Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 03 maja 2017
Filmowe remanenty - "Zud", "Porto"

Wygłodniała kina wybrałam się na kolejne filmy. Pierwszy to „Zud” fabularny debiut dokumentalistki Marty Minorowicz. Słyszałam o nim już wcześniej, bo pokazywany był w ramach jednej z sekcji zeszłorocznego Berlinale, dostał też wyróżnienie w Gdyni w konkursie Inne Spojrzenie. Wtedy myślałam, że to propozycja nie dla mnie. Mongolia, życie koczowników, chłopiec przygotowujący się do konnego wyścigu – to nudne, nieatrakcyjne, niszowe, festiwalowe kino. Niszowe i festiwalowe na pewno, a czy nudne i nieatrakcyjne? Nie ma się co oszukiwać, dla wielu tak. Wielkiej frekwencji „Zud” się na pewno nie doczeka. Trzeba wiedzieć, co nas w kinie spotka i zdecydować się na ryzyko. Ja, zachęcona głosami recenzentów, podjęłam wyzwanie i nie żałuję. Kiedy już poddałam się powolnemu rytmowi tego surowego, prawie pozbawionego dialogów filmu, który przypomina raczej dokument niż fabułę, kiedy weszłam w jego świat, nie pozostałam obojętna. „Zud” zmusza do namysłu, refleksji, stawia pytania, a przede wszystkim wywołuje ciekawość. Mongolia, która zawsze wydawała mi się krajem nieatrakcyjnym, nudnym, nieinteresującym, nagle za sprawą tego filmu przynajmniej na chwilę przyciągnęła moje zainteresowanie. Dlatego potem przeczytałam bardzo interesujący wywiad z Martą Minorowicz na portalu Gazeta.pl, który jest znakomitym uzupełnieniem filmu. Bo „Zud” to przecież filmowa impresja dająca asumpt do dalszych poszukiwań. Opowieść o rodzinie mongolskich koczowników żyjących w stepie, hodowców owiec i innych zwierząt. Role w rodzinie są ściśle podzielone, matka zajmuje się domem i dziećmi, ojciec dogląda gospodarstwa, starszy syn, kilkunastoletni Sukhbat, pomaga mu. A praca jest bardzo ciężka, efekty niepewne, uzależnione od kaprysów przyrody. Tytułowy zud to zimny wiatr sprawiający spadek temperatury i zwierzęta, dla których z braku pieniędzy nie buduje się krytych zagród, giną, a hodowcy wpadają w finansowe tarapaty. To właśnie spotyka rodzinę Sukhbata. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzi ojciec, jest udział syna w konnych wyścigach dla dzieci masowo organizowanych w Mongolii, dodajmy nielegalnych. Jeśli wygra, uratuje byt rodziny, jeśli noga mu się powinie, prawdopodobnie będą musieli przenieść się do miasta, zasilić rzesze ubogich mieszkańców żyjących w jurtowych slumsach. „Zud” to opowieść o potędze przyrody, kruchości ludzkiego losu, wzajemnej zależności człowieka i zwierzęcia, które w tych warunkach traktowane jest użytkowo, bo musi człowiekowi służyć, a wreszcie to opowieść o dziecku, które w tej kulturze szybko staje się dorosłe i współuczestniczy w życiu rodziny, jest za nią współodpowiedzialne. Kiedy Sukhbat musi pomagać ojcu, kiedy przygotowuje się do wyścigu, nie chodzi do szkoły, chociaż chciałby. Jedyne chwile dziecięcej beztroski to spotkania z kolegą, rozmowy, pięknie fotografowane. Jedna z takich scen budzi skojarzenia  z obrazami Józefa Chełmońskiego. Praca przy zwierzętach i przygotowania do wyścigu są bardzo ciężkie. Chłopiec musi okiełznać konia, oswoić się z nim, a potem trenować i trenować, a wynik przecież niepewny. Na dziecku spoczywa ogromna odpowiedzialność. Film nie jest oskarżeniem rodziców. Po prostu tak tam się żyje, ci ludzie nie widzą innego rozwiązania, nikt im nie pomaga, radzą sobie, jak potrafią. Pociechy nie przynosi nawet krajobraz, surowy, bardziej brzydki niż piękny. To oczywiście moje spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto spodziewał się zniewalająco pięknego stepu. Jego mieszkańcy pewnie inaczej postrzegają miejsce, w którym żyją.

Drugim filmem, na który się wybrałam, jest „Porto”, debiut filmowy Gabe'a Klingera. Na marginesie dodam, że większość źródeł podaje informację, że to brazylijski krytyk i dokumentalista, ale według recenzenta z portalu miesięcznika Kino Gabe Klinger to kobieta. Chyba jednak ta pierwsza wersja jest prawdziwa. Zostawmy to jednak, a wróćmy do filmu. Już sam tytuł przywodzący na myśl piękne portugalskie miasto, ewentualnie produkowany tam alkohol o tej samej nazwie, wywołał dreszcz emocji i sprawił, że miałam ochotę obdarzyć film kredytem zaufania i wybrać się do kina bez względu na wszystko. A i sam temat kusił. To opowieść o Jake'u i Mati. On, dziwak, samotnik i outsider, Amerykanin, syn dyplomatów, który postanowił zostać w Portugalii na zawsze. Chwyta się dorywczych prac, żyje z dnia na dzień. Ona, Francuzka, archeolożka, kiedyś związana z portugalskim profesorem, pracuje na miejscowym uniwersytecie. Spotykają się na wykopaliskach, potem przypadkowo w pociągu i w kawiarni, wpadają sobie w oko i przeżywają przygodę na jedną noc. Takich historii kino pokazywało już wiele, więc aby widza po raz kolejny nią skusić, trzeba mieć jakiś pomysł. I Gabe Klinger miał. Historię poznajemy z dwóch punktów widzenia, raz Jake'a, raz Mati, albo patrzymy na nią obiektywnie, a może lepiej powiedzieć z boku, z dystansu, nie ich oczyma. Kiedy punkt widzenia zawęża się do jednego z bohaterów, zwęża się też ekran, kiedy perspektywa jest neutralna, obraz wraca do normalnych rozmiarów. Historii kochanków na jedną noc nie poznajemy też chronologicznie. Dlatego kilkakrotnie wracają te same sceny, te same dialogi, te same obrazy. Za każdym razem jednak dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach, o ich uczuciach, motywacjach, dzięki temu jesteśmy zaskakiwani. Kiedy już wydaje się, że wszystko wiemy, nagle okazuje się, że to nie tak. Czym jest ich krótki związek, ta przygoda jednej nocy? Miłością od pierwszego wejrzenia? Początkiem dłuższej relacji? A może tylko zatraceniem, jak mówi jedno z nich. I czy dla każdego jest tym samym? Ale największą zaletą filmu jest jego klimat. Smutny, melancholijny, nostalgiczny. Dużo tu scen kręconych nocą, we mgle, ekran chwilami staje się brudny, ziarnisty, obraz nieostry. Czy to jawa, czy sen? Czy naprawdę to przeżyli, czy tylko sobie wyobrazili? Dlatego kupiłam tę historię, poddałam się jej klimatowi, dlatego mogłabym obejrzeć ten film jeszcze raz. No i Porto rzeczywiście jest trzecim bohaterem. Na szczęście to nie miasto z widokówek, ale prawdziwe, tajemnicze, nieco oczywiście podkręcone, chropawo piękne. Na koniec łyżeczka dziegciu – dialogi chwilami rażą pretensjonalnością, są sztuczne, papierowe. Na szczęście tylko chwilami.

 

środa, 26 kwietnia 2017
"Klient"

Wreszcie w kinie! Nie, nigdzie nie wyjeżdżałam, nic się też specjalnego nie działo, po prostu filmowa posucha. Albo nie miałam ochoty, bo nie moje klimaty, albo jeśli już coś brałam pod uwagę, to recenzje były tak beznadziejne, że rezygnowałam. Dlatego tym bardziej z utęsknieniem czekałam na najnowszy film Asghara Farhadiego. Kto wielbi jego poprzednie obrazy, "Co wiesz o Eli", "Rozstanie", "Przeszłość", ten mnie zrozumie, kto nie potrafił docenić tamtych filmów, niech daruje sobie i ten. Bo w "Kliencie" znajdziemy to wszystko, za co kochamy kino Farhadiego. Kameralną historię rozpisaną na kilku aktorów, dramatyczne zdarzenia burzące spokój bohaterów, nagłe zwroty akcji, które sprawiają, że na wszystko zaczynamy patrzeć inaczej, dylematy moralne, trudne wybory, fascynujące rozmowy. Chociaż to nie kino akcji, film ogląda się z zapartym tchem, a im dalej, tym większa konfuzja - trudno jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, po czyjej stronie jest racja, jak powinni postąpić bohaterowie. Mnóstwo tu też tajemnic, przemilczeń, półprawd. "Klientowi" najbliżej do "Rozstania" i wcale nie dlatego, że oba zostały nagrodzone Oskarem. Nie mogę we wstępie napisać więcej, bo nie da się o tym filmie rozmawiać bez spojlerowania. Dlatego jeszcze raz z całą mocą podkreślę, że na "Klienta" trzeba wybrać się koniecznie, a więcej refleksji w drugiej części. Kto film już widział, niech czyta.

środa, 19 kwietnia 2017
Philipp Meyer "Syn"

Zachęcona rozgłosem przeczytałam powieść amerykańskiego pisarza Philippa Meyera "Syn" (Czwarta Strona 2016; przełożył Jędrzej Polak). Poza Philipem Rothem rzadko dziś sięgam po literaturę amerykańską, zwłaszcza współczesną. Do Franzena ostatecznie się zniechęciłam, Cormaca McCarthiego nie czytałam, podobnie jak Dona DeLillo. Wszyscy oni uważani są za najważniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy, ale jakoś nie mam ochoty na ich prozę. Franzena porównywano nawet do Tołstoja, ale to jednak gruba przesada, żeby nie powiedzieć żart. Najwięksi apologeci Meyera zestawiają go z tą trójką, zwłaszcza z McCarthym. Tego zweryfikować oczywiście nie mogę, jednego jestem pewna - Philipa Rotha stawiam oczywiście wyżej. Ale na powieści Meyera nie zawiodłam się. To rzeczywiście kawał, wielki, bo ponad sześćset stron, literatury.

"Syn" to najprawdziwsza rodzinna saga osadzona na tle historii Stanów, a szczególnie Teksasu. Akcja zaczyna się w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, kończy chyba w 2011. Pisarz zastosował ciekawy zabieg - historii rodziny McCulloughów nie poznajemy po bożemu, chronologicznie. O wszystkim dowiadujemy się z trzech punktów widzenia - seniora rodu, Eliego, zwanego Pułkownikiem, jego syna Petera i prawnuczki Jeanne. Nawet narracja prowadzona jest różnie. Mamy tu i dziennik (Peter), i wspomnienia (Eli), i narrację trzecioosobową, w którą wpleciony został monolog wewnętrzny (Jeanne). Pod koniec pojawia się jeszcze nieoczekiwany głos czwarty, do kogo należy, nie zdradzę. Powieść łączy ciekawą akcję, niezwykle bogate portrety psychologiczne z historią przemian Teksasu i z refleksją historiozoficzną. Teza Meyera brzmi - każda potęga przemija, wszystko się zmienia, jest płynne. To oczywiście żadne odkrycie, ale autor w swojej powieści zgrabnie tę myśl czytelnikowi uświadamia. Przeminęła potęga indiańskich plemion, potęga Meksyku, który władał Teksasem, przeminęła potęga rodu Garciów, przemija potęga wielkiego rodu McCulloughów. Wszystko się zmienia, trochę na lepsze, wszak stale dokonuje się postęp, ale często na gorsze. Zielone, dzikie, bezkresne połacie Teksasu, przez które kiedyś swobodnie wędrowały stada mustangów i bizonów (dzięki nim mogła trwać potęga indiańskich plemion), stopniowo zostają zamienione na pastwiska należące do białych osadników. Indianie zostają zepchnięci do rezerwatów, a ci, którzy się na to nie godzą, krok po kroku wypierani są ze swoich terenów. Kurczą się tereny łowieckie, kurczą się stada bizonów, Indian czeka jeśli nie eksterminacja, to na pewno śmierć z głodu. Ale to nie koniec. Z czasem pastwiska zamienią się w pola naftowe. Przemiany obejmują też społeczność białych mieszkańców Teksasu. Trwa nieustanny konflikt z Meksykanami, Teksańczycy muszą ustąpić miejsca Jankesom, przybyszom ze starych Stanów, hodowcy bydła nafciarzom. Wszystko się miesza - stare rody zajmujące się dotąd hodowlą bydła wyprzedają resztki swego majątku i ruszają na północ do wielkich fabryk. Na ich miejsce przybywają inni, z pieniędzmi, gotowi zaryzykować poszukiwanie ropy, a potem opłacić jej wydobycie. Droga do sukcesu jest ciernista i długa. Te przemiany sprzyjają powstawaniu miast i to tam zaczyna toczyć  się życie, ale nie każdy potrafi się w nich odnaleźć.

Meyer demitologizuje legendę Dzikiego Zachodu. Życie tu zawsze  było okrutne, śmierć z ręki wroga czyhała na każdym kroku. Nikt nie był bez winy. Toczyła się walka o przetrwanie, o ziemię, o stada koni i bydła. Biali eksterminowali Indian, ale indiańskie plemiona od zawsze walczyły ze sobą, napadały też na Meksykanów i Teksańczyków, kradły, mordowały, gwałciły, skalpowały, uprowadzały jeńców. Takim jeńcem był nestor rodu, Eli, który,  kiedy po latach wrócił do białych, bardzo długo nie mógł przyzwyczaić się do życia wśród swoich. Pytanie, kto właściwie dla niego był swój - Komancze, wśród których spędził kilkanaście lat życia, których pokochał, czy biali. Nigdy nie pozbył się tej podwójnej tożsamości. Meyer przypomina też, że Teksańczycy byli stale skonfliktowani z Meksykanami. Pogranicze to teren dziki i bardzo niebezpieczny. Służba w Rangersach broniących granic i porządku to niemal wyrok śmierci. Niebywałe okrucieństwo było tu obecne na każdym kroku. Morderstwa, wyrafinowane tortury, samosądy, lincze, sąsiedzi mordowali sąsiadów, wystarczyło  podejrzenie o kradzież. Ginęli nie tylko winni, ale cała rodzina, także kobiety i dzieci. Meyer nie szczędzi krwawych opisów, przez które z trudem brnęłam. Na historię Teksasu nakłada się wielka historia, najpierw wojna secesyjna, potem obie światowe.

Jak każda ważna powieść "Syn" łączy refleksję ogólniejszej natury z historią osobistą. Mamy tu opowieść o rodzie McCulloughów, ich konflikcie z meksykańskim rodem Garciów. Na pierwszy plan wybijają się trzy postacie. Wspomniany Eli, legenda Teksasu, człowiek cieszący się autorytetem, twardy, okrutny. Jego syn Peter, niepasujący do rodziny, odmieniec, miękki, długo nie potrafi się zbuntować. Gardzi swoimi najbliższymi i im podobnymi, jest nieszczęśliwy, ale nie robi nic, aby się przeciwstawić. Wreszcie stawia na swoim. Dlaczego? Czym jest to swoje, tego nie zdradzę. Jest wreszcie Jeanne, wnuczka Petera, prawnuczka Eliego. Silna kobieta w męskim, patriarchalnym, szowinistycznym świecie. Umacnia potęgę rodu, długo udowadnia, ile jest warta. Jeanny, aby odnieść sukces, musi być jak taran, znieść wiele upokorzeń, upodobnić się do mężczyzn, w których towarzystwie się obraca. Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo głębokie i ciekawe. Nie sposób w tej notce pokazać ich złożoności. Tak jak nie sposób oddać bogactwa całej powieści, mnogości poruszanych tematów i wątków.

Na koniec dodam, że książka jest niezwykle ciekawa. I nie myślę tu tylko o historii rodziny i bohaterów. Odkrywcze były dla mnie partie związane z historią Teksasu, konfliktem meksykańsko-amerykańskim o ten stan, a wreszcie bardzo drobiazgowe opowieści o życiu i zwyczajach Indian. A już naprawdę na zakończenie łyżka, a właściwie łyga, dziegciu. Powieść miejscami jest fatalna językowo. I nie wiem, ile w tym winy tłumacza, sprawdziłam, Jędrzej Polak nie para się przekładem wielkiej literatury, a ile braku redakcji. W pewnym momencie zaczęłam wypisywać stylistyczne koszmarki, ale nie ma już miejsca na ich przytoczenie. Dziwi mnie tylko, że nikt na to nie zwrócił uwagi. Szkoda, bo panosząca się bezwstydnie bylejakość językowa, o interpunkcyjnej i ortograficznej nie ma co wspominać, odbiera przyjemność lektury nie tylko tej książki.

środa, 12 kwietnia 2017
Ed Vulliamy "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki"

Właśnie przeczytałam kolejną książkę nominowaną do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. To reportaż Eda Vulliamiego "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki" (Czarne 2016; przełożył Janusz Ochab). Autor już raz, w roku 2012, został laureatem tej nagrody za  "Ameksykę. Wojnę wzdłuż granicy", arcyciekawą opowieść o pograniczu meksykańsko-amerykańskim. Ciekawe, jak będzie w tym roku, konkurencja jak zwykle silna. Na razie jest w finałowej piątce. Cieszę się, że to nie ja muszę dokonywać wyboru. Książkę kupiłam już dawno, ale dopiero nominacja zmusiła mnie, żeby po nią teraz sięgnąć.

Nie będę udawać, napiszę wprost - to nie jest przyjemna lektura. Momentami wstrząsająca.  A jednak powinno się ją przeczytać. Wojna w byłej Jugosławii wydarzyła się przecież niemal na naszych oczach, tak niedawno, w latach dziewięćdziesiątych, tak blisko. Niby pamiętamy, niby wiemy, ale lata płyną i pamięć o tamtych wydarzeniach zaciera się z każdym rokiem. W powszechnej świadomości pozostaje jeszcze Sarajewo (O życiu w oblężonym mieście opowiada wydana przez Czarne książka Barbary Demick "W oblężeniu. Życie na sarajewskiej ulicy") i masowe egzekucje dokonane przez bośniackich Serbów w okolicy Srebrenicy. Umykają naszej pamięci inne miejscowości - Zvornik, Kozarac, Sanski Most, Vlasenica, Prijedor, a to nie koniec listy. Ale najwięcej miejsca poświęca Ed Vulliamy obozom koncentracyjnym utworzonym w roku 1992 w okolicy Prijedoru przez bośniackich Serbów dla bośniackich cywilów, Muzułmanów i Chorwatów. To Omarska, Keraterm, Trnopolje. To autor tej książki wraz z ekipą telewizyjną odkrył dla świata ich istnienie, nagłośnił sprawę, pisał o niej, utrzymywał kontakty z ocalonymi, a potem zdecydował się zeznawać w Hadze przed międzynarodowym trybunałem.

Autor bardzo świadomie używa nazwy obozy koncentracyjne i bardzo świadomie czyni nawiązania do Auschwitz. Aby być pewnym, że wolno mu to robić, konsultuje się ze znawcami zagadnienia z Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, wspólnie z nimi ustala, że serbskie obozy można określić mianem echa Auschwitz. Używając nazwy obozy koncentracyjne,  nawiązuje też do jej pierwotnego znaczenia jeszcze z czasów wojny burskiej. Koncentracyjne, bo służyły koncentracji wysiedlonej ludności. Tak było też i tu, jednak to, co działo się za ich bramami, przechodzi wszelkie pojęcie. Za każdym razem, kiedy zmagam się z książką o czystkach etnicznych, masowych mordach, ludobójstwie, wojnie (Rwanda, Kambodża, Syria, Holokaust, Ormianie), wydaje mi się, że już niczego bardziej okropnego nie przeczytam. A jednak. Chyba nie ma takiej okropności, której człowiek człowiekowi, sąsiad sąsiadowi nie byłby w stanie zrobić. Przecież strażnicy tych obozów i ich więźniowie doskonale się znali, mieszkali w tych samych miejscowościach, uczyli siebie, leczyli siebie, spotykali się, razem ucztowali, razem pili.  Ed Vulliamy pisze we wstępie do polskiego wydania, że nie będzie epatował okrucieństwem, ale to, o czym czytamy, i tak wystarczy. Na szczęście książka nie opowiada tylko o tym, co działo się za drutami obozów.

To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy przez obozy przeszli. O tym, jak ułożyli sobie życie na emigracji, o ich powrotach, na przekór wszystkiemu, do Republiki Serbskiej w Bośni, gdzie żyją otoczeni niemą wrogością, o budowaniu wszystkiego na nowo, o radzeniu sobie albo nieradzeniu z traumą. O ich żalu do świata, który nie chciał wiedzieć o nich wtedy i nie pamięta o nich dziś. O tym, że nie można przebaczyć, jeśli druga strona konsekwentnie zaprzecza zbrodniom, nie chce rozliczyć się, pokajać i przeprosić, nie pozwala upamiętniać miejsc kaźni, a sama buduje pomniki ku czci pomordowanych i poległych Serbów, a na koniec stawia się w roli ofiary. A wszystko to za przyzwoleniem świata, który pod dyktando Serbów zrównuje zbrodnie bośniackich Serbów ze zbrodniami bośniackich Muzułmanów i Chorwatów, umniejszając tym samym znaczenie tych pierwszych, chociaż przecież statystyki wyraźnie temu przeczą. Mało tego, wielu naukowców i lewicowych  intelektualistów (smutno to pisać), szczególnie brytyjskich, zaprzecza istnieniu tych obozów (wśród nich Noach Chomsky). Dlatego Ed Vulliamy spotkał się z krytyką swoich artykułów o wojnie w Bośni i książki, o której piszę. Wielu dziennikarzy potępiało też jego decyzję o zeznawaniu w Hadze. Autor nie kryje tego i tłumaczy, dlaczego się zdecydował, mimo że nie powinien. Są sytuacje, kiedy nie można stać z boku, nie można pozostać obojętnym w imię  zachowania zawodowej neutralności. Czasem trzeba nazwać rzeczy po imieniu, dać świadectwo prawdzie. Mnie przekonał. W imię takiej neutralności koncern Acellor Mittal, który kupił kopalnię w Omarskiej, na jej terenie był jeden z obozów koncentracyjnych, nie pozwala ocalałym i rodzinom ofiar postawić pomnika upamiętniającego więźniów i pomordowanych. A w pomieszczeniach, w których przebywali, w których ich poniżano, torturowano i zabijano, dziś stoją lśniące biurka i rzędy komputerów. Czy wyobrażasz sobie, czytelniku tej notki, coś takiego w Auschwitz?  Wiele miejsca autor poświęca procesom zbrodniarzy wojennych. Poddaje je krytycznej analizie, pisze o nieskuteczności, powolności i innych grzechach, ale przytacza też poważne argumenty na ich obronę. W każdym razie dotąd nie wymyślono niczego lepszego.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Jak zwykle w takich książkach obnażony zostaje cynizm polityków, którzy ze zbrodniarzami paktują, ściskają im dłonie, chronią ich i bronią  w imię rozmaitych interesów, wylewają krokodyle łzy nad losem niewinnych ofiar, ale niewiele robią, aby je ratować. Tak zawsze było, jest i pewnie jeszcze nie raz będzie. A Ed Vulliamy, Barbara Demick i inni pokazują, jak łatwo było tę wojnę skończyć.



środa, 05 kwietnia 2017
Katarzyna Boni "Ganbare! Warsztaty umierania"

I znowu było podobnie. Początkowo wcale nie miałam ochoty czytać najnowszego reportażu Katarzyny Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" (Agora 2016). Temat wydał mi się niespecjalnie interesujący - tsunami, katastrofa elektrowni atomowej w Fukushimie. To wszystko wydarzyło się dawno, sześć lat temu (w 2011), jest tyle innych ciekawszych tematów. Tak myślałam. O Japonii wiem niewiele, moja wiedza opiera się pewnie bardziej na  stereotypach niż prawdziwych informacjach, po co otwierać nowy krąg zainteresowań. Ale znakomite recenzje zrobiły swoje. Ostatecznie przekonał mnie Michał Nogaś, dla którego to jedna z ważniejszych książek ubiegłego roku. Trafiła się promocja, więc kupiłam. Może reportaż nadal przebywałby w czytelniczym czyśćcu, czyli na wirtualnej półce książek oczekujących, gdyby nie wiadomość, że "Ganbare!" znalazło się wśród dziesięciu książek nominowanych do tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (Dziś ogłoszono finałową listę, reportażu Katarzyny Boni na niej nie ma). Nie było na co czekać. I tu nadchodzi moment, którego bardzo nie lubię. Jak zgrabnie przejść do sedna? Jak niebanalnie poinformować, co myślę o książce? Nie da się, więc napiszę wprost - tak, reportaż rzeczywiście jest wart przeczytania. Bardzo ciekawy, bardzo poruszający i bardzo zaskakujący, szczególnie dla kogoś, kto o Kraju Kwitnącej Wiśni wie tak mało jak ja. Jakże się myliłam, myśląc, że temat przebrzmiały. To nie tylko rzecz o katastrofie z roku 2011, ale również opowieść o Japonii i jej mieszkańcach. Szczególnie o Japonii północnej, odmiennej od reszty kraju, uboższej, niedoinwestowanej, gorzej traktowanej.  A czy to rzeczywiście jedna z najważniejszych książek ubiegłego roku? Nie wiem.

Przede wszystkim ten reportaż mnie zaskoczył. Wiedziałam oczywiście, że w Japonii ziemia trzęsie się bardzo często, że lekkie wstrząsy są tam niemal codziennością, że Japończycy świetnie sobie radzą, wiedzą, jak postępować, jak reagować. Nie miałam jednak pojęcia, że tamto tsunami, konsekwencja trzęsienia ziemi, nie było pierwsze i nie będzie ostatnie. Takich, kiedy fala sięga kolan, nikt właściwie nie zauważa. Ale co kilkadziesiąt lat zdarza się żywioł wyjątkowo niszczycielski. O tym opowiada jeden z bohaterów książki, wiekowy pan Sato, który przeżył trzy, a czwarte zna z przekazów rodzinnych. Dlatego Japończycy żyją w cieniu śmierci. Przynajmniej tak wynika z reportażu Katarzyny Boni, która opowiada, jak radzą sobie z traumą, jak opłakują zmarłych, jak oswajają śmierć, jak sobie pomagają, jak odbudowują nowe życie na zgliszczach. Sposoby są różne. W ruinach wytrwale szukają ciał najbliższych, bo tylko pochówek gwarantuje duszy spokój. Szukają też zdjęć, pamiątek, szczątków domowych ołtarzy. To oczywiście nie dziwi, ale zaskakuje, że organizują seanse narzekania, płaczu albo śmiechu, a wreszcie warsztaty umierania, w których autorka wzięła udział. I tu rodzi się pytanie, które chętnie zadałabym Katarzynie Boni, gdybym tylko miała okazję. Na ile te wszystkie warsztaty i seanse są obecne w życiu Japończyków? Czy to raczej ciekawostka, rodzaj dziwactwa, który świetnie zagra w reportażu, czy też rzeczywiście coś powszechnego? Kiedyś byłam przekonana, że osławione japońskie hotele kapsułkowe to norma w tym kraju, tymczasem potem usłyszałam od osoby, która w Japonii była, że owszem są, ale jest ich niewiele. Do dziś nie wiem, jak jest rzeczywiście. Stąd moja podejrzliwość. Tym bardziej, że jakoś tak się przyjęło, że Japonia to kraj wielu odmiennych, żeby nie powiedzieć, dziwacznych, obyczajów. Prawda to czy stereotyp? Natomiast bez trudu wierzę, że Japończycy obcują z duchami zmarłych, że żywe są tam opowieści o duchach, bo taka jest Azja. O tym przekonałam się na własne oczy. Amulety, wróżby, przesądy, domki dla duchów są tam wszechobecne.

Kolejne zaskoczenie to opowieść o samym tsunami i zniszczeniach, których konsekwencje widoczne są do dziś. Niby coś o tym wiedziałam, niby potrafię sobie wyobrazić, jakie zagrożeniem jest  woda, a jednak to, co przeczytałam, przerosło moją wyobraźnię. Ponad dwudziestometrowa fala to żywioł, który porywa i niszczy wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Opisy katastrofy, potwornych zniszczeń, paraliżu tej części kraju tym są boleśniejsze, że  kontrastują z opowieścią o pięknie krajobrazu północnej Japonii.

Ale "Ganbare!" to nie tylko książka o tsunami. To także historia drugiej katastrofy, która jest konsekwencją tej pierwszej. Chodzi oczywiście o awarię elektrowni atomowej Fukushima. Pod wpływem tego, co zdarzyło się w Japonii, Niemcy postanowili zamknąć wszystkie swoje elektrownie atomowe. Wtedy ta decyzja wydawała mi się przesadą, teraz, kiedy przeczytałam książkę Katarzyny Boni, już tak nie myślę. Bo z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się katastrofa. Ale jeśli do niej dojdzie, to skutki są niewyobrażalne. A byłyby jeszcze większe, gdyby nie heroiczna postawa dyrektora elektrowni i podległych mu pracowników. Japończycy zmagają się ze skutkami tej awarii do dziś. Ogrom katastrofy uświadamiają suche opisy żmudnych i pracochłonnych sposobów oczyszczania budynków, roślin, ziemi, dróg. Na wielu terenach nadal nie wolno mieszkać, do innych można wracać na kilka godzin dziennie, są i takie miejsca, gdzie życie można budować na nowo. I tu pojawiają się dylematy. Czy warto? Niby teren został oczyszczony, ale przecież nie do końca, bo to ogromne koszty. Więc domy i ich najbliższe otoczenie są czyste, ale do lasu nadal wstęp jest zakazany i będzie tak długie lata, dopóki nie rozpadnie się cez-137. Czy wszyscy wrócą? Czy wrócą sąsiedzi? Czy wróci właściciel sklepiku, w którym robiło się zakupy? Katastrofa bezpowrotnie przerwała więzi między ludźmi, unicestwiła lokalne społeczności. To samo dotyczy miejsc dotkniętych przez tsunami. Napisałam, że z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się wielka awaria. Nie do końca tak jest. Z książki Katarzyny Boni dowiedziałam się, ile niebezpiecznych prac trzeba na co dzień wykonywać w elektrowni. A najbardziej zaskoczyło mnie, że wykonują je, narażając swoje zdrowie, ludzie z japońskich nizin społecznych skuszeni wysokimi zarobkami. Pracują za długo, często lekceważąc normy bezpieczeństwa, bo tak jest wygodniej. Przy cichej akceptacji zwierzchników. Takie rzeczy w bogatej Japonii? Taka fuszerka, takie wykorzystywanie ludzi? Tak, tak. I to jest zaskoczenie kolejne. A z nim związane jest jeszcze jedno. Bohaterowie reportażu Katarzyny Boni opowiadają o dezinformacji i bałaganie, jakie panowały długo po katastrofie. Bagatelizowano fakty, nie podejmowano odpowiednich decyzji. Władze TEPCO, firmy zawiadującej elektrowniami, nie zdawały sobie sprawy, albo nie chciały sobie zdawać, z rozmiarów kataklizmu. Lekceważyły głosy z Fukushimy i terenów dotkniętych awarią. Dlatego tak późno podjęto decyzję o ewakuacji.

Tyle zaskoczeń. Ale nad całą książką unosi się cień śmierci. Śmierci, z którą trzeba się pogodzić i próbować chociaż trochę ją oswoić.


środa, 29 marca 2017
Monika Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna"

Kiedy w zapowiedziach Czarnego pojawiła się książka Moniki Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna" (2016), najpierw podeszłam do tej nowości sceptycznie. Kolejna książka o rodzinie. Dlaczego ktoś zajmuje mnie przeszłością swoich przodków? No i co z tego, że to rodzina szczególna, bo po matce polska, po ojcu żydowska? Mało naczytałam się opowieści o Holokauście? Mało mam ich jeszcze na tej ciągle wydłużającej się półce książek oczekujących na przeczytanie? Co nowego wniesie kolejna? Tak sobie rozmyślałam trochę niepoprawnie, dobrze wiedząc, że dalej będę sięgać po tytuły o Zagładzie. No ale potem pojawiły się znakomite recenzje, więc się złamałam. No i jeszcze nominacja do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. A propos nagrody. Po raz pierwszy zdarzyło się, że większość nominowanych tytułów albo już przeczytałam, albo mam je w swoim czytniku, więc postanowiłam szybko po nie sięgnąć. Po tej krótkiej dygresji wracam do "Fałszerzy pieprzu". Otóż rodzinna historia odtworzona i spisana przez Monikę Sznajderman jest niezwykła, fascynująca, ale jednocześnie  przejmująca i momentami bardzo dotkliwa. Tak, są tam fragmenty, a właściwie krótkie sceny, które atakują niespodziewanie i z całą mocą, a potem zapadają w pamięć, nie dają o sobie zapomnieć. Ale przede wszystkim zderzenie dwóch historii, żydowskiej i polskiej, prowokuje refleksje i pytania, na które oczywiście trudno znaleźć dobrą odpowiedź.

No bo najpierw było jak zwykle w podobnych sytuacjach - dzieciństwo Moniki Sznajderman to właściwie tylko jedna rodzina, rodzina matki, ta polska. Niezwykła babcia Maria, z domu Lachert, tak, tak, z tych Lachertów. Jej bratem był słynny architekt Bohdan Lachert, o którym pisałam przy okazji książki Beaty Chomątowskiej "Stacja Muranów". Niezwykli krewni i przyjaciele domu, nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Dlatego chociaż czasy były przaśne, na stole pojawiały się luksusowe potrawy, a mała Monika, jak to dziecko, naiwnie myślała, że tak jadają wszyscy. No ale to tylko anegdota. W tle pojawiali się też nieliczni krewni ojca. Wszyscy mieszkali za granicą, głównie w dalekiej Australii, i mieli jakieś dziwne imiona. Dopiero z czasem Monika Sznajderman zaczęła poznawać prawdę o rodzinie ojca, a w końcu, jak to często bywa, przez przypadek, postanowiła ją odtworzyć. Nie tylko po to, aby zaspokoić swoją ciekawość, ale przede wszystkim, żeby przywrócić pamięć o nich, żeby zostawić  jakiś ślad. Jak to robi? Zaczyna od oglądania nielicznych zdjęć, które pozostały. Zdjęć jej żydowskiej babki Amelii, jej siostry, braci, rodziców i dalszych krewnych. Wszyscy szczęśliwi, radośni, zadowoleni, w podmiejskim domu w Miedzeszynie. Autorka zastanawia się, jak żyli, co myśleli, o czym marzyli. Bardziej domyśla się, niż wie. Patrzy uważnie na zdjęcia, z braku innych możliwości sięga do literatury, prasy, wspomnień i na zasadzie analogii wypełnia pustkę po nich, odtwarza ich przedwojenne życie. Dostatnie i szczęśliwe. Chociaż na tym szczęściu jest przecież rysa. Chociaż zasymilowani, to jednak osobni, bo Polacy trzymają się z daleka  od takich jak oni. Mimo to żyje im się dobrze. Jeszcze cały czas są nieświadomi, co ich czeka. Monika Sznajderman lubi wybiegać w przyszłość, lubi zderzać sielską przeszłość z tym, co potem. Kiedy zdarza mi się oglądać przedwojenne zdjęcia żydowskich rodzin, też o tym myślę. Lituję się nad nimi, nad ich niewiedzą. Bo Amelia nie wie, że zginie w pogromie w Złoczowie, gdzie ucieknie razem ze swoimi synami po wybuchu wojny. Jednym z nich jest ojciec autorki. Tylko on ocaleje. Ale najpierw przejdzie przez warszawskie getto, piekło Majdanka, Auschwitz i innych obozów. Jak udało mu się przeżyć? Odpowiedź na to pytanie to bardzo istotny fragment książki. Monika Sznajderman powołując się na Primo Leviego i innych autorów, pisze, że symboliczna droga z Auschwitz to zawsze suma przypadków, szczęśliwych zbiegów okoliczności, łutów szczęścia, kaprysów losu, jakiegoś spóźnienia, zaniechania. Ale nie Opatrzności. Bo skoro Auschwitz było w ogóle możliwe, to o jakiej Opatrzności można mówić? Ojciec Moniki Sznajderman, Marek, przeżył, takiego szczęścia nie miał jej dziadek, Ignacy. Zmęczony życiem w getcie, zrezygnowany, dobrowolnie, ku zdumieniu znajomych, którzy jeszcze walczyli, powędrował razem z młodszym synem, Alusiem, na Umschlagplatz. To jedno z tych przejmujących zdarzeń łamiących serce. Nie wiadomo, szli, a może jechali dorożką? Autorka przywołuje tę wyobrażoną chociaż prawdziwą scenę kilkakrotnie.

O ile po rodzinie babki Amelii jakaś pamięć pozostała, o tyle krewni dziadka Ignacego, Żydzi z Radomia, to ludzie, po których nie ma żadnego śladu, nawet w rozmaitych miejskich spisach i dokumentach. Doskonale niewidoczni, prości, zwyczajni do bólu, a przecież żyli, byli. Chcąc przywrócić ich do istnienia, autorka krąży po Radomiu, mieście, które Zagłada pozbawiła tożsamości, przeszłości. Została nieuświadomiona pustka i dziura. Te wędrówki niewiele dają, więc znowu z pomocą przychodzi jej literatura. 

Groza Holokaustu zostaje zderzona z wojennymi losami polskiej rodziny Lachertów, z której pochodziła matka Moniki Sznajderman. Kiedy jej żydowscy przodkowie ginęli w obozach, kiedy jej  żydowscy sąsiedzi trafiali do getta w Łęcznej, a potem też tam ginęli w potwornych okolicznościach, to życie Lachertów niewiele się zmieniło. Chociaż była wojna, to na lubelskiej prowincji tacy jak oni, zamożni ziemianie, nadal urządzali polowania, wystawiali konie na wyścigach, grali w brydża, urządzali przyjęcia i wykwintne obiady. Nawet jeśli z czasem robiło się biedniej, to i tak to biedniej nijak się miało do głodowych racji w getcie czy w obozie. I znowu to, co mnie zawsze tak uderza, fascynuje i przeraża. Jak to możliwe, że w tym samym czasie jedni cierpią, żyją w potwornych warunkach, w strachu, głodują, jadą w bydlęcych wagonach na Majdanek, a inni zapraszają do swojego majątku malarza, aby sportretował rodzinę? Tak było zawsze i tak jest przecież dziś. Tylko zamiast Majdanka jest  Mosul albo Aleppo, kilkanaście lat temu Srebrenica i Sarajewo.

Monika Sznajderman zadaje kolejne ważne pytania. Na ile jej polscy krewni przejmowali się losem żydowskich sąsiadów, z którymi przecież przed wojną prowadzili rozmaite interesy? Żałowali ich, litowali się nad nimi, wspominali z sympatią, w żadnym razie nie donosili, nie wydawali, nie bogacili się na majątku, który po nich pozostał. Byli przecież porządni, uczciwi, kulturalni, wykształceni. Prowadzili działalność filantropijną i społeczną. Czy mogli w takim razie zrobić więcej? Czy chcieli? Czy w ogóle przyszło im to do głowy? Byli obojętni, bo przecież zawsze obie społeczności żyły osobno. Obok siebie, ale nie razem. Żadne tam multi kulti, jak pisze autorka. Nawet ci zasymilowani, chociaż bardzo chcieli, to też im z Polakami jakoś nie wyszło. To również gorzkie spostrzeżenie Moniki Sznajderman. Pytania, na które odpowiedzi nie ma. I chociaż polska rodzina w wyniku wojny i powojennych przemian też straciła wszystko, chociaż Zygmunt Lachert, brat Bohdana, brat Marii, babci autorki, po wojnie kilkanaście lat siedział w komunistycznym więzieniu, to jednak zagłada ich świata ma się nijak do Zagłady świata żydowskiego. Bo myśmy uratowali się wszyscy, a oni wszyscy zginęli, jak mówi tytuł jednego z rozdziałów. Na koniec muszę jeszcze oddać sprawiedliwość Bohdanowi Lachertowi i jego pierwszej żonie, którzy w swoim warszawskim domu na Saskiej Kępie ukrywali wielu Żydów, o czym można przeczytać także we wspomnianej tu  książce Beaty Chomątowskiej.


środa, 22 marca 2017
Aneta Prymaka-Oniszk "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy"

Spośród długiej listy książek oczekujących na przeczytanie wyłowiłam stosunkowo świeżą - wydany jesienią reportaż historyczny Anety Prymaki-Oniszk "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy" (Czarne 2016). Niedawno okazało się, że książka została nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.  Od razu napiszę, że to rzecz niezwykle ciekawa, fascynująca i świetnie napisana. Naprawdę trudno się od lektury oderwać, chociaż niektóre fragmenty czytałam ze ściśniętym sercem, a gula w gardle rosła i rosła.

Autorka zajęła się w swojej książce stosunkowo słabo znanym faktem z okresu pierwszej wojny światowej. Otóż latem 1915 roku miliony ludzi, głównie prawosławnych chłopów, zamieszkujące wschodnie tereny Królestwa Polskiego i ziemie zaboru rosyjskiego opuściły swoje wsie i w popłochu uciekały w głąb Rosji. Stało się tak, kiedy tereny te zaczęła zajmować armia niemiecka, a Rosjanie w pośpiechu porzucali rządzone przez siebie ziemie. Po dziś nie do końca wyjaśnione zostały powody tego masowego eksodusu. Otwarte pozostaje pytanie - w jakim stopniu mieszkańcy wykonywali polecenia władz rosyjskich, a w jakim uciekali ze strachu przed Niemcami, którzy, jak głosiła plotka,  kobietom cycki obcinają i dopuszczają się innych strasznych czynów. Suche fakty są takie, że te miliony zostały ewakuowane w głąb Rosji, od Krymu po Syberię, tam zastała je rewolucja, wreszcie z końcem wojny na mocy porozumień międzypaństwowych, czasem przez zieloną granicę, uchodźcy zaczęli wracać do wolnej Polski. Tyle suche fakty historyczne. Podane w takiej formie wielkiego wrażenia nie robią. Ale kiedy za sprawą Anety Prymaki-Oniszk wgłębimy się w te wydarzenia, wrażenie będzie piorunujące. Zamiast suchych faktów obrazy, zamiast statystyk konkretni ludzie znani z imienia i nazwiska. Na początek pierwsza szokująca informacja - uciekinierów były trzy miliony, niektórzy mówią nawet o pięciu. Czytelniku tej notki, czy jesteś w stanie zrozumieć, co to znaczy, że nagle trzy miliony, a może jeszcze więcej, osób opuszcza swoje domy i wędruje do Rosji?

Więc najpierw był strach, panika, niepewność i wahanie - uciekać czy zostać? Nieliczni zdecydowali się na to drugie rozwiązanie. Większość rusza. Na chwilę. Zawsze się myśli, że na chwilę. Więc bierze się tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zresztą ile można wpakować na wóz? Ile uciągnie koń? A jeśli ktoś nie ma konia? Potem była powolna wędrówka. Zakorkowane drogi, z czasem wyczerpywały się zapasy jedzenia, brakowało wody, udręczeni pragnieniem ludzie pili wodę z kałuży, ciepłe lato przeszło w słotną jesień, a potem w zimę. Choroby, na przykład tyfus, i śmierć zbierały swoje żniwo, gubiły się dzieci, gubili się starcy, bywało, że samotne matki albo owdowiali ojcowie z bezsilności i rozpaczy porzucali jedno dziecko, aby ratować inne. Po przejściu uchodźców zostawała ogołocona i zaśmiecona ziemia, wokół kilkutysięcznych miast koczowało przez kilkanaście tygodni kilkadziesiąt tysięcy uchodźców. Powstawały organizacje pomocowe, polowe kuchnie, szpitale, sierocińce. Potem czekanie na specjalne pociągi, które rozwoziły uchodźców w głąb Rosji na miejsce osiedlenia. Koszmar podróży. Znowu zimno, bo nie ma czym opalać wagonów, często odkrytych, bo ludzie w letnich ubraniach, niektórzy bez butów. Głód, choroby i śmierć. I rozdzierające sceny - ktoś nie zdążył na stacji wsiąść z powrotem do pociągu, ktoś umierał. Wreszcie osiedlenie. Los lepszy albo gorszy. Wielu po latach idealizowało ten okres, myślało o nim z sentymentem. Autorka raczej poddaje w wątpliwość te sielskie wspomnienia. Ale jakoś się ułożyło, aż nadeszła kolejna katastrofa - rewolucja. Trzeba wracać. Bałagan przy załatwianiu formalności, niepewność, plotki, oczekiwanie na pociągi. Znowu koszmarna wielomiesięczna podróż. Te same sceny. Głód, chłód, epidemie. I wreszcie u siebie. I ... gehenny ciąg dalszy. Bo na miejscu okazało się, że nie bardzo jest do czego wracać. Domy splądrowane, spalone, więc ludzie budowali ziemianki, w których mieszkali po kilka lat. I znowu to samo - głód, epidemie, potworny chłód i ciężka, wykańczająca praca, aby jakoś żyć. Pracowali wszyscy, nawet dzieci. Jeśli ojciec nie żył, kilkunastoletni chłopcy pełnili rolę głowy rodziny albo najstarsze z rodzeństwa musiało matkować i ojcować młodszym. Te fragmenty chyba były najbardziej przytłaczające, bo tragiczne i potwornie smutne. To wszystko rozpisane jest w książce na przejmujące obrazy i losy konkretnych ludzi, które autorka śledzi dzięki pozostawionym przez nich wspomnieniom. Niektórych traci z oczu, niektórym towarzyszy od początku do końca. Mogłabym pisać jeszcze długo, ale pisanie nie zastąpi lektury.

Na koniec czas rozwikłać tytuł. Dlaczego bieżeństwo a nie uchodźctwo? Bo zjawisko to, jak pisałam, dotyczyło w dużej części prawosławnych chłopów mówiących po swojemu, czyli przede wszystkim po białorusku. Katolicy, Polacy, ziemianie czy mieszkańcy miast, którzy też uciekali, choć w mniejszym stopniu, albo byli przymusowo ewakuowani (na przykład urzędnicy, lekarze, pracownicy wyższych uczelni), uważali siebie za wysiedleńców albo wygnańców. Dlatego zamiast bieżeństwo używali terminu tułaczka. Autorka pisze, że bieżeństwo to także stan umysłu - wiara w carską propagandę, że losowi uciekinierów winni są tylko Niemcy, że nic im się wobec tego od państwa rosyjskiego nie należy, a jeśli pomoc dostają, to powinni być za nią dozgonnie wdzięczni, bo to wyraz łaski i litości, a nie obowiązek.

A na sam koniec dodam jeszcze, że reporterka poświęca też trochę miejsca na skomplikowane stosunki między Polakami a prawosławną mniejszością narodową w niepodległej Polsce. To kolejny rozdział tragedii - odrodzona ojczyzna traktowała mniejszości jak obywateli drugiej albo i dziesiątej kategorii. Wrócili, ale dawano im odczuć na wiele sposobów, że są tu niemile widziani.

Fascynująca, arcyciekawa, poruszająca książka.

środa, 15 marca 2017
Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Z Olgą Tokarczuk jakoś dotąd nie było mi po drodze. Kilka lat temu przeczytałam jedną z jej powieści, ale nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, abym miała ochotę na więcej. Nawet nie zapamiętałam jej tytułu (oczywiście teraz sprawdziłam, chodzi o"Ostatnie historie"). Od dłuższego czasu nabierałam przekonania, że powinnam przeczytać "Księgi Jakubowe" i wreszcie po namowie znajomych, kiedy tylko trafił się czas wolny, zmierzyłam się z tą monumentalną książką. Jakoś o niej nie napisałam, a teraz, kiedy już wrażenia nie tak świeże, wracać nie ma sensu, dlatego tylko ograniczę się do apelu, że naprawdę warto. Bardzo dobra, bardzo ciekawa, bardzo mięsista powieść traktująca o mało znanych, a fascynujących zdarzeniach z historii nie tylko polskiej. A piszę o tym, bo po obejrzeniu "Pokotu" Agnieszki Holland musiałam koniecznie sięgnąć po literacki pierwowzór, czyli "Prowadź swój pług przez kości umarłych" (Wydawnictwo Literackie 2009, właśnie ukazało się wznowienie). Po pierwsze chciałam wrócić do filmowego klimatu, zanurzyć się jeszcze raz w krajobrazach Doliny Kłodzkiej, a po drugie bardzo byłam ciekawa, na ile wady filmu, o których pisałam, są wadami literackiego pierwowzoru, a na ile scenariusza. Dlatego pisząc o książce, będę odwoływać się do filmu.

Na początek muszę wyznać, że powieść przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, chociaż to lektura niezbyt wesoła, bo taki jest temat tego eko kryminału, który śmiało można nazwać też feministycznym. Oczywiście nie intryga jest tu najważniejsza, to zaledwie pretekst. Bo naprawdę ta książka jest krzykiem w obronie zabijanych zwierząt, przypomnieniem, że człowiek to tylko część natury i nie może szarogęsić się na ziemi. Znajdziemy tu wszystko, o czym ostatnio głośno się mówi nie tylko w związku z filmem Agnieszki Holland. Opisy zbrodniczej działalności kłusowników, brutalnych polowań, bezduszności myśliwych, którzy wmawiają wszystkim, że ich misją jest pomaganie zwierzętom, barbarzyńskich obyczajów jak strzelanie do zwierząt z ambon. Ich  nazwa to ironia losu, bo w rzeczywistości są miejscami kaźni, z polowania czynią krwawą rozrywkę, w której zwierzę jest na z góry straconej pozycji. Podobnie jak w filmie mamy tu przekonanie, że natura kiedyś weźmie odwet na swoich prześladowcach.

Równie ważnym wątkiem jest historia głównej bohaterki, narratorki Janiny Duszejko. Filmowa Duszejko bardzo przypomina swój literacki pierwowzór. Co oczywiste w powieści to postać jeszcze bogatsza. Poznajemy jej historię, barwne życie, poglądy, przekonania, zainteresowania, dowiadujemy się, dlaczego zamieszkała w Kotlinie Kłodzkiej. Jest  ekscentryczna, niezwykła, samodzielna, pełna gniewu i złości. Boli ją los mordowanych zwierząt. Z determinacją i uporem upomina się o nie, nęka policję i straż miejską, ale odbija się od muru obojętności, a urzędnicze procedury są świetnym pretekstem, aby sprawę rozmyć. Traktowana jest jak namolna, ale niegroźna stara dziwaczka. Z takimi kobietami jak ona, starszymi, siwymi, z plastikowymi siatkami w dłoniach, nikt się nie liczy, nikt ich nie chce słuchać, a co dopiero dyskutować z nimi, brać pod uwagę ich zdanie. Co innego gdyby była mężczyzną. To w powieści podkreślane jest bardzo mocno, kilkakrotnie.

Jak wspomniałam, książka jest bardzo pesymistyczna. Nie tylko dlatego, że opowiada o mordowaniu zwierząt. Jest to też opowieść o przemijaniu i starzeniu się. Duszejko ze smutkiem wspomina miejsca i ludzi, których znała, i ze smutkiem stwierdza, że te wspomnienia są martwe i puste, jak wydmuszki. Nie ma powrotu do przeszłości. Wszystko przemija, odchodzi, zostajemy sami. Chorujemy, tracimy siły. Choroba jest bardzo obecna w powieści, w filmie prawie jej nie ma. Duszejko nękają ciężkie alergie i inne bardzo poważne przypadłości, które przykuwają ją do łóżka, także szpitalnego, na długie tygodnie. Ma świadomość, że traci siły, zmaga się z fizyczną słabością, czasem już zwyczajnie jej się nie chce. Mimo to nie lamentuje, stawia tym przykrym faktom czoła, stara się przemóc, zebrać w sobie, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć. Ale na szczęście znajdziemy też w powieści nutę optymizmu. Jej źródłem jest przyjaźń. Duszejko ma oddanych przyjaciół - Dyzia, Dobrą Nowinę, Borosa i Matogę. Wspierają ją w chorobie, w słabości, w kłopotach.

Książka, podobnie jak film, z jednej strony mocno trzyma się ziemi. Dostajemy opisy okolicy, domów, ludzi, ich problemów osobistych. Bardzo dobrze nakreślone jest prowincjonalne środowisko, w którym obraca się bohaterka. Zwyczaje, układy, zależności. Ale oprócz tego powieść ma też wymiar fantastyczny (?), mistyczny (?), magiczny (?). Te trzy pierwiastki jakoś są w niej obecne. To chyba cecha twórczości Tokarczuk, bo ta sfera jest też istotną częścią "Ksiąg Jakubowych". Duszejko to znawczyni astrologii, stale o niej opowiada, stawia horoskopy, w tym celu maniakalnie zbiera daty urodzenia, bada wpływ gwiazd na życie ludzi i na zdarzenia na ziemi. Żywi przekonanie, że człowiek stanowi część kosmosu i dlatego nic nie dzieje się przez przypadek, chociaż nie jest też tak, że na nic nie ma wpływu. Stąd też mocno obecna w powieści twórczość Williama Blake'a.

A na koniec muszę wrócić do porównań z filmem. Wszak ciekawość, jak to jest w książce, była powodem, dla którego po nią sięgnęłam. Bardzo chciałam wiedzieć, jak powieść się kończy. Czy też taką utopijną, sielankową wizją? Jest inaczej, znacznie smutniej. Jak rozwiązana zostaje zagadka? W filmie nie do końca wszystko było jasne i zrozumiałe. Literacki pierwowzór odwołuje się do klasyki kryminału. Bohaterowie gromadzą się w domu głównej bohaterki i w ten sposób wraz z nimi poznajemy rozwiązanie zagadki. Inne są też historie Dobrej Nowiny i Dyzia. Na rzecz filmu zostały mocno podkręcone. W ogóle ekranizacja jest bardziej atrakcyjna w sensie komercyjnym. Filmowy Dyzio mieszka w jakimś minimalistycznym, ale jednak designerskim wnętrzu, dom głównej bohaterki jest miły i przytulny. W powieści wszystko jest zwyczajne, nie tak powabne - Dyzio ma pokój w hotelu robotniczym, posiadłość Duszejko nadgryzł ząb czasu. A komendant, Wnętrzak i prezes? Czy tak jak w filmie są jednoznacznie źli? Tak, ale w powieści to nie razi, bo poznajemy ich jej oczami.

Bardzo się cieszę, że sięgnęłam po książkę Olgi Tokarczuk. Warto ją przeczytać niezależnie od tego, czy się film widziało. Tak dalece mi się spodobała, że postanowiłam kontynuować moją przygodę z prozą pisarki. Już mam w czytniku "Prawiek i inne czasy" oraz "Dom dzienny, dom nocny".

środa, 08 marca 2017
"Moonlight"
Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie obejrzałam "Moonlight". Nieoczekiwanie, bo chociaż jeszcze przed Oskarem wiedziałam, że powinnam, bo znakomity, świetny, poruszający, to jakoś nie miałam na niego ochoty. Raz, że nabrałam przekonania, iż to kino do bólu festiwalowe, mówiąc precyzyjniej takie spod znaku Nowych Horyzontów. Jednym słowem tak bardzo artystyczne, tak bardzo poszukujące nowego języka, że nawet dla wyrobionego, chociaż zwyczajnego, kinomana nie do oglądania. Drugi powód mojej niechęci to temat. Nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o brudach życia. Cóż, czasem mi się nie chce. W końcu jednak wybrałam się na "Moonlight" do kina, a to dlatego, że mimo szczerego zamiaru nie wybrałam się na film o Marii Skłodowskiej-Curie, bo go tak schlastano. A że bardzo chciało mi się kina, poszłam na "Moonlight", który nabrał chyba pooskarowego rozpędu. Żeby usiąść na przyzwoitym miejscu w moim ulubionym kinie, bilet musiałam zarezerwować, sala była pełna, nikt nie wyszedł. A ileż to razy siedzę na pustawej widowni. Poszłam i teraz wiem, że byłam głupia, bo niewiele brakowało, a przegapiłabym naprawdę piękny, poruszający i mądry film. Dlatego piszę, żeby zachęcić, odczarować. Ta składająca się z trzech wyraźnie zaznaczonych części opowieść o czarnoskórym Chironie mieszkającym w jednej z gorszych dzielnic Miami to zwyczajny film, żadnego przerostu formy nad treścią. "Moonlight" łączy w sobie wątek społeczny, obraz życia ubogiej, wykluczonej czarnej społeczności, opowieść o człowieku wyobcowanym, nieprzystosowanym, wrażliwym, pogubionym, samotnym, poezję i zadumę. To kino, gdzie wiele dzieje się gdzieś pomiędzy. Ważne są gesty, spojrzenia, obraz. Takie też jest zakończenie, które przynosi katharsis, ale niczego jednoznacznie nie rozstrzyga. Piękny, mądry, poruszający film. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
środa, 01 marca 2017
"Pokot"

"Pokot" Agnieszki Holland to jeden z tych filmów, na które niecierpliwie czekałam. O tym, że reżyserka wzięła się za ekranizację powieści Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", było wiadomo od dawna choćby dlatego, że z głównej roli zrezygnowała Stanisława Celińska, która swoje dotychczasowe aktorskie życie usiane w znakomitej większości rolami bardzo trudnymi postanowiła zamienić na żywot pieśniarki. Z sukcesem. Dlatego główną bohaterkę, emerytowaną panią inżynier dorabiającą uczeniem angielskiego, Janinę Duszejko zagrała nieznana szerszej publiczności Agnieszka Mandat. Napisałam nieznana szerszej publiczności, ale doskonale kojarzona przez miłośników teatru z ról w krakowskim Starym Teatrze, między innymi w spektaklach Krystiana Lupy.

Kiedy "Pokot" trafił do głównego konkursu tegorocznego Berlinale, zrobiło się o nim bardzo głośno, po pierwszych pokazach szum był jeszcze większy, a Srebrny Niedźwiedź zrobił swoje. Jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, najpierw medialny hałas układa się w jednobrzmiący pochwalny hymn, dopiero po premierze daje się z niego wyłowić głosy krytyczne. Co o tym myślę, teraz, kiedy "Pokot" już obejrzałam? Mam wrażenie, że to taki film, który albo kupuje się w całości, mimo że po seansie, a nawet w trakcie, widzi się jego wady, albo nie idzie się w ogóle za filmową opowieścią i wtedy wszystkie niedomagania tym bardziej kłują w oczy. Ja dałam się uwieść, mimo że nie jestem bezkrytyczną miłośniczką kina Agnieszki Holland. Co mnie uwiodło?

Przede wszystkim atmosfera, klimat, nastrój. To zasługa cudownych zdjęć Doliny Kłodzkiej autorstwa Jolanty Dylewskiej i Rafała Paradowskiego. Tak pięknych, magicznych, że natychmiast uległam złudzeniu, iż mogłabym zamieszkać w tym pięknym, poniemieckim domu na odludziu, gdzieś na zboczach kotliny, w miejscu, do którego zimą trudno dotrzeć. Ja, człowiek miasta, który musi mieć sąsiada za ścianą. Tak działa magia filmu! Przecież w rzeczywistości nie wytrzymałabym tam tygodnia, a w tym samotnym domu umarłabym ze strachu na dźwięk pierwszego lepszego szelestu. Znakomita jest też muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza. Świetnie buduje nastrój grozy, niepokoju, tajemniczości.

Równie istotny jest dla mnie przekaz filmu, który broni lekceważonych i dyskryminowanych słabszych - przede wszystkim zwierząt, ale też kobiet, ludzi starych czy wszelkiej maści dziwaków. Główna bohaterka, Janina Duszejko, a właściwie Duszejko, bo, jak mówi, ignoruje swoje imię, jest tak właśnie traktowana przez otoczenie - stara wariatka, nie ma chłopa, dlatego oszalała na punkcie zwierząt. Uprzykrza tylko życie miejscowym myśliwym, wśród których jest władza, biznesmeni, ksiądz. Składa skargi, doniesienia, które można skutecznie lekceważyć, no bo co nam zrobi. Przecież szkodliwość czynu znikoma, sprawcy i tak się nie wykryje, a każdy każdego tu zna, ręka rękę myje. I nawet ksiądz mówi, że mamy czynić sobie ziemię poddaną, a przykazanie nie zabijaj dotyczy ludzi, nie zwierząt. Kto by się przejmował tą starą, siwą kobietą, która wygląda czasem jak czarownica. A przecież ona nie jest stara! A że nie farbuje swoich długich włosów? Jej sprawa. Na ekranie  Agnieszka Mandat czasem rzeczywiście przypomina czarownicę, wiejską babę, innym razem jest piękna. Trudno też pozostać obojętnym na bardzo sugestywne obrazy ściganych, zabijanych zwierząt, lisów więzionych w klatkach, hodowanych na futra. Temat jest mi bliski od dawna, od lat śledzę to, co się wokół polowań dzieje, a wydaje się, że teraz znalazło to wszystko jakąś potworną kulminację. Projekty zmian w prawie łowieckim, jeszcze gorsze niż do tej pory, choć trudno to sobie wyobrazić, masowa wycinka drzew, smog, który nie pojawił się tej zimy, chociaż można odnieść takie wrażenie, no bo wreszcie zaczęto bardzo głośno o nim mówić. Tak, "Pokot" idealnie wstrzelił się w czas, ale przecież te problemy istniały od dawna, kto chciał słyszeć, ten słyszał. Nie przypadkiem książka Olgi Tokarczuk została wydana kilka lat temu (2009). A i Agnieszka Holland pracowała nad swoim filmem nie od wczoraj.

Uwiedziona bliskim mi przekazem i sugestywną atmosferą, dostrzegam mielizny filmu. Mniej przeszkadzają mi czarno-biali bohaterowie, którzy w większości są tu albo jednoznacznie dobrzy, albo jednoznacznie odpychający, wstrętni, bezwzględni, źli. Nawet próba zniuansowania wypada mało przekonująco (dziewczyna zwana przez Duszejko Dobrą Nowiną). Podobnie ma się rzecz z pewnymi rozwiązaniami fabularnymi, które z realizmem niewiele mają wspólnego (poszukiwanie zaginionych psów w lesie nocą razem z uczniami - przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy to nie sen). Taka jest konwencja "Pokotu", który stanowi mieszankę baśni, ballady  (natura bierze odwet na złym człowieku), chyba komiksu (trochę gapowaty, trochę superbohater Dyzio grany przez Jakuba Gierszała), thrillera i kryminału. No i właśnie kryminał wypada tu najsłabiej, i o to mam największe pretensje. Dojście do prawdy pokazane jest bardzo nieprzekonująco, pojawia się trochę jak deus ex machina, nie wiadomo skąd. Dlatego nie wszystko jest jasne. Nie wiem, jak to wygląda w powieściowym oryginale, bo go nie znam, ale teraz mam na to coraz większą ochotę. Ciekawa też jestem, na ile w powieści zniuansowani są bohaterowie. Cóż, trzeba przeczytać.

A o filmie mimo tych zastrzeżeń nadal myślę. Tak właśnie  lubię.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53