję, że i ja nic na ten temat nie wiedziałam. Na szczęście polskie wydanie rozpoczyna się klarownym wstępem Andrzeja Jagodzińskiego, który wprowadza czytelnika w meandry roku 1948. Dla potrzeb tej notki wspomnę tylko krótko, że to właśnie w lutym tego roku ostatecznie przesądzony został los Czechosłowacji. To wtedy w wyniku zamachu stanu ostatecznie całą władzę przejęła Komunistyczna Partia Czechosłowacji, prezydentem został Klement Gottwald, rozpoczęły się polityczne czystki, prześladowania, w tajemniczych okolicznościach zginął minister spraw zagranicznych Jan Masaryk, a tysiące osób udało się na emigrację. I właśnie w czasie tych mrocznych miesięcy rozgrywa się akcja „Zaginionego”.

Myślę, że powieść Egona Hostovskiego zadowoli każdego czytelnika. Z jednej strony opowiada o sprawach bardzo istotnych i uniwersalnych – o przyjaźni, niespełnionej, zawiedzionej miłości, wierności ludziom i własnym poglądom, zaufaniu i jego braku. Jest w tej książce kilka takich rozmów, kiedy czytelnik ma wrażenie, że odkryte zostają mu sprawy najważniejsze, że zbliża się do zrozumienia istoty, że odkrywa tajemnicę ludzkiej egzystencji. Wiem, brzmi bardzo górnolotnie, ale nic na to nie poradzę, że czytając, takie właśnie miałam wrażenie. Tak było, kiedy śledziłam rozmowę Olgi, żony jednego z głównych bohaterów, Erika, kobiety nieszczęśliwej, zrezygnowanej, ale szlachetnej, z dziennikarzem Borkiem. Mówili o ostrożności, braku zaufania i zemście. Straszne czasy, w których żyli, wymuszały stałą ostrożność, bo nie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Kto przyjaciel, a kto wróg, a i przyjaciel ze strachu albo z wyrachowania może stać się wrogiem. Wieczna czujność sprawiała, że wszyscy żyli jak obłąkani, zniknęła spontaniczność, zniknęły ludzkie odruchy. Bohaterowie spotykają się potajemnie, mówią szeptem, stale kalkulują, a i tak na końcu okazuje się, że ktoś doniósł, bo był szpiclem. Olga mówi też o zemście, która dotyka nie tylko tego, kto zawinił, ale i jego bliskich, bo dostają rykoszetem. Druga rozmowa, która zrobiła na mnie wrażenie, to spotkanie księdza, ze spokojem czekającego na aresztowanie, z kominiarzem, szczerym komunistą. Dlaczego tacy ludzie jak ów kominiarz, porządni, przyzwoici, popierają komunistyczny zamach stanu? Bo nie dostrzegaliście głodnych, powie. Tak, ale to nie głodni robią tę rewolucję, odpowie ksiądz. Nie o głodnych tu chodzi, on już to rozumie, jego adwersarz być może pojmie wkrótce. To rozmowa o dwóch źródłach zła – głodzie i nienawiści. I chociaż została napisana w innych czasach i w innym kontekście, to zabrzmiała mi bardzo współcześnie. W ogóle „Zaginiony” to powieść gadana. Z drugiej strony dużo się tu dzieje, akcja gna, zaskakuje, a autor buduje napięcie, co chwilę zostawiając czytelnika w niepewności. Bo ta ważna książka została wtłoczona w schemat powieści szpiegowskiej. To dlatego napisałam, że zadowoli każdego czytelnika.

Bohaterowie, a jest ich tu kilku równie ważnych, trudno powiedzieć, kto jest tym najważniejszym, zostają wplątani w grę dwóch politycznych machin – czeskiej i amerykańskiej. I nie pozostanie to bez wpływu na ich życie. To kolejny temat powieści – czy zawsze możemy decydować o swoim losie? Jaki mamy wpływ na bieg wydarzeń? Ile od nas zależy? A sprawa jest w gruncie rzeczy banalna, a w każdym razie taka byłaby w normalnym świecie, ale trwa zimna wojna, więc obie strony zastanawiają się, czy pozwolić wyjechać do Stanów jednemu z bohaterów, Pavlowi Kralovi. I Czesi i Amerykanie chcą go ewentualnie wykorzystać do swoich celów, i jedni, i drudzy zastanawiają się, kim naprawdę jest. Pavel Kral staje się zakładnikiem, pionkiem w grze, a wraz z nim jego przyjaciele i urzędnicy mimowolnie zaplątani w tę sprawę. Napisałam, że jest jednym z bohaterów powieści, ale on sam na jej kartach nigdy się nie pojawi. Dlatego stale obecne jest pytanie – kim jest naprawdę? Jakie ma intencje? Czy to szlachetny człowiek, który chce zrobić coś dobrego, czy też sprytnie umie się ustawić, wykorzystując swoich przyjaciół i krzywdząc ich przy okazji?

Egon Hostovsky w swojej powieści miesza klimaty. Z jednej strony książka jest śmieszna, dowcipna, lekka. Wiele tu zabawnych zdarzeń i postaci, bohaterowie próbują jakoś z wdziękiem iść przez życie, jakoś się w nim ustawić, czerpać z niego to, co najlepsze, nie narażając się nikomu. Lubią proste przyjemności, wieczorne spotkania z przyjaciółmi w knajpie, gdzie kelner doskonale ich zna i nie musi pytać, co zamawiają. Oni nie chcą być bohaterami, nie chcą dokonywać rzeczy wielkich, nie chcą mieszać się do polityki. Nawet kiedy zostają do tego zmuszeni, próbują ratować się fortelem. Ale przecież nie zawsze się tak da. Nie wszystkim się uda. Niektórzy poznają smak emigracyjnej poniewierki i rozstania. Tragiczne nuty, których w „Zaginionym” nie brakuje, przełamane zostają lekką konwencją i śmiechem. Ale nad całością dominuje jednak czarny klimat i klaustrofobiczna atmosfera podejrzeń i nieufności. Nieprzypadkowo bohaterowie przemykają szarymi, zimowymi ulicami, spotykają się w ciasnych, ciemnych, brzydkich wnętrzach, często nocą.

Bardzo ciekawa powieść. Kto ją przeczyta, może sięgnie po inną, trochę bardziej wymagającą, wznowioną niedawno, nagrodzoną kilka lat temu Angelusem. Myślę o „Przypadkach inżyniera ludzkich dusz” Josefa Skvoreckiego, też czeskiego emigranta. Ja kilka lat temu zachwyciłam się nią ogromnie.



 

środa, 11 października 2017
Dionisios Sturis "Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji."

O tym, że Dionis Sturis pisze książkę o greckich imigrantach, których pod koniec lat czterdziestych i później w czasie greckiej wojny domowej i po jej zakończeniu przyjęła Polska oraz inne kraje komunistyczne, wiedziałam od dawna. Nic więc dziwnego, że nie tylko szybko ją kupiłam, ale i szybko przeczytałam. Piszę Dionis, a nie Dionisios, bo autora znam z radia, a tam używa skróconej wersji swojego imienia, więc jakoś do tej dłuższej nie bardzo umiem się przyzwyczaić. No ale trudno, teraz musi być oficjalnie – książka, o której dziś napiszę, to „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji” Dionisiosia Sturisa (W.A.B. 2017). Kto wcześniej nie zetknął się z twórczością autora, dziennikarską i reporterską, ten pewnie z pewnością domyśli się, że musi mieć jakieś greckie korzenie. I tak jest rzeczywiście. Sturis pisał już o tym w swoim pierwszym reportażu „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, która był opowieścią o Grecji, jej najnowszej historii, kryzysie ekonomicznym i politycznym, a także o rodzinie autora. Jego ojciec to jedno z dzieci, które w roku 1947 w czasie krwawej greckiej wojny domowej przyjęła Polska. Matka autora, Polka, była jego drugą żoną, i po rozwodzie, który nastąpił dość szybko, wróciła z Salonik do Polski. I jak to w takich sytuacjach bywa, Dionis Sturis tracił swoje greckie korzenie, aby po latach zacząć je odzyskiwać. Nic dziwnego, że postanowił zająć się tematem nieistniejącym w powszechnej świadomości. No bo z ręką na sercu, kto zastanawia się, skąd się wzięli w Polsce Jorgos Skolias, Antymos Apostolis, Milo Kurtis, Eleni? Przecież są Polakami, mówią po polsku, a że mają dziwne imiona i nazwiska? Nie zastanawiamy się nad tym. Ja pewnie też żyłabym w błogiej nieświadomości, gdyby jedna z moich dalszych ciotek nie miała przyjaciółki Greczynki, o której często wspominała. I lubiła przy tym dodawać, że jest z tych Greków, którzy po wojnie przyjechali do Polski. I tyle mojej wiedzy. Przyjmowałam to jako fakt, nie zastanawiając się nad nim głębiej. Jacy Grecy? Dlaczego? Dopiero z pierwszej książki Sturisa dowiedziałam się trochę, a teraz dzięki „Nowemu życiu” poznałam ten zapomniany epizod z polskiej i greckiej historii jeszcze lepiej.

Choćby tylko z tego jednego powodu po ten reportaż powinno się sięgnąć obowiązkowo. Ale są i inne przyczyny. Najprostsza – jest po prostu niezwykle ciekawa, świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Ale jest i powód ważniejszy – w czasach kiedy odwracamy się od ludzkiego nieszczęścia, kiedy odsuwamy od siebie jak najdalej myśl o uchodźcach szturmujących bramy Europy, kiedy zagubiliśmy gdzieś naszą wrażliwość, o solidarności nie ma co wspominać, warto przyjrzeć się tamtej historii. Mimo powojennej biedy przyjmowaliśmy najpierw greckie dzieci, potem rannych i chorych, aby po zakończonej wojnie przywitać uchodźców politycznych, którym w ich ojczyźnie groziło więzienie, tortury, może śmierć. Dionis Sturis nie ukrywa, że początkowo zainteresował się tematem ze względu na swoją rodzinną historię, potem jednak w miarę narastania kryzysu uchodźczego jego motywacja rozszerzyła się. Podkreśla to wyraźnie w wywiadach, których udzielił przy okazji promocji książki. Dlatego zadedykował ją uchodźcom. Oczywiście powie ktoś, że sytuacja nie jest symetryczna. Bo tamci uchodźcy byli bliżsi nam kulturowo, trafiali do nas na mocy tajnych decyzji politycznych, długo cała operacja była trzymana w tajemnicy (dlaczego, o tym w książce). Dopiero po zakończeniu wojny domowej Polska i inne kraje komunistyczne zaangażowały się w pomoc uchodźcom oficjalnie. To prawda. Niemniej jednak należy docenić fakt, a może nawet spojrzeć nań z podziwem, że powojenna biedna Polska, która sama dźwigała się z ruin, wysupłała na tę operację pieniądze, a przede wszystkim zdobyła się na organizacyjny wysiłek. A i potem, kiedy uchodźcy greccy zamieszkali w miastach czy na wsiach, spotkali się z życzliwym przyjęciem i szybko integrowali z Polakami. Oczywiście jak zawsze najłatwiej przychodziło to dzieciom. Wiele w książce Sturisa świadectw na ten temat – rozmów z tamtymi uchodźcami, którzy dziś są już ludźmi sędziwymi, i ich dziećmi.

Ale w „Nowym życiu” znajdziemy oczywiście nie tylko rozmowy i opowieści o losach bohaterów książki, ich potomków czy Polaków, którzy organizowali tu na miejscu nowe życie dla uchodźców. Autor posiłkując się literaturą przedmiotu, sięga do źródeł tego, co się stało, a więc do czasów drugiej wojny, opowiada o historii greckiej wojny domowej, o niechlubnej roli wielkich mocarstw w tym konflikcie, szczególnie Stanów i Wielkiej Brytanii (Grecja na mocy porozumienia z ZSRR znalazła się w brytyjskiej strefie wpływów), które bojąc się zwycięstwa greckich komunistów, poparły ich przeciwników, wśród nich też tych, którzy w czasie wojny kolaborowali z nazistami. Ironia losu polega na tym, że to przecież greccy komuniści stawiali opór Niemcom. To bardzo gorzkie fragmenty książki. Kolejne świadectwo tego, jak bezduszna i cyniczna potrafi być wielka polityka. Warto wspomnieć, że do dziś ci, którzy prześladowali politycznych przeciwników, nie zostali rozliczeni.  Pewnie to, że greccy uchodźcy byli w sporej części ideowymi komunistami, jest powodem, że  polscy badacze raczej unikają tego tematu.

Książka Sturisa jest bardzo klarownie skonstruowana – autor chronologicznie prowadzi czytelnika przez meandry historii. Jak wspomniałam, zaczyna od źródeł, potem opowiada o przyjmowaniu uchodźców, pierwszych latach w nowej ojczyźnie, potem pisze o skomplikowanej, ciągnącej się latami, operacji łączenia rodzin (ponieważ ewakuowano najpierw dzieci, potem rannych, a na końcu pozostałych, rodziny trafiały często do różnych krajów), na którą zdecydowano się dopiero wtedy, kiedy ze względu na sytuację polityczną w Grecji stało się jasne, że uchodźcy być może nigdy tam nie wrócą. Aż wreszcie, kiedy wymarzony powrót stał się możliwy, dowiadujemy się o dylematach polskich Greków – wracać, bo wreszcie można, czy zostać, bo przecież nowe życie w wytęsknionej ojczyźnie to wielka niewiadoma, a tu już się człowiek dawno zdążył zadomowić. Jedni wracali, inni postanowili zostać, znowu dzieliły się rodziny. Sturis kończy swoją książkę opowieścią o dniu dzisiejszym polskich Greków. O nieuchronnym procesie asymilacji potomków tych, którzy w Polsce zostali. Zastanawia się też, co daje i co odbiera taka podwójna tożsamość. Nie ucieka też od trudnych pytań. Najważniejszym jest to o ewakuację greckich dzieci. Czy była przymusowa, czy dobrowolna? Czy dobrze, że była? Dzieci wyrwano z rodzin, odbyły długą, niewiarygodnie niebezpieczną i potwornie męczącą drogę, znalazły się w nowym kraju, o którym nie miały pojęcia, same, bez rodziców, dziadków, często bez rodzeństwa, nie wiadomo, jak długo miało trwać to rozstanie. Co dostały w zamian? Wytchnienie, spokój, obfitość jedzenia, czyste łóżko, możliwość nauki. Oczywiście nie tylko greckie dzieci ewakuowano w czasie wojny. Ratunku szukano dla dzieci żydowskich, Anglicy masowo wysyłali swoje dzieci na północ kraju w obawie przed bombardowaniami. To wojna jest przyczyną takich dylematów i takich tragedii. Banalne, ale niestety prawdziwe. I to też uświadamia książka Dionisa Sturisa.

 

środa, 04 października 2017
Andrea Tompa "Dom kata"

Książkowe Klimaty to jedno z tych wydawnictw, których ofertę pilnie śledzę. Wydają literatury niszowe, między innymi węgierską, grecką, słowacką, bułgarską, rumuńską. Od czasu do czasu coś sobie z ich katalogu wybieram. To dzięki nim na polskim rynku ukazała się znakomita powieść Varujana Vosganiana „Księga szeptów” nagrodzona w zeszłym roku Angelusem. Ten sam laur kilka lat wcześniej zdobyła książka „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” Pavla Rankova. W tym wypadku nagroda wydała mi się grubą przesadą. Zresztą odkąd Książkowe Klimaty pojawiły się na naszym rynku wydawniczym, nie ma roku, aby ich książki nie znalazły się przynajmniej w półfinale Angelusa. Tak jest i tym razem. Nominowano dwie, wśród nich „Dom kata” Andrei Tompy (2016; przełożyła Anna Butrym). Teraz, kiedy poprawiam tę notkę, wiadomo, że książka węgierskiej pisarki jest w finałowej siódemce. To właśnie na nią oddałam swój głos w plebiscycie czytelników. Kupiłam ją dość dawno, ale stale odkładałam lekturę, bojąc się ciężaru gatunkowego opowieści. Tymczasem niesłusznie. Chociaż akcja w znakomitej większości rozgrywa się w czasach dyktatury Ceausescu, chociaż wiele tu smutnych, a nawet tragicznych zdarzeń, to jednak całość nie robi bardzo przygnębiającego wrażenia. Czy sprawiają to zabawne historie, których też przecież nie brakuje? Czy barwne, nietuzinkowe postacie? Czy może główna bohaterka, zwana dziewczynką albo dziewczyną? Jej energia, wigor, ciekawość świata, artystyczne towarzystwo, w jakim się obraca? A może fakt, że „Dom kata” to po prostu rodzinna saga? Bo chociaż ujęta w niebanalną formę, tym właśnie jest ta powieść.

Muszę uczciwie przyznać, że formy troszkę się na początku przestraszyłam. Kiedy w krótkim wstępie tłumaczki przeczytałam, że każdy rozdział to rodzaj pełnego dygresji i wątków pobocznych monologu pisanego długimi, a właściwie długaśnymi, zdaniami, w których interpunkcja traktowana jest swobodnie, a wszystko między innymi po to, aby pojawił się alternatywny zapis mowy zależnej i monologi wewnętrzne, westchnęłam. Pomyślałam, że nie chce mi się męczyć nad lekturą. Że znowu przerost formy nad treścią. Jakże się myliłam! Po dwóch stronach przywykłam do  chaotycznego strumienia myśli, a opowieść natychmiast mnie wciągnęła. Zatopiłam się w świecie wykreowanym przez autorkę. Mało tego, po kilku napisanych po bożemu powieściach, które ostatnio przeczytałam, a nawet pochłonęłam, „Dom kata” wydał mi się czymś ożywczym. Doszłam też do wniosku, że to właśnie forma wynosi tę książkę ponad poziom kolejnej rodzinnej sagi. A że lektura wymaga skupienia, bo w dygresjach łatwo się pogubić i czasem trzeba wrócić drugi raz do jakiegoś fragmentu? Nie szkodzi. Zanurzenie się w powieściowym świecie w pełni wynagradza trud.

Można się zastanawiać, czy „Dom kata” jest rzeczywiście powieścią, czy też zbiorem opowiadań, które łączą bohaterowie. Ja jednak skłaniam się ku pierwszej wersji. Rzeczywiście każdy rozdział stanowi odrębną całość, znajdziemy w nim opowieść skupioną wokół jakiegoś tematu. To może być zdarzenie, fragment rodzinnej historii, człowiek, przedmiot, dom, ogród, a nawet miasto. Te anegdoty pojawiają się jak króliki wyjmowane z kapelusza, trochę na chybił trafił. Co się wyciągnie, co się przypomni. Każda historia rozwija się, opleciona zostaje dygresjami, owymi wątkami pobocznymi, o których wspominała tłumaczka, ucieka od swojego początku, aby na koniec do niego wrócić. A jednak z tych pozornie chaotycznych fragmentów powoli składamy całość. Poszczególne kawałki puzzli zaczynają do siebie pasować i oczom czytelnika ukazuje się pełny obraz - skomplikowana rodzinna historia na tle równie pokomplikowanej historii Siedmiogrodu, Rumunii i Węgier. Ale może przede wszystkim jest to opowieść o dziewczynce - dziewczynie, historia  dojrzewania, relacji z ojcem, matką, siostrą, dziadkami, przyjaciółmi. Ten okres jej życia przypadł na siermiężne, ubogie, tragiczne, smutne i beznadziejne lata dyktatury Ceausescu. To jej oczami patrzymy na świat. I nawet jeśli pozornie znika z jakiegoś rozdziału, to i tak miałam wrażenie, że to jej opowieść. I jeszcze jeden dowód na to, że „Dom kata” jest powieścią - zaczyna się i kończy w grudniu 1989 w momencie obalenia dyktatora. Finał to szalona radość, ulga i nadzieja, jakie niesie ze sobą każdy przełom, każda świeżo odzyskana wolność. Bo przecież teraz wszystko musi być już inaczej. Jak? Nie wiadomo, nikt się jeszcze nad tym nie zastanawia. Na pewno lepiej. W takich momentach nikt nie myśli, że może jednak wcale nie będzie łatwo. Ciąg dalszy znamy, ale spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Po co goryczą psuć sobie radość zakończenia.

Ale powieść Andrei Tompy jest też bardzo ciekawa, bo opowiada historię mało nam znaną. Akcja rozgrywa się w Siedmiogrodzie w Kolożwarze, dziś to po rumuńsku Cluj-Napoca (Kluż-Napoka). Bohaterami są zamieszkujący od wieków te tereny Węgrzy, a właściwie Szeklerzy. Ich węgierska tożsamość jest tu bardzo istotna. Bezduszna i okrutna historia sprawiła, że Siedmiogród stał się w wyniku traktatu z Trianon częścią Rumunii. Potem tylko na kilka wojennych lat znowu był węgierski. Dlatego jest to opowieść o utracie. Utracie ojczyzny, kultury, języka, praw przynależnych mniejszości narodowej, wreszcie o stracie przyjaciół. Węgierscy bohaterowie powieści stale są z czegoś odzierani – likwiduje się węgierski teatr, klasy z językiem węgierskim, coraz trudniej dostać paszport, coraz trudniej spotkać się z krewnymi mieszkającymi na Węgrzech. No i stale ktoś emigruje. Likwiduje swoje mieszkanie, rozsprzedaje sprzęty, ukochane książki, bo w taką podróż wolno wziąć tylko niewielką ilość bagażu. Kto decyduje się na wyjazd, najpierw przechodzi drogę przez mękę – czeka na paszport, traci pracę, musi zadowolić się byle jaką. Bywa, że czekanie trwa latami. Utracie nieodłącznie towarzyszy zmiana. Bo skoro zamyka się granice, skoro znikają ludzie, skoro o swoją tożsamość trzeba walczyć, to nic już nie będzie takie samo. Ale zmienia się też miasto. Na stare dzielnice napierają brzydkie, bezduszne, szare osiedla z wielkiej płyty. Bezpowrotnie giną ulice, przy których stały domy otoczone ogrodami. Jeśli gdzieś nieoczekiwanie ocaleją, to dlatego, że pewnie mieszka tam ktoś. Dziadkowie dziewczynki-dziewczyny żyją w wiecznej niepewności. Od lat nie remontują swojego domu, bo przecież zaraz będą burzyć. Na ich ulicy żaden ktoś przecież nie mieszka.

Jest to też opowieść o komunistycznej Rumunii. Nazwisko Ceausescu nie pada chyba ani razu, jakby bohaterowie bali się je  wymawiać. Ale duch dyktatora stale jest obecny w ich życiu, rzuca na nie cień. Łamie życiorysy, staje się przyczyną tragedii. Chyba najtragiczniejszą postacią jest ojciec dziewczynki-dziewczyny. Chociaż przyczyn jego nieszczęśliwej drogi trzeba też szukać w historii rodzinnej. Często rumuńska, komunistyczna rzeczywistość, kult wodza narodu przybiera groteskowe formy, ale zaraz na powrót robi się strasznie. Ratunkiem jest rodzina i sztuka, bardzo ważna w życiu bohaterów. Bo przecież jakby okropnie nie było, to jakoś żyć trzeba. To stwierdzenie dotyczy starszego pokolenia – dziadków, rodziców. Oni próbują się dostosować, radzić sobie w niełatwej, beznadziejnej, szarej rzeczywistości. Ale dziewczynka-dziewczyna inny świat zna tylko z rodzinnego przekazu. Żyje tu i teraz, dorasta, marzy, planuje, jest łapczywa na życie. Może dlatego, na przekór czasom, z powieści bije energia. To ona jest jej źródłem, chociaż i jej nie omijają tragedie.

Rozpisałam się, a mam poczucie, że ledwie nadgryzłam temat. Tak jest zawsze, kiedy piszę o książce, która jest czymś więcej, niż tylko przyjemną lekturą. Gorąco namawiam, aby sięgnąć po powieść Andrei Tompy i nie należy zrażać się formą. Po chwili okazuje się wartością dodaną, a nie balastem.



 

środa, 27 września 2017
"Ptaki śpiewają w Kigali"

Na najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego czekałam, od kiedy tylko reżyserska para zaczęła opowiadać o swoich planach, a było to dobrych kilka lat temu. Jestem wielką admiratorką ich twórczości, to po pierwsze, a po drugie temat żywo mnie interesuje. Choroba reżysera, zbieranie funduszy sprawiły, że projekt się przeciągał, a w międzyczasie zmieniła się też koncepcja filmu. Początkowo scenariusz miał być oparty na opowiadaniu Wojciecha Albińskiego. W pierwszej wersji drugim głównym bohaterem, oprócz Claudine, był mężczyzna. Wyszłaby z tego jeszcze jedna opowieść o miłości w czasach zagłady. Dlatego dobrze się stało, że tamten pomysł uległ zmianie. Teraz dostaliśmy uniwersalny film o wychodzeniu z traumy, o przyjaźni, o próbie zrozumienia tego, co się stało, i staraniach, aby zacząć nowe życie po apokalipsie. Film wyciszony, nieepatujący makabrą, o bardzo klarownej, czystej formie, pięknie fotografowany. "Ptaki śpiewają w Kigali" to całkowite przeciwieństwo "Wołynia" Smarzowskiego - nie oglądamy samego ludobójstwa, aktów przemocy. Dlatego też obie aktorki, Jowita Budnik i Eliane Umuhire, grają oszczędnie, są wyciszone, tylko czasami dają upust emocjom. Historia bohaterek jest tylko zarysowana, wiele pozostaje w sferze domysłu, z czasem niektóre wątki zostają dopowiedziane. Na pewno będą widzowie, których film znudzi wolnym tempem i zniechęci oszczędnymi środkami wyrazu. A ja mam kłopot, bo z jednej strony wyciszenie, czystość, klarowność i oszczędność formy zrobiły na mnie wrażenie, sprawiły, że film został ze mną, z drugiej jednak spowodowały, że tę dramatyczną historię oglądałam na chłodno. Nie wzruszyłam się, nie przeżyłam jej, nie doznałam wstrząsu. Chyba jednak nie o to chodziło. Zastanawiam się, czy opowieść, która w zamyśle twórców, ma być ostrzeżeniem przed nienawiścią prowadzącą do przemocy i tragedii, przekona nieprzekonanych, czyli widzów, którzy nie zastanawiają się nad takimi sprawami. Mam jeszcze inną uwagę - moim zdaniem w kilku miejscach nie udało się uniknąć schematycznych rozwiązań. Mimo zastrzeżeń uważam, że film należy obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 20 września 2017
"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 13 września 2017
"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

środa, 06 września 2017
Sabri Louatah "Dzikusy. Francuskie wesele" (tom I)

Skuszona szumem medialnym w poważnej prasie sięgnęłam po książkę francuskiego pisarza Sabriego Louataha „Dzikusy. Francuskie wesele” tom I (W.A.B. 2017; przełożyła Beata Geppert). Gdyby nie wywiad w Gazecie Wyborczej o autorze nie  wiedzielibyśmy wiele, nawet na stronie wydawnictwa nie ma żadnej (!) informacji, co uważam za skandal. Nie dowiemy się również z rzeczonej strony, ile tomów liczy całość. Dopiero w Wikipedii i wspomnianym wywiadzie znalazłam, że cztery. W tym miejscu muszę pozwolić sobie na złośliwość, na którą od dawna mam ochotę – odkąd W.A.B. stało się częścią Grupy Wydawniczej Foksal, ich strona internetowa jest po prostu beznadziejna! Ale wróćmy na chwilę do autora – Francuz kabylskiego pochodzenia, mieszka w Stanach i do Francji nie zamierza wracać, „Dzikusy” to jego debiut. Kolejną powieść pisze już po angielsku.

Kim są Kabylowie? Przyznam, że nie miałam pojęcia, ale od czegóż internet. Jest to jeden z narodów berberyjskich zamieszkujący między innymi tereny północno-wschodniej Algierii. Warto dodać, że Kabylowie nie są Arabami i uważa się ich za rasę białą. Często to blondyni o niebieskich oczach. Oczywiście dla Francuzów ten fakt nie ma znaczenia, w powszechnej świadomości są kimś gorszym, skoro pochodzą z Algierii. Wrzuca się ich do jednego worka z Arabami albo wręcz z nimi myli. O tym opowiada Louatah we wspomnianym wywiadzie, o tym jest powieść. Bo jej bohaterami są przede wszystkim właśnie Kabylowie – kabylski ród Narruszów.

Akcja pierwszego tomu rozgrywa się w ciągu jednej sobotnio-niedzielnej doby głównie w Saint-Etienne, robotniczym mieście w centralnej Francji, potem w Paryżu. Atmosfera jest niezwykle gorąca, dla rodu Narruszów podwójnie – przygotowują się do wesela jednego z kuzynów, a w niedzielę odbywa się druga tura wyborów prezydenckich. Wyborów historycznych, bo zmierzą się w nich Sarkozy i Szawisz, reprezentujący centrolewicę kandydat pochodzenia algierskiego, ściślej kabylskiego właśnie, oczywiście postać fikcyjna. Nic dziwnego, że cała Francja oszalała. W niedzielę na ulice wylegną tłumy jego zwolenników, aby na żywo albo na telebimach śledzić poczynania swojego kandydata. Do lokali wyborczych ustawią się długie kolejki. Podobno to właśnie Louatah, a nie Houellebecq, wpadł pierwszy na pomysł, aby kandydatem na prezydenta Francji uczynić muzułmanina, nierodowitego Francuza. Chociaż Szawisz muzułmaninem jest raczej z tradycji. Skończył najlepszą francuską uczelnię, jest ateistą. Czy ostatecznie wybory wygra, tego z pierwszego tomu się nie dowiemy.

Trzeba przyznać, że powieść znakomicie się czyta. Na pewno wpływ na to ma filmowa konstrukcja. Naprzemiennie śledzimy różne wątki, przyglądamy się różnym bohaterom. Nie od razu wiemy, kto jest kim, co go łączy z rodem Narruszów, ale domyślamy się, że losy wszystkich splotą się ze sobą w odpowiednim momencie. Sceny zmieniają się szybko, jak w kalejdoskopie. Napięcie podbija jeszcze to, że niemal każdy rozdział zaczyna się od podania dokładnego czasu. Od razu czujemy, że coś się musi zdarzyć. Przyjemność sprawia też podglądanie członków rodu. A rodzina to rozległa. Na jej czele stoi seniorka – babka. Potem są jej liczne dzieci i wnuki. To właśnie jeden z nich, Slim, żeni się z arabską dziewczyną, której rodzina pochodzi z Algierii. Między Kabylami i Arabami nie ma zgody. Obie nacje za sobą nie przepadają, co ma wpływ na weselną atmosferę. Każda z rodzin gardzi tą drugą. Nie podobają się stroje, muzyka, kuchnia. Rodzina panny młodej, która przygotowuje uroczystość, złośliwie sadza Narruszów przy stołach znajdujących się z boku. Dla nich to oczywiście despekt. Didżej gra tylko arabskie piosenki, zapominając o kabylskich. To też nie może się podobać.

Losy członków rodu Narruszów układają się różnie. Pokolenie rodziców wykonuje najczęściej proste prace - to kierowcy autobusów, robotnicy, opiekunki w żłobku. Nie skończyli studiów, mieszkają w gorszych dzielnicach, nie są zamożni, ale trudno ich nazwać biednymi. Wielkie znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, trzymają się razem, ale nie są specjalnie religijni. Inaczej wygląda sytuacja ich dzieci. W tym pokoleniu są już studenci, biznesmeni, a jeden z kuzynów został aktorem – gra główną rolę w popularnym telewizyjnym serialu. Jednym z ważniejszych bohaterów jest Karim, kuzyn pana młodego. To o nim dowiadujemy się najwięcej, jego portret jest najgłębszy. Chodzi jeszcze do szkoły. Nie ma łatwego charakteru. Prowadzi jakieś podejrzane interesy, nie stroni od narkotyków, przysparza matkę o ból głowy. W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwym chłopakiem. Ma słuch absolutny, ale porzucił muzykę. Na jego życiu położyły się cieniem dwa zdarzenia – śmierć ojca i zawód miłosny. Zakochał się w niewłaściwej dziewczynie – z bogatego, francuskiego domu. Za wysokie progi - Karim mógł być jej kumplem, ale nie obiektem miłosnych uniesień. Przyznam, że jego portret wydał mi się dość stereotypowy, przewidywalny. I taka jest cała powieść, a właściwie pierwszy tom – sprawnie napisany, ale trudno powiedzieć, aby diagnoza francuskiego społeczeństwa była jakoś szczególnie odkrywcza. Znacznie więcej interesujących spostrzeżeń znalazłam w wywiadzie, do którego już  kilkakrotnie się odwoływałam. Zresztą autor nie ukrywa, że zależało mu na komercyjnym sukcesie. Nie należy jednak zapominać, że to dopiero część pierwsza. Może kolejne wyjdą poza stereotypy. Oczywiście czekam na ciąg dalszy. Nie ukrywam, że bardzo jestem ciekawa, co się wydarzy.

PS. Tak się dziwnie złożyło, że kiedy przeczytałam powieść, ze zdumieniem odkryłam, że w moim mieście w Muzeum Etnograficznym jest wystawa poświęcona ... Kabylom. Czym prędzej pobiegłam. Chociaż niewielka, to bardzo ciekawa.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56