Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 12 października 2016
"Wołyń"
Kolejna ważna, a nawet arcyważna, i wyczekiwana premiera - "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego. Film poprzedzony legendą i dyskusjami nie tylko filmowymi, ale też historycznymi i politycznymi, bo dotyka skomplikowanych i delikatnych stosunków polsko-ukraińskich, no i pojawia się w momencie dla Ukrainy bardzo trudnym. Ale Smarzowski zaczął pracę nad "Wołyniem" jeszcze przed drugim Majdanem, przed Krymem i Donieckiem. A gdyby wpadł na ten pomysł później? Czy artysta powinien takie okoliczności brać pod uwagę? Smarzowski w wywiadach mówi, że z punktu widzenia relacji polsko-ukraińskich nigdy na ten film dobrego momentu nie było. Więc nie dotykać? Nie rozdrapywać, nie mówić prawdy, udawać, że nic nie było? Wyszłam z kina i niemal od razu usłyszałam kilka rozmów prowadzonych po rosyjsku przez młodych ludzi. To prawie na pewno ukraińscy studenci. Jak się poczują, jeśli obejrzą "Wołyń"? Pewnie tak jak my, kiedy słuchaliśmy o Jedwabnem, o szmalcownikach, o trzeciej fali Holokaustu, o pogromach. Może także dlatego Smarzowski miał prawo zrobić swój film, bo odrobiliśmy i cały czas odrabiamy tę lekcję. Wyjęliśmy swojego trupa z szafy. Wielu ma nadzieję, że dzieło Smarzowskiego stanie się początkiem debaty nie tylko o rzezi wołyńskiej, ale też o Kresach, o stosunku Polaków do Ukraińców i innych trudnych sprawach. No dobrze, ma być o filmie, a wyszło okołofilmowo. Spieszę więc z zapewnieniem, że należę do większości, która "Wołyń" uważa za dzieło bardzo dobre, a może nawet znakomite, skrzywdzone na gdyńskim festiwalu. I naprawdę bardzo, bardzo wyważone. Chyba nie trzeba pisać, że film nie jest lekki, wiele razy zamykałam oczy albo spoglądałam na ekran spod przymkniętych powiek, a z kina wyszłam rozbita. Cały czas mam w głowie obrazy z "Wołynia", nadal jestem pod wrażeniem. Myślę, że zachęcać do obejrzenia nie muszę. Już wiadomo, że w weekend otwarcia padł rekord - około 250 tysięcy widzów. Działa magia Smarzowskiego i na pewno wrzawa. A kto film widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 05 października 2016
"Ostatnia rodzina"
Prawdopodobnie tylko jakieś niezwykle poważne okoliczności mogły sprawić, że prawdziwy kinomaniak nie obejrzał jeszcze "Ostatniej rodziny" Jana P.Matuszyńskiego. Mnie w każdym razie nic nie było w stanie powstrzymać przed wizytą w kinie. Prawdę mówiąc, złośliwy los na szczęście nie rzucił mi pod nogi żadnych kłód. Mam też wrażenie, że nie istnieje chyba taka osoba, która nie wiedziałaby, jakim filmem jest "Ostatnia rodzina", ale może to tylko skrzywienie kogoś, kto bez kina nie wyobraża sobie życia. Dlatego wydaje mi się, że każdy słyszał o nagrodach w Gdyni (Złote Lwy, laury dla Aleksnadry Koniecznej i Andrzeja Seweryna) i nagrodzie dla tego ostatniego w Locarno. Nie ma też chyba nikogo, kto nie wiedziałby, że jest to opowieść o rodzinie Beksińskich. Od razu muszę wyznać, że należę do tej grupy widzów, którzy wiedzieli o nich bardziej z kulturalnego nasłuchu, a nie dlatego, że się nimi prawdziwie interesowali. Nie byłam też fanką Tomka Beksińskiego, nie słuchałam jego audycji, a jako że Bondów nie oglądam w ogóle, "Monty Pythona" trochę, to i z jego tłumaczeniami zetknęłam się o tyle o ile. Dlatego nigdy nie przeczytałam książki Grzebałkowskiej, dlatego mój odbiór filmu pozbawiony jest osobistych emocji. Idąc do kina, nie miałam żadnych wyobrażeń i żadnych oczekiwań dotyczących kreacji bohaterów. Jestem pełna podziwu nie tylko dla Aleksandry Koniecznej, Andrzeja Seweryna, ale też dla Dawida Ogrodnika, chociaż słyszę, że przeszarżował. Film jest rzeczywiście znakomicie zrobiony i mimo że rozpisany na kilka ról, mimo że gadany, mimo że akcja toczy się głównie we wnętrzach, to powinien spodobać się masowej widowni. Dlatego pewnie nie muszę zachęcać, aby "Ostatnią rodzinę" obejrzeć, a kto widział, może przeczytać garść moich filmowych i okołofilmowych refleksji. Zapraszam.
środa, 28 września 2016
Robert Stefanicki "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu""

Co wiemy o Tybecie? Znamy hasło Wolny Tybet, wiemy, kto go ciemięży, wiemy, że Dalajlama, jego duchowy przywódca (ale pewnie już niekoniecznie, że także polityczny), cieszy się powszechnym autorytetem, wiemy, że mnisi, że klasztory, że dach świata, może coś jeszcze. Tak to mniej więcej funkcjonuje, taka też była moja wiedza, dopóki wreszcie nie sięgnęłam po książkę Roberta Stefanickiego "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu" (Agora 2014). Napiszę rzecz banalną - każdy, kto interesuje się światem, musi ją przeczytać. Stwierdzając to, mam jednocześnie świadomość, że książek, po które powinien sięgnąć interesujący się światem czytelnik, jest cały ocean. Zasypujemy jedną czarną dziurę, ale inne wciąż zieją. Może w takim razie, czytelniku tej notki, przekonam cię stwierdzeniem, że Chiny to zbyt ważny światowy gracz, aby się nim nie interesować. No a poza tym książka Stefanickiego jest po prostu bardzo ciekawa.

Autor, reporter, dziennikarz i fotograf (zdjęcia, także z Tybetu, można obejrzeć na jego stronie internetowej) po Dachu Świata podróżował trzykrotnie. Dlatego książka składa się z trzech części wyznaczonych datami podróży - rok 2001, 2006 i wreszcie 2013. Jak bardzo sytuacja zmienia się na niekorzyść, niech świadczy fakt, że ostatnia wyprawa była możliwa już tylko z biurem podróży. Autor, co zaznacza we wstępie, stara się pokazać sytuację Tybetu w całym jej skomplikowaniu, unikając czarno-białych klisz streszczających się w stwierdzeniu ten wspaniały Tybet, te złe Chiny. O ile druga część tego stwierdzenia w zasadzie niestety nie podlega dyskusji, o tyle pierwsza nie do końca jest prawdziwa. Stefanicki sięga do historii Tybetu i pokazuje, dlaczego chińska inwazja stała się w ogóle możliwa. Pewnie nie każdy wie, że Tybet był państwem feudalnym, zastygłym w swoim skostnieniu, zamkniętym i odizolowanym od świata. Nikt nie słuchał tu przestrogi jednego z dalajlamów, który mówił o zagrożeniu. Jeśli spodziewano się inwazji, to ze strony sowieckiej, nie chińskiej. Feudalny ustrój dał pretekst komunistycznym Chinom, aby zająć Tybet, który uważali za część swojego terytorium, a izolacja sprawiła, że świat nie miał zamiaru za niego umierać. Dziś zresztą też oczywiście nie ma, a kurtuazyjne gesty i szacunek okazywany Dalajlamie niewiele przecież znaczą. Łatwo zachwycić się prężnie rozwijającymi się Chinami (wiem, co mówię), coraz łatwiej przychodzi zapomnieć o łamaniu praw człowieka, nie tylko zresztą w Tybecie, ale w całym Państwie Środka.

Niestety grzechów na sumieniu mają Tybetańczycy w swojej historii więcej. Mnisi, lamowie to nie tylko szlachetny buddyzm, duchowość, mistycyzm, ale też polityka, intrygi, morderstwa polityczne, rozpasanie, moralny rozkład. O takim Tybecie nie wiemy i nie chcemy wiedzieć. A i dzisiaj sytuacja nie jest jednoznaczna. Stefanicki pisze o błędach popełnionych w czasie chińskiej inwazji, o Tybetańczykach idących ręka w rękę z okupantem, o tym, że według relacji świadków, którzy przeżyli chińskie więzienia, najokrutniejsi bywają oprawcy tybetańscy. Pokazuje rozmaite pułapki, w jakie wpada tybetańska diaspora i rząd na uchodźstwie. Jednym z tych problemów jest dopasowywanie się do wyidealizowanego obrazu, jaki o Tybecie i Tybetańczykach ma świat zachodni. Po szczegóły odsyłam do książki.

To wszystko nie przysłania oczywiście okrutnej prawdy o losie Tybetu i jego mieszkańców. Stefanicki kilkukrotnie z całą mocą przywołuje fakty z historii, które zbijają chińską tezę o ich prawie do tego terytorium, ale przede wszystkim opowiada o morzu nieszczęść, jakie przyniosła inwazja, a potem rewolucja kulturalna. Pisze o braku wolności, o inwigilowaniu każdej dziedziny życia, także klasztorów, co chyba najbardziej przykre, o ich  bombardowaniu, o niepowetowanych zmianach w tkance miast (burzy się stare tybetańskie dzielnice, w ich miejsce powstają nowoczesne, chińskie - Lahsa przypomina dziś zachodnie miasta; podobnie jest zresztą w samych Chinach), w społeczeństwie, w krajobrazie,  o okrutnie pacyfikowanych demonstracjach, o więzieniach, o najwymyślniejszych torturach, jakich nie powstydziliby się naziści i sowieccy oprawcy. W tym miejscu nie potrafię powstrzymać się od dygresji. Kiedy niedawno słuchałam w radiu kolejnej przerażającej rozmowy o Syrii, o tym, jak reżim Asada traktuje więźniów, pomyślałam sobie, ileż to razy czytałam o takich bestialstwach, które miały i wciąż mają miejsce w najróżniejszych zakątkach świata. I natychmiast przed oczami stanęły mi opisy z książki Stefanickiego, bo akurat byłam w trakcie lektury. No i co tu powiedzieć, no i jak tu żyć z tą świadomością ludzkiego nieszczęścia i ludzkiego okrucieństwa. A jednak żyjemy i mamy się nieźle. Dobrze, koniec tej grzeszącej pensjonarską naiwnością dygresji, wracam jeszcze na chwilę do książki Stefanickiego. A smutna to książka, nie tylko z powodów, o których pisałam. Najsmutniejszy jest brak perspektywy, brak światełka w tunelu. Jest przecież coraz gorzej. Smutkiem napawa  też nieuchronność dziejowych procesów. W Tybecie w każdej sferze  chińskie wypiera tybetańskie, a chcąc jakoś żyć, Tybetańczycy coraz bardziej rozpuszczają się w chińskości. Lepiej uczyć się chińskiego, bo tybetański nie zapewni pracy, kusi też zachodni świat, który razem z Chińczykami dociera do Tybetu. Coraz mniej Tybetu w Tybecie. Może wyjściem jest ucieczka albo wyjazd do Chin, gdzie, co może brzmi paradoksalnie, Tybetańczycy mają większą swobodę niż w swojej ojczyźnie? Ale i to niesie zagrożenia, o czym też dokładniej pisze autor w swojej książce.

Kończę, jak często, katalogiem tematów, jakimi jeszcze zajmuje się Stefanicki w "Czerwonym Tybecie". Zajmuje się przecież nie tylko polityką i historią, ale przede wszystkim  codziennym życiem Tybetańczyków, buddyzmem, klasztorami przesiąkniętymi zapachem masła z jaków i dymu z jałowca,  miastami,  krajobrazem upstrzonym powiewającymi na wietrze kolorowymi, tybetańskimi flagami, wiele miejsca poświęca nomadom - hodowcom jaków i koni. Pisze wreszcie o sprawach terytorialnych, może i oczywistych, ale mało jednak znanych - co właściwie powinniśmy nazywać Tybetem? No i o wielu innych. Aby się dowiedzieć, należy przeczytać. A jeśli ktoś był w górskich terenach Syczuanu, jeśli ktoś odwiedzał tybetańskie klasztory, jeśli komuś coś mówią takie nazwy jak Kanding czy Litang, to powinien przeczytać tym bardziej.

PS. Jeszcze dwie uwagi. Pierwsza -"Czerwony Tybet" jest też w dużym stopniu reportażem o Chinach. Druga - kiedyś wypisałam sobie polecane  pozycje dotyczące Chin, wśród nich znalazła się książka Patricka Frencha "Tybet, Tybet", podobno bardzo dobra i obiektywna. Przywołuje ją też Stefanicki w bibliografii.

niedziela, 25 września 2016
"Plan Maggie"

Miałam się wybrać na inny film, a "Planu Maggie" zupełnie nie brałam pod uwagę, ponieważ reklamowano go jako komedię romantyczną. W głowie, jak często, namieszali mi dyskutanci Tygodnika Kulturalnego. Okazało się, że to wcale nie komedia romantyczna, że film z ducha allenowski (z czasów, kiedy Woody Allen był starym, dobrym Woodym Allenem), że gadany, że inteligentny i przede wszystkim pogodny. A ponieważ kocham starego, dobrego Woody Allena, nie odstraszają mnie filmy gadane, lubię kino inteligentne (kto się przyzna, że nie lubi) i jak kania dżdżu łaknę czegoś pogodnego w tych niepogodnych czasach, zmieniłam plany i poszłam obejrzeć "Plan Maggie".

Przyznaję, że to przyjemny, fajnie się oglądający film na poziomie. Taki z gatunku miłych dla oka, bo to i Nowy Jork ładnie filmowany, i zabawne, przytulne wnętrza, i kolorowi bohaterowie. Inteligentnie, błyskotliwie śmieszny, skłaniający nie do rechotu, a do uśmiechu. Z przyjemnością ogląda się aktorów, szczególnie zimną, wyniosłą, złośliwą Julianne Moore, zabawną, kolorową, nieco zakręconą Gretę Gerwig, która bardzo przypomina tu bohaterkę, jaką grała we "Frances Ha". No i oczywiście nie mogę pominąć  egocentrycznego, inteligencko rozmemłanego Ethana Hawke'a w roli faceta, z powodu którego całe to zamieszanie. Wiele tu smakowitych scen, czasem chyba będących aluzjami do innych filmów (przynajmniej ja miałam takie skojarzenie, może niesłuszne). A, i jeszcze jedno - akcja  nawiązuje do "Snu nocy letniej" Szekspira.

A na koniec łyżka dziegciu. Po pierwsze "Planowi Maggie" daleko jednak do Woody Allena z czasów jego świetności. Ale to zarzut mniej istotny, bo przecież nie byłam tak naiwna, żeby sądzić, że ta sztuka komuś się udała. Po drugie, i to pretensja poważniejsza, uważam, że przeszarżowano - zbyt dużo tu dialogów wyrafinowanie, a właściwie na siłę, śmiesznych, będących kpiną z pseudo naukowego i pseudo artystycznego bełkotu. Właściwie bohaterowie rzadko rozmawiają normalnie. Po jakimś czasie to zaczyna nużyć, bo w końcu ile można! A i śmieszne być przestaje.

Cóż, bądźmy szczerzy, "Plan Maggie" to miła zapchajdziura w oczekiwaniu na prawdziwe rarytasy, "Ostatnią rodzinę", która rozbiła bank z nagrodami w Gdyni, i "Wołyń" Smarzowskiego. Ja nie mogę się doczekać. Na szczęście oba filmy tuż, tuż.

środa, 21 września 2016
Max Blecher "Zabliźnione serca"

Literatura rumuńska to pozycja obowiązkowa wśród moich lektur. Pilnie śledzę to, co się ukazuje, a nie ma tego wiele. Najczęściej decyduję się na lekturę i prawie zawsze jestem usatysfakcjonowana a nawet zachwycona. Dlatego oczywiście kupiłam dwie niewielkich rozmiarów powieści Maxa Blechera. Na razie sięgnęłam po "Zabliźnione serca" wydane przez W.A.B. w serii Nowy Kanon (2014; przełożył Tomasz Klimkowski). Jeżeli, czytelniku tej notki, nazwisko pisarza nic ci nie mówi, to wcale nie znaczy, że jesteś nieoczytanym ignorantem. Literatura rumuńska słabo jest w Polsce znana, podobnie rzecz ma się na świecie, bo się jej niewiele wydaje. Stop, zagalopowałam się. Powinnam użyć czasu przeszłego, bo, jak twierdzi w przedmowie Roland Chojnacki, przełom wieków przyniósł pewną nadzieję, a to za sprawą uzdolnionych, młodych tłumaczy, którym udaje się przekonać wydawnictwa, że warto.

A Max Blecher? Żył bardzo krótko (1909-1938), zostały po nim trzy powieści, tomik wierszy, dzienniki i korespondencja. Doceniono go stosunkowo niedawno, uważany jest za jednego z najciekawszych pisarzy okresu międzywojennego. Podobno blisko mu do Schulza, do Kafki, a "Zabliźnione serca" muszą kojarzyć się z "Czarodziejską górą" Manna. To zestawienie, moim zdaniem, robi krzywdę Blecherowi - jednych zniechęci, innych rozczaruje. No bo, na szczęście, albo niestety, jak kto woli, "Zabliźnione serca" poza podobnym tematem niewiele mają wspólnego z powieścią Manna. Najlepiej więc będzie, jeśli pozwolimy Blecherowi być sobą. Tym bardziej, że  jego powieść bardzo mocno zakorzeniona jest w osobistych doświadczeniach. Pisarz chorował na gruźlicę kręgosłupa, wiele lat spędził w sanatoriach unieruchomiony w gipsowym pancerzu, jego życie naznaczone było cierpieniem, a choroba spowodowała, że umarł tak młodo. Ale jednocześnie cierpienie i choroba stworzyły go jako pisarza.

Bohaterem "Zabliźnionych serc" jest Emanuel, rumuński student, który nieoczekiwanie dowiaduje się, że jest chory na gruźlicę kręgosłupa. Wyjeżdża leczyć się do sanatorium znajdującego się nad morzem we francuskiej miejscowości Berck. Spędzi tam mniej więcej rok i o tych doświadczeniach opowiada powieść. Kiedy razem z ojcem znajdzie się w Berck, kiedy tylko opuści dworzec, będzie zdumiony niezwykłym widokiem. Pełno tu elegancko ubranych ludzi poruszających się w specjalnie skonstruowanych powozach, które pozwalają jeździć w nich w pozycji leżącej. Wszyscy oni zakuci są w gipsowe pancerze uniemożliwiające siedzenie i chodzenie. Na nikim nie robi to wrażenia. Emanuela czeka podobny los.

Powieść jest zapisem doświadczeń chorych, którzy za wszelką cenę próbują żyć normalnie. Dlatego udzielają się towarzysko, kochają, próbują zbliżać się do siebie fizycznie, zdarza im się imprezować i upić do nieprzytomności. Ale to tylko pozory. Robią dobrą minę do złej gry, wmawiają wszystkim, że dobrze się czują, że jest z nimi coraz lepiej. Prawda wygląda inaczej - są przerażeni, samotni, bezradni, boją się choroby i śmierci. A śmierć nieuchronnie obecna jest na kartach książki. Bywa, że zjawia się nieoczekiwanie i cichaczem, bo chorzy skutecznie potrafią uśpić czujność swoich towarzyszy w cierpieniu, a i oni chętnie ulegają tej iluzji. 

Z jednej strony powieść uwodzi. Melancholijnym nastrojem, zmysłowymi opisami miejscowości, nadmorskich krajobrazów, sanatorium, chociaż nie jest to miejsce zbyt wytworne. Opisami życia, które choroba wyrwała z codziennej rutyny, ale na to miejsce pojawiła się natychmiast rutyna sanatoryjnej egzystencji. Uwodzą, a bywa, że bawią, pacjenci, wśród których wielu to oryginały. Z drugiej strony, co oczywiste, "Zabliźnione serca" przygnębiają. A katalog tego, co przytłacza jest spory. Miłość, bo staje się niemal przymusem, dając namiastkę normalności i złudzenie, że człowiek nie jest samotny. Rozpaczliwe próby fizycznych zbliżeń, które też zamieniają się w obowiązek i rutynę, z czasem przynosząc raczej niesmak niż przyjemność. W tej sytuacji nieuniknione jest to, że kochankowie ranią się, a nieszczęśliwie zakochani cierpią męki zazdrości albo odrzucenia. W katalogu przygnębień i przytłoczeń są oczywiście choroba, cierpienie, ból i widmo śmierci. A jakby tego było mało, pacjenci raz wyrwani z normalnego życia, nie bardzo potrafią do niego wrócić. Raptem uświadamiają sobie bezsens codziennego kołowrotu, rutyny i powtarzalności. Jak mówi jeden z bohaterów, kto raz miał czas, aby zadać sobie pytanie o sens życia, pozostanie zatruty na zawsze ... Oczywiście świat będzie istniał dalej, ale ktoś starł już gąbką z rzeczy ich znaczenie ...

Mimo tego powieść Maxa Blechera nie jest trudną lekturą, przeciwnie, czyta się ją bardzo dobrze. I jeszcze jedno - być może znawcom Kierkegaarda i Jaspersa, tym, którzy dobrze pamiętają prozę Schulza i Kafki, "Zabliźnione serca" sprawią podwójną przyjemność, bo jak pisze w przywoływanej przeze mnie przedmowie Roland Chojnacki to raczej miniatura "Czarodziejskiej góry", jaką mógłby napisać Kafka bądź Schulz tuż po lekturze Kierkegaarda albo Jaspersa. Uff! Ale, czytelniku tej notki, nawet jeśli nie jesteś takim erudytą, nie jesteś za pan brat z filozofią, nie pamiętasz albo nie czytałeś Kafki, Schulza i Manna, to i tak śmiało sięgnij po powieść Maxa Blechera. Warto.

środa, 14 września 2016
Joanna Olczak-Ronikier "Wtedy. O powojennym Krakowie"

Bardzo wiele obiecywałam sobie po lekturze najnowszej książki Joanny Olczak-Ronikier "Wtedy. O powojennym Krakowie" (Znak 2015). Przed kilkunastu laty, jeszcze w epoce przedblogowej, wielkie wrażenie zrobiła na mnie historia rodzinna autorki, którą opowiedziała w świetnej książce "W ogrodzie pamięci" w roku 2002 nagrodzonej Nike. To niezwykle ciekawa i przejmująca historia rodu jej matki Janiny z Horwitzów Mortkowiczowej. Opowieść o zasymilowanych Żydach, którzy tak bardzo chcieli być Polakami, tak wiele dla Polski robili, ale stale czuli się odrzucani. Cóż, chciałoby się powiedzieć, że prawdziwi Polacy odmawiali im prawa do bycia Polakami. To, o ile pamiętam, jedna z pierwszych książek, dzięki której otworzyłam się na tematykę skomplikowanych stosunków polsko-żydowskich. Kto nie zna, powinien koniecznie sięgnąć po tę pasjonującą lekturę. Nic dziwnego, że postanowiłam przeczytać "Wtedy", książkę, która w jakimś sensie jest kontynuacją tamtej. To nie jedyny powód, drugim magnesem był powojenny Kraków. Tak wielkie miałam nadzieje, że kiedy skończyłam, z żalem stwierdziłam, że czuję się trochę rozczarowana. I właściwie trudno mi sprecyzować, dlaczego tak jest.

W żadnym wypadku nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała. Czyta się ją bardzo dobrze, temat ciekawy, a dla miłośników literatury szczególnie bliski, o czym za chwilę. Po prostu zabrakło tego końcowego wow!, tego zachwytu, jaki towarzyszył mi w czasie lektury "W ogrodzie pamięci". Tylko tyle i aż tyle. Dlatego mogę polecić "Wtedy" z czystym sumieniem, a już szczególnie młodym czytelnikom, dla których może być inspiracją, otwarciem na nowe światy. I właśnie jest całkiem prawdopodobne, że tu tkwi problem. Joanna Olczak-Ronikier chcąc napisać książkę dla wszystkich, cierpliwie objaśnia sprawy oczywiste, na przykład okoliczności wybuchu powstania warszawskiego. Takich fragmentów jest kilka. Innym grzechem jest zbytnia drobiazgowość. I znowu nie odnoszę tego zarzutu do całości, tylko do niektórych partii. Przykład? Proszę bardzo. Szczegółowa opowieść o tym, jak wydawnictwo Mortkowicza przed wojną wydawało dzieła Norwida, w pewnym momencie zaczyna nużyć. Prawdopodobnie będzie pasjonująca dla zapalonego bibliofila, ale dla przeciętnego czytelnika raczej nie, a młodego, o którym pisałam przed chwilą, może znużyć. Próbując zracjonalizować moje rozczarowanie, albo mój niedosyt, wskażę jeszcze jedną przyczynę takiego stanu rzeczy. Otóż żałuję, że pewnych wątków autorka nie rozwinęła. Dla mnie za mało jest tytułowego powojennego Krakowa. Może dlatego, że zderzam opowieść Joanny Olczak-Ronikier z książką o Stryjeńskiej autorstwa Angeliki Kuźniak. Tam fragmenty o życiu w powojennym Krakowie i powojennej Polsce zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Wynika to pewnie z odmiennych doświadczeń i z wieku obu pań. Stryjeńska była osobą dojrzałą, obarczoną rodziną, autorka "Wtedy" w 1945 roku miała jedenaście lat i, jak wielokrotnie pisze, nie wszystko pamięta. Konfrontuje pamięć dziecka z zapisem tamtych czasów pozostawionych w rodzinnych dokumentach, w listach. Inne jest przecież doświadczenie kilkunastolatki, o którą troszczą się dorośli, inne kobiety, która sama musi zadbać o siebie i swoich najbliższych. Drugim wątkiem, którego mi za mało, jest wątek osobisty. Historia dziewczynki, która w wyniku wojennych doświadczeń zmienia się, staje się chłodna emocjonalnie i nie potrafi odbudować dawnych relacji z matką i babką. A one wbrew wszystkiemu chcą przekreślić czas rozłąki, wojennej poniewierki i zacząć budować życie trochę tak, jakby tamtych strasznych lat nie było. To jedna ze strategii, o jakich pisał w swojej świetnej książce "Oskarżam Auschwitz" Mikołaj Grynberg. O tym też są obie powieści Magdaleny Tulli "Włoskie szpilki" i "Szum", pod których wrażeniem stale jestem. 

Tyle czepiania się, a teraz czas wyjaśnić, dlaczego książkę warto przeczytać. Znajdzie tu czytelnik historię kobiet z szacownej i bardzo zasłużonej dla polskiej kultury rodziny Mortkowiczów - Janiny Mortkowiczowej, jej córki Hanny Mortkowicz-Olczakowej i jej wnuczki, czyli autorki książki. Opowieść obejmuje cztery lata z ich powojennego życia. Jest to czas, o czym często nie pamiętamy, kiedy komunizm w Polsce nie pokazał jeszcze swojej prawdziwej twarzy, kiedy istnieje jeszcze prywatny handel, istnieją prywatne firmy, mają się odbyć wybory. Jednym słowem po utracie złudzeń można jeszcze mieć złudzenia, że jakoś to będzie. Upraszczam bardzo, ale nie miejsce tu na lekcję historii. Joanna Olczak-Ronikier zaczyna swoje wspomnienia od wojennych losów rodziny, aby potem opowiadać o powojennym Krakowie, o życiu w słynnym Domu Literatów przy Krupniczej 22, gdzie zamieszkały na ponad dziesięć lat, o znanych sąsiadach literatach i o próbie wskrzeszenia wydawnictwa Mortkowiczów. Nie unika trudnych pytań, czy wolno było współpracować z nową władzą, ale też przesadnie się tym problemem nie zajmuje. Rodzinną historię doprowadza do czasu, kiedy wszelkie nadzieje pryskają, a atmosfera w kraju robi się coraz bardziej duszna. Wiele tu opowieści przejmujących, ale wiele też z atmosfery beztroskiego dzieciństwa.

Mimo tych kilku wątpliwości, o których pisałam, jeszcze raz zachęcam do sięgnięcia po najnowszą książkę Joanny Olczak-Ronikier.

poniedziałek, 12 września 2016
"Az do piekła"

Od czasu do czasu przypominam sobie, że kino to też rozrywka, dlatego,  jeśli tylko jest okazja, lubię obejrzeć porządny film sensacyjny albo kryminał. Dobrą komedią też nie pogardzę, ale o takie niezwykle trudno. Zachęcona znakomitymi recenzjami, przede wszystkim w Tygodniku Kulturalnym, postanowiłam zobaczyć "Aż do piekła", współczesny western, jak piszą niektórzy, albo po prostu film sensacyjny, jak chcą inni. Dodatkową zachętą była informacja, że autorem scenariusza jest Taylor Sheridan, współtwórca znakomitego "Sicario", o którym tu pisałam. 

I rzeczywiście film ma wszystkie zalety porządnego kina gatunkowego. Wyrazistych bohaterów, dwaj bracia napadający na banki i tropiąca ich para stróżów prawa, ciekawe, często dowcipne, dialogi, sensacyjną akcję, chociaż ważniejsza jest melancholijna atmosfera i relacje między bohaterami, bardzo dobre aktorstwo (szczególnie Jeff Bridges w roli odchodzącego na emeryturę policjanta i Chris Pine grający jednego z braci, Tobiego), ładne zdjęcia, które przenoszą widza w świat prowincjonalnego Teksasu. Jak wspomniałam, nie akcja, trochę przewidywalna, jest tu najważniejsza, ale to, co dzieje się między bohaterami, szczególnie rozgrywka pomiędzy stojącym na straży praworządności policjantem, a jednym z braci, który nie jest postacią jednoznaczną i mimo wszystko budzi sympatię. I to jest właśnie mój pierwszy kłopot. Chyba jednak zbyt łatwo twórcy filmu rozgrzeszają Tobiego i jego brata, wymuszając na widzu litość. Zbyt to wszystko proste, zbyt łopatologiczne. Nie ma miejsca na niuanse. Walka ze złym bankiem nie może usprawiedliwiać przemocy, a dobrymi intencjami, jak wiadomo, piekło jest wybrukowane. Mój drugi kłopot jest banalny - po tych znakomitych recenzjach spodziewałam się czegoś więcej, niż tylko świetnie zrealizowanego kina sensacyjnego. Tylko tyle?, pomyślałam po wyjściu z kina. A gdzie to coś? Gdzie och! i ach!? Ale może niepotrzebnie się czepiam, oczekując nie wiadomo czego? W końcu to tylko, czy aż, kino gatunkowe.

Konkluzja jest następująca - niby nie żałowałam, że wybrałam się do kina, ale gdybym "Aż do piekła" nie zobaczyła, nic wielkiego by się nie stało. Jak ktoś lubi takie filmy, pewnie obejrzy z przyjemnością. Ja na pewno wyżej stawiam "Sicario". 

środa, 07 września 2016
"Fuocoammare. Ogień na morzu" - refleksje wokół filmu.

Jak wspominałam w poprzednim wpisie, w weekend do kina poszłam aż dwa razy. Zanim wybrałam się na Almodovara, pobiegłam na głośny dokument, "Fuocoammare. Ogień na morzu" Gianfranca Rosiego, który zdobył w tym roku Złotego Niedźwiedzia w Berlinie. Rzecz rzadka, bo przecież na festiwalach nagradzane są najczęściej fabuły. Berlinale znane jest ze swojego politycznego i społecznego zaangażowania, nic dziwnego, że po laury sięgnął właśnie ten dokument. Ale przecież nie jest tylko tak, że nagrodzono go wyłącznie dlatego, iż opowiada o  jednym z najbardziej ważkich problemów współczesności - o dramacie uchodźców. To film po prostu bardzo dobry.

Jeśli ktoś wcześniej niewiele o nim słyszał, może być zaskoczony. Bo Rosi zderza opowieść o uciekinierach przybywających na włoską Lampedusę z opowieścią o jej mieszkańcach. Ba, tym drugim poświęca chyba więcej czasu. Na uchodźców najczęściej patrzymy z perspektywy ratowników wyławiających ich z tonących łodzi albo głośnego już doktora Bartolo - cichego bohatera, który od lat, niemal co wieczór, poświęcając swój wolny czas, stawia się na pomoście, aby udzielać pomocy potrzebującym. Reżyser nie epatuje makabrycznymi obrazami, niewiele ich na ekranie, nie wyciska łez, nie ucieka się do moralnego szantażu. Przeciwnie, jest bardzo prawdopodobne, że złapie nas na obojętności - atakowani przez media wiadomościami, obrazami i dyskusjami przywykliśmy. Podobnie jak mieszkańcy wyspy, którzy w cieniu dramatu wiodą swoje zwyczajne życie. Tylko czasem westchną, biedacy, kiedy usłyszą w lokalnej rozgłośni radiowej o kolejnych śmiertelnych  ofiarach czy o uratowanych rozbitkach. Nie potępiajmy ich, nie jesteśmy lepsi. Też żyjemy swoimi sprawami, też cieszą nas drobne przyjemności, też czasem westchniemy, biedacy, też czasem się zadumamy. Niewielu wśród nas takich doktorów. Dla mnie właśnie o tym jest ten film - o zderzeniu tragedii jednych i zwyczajnego, co oznacza pełnego zmartwień, ale także radości i beztroski, życia drugich. Tak bardzo mnie to zawsze zdumiewa i napawa przerażeniem, a przecież wiem, że inaczej nie bardzo się da. Co mogę zrobić poza regularnym wpłacaniem drobnych kwot na konto organizacji pomocowych? Co mogę zrobić poza zadumą, poza żalem? A może to tylko wymówka sytego człowieka Zachodu?

Uzupełnieniem filmu mogą być trzy świetne książki, które czytałam i o których pisałam. Jedna, wydana kilka lat temu, "Afrykańska odyseja" Klausa Brinkbauera - opowieść o drodze, jaką przebywają mieszkańcy Afryki, aby dostać się do wymarzonej Europy. Kulminacją jest właśnie rejs, między innymi,  z Libii na Lampedusę. Ta odyseja, ucieczka do lepszego świata, trwa od lat, o czym często nie pamiętamy.  Druga książka, o podobnej tematyce, to "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy" Stefano Libertiego. I wreszcie trzecia, całkiem świeża, "Wielki przypływ" Jarosława Mikołajewskiego, niewielkich rozmiarów opowieść o Lampedusie, bardzo w klimacie filmu Rosiego, ale dająca szerszą perspektywę, bo wyrastająca z ducha reportażu. Tymczasem, o czym jeszcze nie wspomniałam, "Fuocoammare" bliżej do poetyckiej impresji, do metafory, niż do dokumentalnego reportażu. Obrazy morskich tragedii przeplatają się z niespieszną obserwacją codzienności kilkorga mieszkańców wyspy. Dramatyczne wołanie o pomoc zderzone zostaje z radosną melodią popularnej włoskiej piosenki, z której został zaczerpnięty tytuł filmu. Kamera skupia się na detalach, tempo jest powolne, pozornie nic niezwykłego się nie dzieje. Więcej tu obrazu niż dźwięku. Jednym z bohaterów jest kilkunastoletni chłopiec, uczeń miejscowej szkoły. Warto zwrócić uwagę na jego ulubione zabawy. Nasze dzieci często bawią się podobnie. Ilu z nas im tłumaczy, że taka zabawa jest niestosowna? Ilu z nas im tłumaczy, czym naprawdę jest to, co robią? Pozornie nie ma związku między niewinnymi igraszkami dziecka, a złem świata.

Chciałabym napisać, że film Rosiego powinien obejrzeć każdy, że powinno się prowadzić na niego szkoły, ale zdaję sobie sprawę, że wielu może zniechęcić powolny rytm opowieści. Komuś może wydać się zwyczajnie nudny. Szkoda. Mimo wszystko warto podjąć wysiłek.

niedziela, 04 września 2016
"Julieta"

Weekend przyniósł aż trzy interesujące premiery. Na razie obejrzałam dwie, przede wszystkim dokument "Fuocoammare. Ogień na morzu" (o nim we środę) i "Julietę", najnowszy film mojego ulubieńca, Pedro Almodovara. Przyznam, że trochę się wahałam, czy najpierw nie pójść na bardzo chwalony amerykański współczesny western "Aż do piekła", ale wierność jednemu z ulubionych reżyserów i ciekawość zwyciężyły. Amerykański film poczeka do kolejnego weekendu.

Skąd ciekawość? Z dwóch powodów. To nie tajemnica, że Almodovar, podobnie jak moja druga, filmowa miłość, Woody Allen, nie jest już taki jak dawniej. Od "Przerwanych objęć" wyraźnie obniżył loty, a już "Przelotni kochankowie" to było dno dna, żenada straszna. Lepiej zapomnieć. Woody Allen nie ma na koncie tak kompromitującego filmu. Dlatego chciałam sprawdzić, czy hiszpański reżyser wrócił do formy. Bo oczywiście dystrybutor krzyczy Wielki powrót Almodovara do świata kobiet. (Cytat z zawodnej pamięci.) Ale moją ciekawość do czerwoności podgrzała dyskusja w Tygodniku Kulturalnym (przypominam - w TVP Kultura), gdzie pokłócono się o "Julietę". Nie ukrywam, szłam do kina z nadzieją, że to Bogusław Deptuła ma rację, a nie filmowi krytycy, Magdalena Sendecka i Łukasz Maciejewski. Tym bardziej, że wspierał go nieco Bartosz Chaciński. Niestety, z bólem wyznaję, że to z malkontentami muszę się zgodzić.

Cóż, "Julieta" zrobiona jest bardzo dobrze, oglądałam ją nawet z ciekawością, chciałam wiedzieć, jak toczyła się historia tytułowej bohaterki i jej córki, zwyczajnie byłam ciekawa, co dalej. Znajdziemy tu znaki firmowe Almodovara - historie kobiet, melodramat, interesującą  opowieść, kicz, ostre kolory, piękne zdjęcia. Dlaczego jest zatem tak źle, skoro jest tak dobrze? Bo zabrakło tego, co w filmach hiszpańskiego reżysera najważniejsze - groteski, humoru, lekkości, szaleństwa, obrazoburstwa. Czyli wszystkiego, co z jednej strony te kiczowate historie brało w nawias, a z drugiej  pozwalało z nich bezkarnie czerpać wzruszenia i refleksje. Pozostała tylko ciekawa, ale jednak zwyczajna, melodramatyczna opowieść, nieco kiczowata. Oglądałam ją chłodnym okiem, losem Juliety nie potrafiłam się przejąć.  Spośród morza podobnych filmów wyróżnia go tylko elegancja i mistrzowska robota. Nie wykluczam, że spodoba się wielu widzom, no może częściej widzkom, szczególnie tym, które dawnego Almodovara nie znają. Kto jednak jego starsze obrazy pamięta, kto je wielbił, będzie zawiedziony. Cóż, kiedy film niegdyś niszowego reżysera jest masowo reklamowany, znaczy to, że trafił do mainstreamu, a to nie zawsze na dobre wychodzi.

środa, 31 sierpnia 2016
"Komuna"
Dziś nadrabiania kinowych zaległości ciąg dalszy. Nadal nie zobaczyłam "Śmietanki towarzyskiej" Woody Allena, bo nie wiem, czy warto, a że najbliższy weekend przyniesie przynajmniej dwie zapowiadające się interesująco nowości, to pewnie już nie obejrzę. Cóż, kiedyś rzecz nie do pomyślenia. Zamiast na Woody Allena wolałam wybrać się na "Komunę" Thomasa Vinterberga, autora "Festen" i "Polowania". Film pokazywany był na tegorocznym festiwalu w Berlinie, gdzie Trine Dryholm grająca Annę, główną bohaterkę, dostała nagrodę. Muszę dodać, że ze wszech miar na nią zasłużyła. "Komuna" nie jest osiągnięciem na miarę dwóch przywołanych tu tytułów, ale na pewno warto ją zobaczyć. Tak się dziwnie złożyło, że ten film bardzo dobrze współgra ze "Zjednoczonymi stanami miłości" i "Co przynosi przyszłość", o których ostatnio pisałam. Bo wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o życiu w komunie, pożytkach i problemach, jakie niesie taki wybór, ale przede wszystkim dramat miłosny. I znowu na pierwszym planie jest kobieta, Anna, zagubiona w skomplikowanej sytuacji uczuciowej. Dostajemy bolesną psychodramę, która każe żywo uczestniczyć w rozgrywającym się na ekranie dramacie. Bohaterowie mogą irytować lub budzić współczucie, raczej trudno pozostać obojętnym. Tyle we wstępie, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy. Jak zwykle zapraszam.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51