Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 22 lutego 2017
Filmowe remanenty - "Manchester by the Sea", "Toni Erdmann"
Już dawno nie pisałam o filmach, a to z tej prostej przyczyny, że wyjechałam na trochę. A właśnie wtedy do kin wchodziło kilka głośnych premier. Po powrocie musiałam zaczekać na weekend, aby nadrobić zaległości. Obejrzenie wszystkiego, co przepadło, nie było możliwe, dlatego podparłam się moim ulubionym Tygodnikiem Kulturalnym. O dziwo okazało się, że wszyscy zgodnie zachwycają się amerykańskim filmem "Manchester by the Sea", za to "Toni Erdmann" wzbudził mieszane uczucia, od akceptacji do totalnej krytyki, co mnie zdziwiło, bo wydawało się, że to pewniak. Najgorzej potraktowano biografię Michaliny Wisłockiej, o "Amerykańskiej sielance" nie wspomniano, ale skądinąd słyszałam, że do literackiego pierwowzoru ma się nijak. Od początku czułam, że to nie mogło się udać. Dlatego czym prędzej pobiegłam na "Manchester", a na "Toni Erdmann" wybrałam się z wahaniem. Takie filmy nazywam ładnymi. Ładni bohaterowie, ładne krajobrazy, ładne wnętrza, żadnego brudu świata. To sprawia, że bardzo dobrze się je ogląda, mimo że opowiadają o całkiem poważnych problemach. Szczególnie "Manchester by the Sea" okazał się całkiem innym filmem, niż mogłam się spodziewać, czytając informację dystrybutora (historia mężczyzny, który po śmierci brata musi zaopiekować się jego nastoletnim synem). Niespieszny, subtelny i na szczęście mało amerykański. Ja się wzruszyłam i jestem całkowicie na tak. Zastrzeżenia mam za to do "Toni Erdmann", reklamowanej jako komedia, która opowiada o relacji córki pracoholiczki i ojca podchodzącego do życia na luzie. Ten film jest po prostu za długi. Z czasem żarty ojca głównej bohaterki przestają bawić, stają się monotonne, całość osiada na mieliźnie, brnie w groteskowo-metaforyczne sceny. Dopiero zakończenie przywraca początkowy ton powagi. Mimo tych zastrzeżeń nie żałuję, że "Toni Erdmann" obejrzałam. A szczegółowe refleksje dla tych, którzy filmy już widzieli, w drugiej części. Zapraszam.
środa, 15 lutego 2017
Yishai Sarid "Limassol"

Powieść "Limassol" izraelskiego pisarza Yishai Sarida (Filo 2016; przełożył Michał Sobelman) przeczytałam trochę przez przypadek. Jeszcze niedawno nie miałam pojęcia ani o książce, ani o jej autorze, ani o wydawnictwie Filo. Yishai Sarid w październiku odwiedził Polskę i wziął udział w dyskusji o współczesnej prozie izraelskiej, obok Eshkola Nevo i Zeruyi Shalev. Spośród tej trójki był jedynym pisarzem, którego nie tylko nie czytałam, ale nie wiedziałam o jego istnieniu. Rzuciłam się do internetu i tak trafiłam na tę powieść. Jeszcze zdanie o wydawnictwie, które wydaje ... poradniki, książki kucharskie i od niedawna serię Współczesna Proza Izraelska. No cóż, zabawne. Jako miłośniczka literatury izraelskiej mam nadzieję, że seria nie okaże się efemerydą (na razie wyszły trzy pozycje). Mam też nadzieję, że Filo wyda inne książki Yishai Sarida.

Bo "Limassol" to powieść całkiem interesującą, poruszającą i stawiającą czytelnika w bardzo niekomfortowej sytuacji. Jak czytam w notce wydawniczej,  mogłaby śmiało stanąć na półce obok książek Johna le Carre. Tego zweryfikować nie jestem w stanie, bo Johna le Carre nie znam, czego może i żałuję, ale, po raz kolejny powtórzę, trudno czytać wszystko. Mam jednak wątpliwości, bo "Limassol" to wprawdzie  powieść sensacyjna, ale moim zdaniem nie intryga jest tu najważniejsza. Oczywiście byłam ciekawa, jak ta historia się skończy, co zrobi główny bohater, pracownik izraelskiego wywiadu, jaką drogę wybierze. Muszę przyznać, że nie pomyliłam się w swoich przewidywaniach, ale równie dobrze ta historia mogła skończyć się inaczej. Ja jednak nie nazwałabym "Limassol" ani thrillerem, tak prezentuje ją wydawca, ani powieścią sensacyjną, bo dla mnie najważniejsza jest tu psychologia. To bohater jest w centrum. To, co myśli, co czuje, co przeżywa.

Jego zadaniem jest przesłuchiwanie podejrzanych o terroryzm. To często wyścig z czasem. Tak jest i tym razem. Po mieście krąży nafaszerowany dynamitem Palestyńczyk, który chce się wysadzić, służby wiedzą, kim jest, ale nie wiedzą gdzie się znajduje. Przesłuchiwani są członkowie jego rodziny, przyjaciele, znajomi. Zwyczajni, niebudzący podejrzeń. Rzeczywiście nic nie wiedzą czy tylko udają? Czas goni, atmosfera robi się nie do wytrzymania, puszczają nerwy. Przesłuchujący czuje obrzydzenie do siebie, do tego, co robi. Ja czuję obrzydzenie do niego, do jego metod, chwilami trudno mi było czytać te partie powieści. Ale terrorysta jest gdzieś w mieście. Jeśli mu się uda, zginie kilka (?), kilkanaście (?), kilkadziesiąt (?) niewinnych osób. Jak go złapać? Autor stawia pytanie, które towarzyszy dyskusji na temat terroryzmu - jak daleko można się posunąć? Czy usprawiedliwione jest przekroczenie granic zakreślonych przez prawo? Ta sprawa to jednak tylko początek. Bohater dostaje inne zadanie. Ma zaprzyjaźnić się z Dafne, pisarką, i skłonić ją do współpracy. W grę wchodzi złapanie wyjątkowo niebezpiecznego terrorysty, szefa organizacji. Nie mogę zdradzić więcej. Bohater znajdzie się w sytuacji jeszcze bardziej paskudnej. Właściwie nie ma z niej dobrego wyjścia. W tym wypadku nie da się pogodzić zawodowego profesjonalizmu z wrażliwością, ze współczuciem. Nie można być jednocześnie dobrym agentem i człowiekiem. Nie, nie chodzi o Dafne, nie chodzi o miłość. Chodzi o zaufanie, o starego, umierającego człowieka. Ale pytań jest więcej i nie dotyczą tylko głównego bohatera. Także Dafne. Ile gotowa jest poświęcić, aby ratować swojego syna narkomana? Gdzie jej lojalność?

Chociaż powieść nie stroni od schematycznych rozwiązań, miłość, rozpad małżeństwa, to jest po prostu interesująca. Porusza, stawia ważne pytania, zmusza do współodczuwania i dlatego zostaje w pamięci.

środa, 08 lutego 2017
Filip Florian "Dni króla"

Odkąd przeczytałam dwie znakomite rumuńskie powieści wydane przez młode wrocławskie wydawnictwo Amaltea ("Matei Brunul" i "Medgidia, miasto u kresu"), co jakiś czas wchodziłam na ich stronę, sprawdzając kolejne nowości czy zapowiedzi. Niestety nic się nie działo, jakby Amaltea była jakąś wydawniczą efemerydą. Już byłam pewna, że niczym meteor błysnęli i przestali istnieć, kiedy w Krytyce Liberalnej znalazłam recenzję właśnie wydanej przez nich kolejnej rumuńskiej powieści, "Dni króla" Filipa Floriana (Amaltea 2016; przełożyła Radosława Janowska-Lascar). Do artykułu nie zajrzałam, pobieżnie zorientowałam się, że chwalą, ale już sam fakt, że się ukazał, był dla mnie rekomendacją. No i dwie poprzednie książki wydane przez Amalteę dawały gwarancję, że i po kolejną warto sięgnąć. Dlatego bardzo szybko kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Nie znam wcześniejszych powieści Floriana, bo ukazywały się w czasach, kiedy literaturą bałkańską niezbyt się interesowałam, a właściwie, bądźmy szczerzy, nie interesowałam się nią wcale. Dla porządku dodam jeszcze, że wydawało je Czarne.

"Dni króla" to opowieść o piętnastu latach, kiedy tworzyła się rumuńska państwowość. Akcja rozpoczyna się w roku 1866. To wtedy świeżo zjednoczone Mołdawia i Wołoszczyzna postanowiły zaproponować tron niemieckiemu księciu Karolowi Hohenzollernowi, co stało się trochę przez przypadek. Kończy w roku 1881, gdy Rumunia ostatecznie wyzwala się spod tureckiego panowania i Karol zostaje królem (wcześniej był tylko hospodarem). Te lata to czas budowy państwa, modernizacji, rozwoju. Karol nie ma łatwego życia - trafia do świata zacofanego, dziwnego, gdzieś na krańcach Europy. Dla uporządkowanego Niemca, który przybył z cywilizowanego serca Europy, Rumunia to panoptikum. Do tego dochodzą wieczne intrygi tutejszych polityków, rozruchy antyniemieckie po wojnie prusko-francuskiej, wojna z Turcją, tragedia osobista (śmierć jedynej córki). Mimo to z pruską konsekwencją podejmuje się powierzonego mu zadania - przeprowadza reformy i wzmacnia państwo. Pewnie lekko sparafrazowane jakoś pasowałoby do niego nasze zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną w pigułce podsumowujące panowanie Kazimierza Wielkiego. Karol podobnie przysłużył się Rumunii.

Kto po przeczytaniu tego pobieżnego i dyletanckiego wykładu sądzi, że "Dni króla" są powieścią polityczną, myli się bardzo. Chociaż niemiecki książę jest jednym z bohaterów książki, to przecież nie najważniejszym. Pierwsze skrzypce grają tu jego krajan, Józef Strauss - dentysta, który zostaje przez Karola sprowadzony do Bukaresztu, i kot dentysty, Zygfryd. Bo "Dni króla" to lekka, dowcipna, nieco groteskowa, czasem poetycka książka będąca połączeniem opowieści o człowieku, jego kocie z kroniką tworzącego się państwa. Historię tych piętnastu kluczowych lat autor umiejętnie wplata w historię Józefa Straussa. Robi to z wdziękiem, z ironią, z lekkością.

Czyta się powieść Floriana znakomicie, chociaż pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Dużo tu opisów miasta i miejskiego życia, co mnie akurat bardzo frapowało, ale w naszych pospiesznych czasach nie każdy znajduje w sobie dość cierpliwości i uwagi, aby je smakować. To ten typ powieści, która pozwala bez reszty zanurzyć się w wykreowanym świecie. Razem z bohaterem wędrować po ulicach Bukaresztu, włóczyć się po przedmieściach, świętować, odwiedzać go w jego mieszkaniu, poznawać jego przyjaciół. Bardzo spodobało mi się stwierdzenie, jakie znalazłam w przywoływanej tu recenzji w Kulturze Liberalnej - "Dni króla" są jak album ze starymi fotografiami. To niezwykle trafne spostrzeżenie i bardzo żałuję, że to nie ja ujęłam je w tak zgrabną myśl.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć, że równie ważnym wątkiem jest też historia namiętnej miłości i łączący się z nią  nieoczekiwany splot zdarzeń prowadzący do nieporozumień i nieszczęścia. Ale w tej pogodnej opowieści wszystko przecież powinno skończyć się dobrze.

Uczciwie jednak przyznaję, że książka Filipa Floriana nie ma tej wagi, co "Matei Brunul" czy "Medgidia, miasto u kresu", stąd mój lekki niedosyt. Mimo to warto po nią sięgnąć.

23:17, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2017
Beata Chomątowska "Stacja Muranów"

Czasem jedna lektura wywołuje kolejną. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu "Króla" Szczepana Twardocha postanowiłam pójść za ciosem i sięgnąć po "Stację Muranów" Beaty Chomątowskiej (Czarne 2016). Premiera reportażu miała miejsce kilka lat temu, w roku 2012, a teraz ukazało się wydanie drugie. Już kiedyś myślałam o tej książce, gdy przy okazji zwiedzania Muzeum Żydów Polskich Polin po raz pierwszy znalazłam się na warszawskim Muranowie. Włóczyłam się po nim, szukając żydowskich śladów, a przede wszystkim upamiętnień związanych z gettem. Nie było to wcale łatwe, właściwie na wszystko, co udało mi się znaleźć, trafiałam przypadkowo. Coś tam wiedziałam, pomagała intuicja i dobra orientacja w terenie. Musiałam przyznać rację tym wszystkim, którzy twierdzą, że ślady żydowskiego życia zacierane są przez polski żywioł. Dotąd myślałam, że takie głosy to przesada. Ale dość dygresji, wróćmy do książek.

Co ma wspólnego "Król" ze "Stacją Muranów"? Niezorientowanym wyjaśniam, że akcja powieści Twardocha toczy się przede wszystkim w dawnej Dzielnicy Północnej zamieszkanej głównie przez Żydów. Piszę głównie, bo w Warszawie nie było dzielnicy żydowskiej. To tam znajdowały się ulice uwiecznione na kartach literatury - Nowolipki, Miła, Nalewki, Gęsia, Dzika, Stawki i wiele innych. Te ptasie ulice, o których pisał Piotr Paziński w swojej książce pod takim właśnie tytułem. To tam Niemcy utworzyli warszawskie getto. To na jego gruzach powstał współczesny Muranów. A ponieważ po lekturze "Króla" odczuwałam niedosyt, postanowiłam jeszcze bardziej zanurzyć się w tamten świat i sięgnąć po książkę Chomątowskiej, w której dawne przenika się z nowym. Stare kamienice, niektóre eleganckie, inne podupadłe, przepastne podwórka pełne sklepów, warsztatów, drobnych interesów zostały zastąpione przez nowe bloki budowane na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. W pośpiechu, szybko, aby zaspokoić powojenny głód mieszkań w zrujnowanej stolicy. Dzielnica Północna bezpowrotnie zniknęła, zniknęli jej mieszkańcy, zniknęło dawne życie, zniknęła też pamięć o niej. I chociaż wielu ulicom przywrócono przedwojenne nazwy, to niekoniecznie ich przebieg jest taki jak kiedyś. Taki los spotkał główną arterię przedwojennego Muranowa, Nalewki. Dziś poza nazwą nie ma wiele wspólnego ze swoją dawną krewniaczką.

Chomątowska w swojej książce przywraca pamięć o tej części miasta i stawia ważne pytanie - jak się żyło i jak się żyje na cmentarzu. Tak, na cmentarzu, bo, o czym już pisałam, na terenie Dzielnicy Północnej Niemcy utworzyli getto. Muranów powstał na jego gruzach i z jego gruzów. Dosłownie. Teraz wiem, dlaczego muranowskie bloki stoją na wzniesieniach. Te niewielkie skarpy powstały z gruzów. Nie tylko dlatego, że bardzo trudno byłoby to gruzowisko w szybkim czasie usunąć. To ostatecznie podobno dało się zrobić. Główny powód był inny. W zamyśle twórcy starego Muranowa, architekta Bohdana Laherta, to sposób upamiętnienia dawnych mieszkańców i ich tragedii. Skarpy są niczym cokół pomnika. A pod nimi do dziś kryją się fundamenty i piwnice starych kamienic. Bo dylemat, przed jakim stanęli odbudowujący Warszawę, był następujący - co zrobić z tym morzem ruin? Co zrobić z miejscem po getcie? Obsiać trawą i stworzyć park? Czy budować nową dzielnicę? Z różnych powodów zwyciężyła ta druga koncepcja.

Chomątowska w sposób fascynujący opowiada o dawnej Dzielnicy Północnej i o powstaniu współczesnego Muranowa. O jego projektowaniu i budowaniu. W "Stacji Muranów" historia przedwojenna, wojenna przeplata się z historią PRL-u i wreszcie z dniem dzisiejszym. Autorka pokazuje, że już przed wojną grupa młodych warszawskich architektów związanych z pismem Praesens, zafascynowanych Le Corbusierem, snuła plany przebudowy i modernizacji Dzielnicy Północnej (podobne plany mieli Niemcy). To tamte idee dały początek odbudowie, bo głównym projektantem powojennego Muranowa został, przywołany już przeze mnie, Bohdan Lahert, jeden z członków grupy. Autorka pisze o jego wizji, jej realizacji, o gloryfikowaniu jego dzieła, a potem o krytyce i dyskusji, jaka w środowisko architektów, urbanistów i historyków sztuki trwa do dziś. Bloki powstawały w powojennej rzeczywistości, w zawrotnym tempie, wizję przykrawano do zgrzebnej rzeczywistości, nic dziwnego, że szybko na wierzch zaczęły wychodzić wady, usterki, niedoróbki i błędne założenia.

Drugą materią książki są historie ludzi. Twórców i budowniczych Muranowa, najczęściej przybyłych z prowincji, bijących budowlane rekordy (jak w "Człowieku z marmuru" Wajdy). I mieszkańców, czasem jeszcze tego przedwojennego, ale głównie tych, którzy zasiedlali nową dzielnicę i tych, którzy mieszkają tu dziś. I stale powtarza się pytanie - czy wiedzieli, gdzie mieszkają? Kiedy się dowiedzieli. Jak? I co zrobili z tą wiedzą? Jak im się żyje z duchami Dzielnicy Północnej? Czy śnią im się po nocach? Czy mają koszmary? Czasem pojawia się metafizyczny dreszcz, czasem proza życia. Fascynująca opowieść.

00:13, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 stycznia 2017
"Powidoki"

Z tygodniowym opóźnieniem wybrałam się na "Powidoki", ostatni film Andrzeja Wajdy. W domu zatrzymało mnie podstępne przeziębienie, więc zamiast pójść do kina, weekend spędziłam pod kocem. Czekałam na ten film bardzo, ciekawa mojego odbioru. Chciałoby się, aby ostatni obraz wielkiego reżysera był dziełem spełnionym, tymczasem głosy były różne. Najwięcej chyba takich - film nie do końca udany, ale mimo tego przejmuje i wzrusza, nie tym łatwym sentymentalnym, czułostkowym wzruszeniem, ale mądrym i głębokim. Wajda Strzemińskim interesował się od dawna, przymierzał się do filmu o nim długo, zmieniał koncepcję, w końcu zdecydował się opowiedzieć o artyście niezłomnym, niszczonym przez ideologię. Dlatego na ekranie nie zobaczymy żony Strzemińskiego, wielkiej rzeźbiarki Katarzyny Kobro. Jak mówił reżyser jeszcze w trakcie realizacji filmu, jej obecność czujemy dzięki córce artystów, kilkunastoletniej Nice. Gdyby Kobro była jedną z bohaterek, musiałby powstać film inny, wielowątkowy, już nie tylko o niezłomnym artyście, ale i o jego skomplikowanym życiu osobistym.

I w tym miejscu zaczynają się moje wątpliwości. Bo co zobaczy na ekranie ktoś, kto o Strzemińskim wie niewiele albo zgoła nic? Że to niemożliwe? Otóż wbrew pozorom tacy widzowie też są i pewnie nie należą do wyjątków. Nie ma co czarować, ja też zaczęłam czytać o Strzemińskim przy okazji premiery filmu, wcześniej wiedziałam niewiele. Obejrzałam sobie też przejmujący spektakl Teatru Telewizji również pod tytułem "Powidoki" według scenariusza i w reżyserii Macieja Wojtyszki. I być może to mnie zgubiło, bo bardzo wpłynęło na odbiór filmu. Co dostajemy? Opowieść o wielkim artyście, teoretyku sztuki, uwielbianym przez studentów, zniszczonym przez system i polityków, którzy z pozycji ideologicznych zwalczają twórców niepasujących do narzucanych przez przez nich kanonów tworzenia. Twórców, którzy nie chcą iść na kompromisy, którzy chcą być wolni, bo sztuka ma być wolna. Artyści awangardowi nie mieszczą się w takim politycznym kanonie w sposób szczególny. I jest to rzeczywiście obraz przejmujący. Strzemiński wyrzucony z uczelni popada w coraz większą nędzę, jest gotów podjąć się każdej pracy, każdą po kolei traci, bo system niszczy go konsekwentnie, jego obrazy trafiają do muzealnych magazynów, dobrze, że nie zostały zniszczone. Coraz bardziej samotny, bezradny, martwi się o córkę. W końcu wielki artysta umiera samotnie, niezauważony przez nikogo. To scena symboliczna, która pozostanie. Linda gra człowieka, który się nie poddaje, jest niezłomny, ale w końcu zrezygnowany godzi się ze swoim losem, znosi upokorzenia, samotność, chce chronić innych, więc tym bardziej odsuwa się od ludzi, bo wie, że jest politycznie trędowaty. Przejmująca jest samotność artysty. Taki obraz wpisuje się w twórczość Wajdy, w ludzi z marmuru, z żelaza, z nadziei. Ta historia jest oczywiście prawdziwa. Niestety tak pokazany Strzemiński to człowiek niemal bez skazy. Tymczasem ten sam człowiek niszczył wcześniej swoją żonę, Katarzynę Kobro, uniemożliwił jej pracę na uczelni, kiedy sam tam jeszcze pracował. Kiedy on pławił się w uwielbieniu studentów, ona utrzymywała siebie i córkę, szyjąc zabawki. A to nie wszystko, nękał ją i na inne sposoby. Powie ktoś, są takie głosy, to nie film o życiu osobistym Strzemińskiego, to film o artyście w czasach pogardy. Prawda, tyle, że rugując Kobro ze swojego dzieła, Wajda popełnił błąd założycielski - stworzył portret człowieka niezłomnego, wychodząc z fałszywych przesłanek. Po prostu Strzemiński z całym swoim skomplikowanym życiem osobistym nie nadaje się na takiego bohatera, bo jest człowiekiem o dwóch obliczach. Że nie tylko ja tak myślę, przekonałam się, słuchając bardzo ciekawej rozmowy Wojciecha Orlińskiego z krytyczką sztuki Dorotą Jarecką i Małgorzatą Czyńską, autorką książki o Katarzynie Kobro (można odsłuchać w podcastach radia TOK FM - Salon-Piąteczek). Co ciekawe, obie panie broniły zamysłu Wajdy, Orliński miał takie wątpliwości jak ja.

Film oczywiście trzeba zobaczyć. Klimat epoki oddany jest bardzo dobrze, świetne są ponure zdjęcia Pawła Edelmana, podobała mi się też Zofia Wichłacz grająca Hanię, studentkę zakochaną w Strzemińskim (historia prawdziwa, on nawet się jej oświadczył, nie mówiąc, że jeszcze oficjalnie rozwiedziony nie jest). Zupełnie nie rozumiałam zachwytów dla jej roli w "Mieście 44", tu była całkiem inna. No i bardzo przejmujący jest wątek córki Strzemińskiego i Kobro, Niki. Dziewczynki rozdartej między rodzicami, z konieczności dorosłej, mierzącej się z dramatycznymi przeżyciami.

środa, 18 stycznia 2017
Antonio Munoz Molina "Zima w Lizbonie"

Przed kilku laty wpadła mi w ręce powieść hiszpańskiego pisarza Antonia Munoza Moliny "We mgle czasów" wydana przez Świat Książki w serii Mistrzowie Prozy. Z literaturą hiszpańską jestem raczej na bakier, podobnie jak z południowoamerykańską. Kiedy po coś sięgnę, to najczęściej niewypał. Inaczej było ze wspomnianą powieścią - historią miłosną osnutą wokół wojny domowej w Hiszpanii. Nie tylko mnie wciągnęła, nie tylko poruszyła, ale wydała mi się książką ważną, czemu dałam wyraz tutaj. Zastanawiałam się, czy Świat Książki wyda inne jego powieści. O ignorancjo! Jakież było moje zdumienie, kiedy niedawno odkryłam, że Molina jest na naszym rynku obecny od lat, a jego książki wychodzą w Rebisie! A dowiedziałam się o tym, bo właśnie ukazała się kolejna, "Zima w Lizbonie" (Rebis 2016; przełożył Wojciech Charchalis). Sięgnęłam po nią niemal natychmiast, mając wielkie oczekiwania. Tymczasem mimo że przeczytałam jednym tchem, jestem nieco rozczarowana. To niestety nie taki kaliber jak poprzednia książka.

Powieść Moliny jest niezwykle klimatyczna, podobna nieco do tego, co pisze francuski noblista Patrick Modiano. Kiedy czytałam "Zima w Lizbonie", miałam wrażenie, że bohaterowie żyją nocami - siedzą w muzycznych klubach (główny bohater, Biralbo, jest pianistą), palą, piją w dużych ilościach, gadają, wspominają, snują się nocą albo wczesnym rankiem po San Sebastian, Madrycie lub Lizbonie, najczęściej w deszczu. Wszystko osnute jest papierosowym dymem, mgłą, mżawką, szarym, zimowym lub jesiennym światłem. Wszystko dzieje się trochę poza czasem. Długo zastanawiałam się, kiedy rozgrywa się akcja, aż w końcu padła data. Nie zdradzę, chociaż nie ma to wielkiego znaczenia. Bohaterowie są samotni, nieszczęśliwi, melancholijni. Ale to samotność elegancka, wykreowana, samotność rodem z powieści noir, nie do końca potrafię się nią przejąć. To wszystko nawet mi się podobało, nie powiem, dałam się porwać melancholii, z przyjemnością czytałam opisy San Sebastian czy Lizbony (najmniej jest tu Madrytu). Kto tam nie był, być może pod wpływem tej prozy zapragnie pojechać. Tyle że poza klimatem dostajemy niewiele więcej. A przepraszam, jest historia miłosna - Biralbo zakochuje się w tajemniczej Lukrecji, która niestety ma męża. Ich znajomość trwa krótko, ukochana i jej mąż znikają nagle, a właściwie uciekają. Dlaczego? Zdradzić nie mogę. Potem będą listy, kolejne krótkie spotkania, rozstania, poszukiwania.

Noc, pianino, rozłąka od razu skojarzyły mi się z "Casablancą". Jak się okazało, nieprzypadkowo. To oczywiście świadome nawiązanie, dlatego w powieści padną słynne słowa "Zagraj to jeszcze raz, Sam" wypowiedziane przez bohaterów z ironią. Tak jak nie potrafiłam przejąć się samotnością Biralba i Lukrecji, tak nie potrafię wzruszyć się ich miłosnym dramatem. Czuję sztuczność i kreację, może zresztą taki był zamysł autora.

Najsłabszym punktem powieści jest sensacyjna intryga, którą stopniowo odkrywamy dzięki wspomnieniom głównego bohatera i jego przyjaciela, któremu się zwierza. Intryga niespecjalnie wiarygodna i niezbyt ciekawa. Nie wykluczam, że niejeden czytelnik, zanim do niej dobrnie, znudzi się, bo sam nastrój mu nie wystarczy. Długo niewiele się dzieje, mało tu dialogów, za to sporo pustosłowia udającego głębokie rozważania o naturze samotności i miłości.

Mimo wszystko nie żałuję, że po "Zimę w Lizbonie" sięgnęłam. Chociaż mam zastrzeżenia, dałam się porwać mrokowi tej niedługiej powieści. A teraz mam dylemat, czy szukać innych książek Moliny, czy dać sobie spokój.

środa, 11 stycznia 2017
Filmowe remanenty - "Honorowy obywatel", "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"

I znowu premiera goni premierę. Mimo koszmarnych mrozów wybrałam się do kina aż na dwa filmy pięciogwiazdkowe (pięć gwiazdek w Co Jest Grane).

Pierwszy to argentyński kandydat do Oskara, "Honorowy obywatel". Oskarem się zupełnie nie przejmuję, natomiast oprócz wspomnianych gwiazdek do wyjścia z domu zachęciła mnie recenzja Tadeusza Sobolewskiego, której oczywiście jeszcze nie przeczytałam. Wystarczył sam fakt, wszak Sobolewski o byle czym nie pisze. No i kino argentyńskie. Jeśli już trafiają do nas filmy z Ameryki Południowej, są najczęściej warte uwagi. "Honorowy obywatel" to opowieść o argentyńskim pisarzu światowej sławy, laureacie Nagrody Nobla, który z powodu znużenia obowiązkami pisarza światowej sławy, powodowany impulsem postanawia przyjąć nieoczekiwane zaproszenie od burmistrza argentyńskiego miasteczka Salas, w którym urodził się i wychował. Mimo że opuścił je przed czterdziestu laty, mimo że od dawna mieszka w Hiszpanii, cały czas jest ono inspiracją jego twórczości. To tam toczy się akcja jego powieści i opowiadań, to stamtąd czerpie. Ta podróż ma w założeniu być pewnie sentymentalna, miło połechtać próżność pisarza światowej sławy, przecież odbierze tytuł Honorowego Obywatela, przyjmie hołdy, spotka się z czytelnikami dumnymi, że laureat literackiego Nobla pochodzi z ich miasteczka. Oczywiście rzeczywistość okaże się inna. Pisarz światowej sławy szybko zrozumie, że słusznie zrobił czmychając z Salas. Zderza się z rzeczywistością, której nie akceptuje i nie rozumie. To kompletnie inny świat. Jest wyobcowany, nie na swoim miejscu, najczęściej towarzyszy mu poczucie zażenowania. Honory okazują się pozorami, burmistrz ma swoje do ugrania, większość mieszkańców miasteczka nie interesuje się nim, inni traktują go jak swego rodzaju atrakcję. Ci, którzy jego książki znają, albo czegoś od niego oczekują, albo go nienawidzą, bo własne gniazdo śmie kalać. A jak tu nie kalać, kiedy ci ludzie są rzeczywiście straszni. Sam pisarz światowej sławy też zresztą nie zrobił na mnie sympatycznego wrażenia. Jest bufonowaty, zamknięty w wieży z kości słoniowej. Film opowiada o tym wszystkim w dyskretny sposób komediowy, z czasem coraz bardziej skręca w kierunku groteski. Ma rację Tadeusz Sobolewski, twierdząc, że akcja "Honorowego obywatela" mogłaby się dziać w Polsce (to z leadu). Pewnie także w Stanach, we Francji, pewnie niemal wszędzie. Film jest ciekawy, oglądałam go z zainteresowaniem, ale już po paru godzinach emocje zblakły. Tu podzielę się pewną refleksją. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że każda przeczytana książka we mnie zostaje. Nawet jeśli nie pamiętam jej tytułu, zapomniałam nazwiska autora, kojarzę treść. Z filmami jest inaczej. Kiedy czasem przeglądam te notki, łapię się na tym, że spora część tytułów filmów nic mi nie mówi. Żeby je jakoś umiejscowić, muszę zajrzeć do moich zapisków. I "Honorowy obywatel" jest właśnie takim filmem. Dziś wydaje się ciekawy i ważny, po kilku miesiącach nie będę miała o nim bladego pojęcia.

Podobnie pewnie będzie z drugim filmem, jaki obejrzałam, czyli z włoskim "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie", ale tu pretensji mieć nie będę, bo z góry wiedziałam, że idę na elegancką włoską komedię. I z czystym sumieniem mogę polecić ją każdemu. Trzy zaprzyjaźnione pary oraz jeden singiel spotykają się na kolacji. Nagle jedna z bohaterek proponuje zabawę - każdy wykłada swoją komórkę na stół, czytane są wszystkie przychodzące sms-y a wszystkie rozmowy przełączane na tryb głośnomówiący. Wiadomo, jak to się musi skończyć. Jest naprawdę śmiesznie, tym bardziej, że dochodzi do nieoczekiwanego nieporozumienia, jednak z czasem robi się coraz straszniej. To oczywiście było do przewidzenia, ale przecież tak ma właśnie być, "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" jest przecież kinem gatunkowym. Oprócz zdrad i tajemnic małżeńskich mniejszego kalibru, które wyjdą na jaw (niczego nie spojleruję, przecież właśnie tego się spodziewamy), pojawi się też problem całkiem poważny. Bo w miłym towarzystwie nie tylko dobrze się kłamie, ale też nie trzeba zachowywać politycznej poprawności, można czuć się swobodnie. No i z przyjaźni nici. Film jest śmieszny, elegancki (ładni ludzie, ładne wnętrze), ma świetne dialogi, mimo konwencji kilka razy zaskakuje, a przy okazji może niejednego wpędzić w poczucie winy. Bo któż z nas czegoś nie ukrywa? Czy zawsze warto wszystko wiedzieć? Gdzie jest ta granica? I jeszcze jedno. W filmie gra Polka, Kasia Smutniak, niegdyś modelka, teraz włoska aktorka. Jak usłyszałam w poważnej filmowej audycji, bardzo we Włoszech ceniona i popularna. Dzięki mądrej decyzji i pracy (nauka języka) dziś we włoskich filmach nie musi grać cudzoziemek. Miłe.

środa, 04 stycznia 2017
"Paterson"

Nie mam jakiejś wielkiej atencji dla Jima Jarmuscha. To na pewno nie jest reżyser, którego gotowa jestem oglądać w ciemno. Jeśli temat filmu zdecydowanie nie jest dla mnie, nie idę. Dlatego widziałam tylko kilka tytułów z jego dorobku. Najbardziej zapadły mi w pamięć "Broken Flowers". Ale na "Patersona" poszłam z wielkimi oczekiwaniami, można powiedzieć, że na niego czekałam. Wszyscy się zachwycali, że film roku, że taki skromny, a wybitny. No jednym słowem powinien zachwycać. Powinien, ale niestety nie zachwyca. Przynajmniej mnie.

Zgadzam się, to dobry film, obejrzałam go z przyjemnością, chociaż nie ukrywam, że w pewnym momencie zerknęłam na zegarek - opowieść o kierowcy autobusu, Patersonie z miasta Paterson, o spokojnej, nieprzeniknionej twarzy, stała się nieco nużąca. Nie oszukujmy się, podejrzewam, że najnowsze dzieło Jarmuscha znudzi niejednego wolnym tempem i monotonią. To opowieść o życiu. Tydzień z życia Patersona, jego żony, jego psa, jego znajomych i przyjaciół. Tydzień z życia niewielkiego, sennego miasta. Ale inaczej niż w filmie Jerzego Stuhra, do którego zrobiłam aluzję ("Tydzień z życia mężczyzny"), to nie będzie jakoś szczególnie przełomowy okres. I, czytelniku tej notki, nie daj się zwieść ostatniemu zdaniu z opisu dystrybutora - "Jednak na skutek zabawnego zbiegu okoliczności stoicki spokój bohatera zostanie poddany próbie.". Jeśli w nie uwierzysz, srogo się zawiedziesz. Ja na szczęście przeczytałam je przed chwilą, z niemałym zdumieniem. Bo to coś, co na chwilę zburzy stoicki spokój bohatera, nie jest w żadnym razie punktem wyjścia, kołem zamachowym akcji.

Życie Patersona jest do bólu przewidywalne. Kiedy patrzyłam, jak rozpoczyna każdy kolejny dzień, przypomniałam sobie "Dzień świstaka". Tyle że bohater tamtego filmu, grany przez Billa Murray'a, wpadł w pułapkę pętli czasu, tymczasem sposób życia Patersona jest jego wyborem. To czerpanie szczęścia, spokoju, zadowolenia z codziennych rytuałów, z drobnych spraw, jakie składają się na egzystencję większości z nas. Pochwała codzienności. Tym, co wynosi ją na wyższy poziom, jest sztuka, taka zwyczajna, dostępna każdemu. Paterson pisze wiersze, jest artystą. Ale nie tylko on. Jego żona jest artystką totalną, jego kumpel aktorem, dla którego sceną jest życie. Wiersze pisze przypadkowo spotkana dziewczynka i przypadkowo spotkany japoński turysta. Każdy może być artystą, każdy może czerpać ze sztuki, sztuka łączy. Oczywiście nie sposób nie zgodzić się z taką konstatacją. Gdyby nie książki, film, teatr, muzyka, malarstwo, życie byłoby nie do zniesienia. No może trochę przesadziłam, ale tylko trochę. Piękne są w filmie Jarmuscha zdjęcia, zabawni i charakterystyczni bohaterowie, kilku oryginalnych dziwaków,  zabawne są niektóre sytuacje, no i zabawny jest pies Patersona i jego żony. Problem w tym, że mnie to wszystko jakoś nie rusza. Na poziomie rozumu wszystko się zgadza. No tak, cieszmy się drobiazgami, szukajmy piękna w codzienności, bądźmy artystami na swoją miarę, czytajmy, oglądajmy, słuchajmy. To daje szczęście, nie trzeba za nim gonić nie wiadomo gdzie. Też tak próbuję. Niestety na poziomie emocji jest gorzej. Oglądam tę historię na chłodno, coś mnie od niej oddziela.

No więc tak, to dobry film, ale wybitny? Bez przesady. Po wyjściu z kina i zmierzeniu się z prawdą, że jednak nie zachwyca, chociaż przecież powinien, znowu zaczęłam się obwiniać o niedostatek uwagi i wrażliwości. Ale kiedy skonfrontowałam swoją opinię z przyjaciółką, okazało się, że tym razem myślimy podobnie. To mnie nieco uspokoiło, bo moja przyjaciółka jest widzem i czytelnikiem niezwykle wnikliwym i osobą niezwykle wrażliwą. No więc może nie jest ze mną tak źle.

środa, 28 grudnia 2016
Maciej Plaza "Skoruń"

Odkąd przeprosiłam się ze współczesną polską beletrystyką, trochę nadrabiam zaległości, trochę gonię za ciekawymi nowościami. Sporo ostatnio debiutów, o których głośno, ale z debiutami różnie bywa, czasem dobrze odczekać i zobaczyć, jak przejdą próbę czasu. Właściwie sama nie wiem, dlaczego ostatecznie sięgnęłam po "Skoruń" Macieja Płazy (W.A.B. 2015), który ze swoją książką trafił do finału Nike. Wprawdzie jej nie dostał, za to sukces odniósł w Gdyni, gdzie został laureatem, no i zdobył też Nagrodę Kościelskich. Debiut prawdziwie imponujący. Byłam na spotkaniu z autorem, zadziałał impuls, kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Jednym tchem. Bez reszty porwał mnie świat wykreowany na kartach powieści (?), zbioru opowiadań (?). Chyba jednak powieści, bo chociaż każdy rozdział jest zamkniętą całością, to łączą je bohaterowie i narrator, a w kolejnych historiach można znaleźć nawiązania do poprzednich.

"Skoruń" to proza prowincjonalna, wiejska. Kto lubi Myśliwskiego, pewnie da się porwać Płazie. Narratorem i głównym bohaterem jego książki jest kilkunastoletni chłopak, jedynak, mieszkaniec nadwiślańskiej wsi pełnej sadów owocowych, gdzieś w okolicach Sandomierza. Napisałam kilkunastoletni, ale pewne tropy wskazują na to, że swoje opowieści snuje już jako dorosły. Stylizowany na wiejską gwarę język co i rusz ucieka w poetyckie rejony i zachwyca urodą, kunsztem. Z drugiej strony bywa po chłopacku i wiejsku dosadny, prostacki, mięsisty. Innym razem  jednak nie przypomina języka kilkunastolatka, ucznia technikum. A i samoświadomość ma narrator często nie chłopacką, a dorosłą. Wprawdzie nie do końca rozumie swoje zachowanie, raczej pyta niż znajduje odpowiedzi, ale nastolatek nie wgłębia się w siebie tak, jak czyni to tytułowy skoruń. Opowieści nie są ułożone chronologicznie, niektóre sięgają wczesnego dzieciństwa, jak rozdział zatytułowany "Stary", który zaczyna się, kiedy bohater idzie po raz pierwszy do szkoły. Większość jednak to historie o dorastającym chłopaku. Skoruniu, takim wiejskim rozrabiace, leniu, ladaco, z którego nic dobrego pewnie nie wyrośnie, który przysparza zmartwień matce i złości porywczego ojca.

O czym są te osadzone w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku historie? Po pierwsze o wsi, o miłości do ziemi, do rzeki, do przyrody, która jest piękna, ale i bezwzględna, co należy przyjąć z pokorą. O znoju pracy w gospodarstwie, gdzie harować muszą wszyscy. Nawet małe knypcie mają swoje obowiązki - bladym świtem, jeszcze przed szkołą, trzeba zaprowadzić krowę na pastwisko, a wieczorem zagnać do domu. Kilkunastolatek pracuje już w gospodarstwie na równi z dorosłymi - przy zbiorze owoców, przy opryskach i innych zajęciach. A jak robota pilna, to ma pierwszeństwo przed szkołą. Praca bywa nudna, pod wieczór nóg się nie czuje, czasem przychodzi ochota, aby urwać się gdzieś z kumplami, ale ile jest jednocześnie zachwytu dla drzew, dla owoców, dla krowy, którą ojciec sprzedał. Dla przyrody.

Inny temat "Skorunia" to rodzina. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że drugim bohaterem jest ojciec narratora, człowiek nietuzinkowy. Inżynier, sadownik, nauczyciel zawodu w pobliskim technikum, domorosły konstruktor maszyn, które mają ulżyć w ciężkiej gospodarskiej harówie, maszyn, których zazdrości cała wieś. Wybuchowy, narwany, uparty i mroczny, skonfliktowany z bratem. Zbawca świata. A to zbawianie tylko przysparza mu kłopotów, bo niepotrzebnie miesza się w nie swoje sprawy. Te nieswoje sprawy to także konspiracyjna działalność w pobliskiej fabryce, która zaprowadziła go w stanie wojennym do więzienia. Skrywa też jakieś tajemnice z przeszłości. Syn ma do niego stosunek ambiwalentny - podziwia, ale jednocześnie irytuje go ojcowski upór. Próbuje zrozumieć, przeniknąć i buntuje się, chce wybić się na niepodległość. Bardzo ciekaw jest, co stało się zarzewiem konfliktu ojca z bratem. Ale odkryć ich tajemnicę nie jest łatwo, bo nie wiadomo, kto mówi prawdę.

Wreszcie kolejnym tematem książki jest dorastanie. Strach o ojca, który nagle zniknął. Dlaczego? Czy umarł? Co to znaczy, że umarł? Doświadczenie śmierci. Zetknięcie ze starością, która przyciąga i odpycha jednocześnie. Konieczność zmierzenia się z  wielkim poczuciem winy. Pierwsze rozczarowania i zawody. Próba zrozumienia, czym jest tęsknota i samotność. Odgrzebywanie rodzinnych tajemnic i odkrycie, że człowiek bywa bardzo skomplikowany. Bunt. Konieczność radzenia sobie z dorastającym ciałem i pierwsze erotyczne fascynacje. Krucha świadomość, że świat nie jest czarno-biały. Kłopoty z rozeznaniem się we własnych uczuciach, motywacjach, trudność zrozumienia siebie, swoich zachowań, reakcji, no i trudność zrozumienia drugiego człowieka.

Jest wreszcie w tej książce wiele niezapomnianych scen i opisów. Często trzymających w napięciu i fascynujących, chociaż tragicznych. Taka jest opowieść o wielkiej powodzi, taka jest fantasmagoryczna opowieść o niemieckich żołnierzach ścigających partyzantów. I wiele innych. Za gardło chwyta nieoczekiwane zakończenie.

Naprawdę świetna, piękna, mądra książka.

środa, 21 grudnia 2016
Samar Yazbek "Przeprawa. Moja podróż do pękniętego seca Syrii"

Przyzwyczailiśmy się do wojny w Syrii. Zapominamy o niej, zobojętnieliśmy, znudziliśmy się. Zeszła z pierwszych stron gazet, nie jest już tematem medialnym, no chyba że stanie się coś spektakularnego jak zbombardowanie konwoju z pomocą humanitarną kilka tygodni temu. A przecież tam wciąż giną ludzie, bombardowane są domy, mieszkańcy oblężonych miast umierają z głodu. Trudno zrozumieć, że mimo wszystko w Syrii jest jakieś życie. Na wyciągnięcie ręki, tak niedaleko od nas toczy się dramat. Tak zaczęłam tę notkę, a było to 15 listopada. Dziś ten wstęp nieco się zdezaktualizował, bo niedługo potem Syria wróciła na pierwsze strony gazet za sprawą Aleppo, które w tym momencie stało się symbolem tej wojny. I wtedy, i teraz aktualne jest kolejne zdanie - koniecznie trzeba przeczytać książkę Samar Yazbek "Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii" (Karakter 2016; przełożyła Urszula Gardner). Ja od razu wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć, a moją decyzję ostatecznie przyspieszył fakt, że autorka przyjechała do Polski i wybierałam się na spotkanie z nią. Książkę skończyłam już jakiś czas temu, ale niestety nie miałam kiedy o niej napisać. Piętrzyły się inne lektury, chodziłam do kina, stale miałam zaległości. Najlepiej pisać od razu, póki emocje świeże, ale ponieważ lektura ważna, postanowiłam coś jednak skrobnąć, aby ślad po niej pozostał.

Na początek kilka słów o autorce. Samar Yazbek to syryjska pisarka, dziennikarka, reporterka, działaczka feministyczna. Aktywnie uczestniczyła w pokojowych protestach, które rozpoczęły się w Syrii wraz z arabską wiosną. W 2012 roku musiała wyjechać z kraju, mieszka we Francji. Ale gnana tęsknotą, poczuciem obowiązku i pragnieniem zrobienia czegoś dla syryjskich kobiet trzykrotnie nielegalnie przedarła się do ogarniętej wojną Syrii. Trzy wyprawy, jak pisze przeprawy, trzy świadectwa. Mieszkała i poruszała się po prowincji Idlib, tej, do której dziś trafiają mieszkańcy zamordowanego Aleppo.

Samar Yazbek opowiada o codziennym życiu, o spotkaniach z ludźmi, z cywilami i żołnierzami, spisuje ich historie, chce wiedzieć, jak żyli przed wojną, kim byli, co robili. Jak zawsze w takich sytuacjach uderza to, że studiowali, pracowali jako lekarze, prawnicy, nauczyciele, rolnicy, mieli firmy, gospodarstwa. Teraz nie mają nic, z trudem zaspokajają podstawowe potrzeby, gnieżdżą się w piwnicach, które zastępują im schrony, ich dzieci nie chodzą do szkoły, przerwali studia, porzucili pracę albo już jej nie mają, walczą, stracili bliskich i wszystko, co posiadali. Każda kolejna podróż jest dla Samar Yazbek coraz trudniejsza. Jeszcze większe zniszczenia, jeszcze bardziej niebezpiecznie, jeszcze mniej nadziei. Jej książka to  świadectwo wojny jak "Pamiętnik z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, jak "Nadciąga noc" Anthonego Shadida (wojna w Iraku), jak "W oblężeniu" Barbary Demick (Sarajewo). Świadectwo z samego środka piekła. Najbardziej wstrząsające są opowieści matek, którym na ich oczach żołnierze armii rządowej zabijali dzieci, i opowieści o ludziach, którzy musieli opuścić swoje domy.

W relacji Samar Yazbek uderzyły mnie dwa fakty. Po pierwsze autorka uświadamia, jak nierówna to walka. Być może rewolucja odniosłaby sukces, gdyby obie strony dysponowały podobną siłą. Największą plagą były i są bombardowania, które pustoszą tereny wyzwolone spod władzy reżimu Asada. Obracają miasta w ruinę, sieją strach, śmierć, zniszczenie, nie pozwalają żyć bez lęku. Najwięksi zabójcy to bomby beczkowe i kasetonowe. Po drugie autorka zauważa, jak niepostrzeżenie, krok po kroku jej państwo jest zawłaszczane przez rozmaitych fundamentalistów związanych nie tylko z ISIS. Cały wysiłek walki idzie na marne, marzenie o społeczeństwie obywatelskim, Yazbek bardzo często używa tego określenia, rozwiewa się, bo władzę przejmują ekstremiści. Nie tak miało być, coraz mniej czuje się u siebie. Z goryczą i zdumieniem obserwuje te zmiany. Za każdym razem, kiedy przedziera się przez granicę, widzi, jak w tłumie innych przekraczają ją najemnicy gotowi walczyć w szeregach armii reprezentujących fundamentalistów.

Zdziwiło mnie bardzo, że Samar Yazbek przybyła do Syrii nie tylko, żeby zbierać relacje i pisać, ale może przede wszystkim, aby zakładać wśród syryjskich kobiet różne organizacje, dzięki którym będą mogły założyć drobny biznes, aby utrzymać siebie i rodzinę. I o dziwo, przynajmniej wtedy, udaje się. Wojna trwa, a ona spotyka się z kobietami, uczy je, cieszy się, kiedy odnoszą sukcesy. I jeszcze jedno - autorka długo ma nadzieję, że wróci do Syrii na stałe, to jej marzenie. Dopiero trzecia wyprawa uświadamia jej, że to już niemożliwe. Kończy swoją relację przejmującym, gorzkim wyznaniem emigrantki, która w Paryżu czuje się dziwnie, bo nie jest u siebie, bo nie umie pogodzić się, że kiedy spokojnie sobie spaceruje po paryskich ulicach, w Syrii głodują i giną jej rodacy. 

Bardzo, bardzo smutna, przejmująca i gorzka jest książka Samar Yazbek. Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć, że jej opowieść poprzedzona jest długim, znakomitym wstępem profesora Piotra Balcerowicza, który w klarowny sposób opowiada historię syryjskiej wojny i w najbardziej jasny sposób stara się wyjaśnić niezwykle zawikłaną sytuację. Wstęp jest równie gorzki jak cała książka, bo pokazuje hipokryzję wszystkich politycznych graczy, również tych z oświeconego podobno Zachodu, dla których Syria jest tylko pionkiem w ich interesach. Konkluzja jest tragiczna - wojna w Syrii będzie trwała, bo nikomu nie zależy, aby się skończyła. A ludzie giną, głodują, uciekają. I nie zapominajmy, że nie tylko w Aleppo. Jesteśmy bezradni, niewiele możemy zrobić, ale coś jednak tak. Niedawno po raz kolejny wysłuchałam w radiu TOK FM rozmowy z Janiną Ochojską , która znowu opowiadała o tym, jak ważne są regularne wpłaty dla organizacji pomocowych takich jak założony przez nią PAH, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej czy fundacja Wolna Syria. Dla wielu z nas drobny gest, kwota, której braku nie poczujemy w portfelu, ale w  ilości takich kwot siła. Naprawdę.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53