Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 07 marca 2018
Arundhati Roy "Bóg rzeczy małych"

Właściwie nie wiem, dlaczego nie zainteresowałam się powieścią Arundhati Roy "Bóg rzeczy małych" (Zysk i S-ka 2017; przełożył Jerzy Łoziński)  wtedy, kiedy została wydana. Wydana po raz pierwszy, czyli chyba w roku 1997,  w tym samym wydawnictwie, w innym tłumaczeniu, a tłumaczenie jest tu istotne, bo język tej powieści jest szalenie ważny i myślę, że byle jaki przekład mógłby jej wiele ująć. Mnie się to tłumaczenie podoba, chociaż znalazłam kilka gramatycznych i stylistycznych potknięć takich, że aż oczy bolą, ale tego typu błędy  powinna wyłapać redakcja czy korekta, a z tym, jak wiadomo, coraz gorzej. Nie wiem, jaki był poprzedni przekład Tomasza Bieronia, nie wiem, który z tłumaczy jest bardziej ceniony. Kiedy zaczęłam szukać jakichś informacji na ich temat, wyskakiwało tylko morze stron odnoszących się najczęściej krytycznie do przekładu  "Władcy pierścienia" zrobionego przez Łozińskiego. Jak wiadomo, dla zagorzałych wielbicieli Tolkiena istnieje tylko jedna tłumaczka - Maria Skibniewska, chyba, że coś się zmieniło. Co ciekawe, w internecie ślad po poprzednich wydaniach został tylko na blogach, no i na allegro znalazłam dwie starsze okładki.

Dlaczego jestem zdziwiona, że odkryłam książkę Arundhati Roy tak późno, właściwie trochę przy okazji wydania jej najnowszej powieści, a trochę z innego powodu? Ponieważ, jak już kiedyś wspomniałam, od czasów młodości interesują mnie Indie, a to zainteresowanie zawdzięczam właśnie literaturze. Pierwotnie mój obraz tego kraju był bardzo naiwny, romantyczny i wyidealizowany, z czasem, z kolejnymi lekturami, zmienił się mocno. A to, co znajdziemy w "Bogu rzeczy małych", jest bardzo mroczne. Akcja powieści rozgrywa się w indyjskim stanie Kerala  na dwóch planach czasowych - w latach sześćdziesiątych, głównie pod ich koniec, i, jeśli dobrze liczę, na początku lat dziewięćdziesiątych. To historia jednej rodziny, opowieść o miłości (i mroku, aż chciałoby się dodać, bo to prawda), uprzedzeniach, różnicach klasowych, sytuacji kobiety, dzieciństwie i o tym, co mnie tak bardzo fascynuje - o niefortunnym zbiegu okoliczności, który prowadzi do tragedii. Czasem wystarczyłoby, aby wypadł  jeden klocek z tej misternej układanki zdarzeń, a wszystko potoczyłoby się inaczej, lepiej. Są też rzecz jasna sytuacje odwrotne, kiedy splot okoliczności pozwala tragedii uniknąć. Ale z tego często nie zdajemy sobie sprawy, przyjmując szczęśliwy uśmiech losu za coś oczywistego. Dość dygresji, wracam do powieści. Tłem dla wszystkich wydarzeń są oczywiście Indie. Bo powieść Arundhati Roy jest uniwersalna i jednocześnie bardzo mocno osadzona w indyjskich realiach. 

Od razu na pierwszych stronach dowiadujemy się o dramacie, jaki rozegrał się  w dość zamożnej rodzinie Koććamma pod koniec lat sześćdziesiątych. To tragiczna śmierć dziewięcioletniej Sophii, pół Hinduski, pół Angielki, która wraz z matką przylatuje z Anglii, gdzie się urodziła i mieszka, w odwiedziny do ojca Hindusa, którego nie zna, i jego najbliższych krewnych, do ich pięknego, starego rodzinnego domu. Śledząc narrację, powoli krążymy wokół tych trzech tygodni, które na zawsze, nieodwołalnie i tragicznie zmieniły losy kilku ludzi. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej, oglądamy zdarzenia z coraz to innego punktu widzenia, aż wreszcie odkrywamy przygnębiającą prawdę. Przy okazji schodzimy w głąb czasu i wybiegamy w przyszłość, poznajemy przeszłość bohaterów i ich dalsze niewesołe  losy oraz historię rodziny.  Akcja prowadzona jest bardzo kunsztownie - ta powieść jest jak puzzle, które cierpliwie trzeba sobie składać, krok po kroku, aby zobaczyć cały obraz. Równie kunsztowny, nieoczywisty, pełen metafor i tajemnic jest język, jakim posługuje się autorka. To sprawia, że trzeba się w tę książkę wgryźć, rozsmakować w jej języku, ale bardzo szybko lektura staje się wielką przyjemnością. Nie wykluczam jednak, że będą czytelnicy, którzy odrzucą taki sposób opowiadania, zwłaszcza język. Jeśli ktoś wyznaje zasadę, im prościej, im surowiej, tym lepiej, im mniej słów, tym klarowniej, to być może nie jest to powieść dla niego. Ja po chwili wahania, po początkowym lekkim zniecierpliwieniu, dałam się porwać.

Ale "Bóg rzeczy małych" to nie tylko fascynujący język, misternie z zegarmistrzowską precyzją prowadzona akcja. To przecież także opowieść o ludziach i ich najmroczniejszych tajemnicach. Także o społecznym i kulturowym kontekście, który z góry skazuje ich na określone role, a próbę przekroczenia dawno nakreślonych granic czyni niemożliwą. Postawienie na swoim, pójście za pragnieniami, zaznanie odrobiny szczęścia to szaleństwo, gest straceńca, za który trzeba będzie słono zapłacić. Jak podpisanie paktu z diabłem - za chwilę zapomnienia, bezgranicznego, ekstatycznego szczęścia, wieczne potępienie, cierpienie, śmierć. Ale co tam, warto. O ileż wszystko byłoby prostsze w innym społeczeństwie. Rodzina Koććamma zafascynowana tym, co brytyjskie, nie dostrzega, że z angielskości bierze tylko to, co na wierzchu. Język, którego od początku uczy się dzieci, literaturę, kulturalne kody. To próba dorównania za wszelka cenę. Jednocześnie wszystko, co angielskie, budzi podziw i jest źródłem kompleksów. To z jednej strony. Z drugiej Indie. Kasty, niedotykalni, kobieta, którą ma się za nic. Tak zawsze było i tak jest (pisząc jest, myślę o latach, w których rozgrywa się akcja). Niedotykalni i tak mają lepiej niż kiedyś. Dziadek jednego z  głównych bohaterów musiał jeszcze wycofywać się z domu rodziny Koććamma na czworakach, zamiatając miotełką ślady swoich stóp. A kobieta? Jest nikim. Jej rola została ściśle określona - przy rodzinie, przy mężu, przy dzieciach. Nieważne, co się w tej rodzinie dzieje. 

Ale głównymi bohaterami "Boga rzeczy małych" są dzieci, siedmioletnie bliźniaki - Esta i Rahel. Być może najważniejszą perspektywą w tej powieści jest perspektywa dziecka. To z ich punktu widzenia najczęściej oglądamy zdarzenia, to dziecięcym językiem opowiadany jest świat, to z dziecięcego poziomu ten świat próbujemy zrozumieć, to z niego temu światu się dziwimy. Wszystko jest prostsze, bo podporządkowane bezgranicznej miłości, granice nie istnieją, jeszcze nie ma tabu. To dopiero będzie później. Ale dzieciństwo w powieści nie jest niewinne, a właściwie początkowo jest, ale szybko zostaje zbrukane. Wciągnięte w brudny, brutalny świat dorosłych pełen kłamstw, niezrozumiałych gier. To oni przesądzą o losie dzieci.

I jeszcze jedno. Arundhati Roy w swojej powieści pokazuje najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Najniższe instynkty, bezwzględność, okrucieństwo. Odsłania jądro ciemności. Nieprzypadkowo posługuję się tym conradowskim określeniem, bo ono w książce wielokrotnie jest przywoływane. A najmroczniejszą bohaterką okazuje się postać, po której się tego nie spodziewamy. Bardzo to wszystko przygnębiające, a marne pocieszenie, jakie dostaje uważny czytelnik, też nie jest łatwe do zaakceptowania, jeśli w ogóle.

Ja jestem zdecydowanie pod wrażeniem "Boga rzeczy małych". A w czytniku mam już kolejną powieść Arundhati Roy i wkrótce po nią sięgnę.

niedziela, 04 marca 2018
Filmowe remanenty - "Jeszcze nie koniec", "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

Z kronikarskiego obowiązku odnotuję krótko dwa filmy, które,  nadrabiając zaległości, obejrzałam w ubiegłym tygodniu.

Pierwszy, mniej znany, ale tym bardziej wart polecenia, to francuski "Jeszcze nie koniec" debiutanta Xaviera Legranda, zdobywca Srebrnego Lwa w Wenecji i innych nagród na licznych festiwalach. Przyznam, że jakoś wcześniej umknął mojej uwadze, ale bardzo dobre recenzje, sprawiły, że poszłam do kina dosłownie w ostatnim momencie, bo film zniknął już z ekranów w moim, niemałym przecież, mieście. Jest to kameralna, niespieszna, ascetyczna, niemizdrząca się do widza opowieść o przemocy domowej. Po rozwodzie rodziców toczy się w sądzie sprawa o kontakty ojca z synem, który wyraźnie oświadcza, że taty widywać nie chce. Długo nie wiemy, po czyjej stronie jest racja. Czy ten niegroźnie wyglądający mężczyzna rzeczywiście jest agresywny? Czy to może matka rozgrywając swoją wojnę z byłym mężem, manipuluje synem, nastawia go przeciwko ojcu? A może to sprytny chłopiec chce coś ugrać przy okazji? Stopniowo widz poznaje prawdę. Film jest znakomicie zagrany, także przez młodego aktora. Chociaż formalnie ascetyczny, momentami trzyma w napięciu, pozwala wczuć się w emocje osoby zaszczutej, zastraszonej, która z problemem musi radzić sobie sama. A to Francja, w Polsce jest na pewno jeszcze gorzej. Ostatnie dziesięć minut filmu to emocjonalny majstersztyk. Wstrząsający finał. Chociaż film nieefektowny, przykry, to naprawdę polecam. Szkoda tylko, że teraz, dwa tygodnie od premiery, pewnie niełatwo go znaleźć.

Drugi film to głośne "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri", które pewnie tej nocy zostaną obsypane workiem Oskarów, a już przecież dostały cztery Złote Globy. Wszyscy się tym filmem zachwycają, ja obejrzałam go dopiero teraz, bo przed krótkimi wakacjami nie zdążyłam. Wybrałam wtedy "Niemiłość" Zwiagincewa, zrobiłam oczywiście słusznie, i dopiero teraz, po powrocie, stęskniona za kinem nadrobiłam zaległość. Kto miał widzieć, pewnie już widział, ale kronikarski obowiązek i przekora  każą mi jednak podzielić się garstką refleksji. Film rzeczywiście bardzo dobrze się ogląda, chociaż dotyka tematów przykrych - śmierć, utrata, zbrodnia, zemsta, poczucie krzywdy - łączy smutek może nie tyle z humorem, ile z dowcipem. Zgadzam się, że jest świetnie zrobiony, zaskakujący, chwilami nieoczywisty, znakomicie zagrany przez Frances McDormand i Sama Rockwella, ale ... No właśnie, ale gdzieś tak od połowy, chyba od pożaru posterunku policji, pomyślałam, że wszystko tu się za fajnie układa. Ja wiem, że to, co teraz piszę, jest z punktu widzenia krytyki filmowej, czy jakiejkolwiek innej, nieprecyzyjne, ale trudno mi moje wrażenia ubrać w konkret. Za gładkie jest to kino, może zbyt przekombinowane, po prostu od jakiegoś momentu staje się przewidywalne. Nie tyle dotyczy to przebiegu akcji, ale bohaterów. Wiemy już, że źli i głupi niekoniecznie okażą się rzeczywiście źli i głupi, każdy tu dostanie swoją szansę. No i ten wzruszająco szlachetny, do końca, szef policji. Brakuje mi w tym filmie prawdziwego pazura, prawdziwych emocji albo odwrotnie - takiego stopnia absurdu, jaki jest w większości filmów Coenów. Nieprzypadkowo tu ich wspominam, bo rzeczywiście, nie  tylko za sprawą Frances McDormand, dostrzegałam wyraźne pokrewieństwo między "Trzema billboardami za Ebbing, Missouri", a kinem braci. Ale tylko do jakiegoś momentu. Oni w absurd brną konsekwentnie, a tu dostajemy jednak pięknie oszlifowane, ociosane kino. Zachęcać pewnie do obejrzenia nie muszę, film ma rzesze wielbicieli. Ja się jednak z tego klubu wypisuję - obejrzałam z przyjemnością, ale i z lekkim znużeniem. Bez przesady z tymi zachwytami.

środa, 28 lutego 2018
"W ułamku sekundy"

Krótkie wakacje sprawiły, że narobiłam sobie kinowych zaległości. Teraz próbuję nadrabiać. Na pierwszy ogień wybrałam "W ułamku sekundy" Fatiha Akina, na którego filmy od czasu obejrzenia "Głową w mur" czekam z wytęsknieniem. A reżyser nie rozpieszcza widzów, chyba też nie wszystko, co nakręcił, dotarło do Polski. Fatih Akin, Turek, mieszkający w Niemczech, kręci filmy o ludziach o podobnej biografii. Tak jest i tym razem. Katja, Niemka, jest żoną Turka, który osiadł w Niemczech. Mają kilkuletniego synka, tworzą szczęśliwą rodzinę, dobrze im się żyje. Aż w owym tytułowym ułamku sekundy młoda kobieta traci wszystko. W zamachu bombowym giną jej mąż i syn. Najnowszy obraz Fatiha Akina to nie tylko opowieść o utracie, bólu, żałobie. To także film sensacyjny, dramat sądowy i opowieść o współczesnej Europie, w której znowu podnoszą głowę ruchy faszystowskie czy neofaszystowskie, jak chcą niektórzy. Można się w tej terminologii pogubić. Chociaż "W ułamku sekundy" nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak niegdyś "Głową w mur", to jednak uważam, że warto, a może nawet trzeba, go obejrzeć. Jest w nim coś z rebelianckiego tonu tamtego filmu, bo tacy trochę nieuporządkowani, po przejściach są jego bohaterowie. Jest smutek, nostalgia, a kiedy trzeba, trzyma w napięciu i kipi emocjami. No i jest zdumienie - jak można chcieć śmierci niewinnych ludzi tylko dlatego, że nie są Niemcami. Tyle w tej części. Więcej refleksji w ciągu dalszym. Zapraszam.

środa, 21 lutego 2018
Ludvik Vaculik "Siekiera"

Dzięki nieocenionemu portalowi Angelus, związanemu z literacką nagrodą o tej samej nazwie, promującemu literaturę Europy Środkowej, dowiedziałam się o nieżyjącym już  Ludviku Vaculiku, jednym z wybitniejszych czeskich powieściopisarzy. A wszystko za sprawą wydania kolejnej jego książki "Świnek morskich". Informacja brzmiała zachęcająco, więc czym prędzej rzuciłam się sprawdzać i wtedy znalazłam jeszcze inną wydaną w Polsce powieść Vaculika - "Siekierę" (Stara Szkoła 2015; przełożył Mirosław Śmigielski). Cóż, jako że jest to literatura niszowa, cena na ebooki była śmiesznie niska, więc niewiele myśląc, kupiłam obie i dość szybko zabrałam się za "Siekierę". Chociaż lektura ze względu na sposób opowiadania nie jest łatwa, ale bez przesady, to przeczytałam ją bardzo szybko i z wielką przyjemnością.

Jest to historia, jakich ostatnio powstaje u nas sporo - historia prowincjonalna, rodzinna. Można ją śmiało zestawić z wielbionym przeze mnie "Skoruniem" Macieja Płazy, książkami Andrzeja Muszyńskiego, Weroniki Gogoli, Wioletty Grzegorzewskiej (jeszcze albo po prostu nie czytałam), Jakuba Małeckiego (czytałam "Dygot")  i wielu innych mniej znanych. No i oczywiście  z mistrzem nad mistrzami, czyli z moim ukochanym Wiesławem Myśliwskim. Tyle tylko, i trzeba o tym pamiętać, że powieść Vaculika została wydana w roku 1966. Może dlatego najbliżej jej do najwcześniejszych powieści Myśliwskiego, ale tylko ze względu na temat i czas akcji. Bo język i sposób narracji są całkowicie odmienne.

I na tym właśnie polega trudność tej prozy. Ludvik Vaculik w swojej powieści miesza czas i narratorów. To oczywiście pikuś, kłopot polega na tym, że nie oddziela ich w sposób klarowny. Głównym narratorem jest najstarszy z synów, który wracając do rodzinnej wsi, wspomina swoje dzieciństwo i młodość. Kiedy wędruje po okolicy, to, co zdarzyło się dawniej, stoi obok tego, co teraz. Mieszają się postacie, zdarzenia, współczesność płynnie przechodzi w czas dzieciństwa czy wczesnej młodości. Kiedy główny bohater znajdzie się na leśnej polanie, nagle, bez zapowiedzi, bez zdania ostrzeżenia, zaludniają ją postacie i zdarzenia z przeszłości, a po chwili, w ten sam sposób znikają i znowu wracamy do tego, co tu i teraz. W dalszych partiach powieści rzecz komplikuje się jeszcze bardziej, bo chyba w dwóch rozdziałach obok doskonale znanego już czytelnikowi narratora - syna pojawia się drugi narrator - jego ojciec. A dzieje się to na podobnej zasadzie i dopiero po chwili dzięki odmiennemu językowi czytelnik orientuje się, co się dzieje. Nie jest to jednak trudność nie do przeskoczenia, nie chcę nikogo zrażać. Przeciwnie, chcę zachęcić. Po wejściu w  konwencję, przy odrobinie uważności, wspomniana trudność przestaje być kłopotem. Podobnie rzecz się ma z powieścią Andrei Tompy "Dom kata", którą się tu jakiś czas temu zachwycałam. W obu przypadkach cierpliwy czytelnik właściwie od razu zostaje nagrodzony. Bo język  narratora - syna jest piękny. Pełen metafor, porównań, ale bywa też dosadny, ironiczny. Opisy przyrody, zachwyt nad nią, snucie historii z przeszłości, opowieści o ludziach sprawiają ogromną przyjemność. Taką, jaką potrafi dać świetna literatura. Radość miesza się jednak ze smutkiem - narrator z bólem dostrzega zmiany, jakie zaszły w krajobrazie jego rodzinnej miejscowości. Wieś nie jest już taka sielska jak dawniej, najbliższe okolice nie są już takie piękne. Krajobraz niszczą nowe drogi i budynki. Szpetota wyłania się zza każdego rogu. Tylko wyżej w górach przyroda pozostała niezmącona, piękna jak kiedyś.

Ta  rodzinna saga mocno została osadzona w kontekście politycznym. Oprócz historii  rodziny i sąsiedzkich konfliktów jest to opowieść o systemie, w jakim żyli bohaterowie. Komunistyczna Czechosłowacja, kraj, jak każdy zza żelaznej kurtyny, pełen był bezsensownych absurdów. Jedna słuszna linia wytyczona przez partię. Ojciec to ideowy komunista. Dobrze pamięta czasy przedwojennej biedy, pewnie stąd jego żarliwość. Jest odporny na krytykę, nie zrażają go niepowodzenia, ze zrozumieniem przyjmuje, że najpierw od władzy dostał łąkę, a potem ją musiał oddać. Nie buntuje się, rozumie, że tak trzeba w imię wyższych racji. Gorliwie namawia i przekonuje wszystkich, aby oddawali ziemię i zapisywali się do spółdzielni rolniczych. Potem równie gorliwie zajmuje się zaniedbanym gospodarstwem rolnym gdzieś na odludziu, walczy ze skorumpowanym układem. Inaczej jego synowie. Najstarszy, narrator, skończył studia i jest dziennikarzem, drugi pracuje jako kierowcą, trzeci, o którym wiemy najmniej, też skończył studia i mieszka na Słowacji. Oni doskonale zdają sobie sprawę z absurdów i niebezpieczeństw systemu. Są w niego uwikłani, bo inaczej się nie da, próbują jakoś żyć. Żadni z nich bohaterzy. Ich bronią jest kpina, ironia. Dużo też w nich goryczy. Może najdalej zapędził się w kontestowaniu systemu jeden z ich kuzynów, który przyjął rolę błazna, chwyta się dorywczych prac, uważany jest za dziwaka, ale jemu z tym dobrze. A jest to człowiek bardzo inteligentny. Z dzisiejszej perspektywy taka krytyka systemu może wydawać się śmieszna, ale trzeba pamiętać, że powieść powstała w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku w rozkwicie komuny.

Warto też wiedzieć, że nie jest to typowa saga rodzinna, taka dziewiętnastowieczna albo nawet współczesna, ale rodem z literatury popularnej. Taka, gdzie wszystko solennie zostaje wyjaśnione i powiedziane. Tu jest inaczej. Historia podporządkowana została pamięci, wspomnieniom i zgodnie z ich logiką jest poszarpana, fragmentaryczna. Narrator skacze przez czas, historie nie układają się w logiczny ciąg, dowiadujemy się tylko tyle, ile nam opowie. To również niektórych czytelników może drażnić, więc lojalnie uprzedzam. Mnie powieść Ludvika Vaculika podobała się bardzo i cieszę się, że ją dzięki Angelusowi odkryłam. Dzielę się swoją radością i mam nadzieję, że przynajmniej jedną osobę zachęcę do sięgnięcia po nią.

środa, 14 lutego 2018
Claudia de Pineiro "Czwartkowe wdowy"

Z literaturą iberyjską jakoś mi nie po drodze. Klasykę iberoamerykańską znam słabo, hiszpańską jeszcze słabiej, współczesnej prawie nie czytam, a jeśli już próbowałam, to albo trafiałam na czytadło, albo jeszcze gorzej. Wyjątkiem jest powieść „We mgle czasów” Antonia Muńoza Moliny, która zrobiła na mnie wrażenie, ale już „Zima w Lizbonie” tego samego autora znacznie mniejsze. Tak się złożyło, że latem gościem Literackiego Sopotu była właśnie literatura iberyjska, więc sporo się o niej mówiło, a ja pilnie słuchałam i czytałam. Dlatego zdecydowałam się wybrać jedną z powieści Claudii de Pineiro, gościa festiwalu. Postanowiłam sięgnąć po „Czwartkowe wdowy” (Sonia Draga 2015; przełożył Tomasz Pindel). Argentyńską pisarkę uparcie przedstawia się u nas jako autorkę kryminałów. Nie wiem jak inne jej książki, ale ta to na pewno nie kryminał. Owszem jest trup, a nawet trzy, ale nie ma śledztwa i pytanie, kto zabił, nie stanowi istoty "Czwartkowych wdów". Mówiąc szczerze, bardzo szybko znika z pola zainteresowania czytelnika, a właściwa akcja toczy się w retrospekcji. Wprawdzie w zakończeniu poznamy rozwiązanie zagadki i będzie ono sporym zaskoczeniem, ale mimo tego nadal upieram się, że „Czwartkowe wdowy” kryminałem nie są, co mi zresztą zupełnie nie przeszkadza, bo sięgnęłam po nie tylko z powodu tła społecznego, jakie w powieściach Claudii de Pineiro, jak słyszałam, jest najistotniejsze. I to rzeczywiście prawda.

Bohaterami książki są mieszkańcy zamkniętego osiedla znajdującego się w okolicach jakiegoś dużego argentyńskiego miasta. Słowo osiedle jest w tym wypadku mylące, bo polski czytelnik na pewno wyobrazi sobie dobrze mu znane z autopsji grodzone osiedla. Tymczasem Altos de la Cascada to właściwie osobne miasto otoczone murem, pilnie strzeżone, zbudowane na dwustu hektarach. Dostać się tu komuś z zewnątrz nie jest łatwo, obowiązują przepustki i kontrola przy wjeździe. Takie osiedla-miasta nie są w Ameryce Południowej rzadkością. Kiedyś widziałam film, tytułu nie pamiętam, którego akcja toczyła się między innymi w takim miejscu. Osiedle jest samowystarczalne, ma wszystko, co potrzebne do życia, ale niełatwo tu zamieszkać, nie każdy kupi tu dom, nawet wtedy, kiedy go na to stać. Niemile widziani są na przykład Żydzi. Oczywiście mieszkańcy oficjalnie odżegnują się od antysemityzmu, ale w prywatnych rozmowach z kimś, komu ufają, poinformują, jakby to miało znaczenie, czyja żona jest Żydówką, kto ma żydowskie korzenie. Na osiedlu obowiązują ścisłe reguły dotyczące aranżacji przestrzeni, organizacji życia. Jest pięknie, czysto, estetycznie, bezpiecznie. Mieszkańcy niechętnie angażują w swoje sprawy kogoś z zewnątrz, nawet policja jest niemile widziana, wszystkie problemy załatwia rada osiedla, a kiedy trzeba, sprawy zamiata się pod dywan.

W Altos de la Cascada toczy się idealne życie. Wszyscy są piękni i bogaci. Kobiety nie pracują, a ponieważ o ich domy dba służba, mogą oddawać się się przyjemnościom. Spotykają się, uczestniczą w rozmaitych kursach i zajęciach, na przykład uczą się malarstwa pod okiem fachowca. A ponieważ są dobre i na sercu leży im los ubogich, zajmują się też działalnością charytatywną. W dobrym tonie jest organizowanie rozmaitych loterii czy wyprzedaży, z których dochód przeznacza się na kuchnię dla ubogich prowadzoną przez najaktywniejsze z pań. Mężczyźni zarabiają pieniądze, uprawiają sport, grają w tenisa i golfa. Na osiedlu jest przecież dla ich wygody i kort tenisowy, i pole golfowe. Ich dzieci chodzą do najlepszych szkół. Oczywiście prywatnych. Tyle teoria. Świat idealny nie istnieje. Kiedy dzięki kilku różnym narratorkom poznajemy prawdziwe życie mieszkańców osiedla, tracimy złudzenia. W gruncie rzeczy obraz jest przerażający. Odizolowani od świata ludzie mają mnóstwo problemów. Takich jak wszędzie. Przemoc domowa, kłopoty z dziećmi, depresje, a kryzys finansowy daje się coraz bardziej we znaki mężczyznom, którzy tracą pracę, co godzi w ich męską dumę. Wiele wysiłku kosztuje utrzymanie się na powierzchni, życie na takim poziomie, posyłanie niewdzięcznych dzieci do drogich szkół. Tu nie można odstawać, trzeba żyć jak inni, a jeśli coś się dzieje, najlepiej, póki się da, udawać, że wszystko jest, jak było. Życie w Altos de la Cascada to wieczna szarpanina i stres. Targowisko próżności. Ale naprawdę przerażający jest brak więzi. Tu wszyscy żyją pozorami, oddaleni od siebie. Ze świecą można szukać szczęśliwego małżeństwa i szczęśliwej rodziny. Wszyscy są samotni. Nikt się nikomu nie zwierza ze swoich problemów. Rolą kobiety jest być pięknym dodatkiem do mężczyzny, jego własnością, dziecko ma spełniać oczekiwania rodziców, zadanie mężczyzny to zarabianie pieniędzy. Kiedy wszystko się sypie, nikt nie potrafi przyznać się do porażki. Mężowie nie kochają swoich żon, żony nie kochają mężów, rodzice dzieci. Nie ma mowy o szczerych rozmowach, nikt nikogo nie przytuli. Nawet życie seksualne toczy się przed ekranem monitora. Ale wszyscy grają swoje role i udają, że jest cudownie. Ci ludzie żyjący za ogrodzeniem, w swoim country, jeżdżący drogimi samochodami nie potrafią odnaleźć się w normalnym świecie, nie potrafią się po nim poruszać. Jak długo będą mogli żyć w luksusowej bańce? Dopóki nie przegna ich stamtąd kryzys albo nie zmiecie bunt rozwścieczonych biedaków ze slamsów.

Kiedy czyta się powieść Claudii de Pineiro, można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z dystopią. Wydaje się, że taki świat jest nieprawdziwy, wykreowany. To wrażenie pogłębia spojrzenie z dystansu. Czasem patrzymy ze środka, ale równie często z zewnątrz, jakbyśmy przyglądali się jakiemuś modelowi świata. Nawet do bohaterek trudno się przywiązać, tyle ich jest, że się mylą, jakby nie była ważna ich indywidualność. Są modelowymi okazami mieszkanek. A jednak podobne osiedla istnieją. I tacy ludzie, puści, pozbawieni skrupułów i zasad, też. Powieść Claudii de Pineiro nie jest na pewno wybitna, ale na tyle ciekawa, że postanowiłam przeczytać kolejną.

 

środa, 07 lutego 2018
"Niemiłość"

Już dawno nie wyszłam z kina tak zgnębiona jak po obejrzeniu "Niemiłości" Andrieja Zwiagincewa. Kto zna jego kino, ten wie, że wesołych filmów ten rosyjski reżyser nie kręci. Obraz świata, jaki pokazuje, jest zawsze ponury, żeby nie powiedzieć straszny. Nie inaczej rzecz się ma i tym razem. Opowieść o nienawidzącym się małżeństwie, które za wszelką cenę chce się rozstać, aby ułożyć sobie życie na nowo, jest bardzo czarna i gorzka. Ale to nie tylko historia rodziny. To obraz społeczeństwa, które zatraciło się w dążeniu do sukcesu i szczęścia za wszelką cenę. Niestety efekt jest odwrotny do zamierzonego - pustka, samotność, brak bliskich więzi i nienawiść. Jak każdy film Zwiagincewa tak i ten na pewno nie jest dla wszystkich. Sporo tu ciszy, depresyjną atmosferę potęguje wszechobecna jesienna szarość, krajobraz podmoskiewskiego osiedla, ciemne, klaustrofobiczne wnętrza, nawet te urządzone za duże pieniądze przytłaczają. Tyle we wstępie, a kto już film widział, może czytać ciąg dalszy. Zapomniałam dodać, że film do obejrzenia koniecznie, ale to chyba oczywiste.

środa, 31 stycznia 2018
Filmowe remanenty - "Tamte dni, tamte noce", "Najlepsze polskie 30

W kinach żniwa. Nowość goni nowość, a wiele z nich to must see filmowego maniaka.  Nie nadążam. W tym tygodniu byłam w kinie dwa razy, a i tak na razie opuściłam węgierską "Duszę i ciało", może jeszcze się uda. A przyszły weekend to premiera najnowszego Zwiagincewa, o którym już od dawna głośno, no i amerykańskie "Trzy billboardy za Ebbing Missouri", podobno też bardzo dobre. I jak to wszystko ogarnąć? A dzisiaj polecać będę ze wszystkich sił  głośne już "Tamte dni, tamte noce" i "Najlepsze polskie 30'", brzmi tajemniczo, ale kto się kinem interesuje, wie, o co chodzi, a tych, którzy nie mają pojęcia, proszę o chwilę cierpliwości.

Od jakiegoś już czasu o "Tamtych dniach, tamtych nocach" mówiło się i pisało dużo i bardzo dobrze, więc wiedziałam, że trzeba trzymać rękę na pulsie, ale kiedy tydzień temu odkryłam, że film powstał według scenariusza niegdyś mojego ulubionego reżysera Jamesa Ivorego, który w czerwcu skończy dziewięćdziesiąt lat, co mnie zaskoczyło i zmartwiło, no bo pewnie już nic nie nakręci, a kanwą dla scenariusza była powieść francuskiego pisarza Andre Acimana (właśnie się ukazała, nie omieszkam przeczytać), którego świetną książkę "Wyjście z Egiptu" czytałam kilka lat temu, wiedziałam, że jestem w domu. No więc poszłam i zachwyciłam się, wzruszyłam i bardzo mocno przeżyłam. Być może kogoś "Tamte dni, tamte noce" znudzą, bo to film do kontemplowania. Taki, gdzie najwięcej dzieje się gdzieś pomiędzy - w gestach, w spojrzeniach, w obrazie. Jest tak zmysłowo piękny, jego akcja rozgrywa się w tak sielskich i pięknych krajobrazach północnych Włoch, gdzieś w Lombardii, w starej włoskiej willi, na obrzeżach pięknego miasteczka, a przez chwilę w zielonych górach, że aż dech zapiera. A ponieważ matka siedemnastoletniego Elio, głównego bohatera, jest tłumaczką literatury niemieckiej, a ojciec profesorem archeologii, a i sam Elio to chłopak niezwykły, komponuje, słucha muzyki, jest wyczulony na sztukę, więc i widz obcuje ze sztuką - słucha literackich cytatów, ogląda reprodukcje antycznych rzeźb, muskularnych, nagich męskich ciał. Film jest pięknie fotografowany, wiele w nim zmysłowych metafor. A to wszystko wbrew pozorom nie ocieka lukrem, nie ma w tym ani deka hollywoodzkiej gładkości, filmowego fałszu. Patrzymy na stary, pełen dzieł sztuki, piękny dom, w którym normalnie się żyje, w pokojach bywa bałagan, a elewacja w niektórych miejscach się łuszczy. Jest niezwyczajnie i zwyczajnie zarazem. Na tym tle toczy się opowieść o dojrzewaniu, o budzeniu się zmysłów, o pierwszych seksualnych doświadczeniach i pierwszej wielkiej miłości, no i o odkrywaniu seksualnej orientacji. Bo przecież niczego nie zdradzę, jeśli napiszę, że jest to gejowska love story. Ale miłość jest miłością, obojętnie, kogo spotyka, czy dwóch mężczyzn, czy dwie kobiety, czy kobietę i mężczyznę, więc, czytelniku tej notki, obojętne jakiej orientacji jesteś, jeśli tylko w tym obrazie szczęśliwej-nieszczęśliwej miłości odnajdziesz swoje doświadczenia, to film trafi cię na pewno w jakiś czuły punkt. Im boleśniejsze były, tym mocniej. Ale chociaż teraz ci smutno, to przecież dlatego, że kiedyś byłeś szczęśliwy. A może jesteś już w innym momencie życia i myślisz o tamtej szczęśliwej-nieszczęśliwej miłości tylko z czułością, bo ból uleczył miłosierny czas? I o tym też opowiada ten film. Przypomina tę stoicką (?) mądrość, o której w czasach, kiedy nie wolno nam cierpieć, kiedy musimy się uśmiechać i udawać, że wszystko jest ok, lubimy zapominać. Ale dość już pisania, bo "Tamte dni, tamte noce" trzeba kontemplować, a nie o nich gadać. Żadne słowa nie oddadzą urody tego filmu, jego mądrości i wzruszenia, jakie niesie.

A teraz już krócej o "Najlepszych polskich 30'-ach". Cóż to takiego? Otóż po raz pierwszy do kin weszły zebrane w jedną całość trzy filmy debiutujących reżyserów, trzydziestki, nazywane tak z tego prozaicznego powodu, że trwają mniej więcej pół godziny każdy. Warto na nie zapolować, bo owszem wchodzą do kin, ale pokazywane są raczej na pojedynczych seansach, a nie w ramach regularnego repertuaru. Bardzo chciałam je zobaczyć ze względu na "Najpiękniejsze fajerwerki ever" Aleksandry Terpińskiej, o których już dawniej słyszałam. Film nagradzany, żyjący festiwalowym życiem. I rzeczywiście robi wrażenie ta chłodna, nieco odrealniona opowieść o młodych ludziach, których nagle zaskakuje raczej nie wojna, bardziej chyba jakiś krajowy kryzys, rewolta. A oni nie potrafią w nią uwierzyć, przejąć się, porzucić swojego zwykłego życia i przyjmują wszystko z niedowierzaniem. Ignorują to, co się dzieje, i uciekają w swój świat. Ale prawdziwym zaskoczeniem, pewnie dlatego, że nic o nich nie wiedziałam, były dwa inne filmy. "60 kilo niczego" Piotra Domalewskiego, który w międzyczasie zdążył już nakręcić pełnometrażową fabułę, czyli znakomitą "Cichą noc". Przejmujący film o tym, jak traktowani są ukraińscy robotnicy w Polsce. Z ostro zarysowanym dylematem moralnym, trochę w stylu dawnych obrazów Zanussiego. Drugi to świetny, wzruszający, bezpretensjonalny dokument Marka Skrzecza o chłopaku z małego miasteczka, który marzy o tym, aby trenować wrestling. Te filmy może właśnie ze względu na lapidarność wymuszoną ograniczonym czasem walą jak obuchem w głowę. Są takim destylatem - krótko, zwięźle, dosadnie. Stawiają problem, moralny dylemat, szkicują go i zmuszają do myślenia. Pozostawiają z rozdziawioną gębą. Pewnie gdyby nie sława "Najpiękniejszych fajerwerków ever", nie wybrałabym się na nie i wiele bym straciła. Warto wspomnieć, że w w obu fabułach grają znakomici aktorzy - Justyna Wasilewska, mniej znany Piotr Polak, świetny Grzegorz Damięcki, a w rolach odrażających typów Andrzej Grabowski i Tomasz Schuchardt. Żałuję tylko, że ze względu na późną porę nie mogłam zostać na spotkaniu z Aleksandrą Terpińską, jakie odbywało się po seansie. Szukajcie "Najlepszych polskich 30'-ek'". Warto.

niedziela, 28 stycznia 2018
Miljenko Jergovic "Psy nad jeziorem"

Bałkańskiego pisarza Miljenka Jergovicia wielbię za dwie powieści. To "Ruta Tannenbaum" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". Za tę drugą dostał kilka lat temu Angelusa, pierwsza, według mnie jeszcze lepsza, była do nagrody kiedyś nominowana, ale chyba nie znalazła się w ścisłym finale. Bardzo lubię też i cenię esej "Ojciec", historię rodzinną pisarza. Wysoko stawiam zbiór opowiadań "Drugi pocałunek Gity Danon". Ale dwie jego samochodowe opowieści już mnie tak nie zachwyciły, szczególnie "Buick Riviera", "Wołga, Wołga" jest znacznie lepsza, ale jednak to nie powieść klasy dwóch pierwszych wymienionych przeze mnie. O wszystkich pisałam. Na lekturę czeka jeszcze "Wilimowski" i "Freelander", trzecia z serii samochodowej. Teorię mam taką, że najlepiej wychodzą Jergovicowi powieści grube.

No a teraz sięgnęłam wreszcie po "Psy nad jeziorem" (Czarne 2017; przełożyła Magdalena Petryńska). Tłumaczka dopięła swego i doprowadziła do wydania kolejnej powieści pisarza, a wiem, bo miałam okazję chwilę z nią rozmawiać  po spotkaniu z Jergoviciem, które współprowadziła, że nie było to takie proste. Jeśli ktoś nie zetknął się dotąd z prozą bałkańskiego pisarza, a chciałby spróbować, to namawiam go koniecznie na "Rutę Tannenbaum" i "Srdę". Wzięcie na pierwszy ogień "Psów nad jeziorem" może nie okazać się tak fascynujące, bo nie ma co kryć, to książka nie jest książka klasy tamtych dwóch. Ja oczywiście nie żałuję, że ją przeczytałam, znalazłam tu to, co cenię u pisarza najbardziej, czyli żywioł nieskrępowanej opowieści, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, aby "Psy nad jeziorem" wywarły na mnie większe wrażenie. Mam też poczucie, że być może jakaś warstwa powieści jest dla mnie niedostępna, a to dlatego, że, jak pisze autor w krótkiej odautorskiej nocie, "Psy nad jeziorem" to ćwiczenie stylistyczne na marginesie serialu telewizyjnego "Zagubieni" i powieści Roberta Bolano "Dzicy detektywi". Tak, słusznie w tym momencie domyślasz się czytelniku tej notki - serialu nie widziałam, Roberta Bolano nie czytałam w ogóle. Zostawiam więc ten wątek i przyznaję, że pewnie ktoś, kto obie pozycje zna, będzie miał z "Psów nad jeziorem" więcej satysfakcji.

A co zostało dla czytelnika takiego jak ja? Żywioł opowieści i poczucie, że świat jest jednym wielkim chaosem i padołem łez. Tyle tu bólu, zbrodni, bezsensownej przemocy, wojen, chorób i śmierci. Jako realistka, co niektórzy mylą z pesymizmem, i pilna obserwatorka przeszłej i obecnej rzeczywistości zgadzam się z taką diagnozą, ale ... Ale mam takie wrażenie, że albo autor pisze pod tezę, albo wyrzucił z siebie całą złość i całe przerażenie złem, jakie pleniło się i pleni na świecie. Raczej stawiałabym na to drugie. Niemal wszystkie opowieści, jakie snuje dwóch bohaterów, jeden, pogrążony w śpiączce bałkański pisarz, i drugi, recepcjonista z belgradzkiego hotelu, który go znalazł, dotykają wojennych zbrodni, śmierci, choroby, przemocy. Jergovic w swojej powieści stale wraca do historii Bałkanów, do drugiej wojny, czasów komunizmu, najnowszych wojen. Jest dosadny i ironiczny, w lapidarny sposób wyrzuca światu niepamięć i obojętność. Jego bohaterowie nie są w stanie uniknąć śmierci, nawet jeśli bardzo przed nią uciekają. Za to zbrodniarze często kary unikają i dożywają swych dni gdzieś w Ameryce Południowej jako szanowani obywatele. Nawet dzieciństwo kryje mroczne tajemnice.  Wszystkie opowiadane historie, a jest tu ich kilka, podporządkowane są kanonom gawędy. Recepcjonista wymyśla historię swojej kuzynki, ale snuje ją w miarę logicznie i składnie, od początku do końca. Inaczej jest z opowieściami pisarza pogrążonego w śpiączce. Jego historie są chaotyczne, skacze od jednej do drugiej, nie wiadomo, co jest prawdą, co sennym majakiem. Trzeba się tym gawędom podporządkować, poddać, pozwolić uwieść, poczuć przyjemność, jaka płynie z opowiadania. Czasem nawet jest śmiesznie, bo tak to u Jergovicia bywa, śmiech miesza się z trwogą. 

 

środa, 24 stycznia 2018
Jarosław Kamiński "Tylko Lola"

Po książkę Jarosława Kamińskiego „Tylko Lola” (W.A.B. 2017) sięgnęłam, bo usłyszałam entuzjastyczną recenzję Justyny Sobolewskiej. Szczerze mówiąc, byłam pewna, że to debiut - wyznaję ze wstydem, wcześniej o autorze nie słyszałam. Tymczasem, jak się okazuje, ma na koncie dwie powieści, ta jest trzecia. Wszystkie wydane w tym samym wydawnictwie. Nie tylko Justyna Sobolewska wysoko ocenia kolejną powieść Kamińskiego, jak się zorientowałam, „Tylko Lola” zbiera pozytywne recenzje, chociaż jakiegoś wielkiego publicity nie ma. Na próżno szukałam wywiadu z autorem. Jak widać, akcja promocyjna na pstrym koniu jeździ. Czasem pisarz ze swą książką wyskakuje z przysłowiowej lodówki, innym razem głucha cisza. Ale do rzeczy. Nie będę tu robić podchodów, efektownych wstępów, tylko napiszę od razu, że książka spełniła moje oczekiwania. To znakomita lektura, która daje czytelnikowi satysfakcję, jaką sprawia czytanie świetnie skonstruowanej opowieści i świadomość, że oprócz trzymającej w napięciu story dostajemy znacznie więcej.

„Tylko Lola” to historia dwóch kobiet. Lidii, urodzonej gdzieś około roku 1918, wywodzącej się z nizin społecznych, i Niny, młodszej od niej o dwadzieścia lat, kobiety wykształconej, z dobrego domu. Narracja prowadzona jest dwutorowo – na przemian dostajemy opowieść jednej albo drugiej. Każdy rozdział będący fragmentem ich uzupełniających się wspomnień opatrzony jest datą i miejscem. Jądrem wydarzeń jest rok 1967 i atmosfera, jaka poprzedziła marzec 68 roku. Ale akcja cofa się w przedwojenną przeszłość, zahacza nawet o wojnę domową w Hiszpanii, i wybiega w przyszłość, kończy się zasadniczo w roku 1988, kiedy komunizm w Polsce powoli dogorywa.

Co łączy prostą, z gruba ciosaną, chociaż wrażliwą Lidię, która swoją zawodową karierę w rodzącej się dopiero telewizji zawdzięcza partii, z żywiołową, błyskotliwą, nowoczesną, zanurzoną w świecie sztuki Niną? Początkowo praca w telewizji, potem dziwna przyjaźń, w rzeczywistości u źródeł ich znajomości stoi przeszłość. To z przeszłości wyłania się tytułowa, tajemnicza Lola, kuzynka Michała, ojca Niny, i wielka miłość Lidii. Wszystko, co robi Lidia dla Niny na prośbę jej ojca, robi w gruncie rzeczy z powodu Loli, bo tylko kiedy jest blisko jej krewnych, kiedy się z nimi spotyka, ukochana wraca do niej z przeszłości.

Zasadniczy konflikt w powieści związany jest z antysemicką nagonką, jaka rozpętała się w Polsce w wyniku partyjnych rozgrywek w roku 1967. Jego kulminacją były wydarzenia znane w historii jako marzec 68. Zwalnianie z pracy ludzi o żydowskich korzeniach, kreowanie atmosfery, która zmusiła wielu z nich do wyjazdu z Polski. Bardzo szybko dostawali potrzebne dokumenty – paszport, wizy, ale była to dla nich droga w jedną stronę. Sprzedawali wszystko, czego nie dało się zabrać, kupowali na czarnym rynku dolary i złoto. Dorobek życia okazywał się równowartością kilkuset zielonych, bo taki był ich czarnorynkowy kurs, i dwóch złotych obrączek. Jak zacząć wszystko od nowa ze stu dwudziestoma dolarami i jedną obrączką, bo drugą skonfiskowali celnicy? Nie chcę odnosić się więcej do treści książki, bo w historii Niny, jej ojca, Lidii i Loli jest wiele zagadek, które stopniowo odkrywamy, byłoby więc niewybaczalną zbrodnią pozbawianie kogoś, kto powieści nie czytał, przyjemności lektury.

O czym jest powieść Jarosława Kamińskiego? Jak już wspominałam, jedna jej warstwa dotyka historii Polski. Autor świetnie oddaje atmosferę i realia lat przedwojennych, ale szczególnie okres zgrzebnego, polskiego komunizmu. Czasem tylko szkicuje, robi to jednak w takim stopniu, że czytelnik może zanurzyć się w tamten świat, innym razem kreuje przeszłość dokładniej. Opisuje mieszkania, ulice, atmosferę w pracy, życie towarzyskie. Naradom przy powstawaniu nowego programu towarzyszą kłęby papierosowego dymu wydmuchiwane przez bohaterów, którzy palą jak smoki. Kto w tamtych czasach myślał o tym, że palenie szkodzi? Czasem Lidia i Nina wpadają do słynnego warszawskiego SPATIF-u, gdzie nie żałują sobie alkoholu. Ta pierwsza, która mimo stanowiska w telewizji pozostaje mieszkanką warszawskiej Pragi, w chwilach kryzysów wpada na melinę, gdzie daje się sponiewierać wódce i przygodnym mężczyznom.

Powieść stawia ważne pytania i prezentuje różne postawy. Mnie najistotniejszy wydał się problem tożsamości i związany z tym wybór drogi życiowej. Nina nieświadomie powiela gest swojego ojca z czasów młodości. Tak jak on ucieka, buduje swoje życie na nowo. Michał uciekając z żydowskiego sztetla, odcinając się od ojcowskiego sklepiku ze śledziami, małego, ciemnego i cuchnącego, zbudował sobie polską tożsamość, która stała się dla niego wybawieniem i pułapką. Ponieważ głównymi bohaterkami są kobiety, bardziej domyślamy się niż wiemy, że ojciec Niny powielił los tych Żydów, którzy się zasymilowali. Nie był ani stamtąd, ani do końca stąd. Jedni go odrzucili, inni nie do końca przyjęli. Niby wszystko było w porządku, ale kiedy demony odżyły, okazało się, że jest niczyj. Przeszłość już nie istniała, rozwiała się w dymie wydobywającym się z krematoryjnych kominów, a Polacy uznali, że tak naprawdę nie jest jednym z nich. Rozczarowany, poraniony, zrozpaczony nie potrafiłby rozpocząć po raz drugi nowego życia. Wciąż na nowo rachowałby się ze swoją polskością, powielałby polskie rytuały, które z czasem stałyby się tylko śmiesznym, nic nieznaczącym gestem. W otchłań polskości pociągnąłby za sobą córkę. Zostając, stał się postacią tragiczną, gdyby wyjechał, osunąłby się w groteskę. Gdziekolwiek by się znalazł, stałby się Polakiem rodem z gombrowiczowskiego „Transatlantyku”. A Nina chciała inaczej. Wyjazd był dla niej szansą. Mogła uciec od polskiego kotła, od wiecznego babrania się w przeszłości, mogła stać się każdym, zamieszkać gdziekolwiek i najważniejsze -  wreszcie sama decydować o sobie. Sobie zawdzięczać sukcesy i samodzielnie odpowiadać za porażki.

Inne ważne pytanie dotyczy tego, czy wolno ratować kogoś, pogrążając przy okazji innych? Na jak daleko idące kompromisy można iść? Czy można je zawierać z siłą iście diabelską? Z ludźmi, którzy grają nieczysto? Czy można być tak naiwnym? Chociaż dylemat postawiony przed Lidią wykańcza ją psychicznie, mnie odpowiedź w tych okolicznościach wydaje się oczywista – w końcu tym razem nie chodziło o ludzkie życie.

Powieść Kamińskiego jest też studium samotności. Nina, jej ojciec, Lidia są przeraźliwie samotni. Nie potrafią sobie pomóc, rozmawiać szczerze, ukrywają to, co najważniejsze, nie umieją o tym mówić. Pogrążają się w depresji, topią rozpacz w alkoholu, w ramionach przygodnych mężczyzn, zwijają się w kłębek na kanapie, ich ciała rozrywa ból. Kiedy noga im się powinie, świat robi się wrogi, nikt ich nie zauważa, stają się przezroczyści. Czytając, miałam wrażenie, że ich życie spowija mrok.

Ale „Tylko Lola” to przede wszystkim pełnokrwisty, pełnowymiarowy portret dwóch kobiet, Niny i Lidii. Budowany także poprzez język. Inaczej opowiada Nina, innego języka używa Lidia. I tu moja pierwsza wątpliwość – chociaż doceniam kunszt językowy autora, to jednak wydaje mi się, że nie jest to język takiej kobiety jak Lidia, prostej, z gruba ciosanej. Dostrzegam tu raczej echa znane mi ze sztuk Pawła Demirskiego, z „Pawia królowej” albo „Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku” Masłowskiej. Ale może jestem w błędzie, bo nie mam niestety ucha do języka. A skoro o wątpliwościach mowa, to muszę napisać o jeszcze jednej. Otóż zupełnie nie rozumiem, dlaczego w epilogu autor postanowił wyłożyć czytelnikowi interpretację swojej powieści. Expresis verbis. Dlaczego nie zaufał jego inteligencji? Ponieważ bardzo mnie to zirytowało, celowo pominęłam w moich rozważaniach ten wątek interpretacyjny.

 

niedziela, 21 stycznia 2018
"Atak paniki"

Rozczarowanie - to czuję po obejrzeniu "Ataku paniki", debiutanckiego filmu Pawła Maślony. Do piątkowego wieczoru, kiedy to obejrzałam jak zwykle Tygodnik Kulturalny, byłam przekonana, że "Atak paniki" musi mi się podobać, bo od czasu gdyńskiego festiwalu zewsząd słyszałam głosy zachwytu. Brawurowy debiut - tak między innymi pisano o filmie. Nic dziwnego, że kinowej premiery wyczekiwałam niemal jak kania dżdżu. Dopiero różnica zdań we wspomnianym Tygodniku Kulturalnym zasiała ziarenko niepokoju, ale przecież o niczym nie przesądzała. Przeciwnie, moja ciekawość wzrosła. Tym bardziej, że wątpliwości zgłaszał Grzegorz Brzozowicz, krytyk muzyczny, który lubi w dyskusji na  temat filmu czy teatru przyjmować pozycję szarego widza i marudzić, a nawet obśmiewać. Nie zawsze się z nim zgadzam. Drugim kręcącym nosem był poważny jak zawsze Adam Gawęda znawca komiksu. Twierdzili, że "Atak paniki" jest nieśmieszny i ma dłużyzny, bo dialogi ciągną się w nieskończoność. Chociaż, jak już zdradziłam, i ja jestem rozczarowana, to jednak z trochę innych powodów. Ale po kolei.

Otóż nie nudziłam się, przeciwnie, obejrzałam film z przyjemnością. Czasem się uśmiechnęłam, ale nie śmiałam się w głos, do łez. Nie ja jedna. Na sali przeważało milczenie, z rzadka było słychać parsknięcia śmiechem, raczej pojedyncze. Owszem, reżyser i scenarzyści zgrabnie żonglują kilkoma równolegle prowadzonymi wątkami. Jak to w takich filmach bywa, historie bardziej lub mniej zazębiają się dzięki bohaterom, aż wreszcie mają spleść się w zgrabną całość. Tu dodatkową trudnością i przyjemnością dla widza jest też mieszanie czasu. Wątki nie są pokazywane w porządku chronologicznym, więc tym bardziej trzeba sobie te puzzle składać. Świetni są aktorzy, nie tylko nagrodzona w Gdyni Magdalena Popławska, także Artur Żmijewski, rzadko oglądana na ekranie Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i przede wszystkim Dorota Segda, która gra powściągliwie, ale za to jak. Jak dotąd wszystko było w porządku, bo o to, że nie ryczałam ze śmiechu, pretensji nie mam. Rozczarowanie przyszło na końcu. To już? - pomyślałam. Tylko tyle? Dla mnie problem tego filmu tkwi w scenariuszu, a ściślej w jego finale. Tym historiom brakuje puenty. No bo to, że na końcu okazuje się, iż wszyscy bohaterowie jakoś są ze sobą powiązani, to przecież za mało. Tego oczekujemy po tak skonstruowanym filmie. No i co z tego, że ten jest bratem tej, że tamta jest jej szkolną koleżanką, ktoś byłym mężem innej bohaterki i tak dalej. To za mało. Twórcy filmu i krytycy, których słyszałam, twierdzą, że bohaterowie z własnej winy, z powodu zaniechań i błędów doprowadzają się do stanu, kiedy to wpadają w panikę. Moim zdaniem nie istnieje taki prosty związek pomiędzy tym, co robili wcześniej, a tym, co się im przydarza albo tym, jak reagują na sytuację, w jakiej się znaleźli. Może najklarowniejsza pod tym względem jest historia nałogowego gracza komputerowego.

Po wyjściu z kina zadałam sobie pytanie - po co to wszystko? Tylko dla zabawy? Dla mnie tak, ale twórcy "Ataku paniki" mają chyba pretensje do czegoś więcej, takie mam wrażenie po wysłuchaniu kilku wywiadów z nimi. To również zdają się sugerować zachwyceni filmem krytycy. Problem w tym, że na głębszym poziomie nie potrafię współczuć bohaterom ani przejąć się ich losem, ani nawet kpić z nich jakoś bardzo. Niewiele mnie oni obchodzą, a przecież powinni. Na tym polega moc sztuki - porusza mnie czyjś los, czyjaś postawa, nawet jeśli jego doświadczenia są mi obce. Nie przeżyłam też żadnego ataku paniki, nie pomogła ani narastająca w finale muzyka, ani szybki montaż. Zresztą mam wrażenie, że nie zawsze o panikę tu chodzi, czasem po prostu bohaterowie mają zwyczajnie dość, a to nie to samo, co panika. Ale nie czepiajmy się słówek.

"Atak paniki" ze względu na temat bywa porównywany do "Dzikich historii". Chociaż nie byłam jakąś wielką entuzjastką tamtego filmu, to teraz widzę różnicę, niestety na niekorzyść debiutu Pawła Maślony. Opowieści z "Dzikich historii" wybrzmiewają, kończą się klarowną puentą, nie wszystkie są oczywiście równe. Pewnie to łatwiejsze, bo tamten film składa się z osobnych nowel. Przypomina mi się też moje ulubione "Zero" Pawła Borowskiego, film oparty na podobnej konstrukcji jak "Atak paniki". Tam wszystko zostało przeprowadzone jak w zegarku, wszystko razem zagrało, a całość była przejmująca i przygnębiająca.

Na koniec, jak zawsze w podobnych sytuacjach, kiedy ze zdziwieniem stwierdzam, że nie zachwyca, skoro zachwycać powinno, podzielę się lekkim niepokojem. Może to ze mną jest coś nie tak? Może jestem za mało wrażliwa, nie dość inteligentna, aby pojąć, odczuć, a na końcu wybuchnąć entuzjazmem? Ale zaraz przychodzi otrzeźwienie. Przecież mam prawo do mojego zdania i mojego votum separatum, które niniejszym zgłaszam.

Tagi: komedia
18:29, czytamogladam , Film
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60