Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 05 kwietnia 2017
Katarzyna Boni "Ganbare! Warsztaty umierania"

I znowu było podobnie. Początkowo wcale nie miałam ochoty czytać najnowszego reportażu Katarzyny Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" (Agora 2016). Temat wydał mi się niespecjalnie interesujący - tsunami, katastrofa elektrowni atomowej w Fukushimie. To wszystko wydarzyło się dawno, sześć lat temu (w 2011), jest tyle innych ciekawszych tematów. Tak myślałam. O Japonii wiem niewiele, moja wiedza opiera się pewnie bardziej na  stereotypach niż prawdziwych informacjach, po co otwierać nowy krąg zainteresowań. Ale znakomite recenzje zrobiły swoje. Ostatecznie przekonał mnie Michał Nogaś, dla którego to jedna z ważniejszych książek ubiegłego roku. Trafiła się promocja, więc kupiłam. Może reportaż nadal przebywałby w czytelniczym czyśćcu, czyli na wirtualnej półce książek oczekujących, gdyby nie wiadomość, że "Ganbare!" znalazło się wśród dziesięciu książek nominowanych do tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (Dziś ogłoszono finałową listę, reportażu Katarzyny Boni na niej nie ma). Nie było na co czekać. I tu nadchodzi moment, którego bardzo nie lubię. Jak zgrabnie przejść do sedna? Jak niebanalnie poinformować, co myślę o książce? Nie da się, więc napiszę wprost - tak, reportaż rzeczywiście jest wart przeczytania. Bardzo ciekawy, bardzo poruszający i bardzo zaskakujący, szczególnie dla kogoś, kto o Kraju Kwitnącej Wiśni wie tak mało jak ja. Jakże się myliłam, myśląc, że temat przebrzmiały. To nie tylko rzecz o katastrofie z roku 2011, ale również opowieść o Japonii i jej mieszkańcach. Szczególnie o Japonii północnej, odmiennej od reszty kraju, uboższej, niedoinwestowanej, gorzej traktowanej.  A czy to rzeczywiście jedna z najważniejszych książek ubiegłego roku? Nie wiem.

Przede wszystkim ten reportaż mnie zaskoczył. Wiedziałam oczywiście, że w Japonii ziemia trzęsie się bardzo często, że lekkie wstrząsy są tam niemal codziennością, że Japończycy świetnie sobie radzą, wiedzą, jak postępować, jak reagować. Nie miałam jednak pojęcia, że tamto tsunami, konsekwencja trzęsienia ziemi, nie było pierwsze i nie będzie ostatnie. Takich, kiedy fala sięga kolan, nikt właściwie nie zauważa. Ale co kilkadziesiąt lat zdarza się żywioł wyjątkowo niszczycielski. O tym opowiada jeden z bohaterów książki, wiekowy pan Sato, który przeżył trzy, a czwarte zna z przekazów rodzinnych. Dlatego Japończycy żyją w cieniu śmierci. Przynajmniej tak wynika z reportażu Katarzyny Boni, która opowiada, jak radzą sobie z traumą, jak opłakują zmarłych, jak oswajają śmierć, jak sobie pomagają, jak odbudowują nowe życie na zgliszczach. Sposoby są różne. W ruinach wytrwale szukają ciał najbliższych, bo tylko pochówek gwarantuje duszy spokój. Szukają też zdjęć, pamiątek, szczątków domowych ołtarzy. To oczywiście nie dziwi, ale zaskakuje, że organizują seanse narzekania, płaczu albo śmiechu, a wreszcie warsztaty umierania, w których autorka wzięła udział. I tu rodzi się pytanie, które chętnie zadałabym Katarzynie Boni, gdybym tylko miała okazję. Na ile te wszystkie warsztaty i seanse są obecne w życiu Japończyków? Czy to raczej ciekawostka, rodzaj dziwactwa, który świetnie zagra w reportażu, czy też rzeczywiście coś powszechnego? Kiedyś byłam przekonana, że osławione japońskie hotele kapsułkowe to norma w tym kraju, tymczasem potem usłyszałam od osoby, która w Japonii była, że owszem są, ale jest ich niewiele. Do dziś nie wiem, jak jest rzeczywiście. Stąd moja podejrzliwość. Tym bardziej, że jakoś tak się przyjęło, że Japonia to kraj wielu odmiennych, żeby nie powiedzieć, dziwacznych, obyczajów. Prawda to czy stereotyp? Natomiast bez trudu wierzę, że Japończycy obcują z duchami zmarłych, że żywe są tam opowieści o duchach, bo taka jest Azja. O tym przekonałam się na własne oczy. Amulety, wróżby, przesądy, domki dla duchów są tam wszechobecne.

Kolejne zaskoczenie to opowieść o samym tsunami i zniszczeniach, których konsekwencje widoczne są do dziś. Niby coś o tym wiedziałam, niby potrafię sobie wyobrazić, jakie zagrożeniem jest  woda, a jednak to, co przeczytałam, przerosło moją wyobraźnię. Ponad dwudziestometrowa fala to żywioł, który porywa i niszczy wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Opisy katastrofy, potwornych zniszczeń, paraliżu tej części kraju tym są boleśniejsze, że  kontrastują z opowieścią o pięknie krajobrazu północnej Japonii.

Ale "Ganbare!" to nie tylko książka o tsunami. To także historia drugiej katastrofy, która jest konsekwencją tej pierwszej. Chodzi oczywiście o awarię elektrowni atomowej Fukushima. Pod wpływem tego, co zdarzyło się w Japonii, Niemcy postanowili zamknąć wszystkie swoje elektrownie atomowe. Wtedy ta decyzja wydawała mi się przesadą, teraz, kiedy przeczytałam książkę Katarzyny Boni, już tak nie myślę. Bo z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się katastrofa. Ale jeśli do niej dojdzie, to skutki są niewyobrażalne. A byłyby jeszcze większe, gdyby nie heroiczna postawa dyrektora elektrowni i podległych mu pracowników. Japończycy zmagają się ze skutkami tej awarii do dziś. Ogrom katastrofy uświadamiają suche opisy żmudnych i pracochłonnych sposobów oczyszczania budynków, roślin, ziemi, dróg. Na wielu terenach nadal nie wolno mieszkać, do innych można wracać na kilka godzin dziennie, są i takie miejsca, gdzie życie można budować na nowo. I tu pojawiają się dylematy. Czy warto? Niby teren został oczyszczony, ale przecież nie do końca, bo to ogromne koszty. Więc domy i ich najbliższe otoczenie są czyste, ale do lasu nadal wstęp jest zakazany i będzie tak długie lata, dopóki nie rozpadnie się cez-137. Czy wszyscy wrócą? Czy wrócą sąsiedzi? Czy wróci właściciel sklepiku, w którym robiło się zakupy? Katastrofa bezpowrotnie przerwała więzi między ludźmi, unicestwiła lokalne społeczności. To samo dotyczy miejsc dotkniętych przez tsunami. Napisałam, że z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się wielka awaria. Nie do końca tak jest. Z książki Katarzyny Boni dowiedziałam się, ile niebezpiecznych prac trzeba na co dzień wykonywać w elektrowni. A najbardziej zaskoczyło mnie, że wykonują je, narażając swoje zdrowie, ludzie z japońskich nizin społecznych skuszeni wysokimi zarobkami. Pracują za długo, często lekceważąc normy bezpieczeństwa, bo tak jest wygodniej. Przy cichej akceptacji zwierzchników. Takie rzeczy w bogatej Japonii? Taka fuszerka, takie wykorzystywanie ludzi? Tak, tak. I to jest zaskoczenie kolejne. A z nim związane jest jeszcze jedno. Bohaterowie reportażu Katarzyny Boni opowiadają o dezinformacji i bałaganie, jakie panowały długo po katastrofie. Bagatelizowano fakty, nie podejmowano odpowiednich decyzji. Władze TEPCO, firmy zawiadującej elektrowniami, nie zdawały sobie sprawy, albo nie chciały sobie zdawać, z rozmiarów kataklizmu. Lekceważyły głosy z Fukushimy i terenów dotkniętych awarią. Dlatego tak późno podjęto decyzję o ewakuacji.

Tyle zaskoczeń. Ale nad całą książką unosi się cień śmierci. Śmierci, z którą trzeba się pogodzić i próbować chociaż trochę ją oswoić.


środa, 29 marca 2017
Monika Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna"

Kiedy w zapowiedziach Czarnego pojawiła się książka Moniki Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna" (2016), najpierw podeszłam do tej nowości sceptycznie. Kolejna książka o rodzinie. Dlaczego ktoś zajmuje mnie przeszłością swoich przodków? No i co z tego, że to rodzina szczególna, bo po matce polska, po ojcu żydowska? Mało naczytałam się opowieści o Holokauście? Mało mam ich jeszcze na tej ciągle wydłużającej się półce książek oczekujących na przeczytanie? Co nowego wniesie kolejna? Tak sobie rozmyślałam trochę niepoprawnie, dobrze wiedząc, że dalej będę sięgać po tytuły o Zagładzie. No ale potem pojawiły się znakomite recenzje, więc się złamałam. No i jeszcze nominacja do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. A propos nagrody. Po raz pierwszy zdarzyło się, że większość nominowanych tytułów albo już przeczytałam, albo mam je w swoim czytniku, więc postanowiłam szybko po nie sięgnąć. Po tej krótkiej dygresji wracam do "Fałszerzy pieprzu". Otóż rodzinna historia odtworzona i spisana przez Monikę Sznajderman jest niezwykła, fascynująca, ale jednocześnie  przejmująca i momentami bardzo dotkliwa. Tak, są tam fragmenty, a właściwie krótkie sceny, które atakują niespodziewanie i z całą mocą, a potem zapadają w pamięć, nie dają o sobie zapomnieć. Ale przede wszystkim zderzenie dwóch historii, żydowskiej i polskiej, prowokuje refleksje i pytania, na które oczywiście trudno znaleźć dobrą odpowiedź.

No bo najpierw było jak zwykle w podobnych sytuacjach - dzieciństwo Moniki Sznajderman to właściwie tylko jedna rodzina, rodzina matki, ta polska. Niezwykła babcia Maria, z domu Lachert, tak, tak, z tych Lachertów. Jej bratem był słynny architekt Bohdan Lachert, o którym pisałam przy okazji książki Beaty Chomątowskiej "Stacja Muranów". Niezwykli krewni i przyjaciele domu, nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Dlatego chociaż czasy były przaśne, na stole pojawiały się luksusowe potrawy, a mała Monika, jak to dziecko, naiwnie myślała, że tak jadają wszyscy. No ale to tylko anegdota. W tle pojawiali się też nieliczni krewni ojca. Wszyscy mieszkali za granicą, głównie w dalekiej Australii, i mieli jakieś dziwne imiona. Dopiero z czasem Monika Sznajderman zaczęła poznawać prawdę o rodzinie ojca, a w końcu, jak to często bywa, przez przypadek, postanowiła ją odtworzyć. Nie tylko po to, aby zaspokoić swoją ciekawość, ale przede wszystkim, żeby przywrócić pamięć o nich, żeby zostawić  jakiś ślad. Jak to robi? Zaczyna od oglądania nielicznych zdjęć, które pozostały. Zdjęć jej żydowskiej babki Amelii, jej siostry, braci, rodziców i dalszych krewnych. Wszyscy szczęśliwi, radośni, zadowoleni, w podmiejskim domu w Miedzeszynie. Autorka zastanawia się, jak żyli, co myśleli, o czym marzyli. Bardziej domyśla się, niż wie. Patrzy uważnie na zdjęcia, z braku innych możliwości sięga do literatury, prasy, wspomnień i na zasadzie analogii wypełnia pustkę po nich, odtwarza ich przedwojenne życie. Dostatnie i szczęśliwe. Chociaż na tym szczęściu jest przecież rysa. Chociaż zasymilowani, to jednak osobni, bo Polacy trzymają się z daleka  od takich jak oni. Mimo to żyje im się dobrze. Jeszcze cały czas są nieświadomi, co ich czeka. Monika Sznajderman lubi wybiegać w przyszłość, lubi zderzać sielską przeszłość z tym, co potem. Kiedy zdarza mi się oglądać przedwojenne zdjęcia żydowskich rodzin, też o tym myślę. Lituję się nad nimi, nad ich niewiedzą. Bo Amelia nie wie, że zginie w pogromie w Złoczowie, gdzie ucieknie razem ze swoimi synami po wybuchu wojny. Jednym z nich jest ojciec autorki. Tylko on ocaleje. Ale najpierw przejdzie przez warszawskie getto, piekło Majdanka, Auschwitz i innych obozów. Jak udało mu się przeżyć? Odpowiedź na to pytanie to bardzo istotny fragment książki. Monika Sznajderman powołując się na Primo Leviego i innych autorów, pisze, że symboliczna droga z Auschwitz to zawsze suma przypadków, szczęśliwych zbiegów okoliczności, łutów szczęścia, kaprysów losu, jakiegoś spóźnienia, zaniechania. Ale nie Opatrzności. Bo skoro Auschwitz było w ogóle możliwe, to o jakiej Opatrzności można mówić? Ojciec Moniki Sznajderman, Marek, przeżył, takiego szczęścia nie miał jej dziadek, Ignacy. Zmęczony życiem w getcie, zrezygnowany, dobrowolnie, ku zdumieniu znajomych, którzy jeszcze walczyli, powędrował razem z młodszym synem, Alusiem, na Umschlagplatz. To jedno z tych przejmujących zdarzeń łamiących serce. Nie wiadomo, szli, a może jechali dorożką? Autorka przywołuje tę wyobrażoną chociaż prawdziwą scenę kilkakrotnie.

O ile po rodzinie babki Amelii jakaś pamięć pozostała, o tyle krewni dziadka Ignacego, Żydzi z Radomia, to ludzie, po których nie ma żadnego śladu, nawet w rozmaitych miejskich spisach i dokumentach. Doskonale niewidoczni, prości, zwyczajni do bólu, a przecież żyli, byli. Chcąc przywrócić ich do istnienia, autorka krąży po Radomiu, mieście, które Zagłada pozbawiła tożsamości, przeszłości. Została nieuświadomiona pustka i dziura. Te wędrówki niewiele dają, więc znowu z pomocą przychodzi jej literatura. 

Groza Holokaustu zostaje zderzona z wojennymi losami polskiej rodziny Lachertów, z której pochodziła matka Moniki Sznajderman. Kiedy jej żydowscy przodkowie ginęli w obozach, kiedy jej  żydowscy sąsiedzi trafiali do getta w Łęcznej, a potem też tam ginęli w potwornych okolicznościach, to życie Lachertów niewiele się zmieniło. Chociaż była wojna, to na lubelskiej prowincji tacy jak oni, zamożni ziemianie, nadal urządzali polowania, wystawiali konie na wyścigach, grali w brydża, urządzali przyjęcia i wykwintne obiady. Nawet jeśli z czasem robiło się biedniej, to i tak to biedniej nijak się miało do głodowych racji w getcie czy w obozie. I znowu to, co mnie zawsze tak uderza, fascynuje i przeraża. Jak to możliwe, że w tym samym czasie jedni cierpią, żyją w potwornych warunkach, w strachu, głodują, jadą w bydlęcych wagonach na Majdanek, a inni zapraszają do swojego majątku malarza, aby sportretował rodzinę? Tak było zawsze i tak jest przecież dziś. Tylko zamiast Majdanka jest  Mosul albo Aleppo, kilkanaście lat temu Srebrenica i Sarajewo.

Monika Sznajderman zadaje kolejne ważne pytania. Na ile jej polscy krewni przejmowali się losem żydowskich sąsiadów, z którymi przecież przed wojną prowadzili rozmaite interesy? Żałowali ich, litowali się nad nimi, wspominali z sympatią, w żadnym razie nie donosili, nie wydawali, nie bogacili się na majątku, który po nich pozostał. Byli przecież porządni, uczciwi, kulturalni, wykształceni. Prowadzili działalność filantropijną i społeczną. Czy mogli w takim razie zrobić więcej? Czy chcieli? Czy w ogóle przyszło im to do głowy? Byli obojętni, bo przecież zawsze obie społeczności żyły osobno. Obok siebie, ale nie razem. Żadne tam multi kulti, jak pisze autorka. Nawet ci zasymilowani, chociaż bardzo chcieli, to też im z Polakami jakoś nie wyszło. To również gorzkie spostrzeżenie Moniki Sznajderman. Pytania, na które odpowiedzi nie ma. I chociaż polska rodzina w wyniku wojny i powojennych przemian też straciła wszystko, chociaż Zygmunt Lachert, brat Bohdana, brat Marii, babci autorki, po wojnie kilkanaście lat siedział w komunistycznym więzieniu, to jednak zagłada ich świata ma się nijak do Zagłady świata żydowskiego. Bo myśmy uratowali się wszyscy, a oni wszyscy zginęli, jak mówi tytuł jednego z rozdziałów. Na koniec muszę jeszcze oddać sprawiedliwość Bohdanowi Lachertowi i jego pierwszej żonie, którzy w swoim warszawskim domu na Saskiej Kępie ukrywali wielu Żydów, o czym można przeczytać także we wspomnianej tu  książce Beaty Chomątowskiej.


środa, 22 marca 2017
Aneta Prymaka-Oniszk "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy"

Spośród długiej listy książek oczekujących na przeczytanie wyłowiłam stosunkowo świeżą - wydany jesienią reportaż historyczny Anety Prymaki-Oniszk "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy" (Czarne 2016). Niedawno okazało się, że książka została nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.  Od razu napiszę, że to rzecz niezwykle ciekawa, fascynująca i świetnie napisana. Naprawdę trudno się od lektury oderwać, chociaż niektóre fragmenty czytałam ze ściśniętym sercem, a gula w gardle rosła i rosła.

Autorka zajęła się w swojej książce stosunkowo słabo znanym faktem z okresu pierwszej wojny światowej. Otóż latem 1915 roku miliony ludzi, głównie prawosławnych chłopów, zamieszkujące wschodnie tereny Królestwa Polskiego i ziemie zaboru rosyjskiego opuściły swoje wsie i w popłochu uciekały w głąb Rosji. Stało się tak, kiedy tereny te zaczęła zajmować armia niemiecka, a Rosjanie w pośpiechu porzucali rządzone przez siebie ziemie. Po dziś nie do końca wyjaśnione zostały powody tego masowego eksodusu. Otwarte pozostaje pytanie - w jakim stopniu mieszkańcy wykonywali polecenia władz rosyjskich, a w jakim uciekali ze strachu przed Niemcami, którzy, jak głosiła plotka,  kobietom cycki obcinają i dopuszczają się innych strasznych czynów. Suche fakty są takie, że te miliony zostały ewakuowane w głąb Rosji, od Krymu po Syberię, tam zastała je rewolucja, wreszcie z końcem wojny na mocy porozumień międzypaństwowych, czasem przez zieloną granicę, uchodźcy zaczęli wracać do wolnej Polski. Tyle suche fakty historyczne. Podane w takiej formie wielkiego wrażenia nie robią. Ale kiedy za sprawą Anety Prymaki-Oniszk wgłębimy się w te wydarzenia, wrażenie będzie piorunujące. Zamiast suchych faktów obrazy, zamiast statystyk konkretni ludzie znani z imienia i nazwiska. Na początek pierwsza szokująca informacja - uciekinierów były trzy miliony, niektórzy mówią nawet o pięciu. Czytelniku tej notki, czy jesteś w stanie zrozumieć, co to znaczy, że nagle trzy miliony, a może jeszcze więcej, osób opuszcza swoje domy i wędruje do Rosji?

Więc najpierw był strach, panika, niepewność i wahanie - uciekać czy zostać? Nieliczni zdecydowali się na to drugie rozwiązanie. Większość rusza. Na chwilę. Zawsze się myśli, że na chwilę. Więc bierze się tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zresztą ile można wpakować na wóz? Ile uciągnie koń? A jeśli ktoś nie ma konia? Potem była powolna wędrówka. Zakorkowane drogi, z czasem wyczerpywały się zapasy jedzenia, brakowało wody, udręczeni pragnieniem ludzie pili wodę z kałuży, ciepłe lato przeszło w słotną jesień, a potem w zimę. Choroby, na przykład tyfus, i śmierć zbierały swoje żniwo, gubiły się dzieci, gubili się starcy, bywało, że samotne matki albo owdowiali ojcowie z bezsilności i rozpaczy porzucali jedno dziecko, aby ratować inne. Po przejściu uchodźców zostawała ogołocona i zaśmiecona ziemia, wokół kilkutysięcznych miast koczowało przez kilkanaście tygodni kilkadziesiąt tysięcy uchodźców. Powstawały organizacje pomocowe, polowe kuchnie, szpitale, sierocińce. Potem czekanie na specjalne pociągi, które rozwoziły uchodźców w głąb Rosji na miejsce osiedlenia. Koszmar podróży. Znowu zimno, bo nie ma czym opalać wagonów, często odkrytych, bo ludzie w letnich ubraniach, niektórzy bez butów. Głód, choroby i śmierć. I rozdzierające sceny - ktoś nie zdążył na stacji wsiąść z powrotem do pociągu, ktoś umierał. Wreszcie osiedlenie. Los lepszy albo gorszy. Wielu po latach idealizowało ten okres, myślało o nim z sentymentem. Autorka raczej poddaje w wątpliwość te sielskie wspomnienia. Ale jakoś się ułożyło, aż nadeszła kolejna katastrofa - rewolucja. Trzeba wracać. Bałagan przy załatwianiu formalności, niepewność, plotki, oczekiwanie na pociągi. Znowu koszmarna wielomiesięczna podróż. Te same sceny. Głód, chłód, epidemie. I wreszcie u siebie. I ... gehenny ciąg dalszy. Bo na miejscu okazało się, że nie bardzo jest do czego wracać. Domy splądrowane, spalone, więc ludzie budowali ziemianki, w których mieszkali po kilka lat. I znowu to samo - głód, epidemie, potworny chłód i ciężka, wykańczająca praca, aby jakoś żyć. Pracowali wszyscy, nawet dzieci. Jeśli ojciec nie żył, kilkunastoletni chłopcy pełnili rolę głowy rodziny albo najstarsze z rodzeństwa musiało matkować i ojcować młodszym. Te fragmenty chyba były najbardziej przytłaczające, bo tragiczne i potwornie smutne. To wszystko rozpisane jest w książce na przejmujące obrazy i losy konkretnych ludzi, które autorka śledzi dzięki pozostawionym przez nich wspomnieniom. Niektórych traci z oczu, niektórym towarzyszy od początku do końca. Mogłabym pisać jeszcze długo, ale pisanie nie zastąpi lektury.

Na koniec czas rozwikłać tytuł. Dlaczego bieżeństwo a nie uchodźctwo? Bo zjawisko to, jak pisałam, dotyczyło w dużej części prawosławnych chłopów mówiących po swojemu, czyli przede wszystkim po białorusku. Katolicy, Polacy, ziemianie czy mieszkańcy miast, którzy też uciekali, choć w mniejszym stopniu, albo byli przymusowo ewakuowani (na przykład urzędnicy, lekarze, pracownicy wyższych uczelni), uważali siebie za wysiedleńców albo wygnańców. Dlatego zamiast bieżeństwo używali terminu tułaczka. Autorka pisze, że bieżeństwo to także stan umysłu - wiara w carską propagandę, że losowi uciekinierów winni są tylko Niemcy, że nic im się wobec tego od państwa rosyjskiego nie należy, a jeśli pomoc dostają, to powinni być za nią dozgonnie wdzięczni, bo to wyraz łaski i litości, a nie obowiązek.

A na sam koniec dodam jeszcze, że reporterka poświęca też trochę miejsca na skomplikowane stosunki między Polakami a prawosławną mniejszością narodową w niepodległej Polsce. To kolejny rozdział tragedii - odrodzona ojczyzna traktowała mniejszości jak obywateli drugiej albo i dziesiątej kategorii. Wrócili, ale dawano im odczuć na wiele sposobów, że są tu niemile widziani.

Fascynująca, arcyciekawa, poruszająca książka.

środa, 15 marca 2017
Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Z Olgą Tokarczuk jakoś dotąd nie było mi po drodze. Kilka lat temu przeczytałam jedną z jej powieści, ale nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, abym miała ochotę na więcej. Nawet nie zapamiętałam jej tytułu (oczywiście teraz sprawdziłam, chodzi o"Ostatnie historie"). Od dłuższego czasu nabierałam przekonania, że powinnam przeczytać "Księgi Jakubowe" i wreszcie po namowie znajomych, kiedy tylko trafił się czas wolny, zmierzyłam się z tą monumentalną książką. Jakoś o niej nie napisałam, a teraz, kiedy już wrażenia nie tak świeże, wracać nie ma sensu, dlatego tylko ograniczę się do apelu, że naprawdę warto. Bardzo dobra, bardzo ciekawa, bardzo mięsista powieść traktująca o mało znanych, a fascynujących zdarzeniach z historii nie tylko polskiej. A piszę o tym, bo po obejrzeniu "Pokotu" Agnieszki Holland musiałam koniecznie sięgnąć po literacki pierwowzór, czyli "Prowadź swój pług przez kości umarłych" (Wydawnictwo Literackie 2009, właśnie ukazało się wznowienie). Po pierwsze chciałam wrócić do filmowego klimatu, zanurzyć się jeszcze raz w krajobrazach Doliny Kłodzkiej, a po drugie bardzo byłam ciekawa, na ile wady filmu, o których pisałam, są wadami literackiego pierwowzoru, a na ile scenariusza. Dlatego pisząc o książce, będę odwoływać się do filmu.

Na początek muszę wyznać, że powieść przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, chociaż to lektura niezbyt wesoła, bo taki jest temat tego eko kryminału, który śmiało można nazwać też feministycznym. Oczywiście nie intryga jest tu najważniejsza, to zaledwie pretekst. Bo naprawdę ta książka jest krzykiem w obronie zabijanych zwierząt, przypomnieniem, że człowiek to tylko część natury i nie może szarogęsić się na ziemi. Znajdziemy tu wszystko, o czym ostatnio głośno się mówi nie tylko w związku z filmem Agnieszki Holland. Opisy zbrodniczej działalności kłusowników, brutalnych polowań, bezduszności myśliwych, którzy wmawiają wszystkim, że ich misją jest pomaganie zwierzętom, barbarzyńskich obyczajów jak strzelanie do zwierząt z ambon. Ich  nazwa to ironia losu, bo w rzeczywistości są miejscami kaźni, z polowania czynią krwawą rozrywkę, w której zwierzę jest na z góry straconej pozycji. Podobnie jak w filmie mamy tu przekonanie, że natura kiedyś weźmie odwet na swoich prześladowcach.

Równie ważnym wątkiem jest historia głównej bohaterki, narratorki Janiny Duszejko. Filmowa Duszejko bardzo przypomina swój literacki pierwowzór. Co oczywiste w powieści to postać jeszcze bogatsza. Poznajemy jej historię, barwne życie, poglądy, przekonania, zainteresowania, dowiadujemy się, dlaczego zamieszkała w Kotlinie Kłodzkiej. Jest  ekscentryczna, niezwykła, samodzielna, pełna gniewu i złości. Boli ją los mordowanych zwierząt. Z determinacją i uporem upomina się o nie, nęka policję i straż miejską, ale odbija się od muru obojętności, a urzędnicze procedury są świetnym pretekstem, aby sprawę rozmyć. Traktowana jest jak namolna, ale niegroźna stara dziwaczka. Z takimi kobietami jak ona, starszymi, siwymi, z plastikowymi siatkami w dłoniach, nikt się nie liczy, nikt ich nie chce słuchać, a co dopiero dyskutować z nimi, brać pod uwagę ich zdanie. Co innego gdyby była mężczyzną. To w powieści podkreślane jest bardzo mocno, kilkakrotnie.

Jak wspomniałam, książka jest bardzo pesymistyczna. Nie tylko dlatego, że opowiada o mordowaniu zwierząt. Jest to też opowieść o przemijaniu i starzeniu się. Duszejko ze smutkiem wspomina miejsca i ludzi, których znała, i ze smutkiem stwierdza, że te wspomnienia są martwe i puste, jak wydmuszki. Nie ma powrotu do przeszłości. Wszystko przemija, odchodzi, zostajemy sami. Chorujemy, tracimy siły. Choroba jest bardzo obecna w powieści, w filmie prawie jej nie ma. Duszejko nękają ciężkie alergie i inne bardzo poważne przypadłości, które przykuwają ją do łóżka, także szpitalnego, na długie tygodnie. Ma świadomość, że traci siły, zmaga się z fizyczną słabością, czasem już zwyczajnie jej się nie chce. Mimo to nie lamentuje, stawia tym przykrym faktom czoła, stara się przemóc, zebrać w sobie, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć. Ale na szczęście znajdziemy też w powieści nutę optymizmu. Jej źródłem jest przyjaźń. Duszejko ma oddanych przyjaciół - Dyzia, Dobrą Nowinę, Borosa i Matogę. Wspierają ją w chorobie, w słabości, w kłopotach.

Książka, podobnie jak film, z jednej strony mocno trzyma się ziemi. Dostajemy opisy okolicy, domów, ludzi, ich problemów osobistych. Bardzo dobrze nakreślone jest prowincjonalne środowisko, w którym obraca się bohaterka. Zwyczaje, układy, zależności. Ale oprócz tego powieść ma też wymiar fantastyczny (?), mistyczny (?), magiczny (?). Te trzy pierwiastki jakoś są w niej obecne. To chyba cecha twórczości Tokarczuk, bo ta sfera jest też istotną częścią "Ksiąg Jakubowych". Duszejko to znawczyni astrologii, stale o niej opowiada, stawia horoskopy, w tym celu maniakalnie zbiera daty urodzenia, bada wpływ gwiazd na życie ludzi i na zdarzenia na ziemi. Żywi przekonanie, że człowiek stanowi część kosmosu i dlatego nic nie dzieje się przez przypadek, chociaż nie jest też tak, że na nic nie ma wpływu. Stąd też mocno obecna w powieści twórczość Williama Blake'a.

A na koniec muszę wrócić do porównań z filmem. Wszak ciekawość, jak to jest w książce, była powodem, dla którego po nią sięgnęłam. Bardzo chciałam wiedzieć, jak powieść się kończy. Czy też taką utopijną, sielankową wizją? Jest inaczej, znacznie smutniej. Jak rozwiązana zostaje zagadka? W filmie nie do końca wszystko było jasne i zrozumiałe. Literacki pierwowzór odwołuje się do klasyki kryminału. Bohaterowie gromadzą się w domu głównej bohaterki i w ten sposób wraz z nimi poznajemy rozwiązanie zagadki. Inne są też historie Dobrej Nowiny i Dyzia. Na rzecz filmu zostały mocno podkręcone. W ogóle ekranizacja jest bardziej atrakcyjna w sensie komercyjnym. Filmowy Dyzio mieszka w jakimś minimalistycznym, ale jednak designerskim wnętrzu, dom głównej bohaterki jest miły i przytulny. W powieści wszystko jest zwyczajne, nie tak powabne - Dyzio ma pokój w hotelu robotniczym, posiadłość Duszejko nadgryzł ząb czasu. A komendant, Wnętrzak i prezes? Czy tak jak w filmie są jednoznacznie źli? Tak, ale w powieści to nie razi, bo poznajemy ich jej oczami.

Bardzo się cieszę, że sięgnęłam po książkę Olgi Tokarczuk. Warto ją przeczytać niezależnie od tego, czy się film widziało. Tak dalece mi się spodobała, że postanowiłam kontynuować moją przygodę z prozą pisarki. Już mam w czytniku "Prawiek i inne czasy" oraz "Dom dzienny, dom nocny".

środa, 08 marca 2017
"Moonlight"
Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie obejrzałam "Moonlight". Nieoczekiwanie, bo chociaż jeszcze przed Oskarem wiedziałam, że powinnam, bo znakomity, świetny, poruszający, to jakoś nie miałam na niego ochoty. Raz, że nabrałam przekonania, iż to kino do bólu festiwalowe, mówiąc precyzyjniej takie spod znaku Nowych Horyzontów. Jednym słowem tak bardzo artystyczne, tak bardzo poszukujące nowego języka, że nawet dla wyrobionego, chociaż zwyczajnego, kinomana nie do oglądania. Drugi powód mojej niechęci to temat. Nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o brudach życia. Cóż, czasem mi się nie chce. W końcu jednak wybrałam się na "Moonlight" do kina, a to dlatego, że mimo szczerego zamiaru nie wybrałam się na film o Marii Skłodowskiej-Curie, bo go tak schlastano. A że bardzo chciało mi się kina, poszłam na "Moonlight", który nabrał chyba pooskarowego rozpędu. Żeby usiąść na przyzwoitym miejscu w moim ulubionym kinie, bilet musiałam zarezerwować, sala była pełna, nikt nie wyszedł. A ileż to razy siedzę na pustawej widowni. Poszłam i teraz wiem, że byłam głupia, bo niewiele brakowało, a przegapiłabym naprawdę piękny, poruszający i mądry film. Dlatego piszę, żeby zachęcić, odczarować. Ta składająca się z trzech wyraźnie zaznaczonych części opowieść o czarnoskórym Chironie mieszkającym w jednej z gorszych dzielnic Miami to zwyczajny film, żadnego przerostu formy nad treścią. "Moonlight" łączy w sobie wątek społeczny, obraz życia ubogiej, wykluczonej czarnej społeczności, opowieść o człowieku wyobcowanym, nieprzystosowanym, wrażliwym, pogubionym, samotnym, poezję i zadumę. To kino, gdzie wiele dzieje się gdzieś pomiędzy. Ważne są gesty, spojrzenia, obraz. Takie też jest zakończenie, które przynosi katharsis, ale niczego jednoznacznie nie rozstrzyga. Piękny, mądry, poruszający film. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
środa, 01 marca 2017
"Pokot"

"Pokot" Agnieszki Holland to jeden z tych filmów, na które niecierpliwie czekałam. O tym, że reżyserka wzięła się za ekranizację powieści Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", było wiadomo od dawna choćby dlatego, że z głównej roli zrezygnowała Stanisława Celińska, która swoje dotychczasowe aktorskie życie usiane w znakomitej większości rolami bardzo trudnymi postanowiła zamienić na żywot pieśniarki. Z sukcesem. Dlatego główną bohaterkę, emerytowaną panią inżynier dorabiającą uczeniem angielskiego, Janinę Duszejko zagrała nieznana szerszej publiczności Agnieszka Mandat. Napisałam nieznana szerszej publiczności, ale doskonale kojarzona przez miłośników teatru z ról w krakowskim Starym Teatrze, między innymi w spektaklach Krystiana Lupy.

Kiedy "Pokot" trafił do głównego konkursu tegorocznego Berlinale, zrobiło się o nim bardzo głośno, po pierwszych pokazach szum był jeszcze większy, a Srebrny Niedźwiedź zrobił swoje. Jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, najpierw medialny hałas układa się w jednobrzmiący pochwalny hymn, dopiero po premierze daje się z niego wyłowić głosy krytyczne. Co o tym myślę, teraz, kiedy "Pokot" już obejrzałam? Mam wrażenie, że to taki film, który albo kupuje się w całości, mimo że po seansie, a nawet w trakcie, widzi się jego wady, albo nie idzie się w ogóle za filmową opowieścią i wtedy wszystkie niedomagania tym bardziej kłują w oczy. Ja dałam się uwieść, mimo że nie jestem bezkrytyczną miłośniczką kina Agnieszki Holland. Co mnie uwiodło?

Przede wszystkim atmosfera, klimat, nastrój. To zasługa cudownych zdjęć Doliny Kłodzkiej autorstwa Jolanty Dylewskiej i Rafała Paradowskiego. Tak pięknych, magicznych, że natychmiast uległam złudzeniu, iż mogłabym zamieszkać w tym pięknym, poniemieckim domu na odludziu, gdzieś na zboczach kotliny, w miejscu, do którego zimą trudno dotrzeć. Ja, człowiek miasta, który musi mieć sąsiada za ścianą. Tak działa magia filmu! Przecież w rzeczywistości nie wytrzymałabym tam tygodnia, a w tym samotnym domu umarłabym ze strachu na dźwięk pierwszego lepszego szelestu. Znakomita jest też muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza. Świetnie buduje nastrój grozy, niepokoju, tajemniczości.

Równie istotny jest dla mnie przekaz filmu, który broni lekceważonych i dyskryminowanych słabszych - przede wszystkim zwierząt, ale też kobiet, ludzi starych czy wszelkiej maści dziwaków. Główna bohaterka, Janina Duszejko, a właściwie Duszejko, bo, jak mówi, ignoruje swoje imię, jest tak właśnie traktowana przez otoczenie - stara wariatka, nie ma chłopa, dlatego oszalała na punkcie zwierząt. Uprzykrza tylko życie miejscowym myśliwym, wśród których jest władza, biznesmeni, ksiądz. Składa skargi, doniesienia, które można skutecznie lekceważyć, no bo co nam zrobi. Przecież szkodliwość czynu znikoma, sprawcy i tak się nie wykryje, a każdy każdego tu zna, ręka rękę myje. I nawet ksiądz mówi, że mamy czynić sobie ziemię poddaną, a przykazanie nie zabijaj dotyczy ludzi, nie zwierząt. Kto by się przejmował tą starą, siwą kobietą, która wygląda czasem jak czarownica. A przecież ona nie jest stara! A że nie farbuje swoich długich włosów? Jej sprawa. Na ekranie  Agnieszka Mandat czasem rzeczywiście przypomina czarownicę, wiejską babę, innym razem jest piękna. Trudno też pozostać obojętnym na bardzo sugestywne obrazy ściganych, zabijanych zwierząt, lisów więzionych w klatkach, hodowanych na futra. Temat jest mi bliski od dawna, od lat śledzę to, co się wokół polowań dzieje, a wydaje się, że teraz znalazło to wszystko jakąś potworną kulminację. Projekty zmian w prawie łowieckim, jeszcze gorsze niż do tej pory, choć trudno to sobie wyobrazić, masowa wycinka drzew, smog, który nie pojawił się tej zimy, chociaż można odnieść takie wrażenie, no bo wreszcie zaczęto bardzo głośno o nim mówić. Tak, "Pokot" idealnie wstrzelił się w czas, ale przecież te problemy istniały od dawna, kto chciał słyszeć, ten słyszał. Nie przypadkiem książka Olgi Tokarczuk została wydana kilka lat temu (2009). A i Agnieszka Holland pracowała nad swoim filmem nie od wczoraj.

Uwiedziona bliskim mi przekazem i sugestywną atmosferą, dostrzegam mielizny filmu. Mniej przeszkadzają mi czarno-biali bohaterowie, którzy w większości są tu albo jednoznacznie dobrzy, albo jednoznacznie odpychający, wstrętni, bezwzględni, źli. Nawet próba zniuansowania wypada mało przekonująco (dziewczyna zwana przez Duszejko Dobrą Nowiną). Podobnie ma się rzecz z pewnymi rozwiązaniami fabularnymi, które z realizmem niewiele mają wspólnego (poszukiwanie zaginionych psów w lesie nocą razem z uczniami - przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy to nie sen). Taka jest konwencja "Pokotu", który stanowi mieszankę baśni, ballady  (natura bierze odwet na złym człowieku), chyba komiksu (trochę gapowaty, trochę superbohater Dyzio grany przez Jakuba Gierszała), thrillera i kryminału. No i właśnie kryminał wypada tu najsłabiej, i o to mam największe pretensje. Dojście do prawdy pokazane jest bardzo nieprzekonująco, pojawia się trochę jak deus ex machina, nie wiadomo skąd. Dlatego nie wszystko jest jasne. Nie wiem, jak to wygląda w powieściowym oryginale, bo go nie znam, ale teraz mam na to coraz większą ochotę. Ciekawa też jestem, na ile w powieści zniuansowani są bohaterowie. Cóż, trzeba przeczytać.

A o filmie mimo tych zastrzeżeń nadal myślę. Tak właśnie  lubię.

środa, 22 lutego 2017
Filmowe remanenty - "Manchester by the Sea", "Toni Erdmann"
Już dawno nie pisałam o filmach, a to z tej prostej przyczyny, że wyjechałam na trochę. A właśnie wtedy do kin wchodziło kilka głośnych premier. Po powrocie musiałam zaczekać na weekend, aby nadrobić zaległości. Obejrzenie wszystkiego, co przepadło, nie było możliwe, dlatego podparłam się moim ulubionym Tygodnikiem Kulturalnym. O dziwo okazało się, że wszyscy zgodnie zachwycają się amerykańskim filmem "Manchester by the Sea", za to "Toni Erdmann" wzbudził mieszane uczucia, od akceptacji do totalnej krytyki, co mnie zdziwiło, bo wydawało się, że to pewniak. Najgorzej potraktowano biografię Michaliny Wisłockiej, o "Amerykańskiej sielance" nie wspomniano, ale skądinąd słyszałam, że do literackiego pierwowzoru ma się nijak. Od początku czułam, że to nie mogło się udać. Dlatego czym prędzej pobiegłam na "Manchester", a na "Toni Erdmann" wybrałam się z wahaniem. Takie filmy nazywam ładnymi. Ładni bohaterowie, ładne krajobrazy, ładne wnętrza, żadnego brudu świata. To sprawia, że bardzo dobrze się je ogląda, mimo że opowiadają o całkiem poważnych problemach. Szczególnie "Manchester by the Sea" okazał się całkiem innym filmem, niż mogłam się spodziewać, czytając informację dystrybutora (historia mężczyzny, który po śmierci brata musi zaopiekować się jego nastoletnim synem). Niespieszny, subtelny i na szczęście mało amerykański. Ja się wzruszyłam i jestem całkowicie na tak. Zastrzeżenia mam za to do "Toni Erdmann", reklamowanej jako komedia, która opowiada o relacji córki pracoholiczki i ojca podchodzącego do życia na luzie. Ten film jest po prostu za długi. Z czasem żarty ojca głównej bohaterki przestają bawić, stają się monotonne, całość osiada na mieliźnie, brnie w groteskowo-metaforyczne sceny. Dopiero zakończenie przywraca początkowy ton powagi. Mimo tych zastrzeżeń nie żałuję, że "Toni Erdmann" obejrzałam. A szczegółowe refleksje dla tych, którzy filmy już widzieli, w drugiej części. Zapraszam.
środa, 15 lutego 2017
Yishai Sarid "Limassol"

Powieść "Limassol" izraelskiego pisarza Yishai Sarida (Filo 2016; przełożył Michał Sobelman) przeczytałam trochę przez przypadek. Jeszcze niedawno nie miałam pojęcia ani o książce, ani o jej autorze, ani o wydawnictwie Filo. Yishai Sarid w październiku odwiedził Polskę i wziął udział w dyskusji o współczesnej prozie izraelskiej, obok Eshkola Nevo i Zeruyi Shalev. Spośród tej trójki był jedynym pisarzem, którego nie tylko nie czytałam, ale nie wiedziałam o jego istnieniu. Rzuciłam się do internetu i tak trafiłam na tę powieść. Jeszcze zdanie o wydawnictwie, które wydaje ... poradniki, książki kucharskie i od niedawna serię Współczesna Proza Izraelska. No cóż, zabawne. Jako miłośniczka literatury izraelskiej mam nadzieję, że seria nie okaże się efemerydą (na razie wyszły trzy pozycje). Mam też nadzieję, że Filo wyda inne książki Yishai Sarida.

Bo "Limassol" to powieść całkiem interesującą, poruszającą i stawiającą czytelnika w bardzo niekomfortowej sytuacji. Jak czytam w notce wydawniczej,  mogłaby śmiało stanąć na półce obok książek Johna le Carre. Tego zweryfikować nie jestem w stanie, bo Johna le Carre nie znam, czego może i żałuję, ale, po raz kolejny powtórzę, trudno czytać wszystko. Mam jednak wątpliwości, bo "Limassol" to wprawdzie  powieść sensacyjna, ale moim zdaniem nie intryga jest tu najważniejsza. Oczywiście byłam ciekawa, jak ta historia się skończy, co zrobi główny bohater, pracownik izraelskiego wywiadu, jaką drogę wybierze. Muszę przyznać, że nie pomyliłam się w swoich przewidywaniach, ale równie dobrze ta historia mogła skończyć się inaczej. Ja jednak nie nazwałabym "Limassol" ani thrillerem, tak prezentuje ją wydawca, ani powieścią sensacyjną, bo dla mnie najważniejsza jest tu psychologia. To bohater jest w centrum. To, co myśli, co czuje, co przeżywa.

Jego zadaniem jest przesłuchiwanie podejrzanych o terroryzm. To często wyścig z czasem. Tak jest i tym razem. Po mieście krąży nafaszerowany dynamitem Palestyńczyk, który chce się wysadzić, służby wiedzą, kim jest, ale nie wiedzą gdzie się znajduje. Przesłuchiwani są członkowie jego rodziny, przyjaciele, znajomi. Zwyczajni, niebudzący podejrzeń. Rzeczywiście nic nie wiedzą czy tylko udają? Czas goni, atmosfera robi się nie do wytrzymania, puszczają nerwy. Przesłuchujący czuje obrzydzenie do siebie, do tego, co robi. Ja czuję obrzydzenie do niego, do jego metod, chwilami trudno mi było czytać te partie powieści. Ale terrorysta jest gdzieś w mieście. Jeśli mu się uda, zginie kilka (?), kilkanaście (?), kilkadziesiąt (?) niewinnych osób. Jak go złapać? Autor stawia pytanie, które towarzyszy dyskusji na temat terroryzmu - jak daleko można się posunąć? Czy usprawiedliwione jest przekroczenie granic zakreślonych przez prawo? Ta sprawa to jednak tylko początek. Bohater dostaje inne zadanie. Ma zaprzyjaźnić się z Dafne, pisarką, i skłonić ją do współpracy. W grę wchodzi złapanie wyjątkowo niebezpiecznego terrorysty, szefa organizacji. Nie mogę zdradzić więcej. Bohater znajdzie się w sytuacji jeszcze bardziej paskudnej. Właściwie nie ma z niej dobrego wyjścia. W tym wypadku nie da się pogodzić zawodowego profesjonalizmu z wrażliwością, ze współczuciem. Nie można być jednocześnie dobrym agentem i człowiekiem. Nie, nie chodzi o Dafne, nie chodzi o miłość. Chodzi o zaufanie, o starego, umierającego człowieka. Ale pytań jest więcej i nie dotyczą tylko głównego bohatera. Także Dafne. Ile gotowa jest poświęcić, aby ratować swojego syna narkomana? Gdzie jej lojalność?

Chociaż powieść nie stroni od schematycznych rozwiązań, miłość, rozpad małżeństwa, to jest po prostu interesująca. Porusza, stawia ważne pytania, zmusza do współodczuwania i dlatego zostaje w pamięci.

środa, 08 lutego 2017
Filip Florian "Dni króla"

Odkąd przeczytałam dwie znakomite rumuńskie powieści wydane przez młode wrocławskie wydawnictwo Amaltea ("Matei Brunul" i "Medgidia, miasto u kresu"), co jakiś czas wchodziłam na ich stronę, sprawdzając kolejne nowości czy zapowiedzi. Niestety nic się nie działo, jakby Amaltea była jakąś wydawniczą efemerydą. Już byłam pewna, że niczym meteor błysnęli i przestali istnieć, kiedy w Krytyce Liberalnej znalazłam recenzję właśnie wydanej przez nich kolejnej rumuńskiej powieści, "Dni króla" Filipa Floriana (Amaltea 2016; przełożyła Radosława Janowska-Lascar). Do artykułu nie zajrzałam, pobieżnie zorientowałam się, że chwalą, ale już sam fakt, że się ukazał, był dla mnie rekomendacją. No i dwie poprzednie książki wydane przez Amalteę dawały gwarancję, że i po kolejną warto sięgnąć. Dlatego bardzo szybko kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Nie znam wcześniejszych powieści Floriana, bo ukazywały się w czasach, kiedy literaturą bałkańską niezbyt się interesowałam, a właściwie, bądźmy szczerzy, nie interesowałam się nią wcale. Dla porządku dodam jeszcze, że wydawało je Czarne.

"Dni króla" to opowieść o piętnastu latach, kiedy tworzyła się rumuńska państwowość. Akcja rozpoczyna się w roku 1866. To wtedy świeżo zjednoczone Mołdawia i Wołoszczyzna postanowiły zaproponować tron niemieckiemu księciu Karolowi Hohenzollernowi, co stało się trochę przez przypadek. Kończy w roku 1881, gdy Rumunia ostatecznie wyzwala się spod tureckiego panowania i Karol zostaje królem (wcześniej był tylko hospodarem). Te lata to czas budowy państwa, modernizacji, rozwoju. Karol nie ma łatwego życia - trafia do świata zacofanego, dziwnego, gdzieś na krańcach Europy. Dla uporządkowanego Niemca, który przybył z cywilizowanego serca Europy, Rumunia to panoptikum. Do tego dochodzą wieczne intrygi tutejszych polityków, rozruchy antyniemieckie po wojnie prusko-francuskiej, wojna z Turcją, tragedia osobista (śmierć jedynej córki). Mimo to z pruską konsekwencją podejmuje się powierzonego mu zadania - przeprowadza reformy i wzmacnia państwo. Pewnie lekko sparafrazowane jakoś pasowałoby do niego nasze zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną w pigułce podsumowujące panowanie Kazimierza Wielkiego. Karol podobnie przysłużył się Rumunii.

Kto po przeczytaniu tego pobieżnego i dyletanckiego wykładu sądzi, że "Dni króla" są powieścią polityczną, myli się bardzo. Chociaż niemiecki książę jest jednym z bohaterów książki, to przecież nie najważniejszym. Pierwsze skrzypce grają tu jego krajan, Józef Strauss - dentysta, który zostaje przez Karola sprowadzony do Bukaresztu, i kot dentysty, Zygfryd. Bo "Dni króla" to lekka, dowcipna, nieco groteskowa, czasem poetycka książka będąca połączeniem opowieści o człowieku, jego kocie z kroniką tworzącego się państwa. Historię tych piętnastu kluczowych lat autor umiejętnie wplata w historię Józefa Straussa. Robi to z wdziękiem, z ironią, z lekkością.

Czyta się powieść Floriana znakomicie, chociaż pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Dużo tu opisów miasta i miejskiego życia, co mnie akurat bardzo frapowało, ale w naszych pospiesznych czasach nie każdy znajduje w sobie dość cierpliwości i uwagi, aby je smakować. To ten typ powieści, która pozwala bez reszty zanurzyć się w wykreowanym świecie. Razem z bohaterem wędrować po ulicach Bukaresztu, włóczyć się po przedmieściach, świętować, odwiedzać go w jego mieszkaniu, poznawać jego przyjaciół. Bardzo spodobało mi się stwierdzenie, jakie znalazłam w przywoływanej tu recenzji w Kulturze Liberalnej - "Dni króla" są jak album ze starymi fotografiami. To niezwykle trafne spostrzeżenie i bardzo żałuję, że to nie ja ujęłam je w tak zgrabną myśl.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć, że równie ważnym wątkiem jest też historia namiętnej miłości i łączący się z nią  nieoczekiwany splot zdarzeń prowadzący do nieporozumień i nieszczęścia. Ale w tej pogodnej opowieści wszystko przecież powinno skończyć się dobrze.

Uczciwie jednak przyznaję, że książka Filipa Floriana nie ma tej wagi, co "Matei Brunul" czy "Medgidia, miasto u kresu", stąd mój lekki niedosyt. Mimo to warto po nią sięgnąć.

23:17, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2017
Beata Chomątowska "Stacja Muranów"

Czasem jedna lektura wywołuje kolejną. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu "Króla" Szczepana Twardocha postanowiłam pójść za ciosem i sięgnąć po "Stację Muranów" Beaty Chomątowskiej (Czarne 2016). Premiera reportażu miała miejsce kilka lat temu, w roku 2012, a teraz ukazało się wydanie drugie. Już kiedyś myślałam o tej książce, gdy przy okazji zwiedzania Muzeum Żydów Polskich Polin po raz pierwszy znalazłam się na warszawskim Muranowie. Włóczyłam się po nim, szukając żydowskich śladów, a przede wszystkim upamiętnień związanych z gettem. Nie było to wcale łatwe, właściwie na wszystko, co udało mi się znaleźć, trafiałam przypadkowo. Coś tam wiedziałam, pomagała intuicja i dobra orientacja w terenie. Musiałam przyznać rację tym wszystkim, którzy twierdzą, że ślady żydowskiego życia zacierane są przez polski żywioł. Dotąd myślałam, że takie głosy to przesada. Ale dość dygresji, wróćmy do książek.

Co ma wspólnego "Król" ze "Stacją Muranów"? Niezorientowanym wyjaśniam, że akcja powieści Twardocha toczy się przede wszystkim w dawnej Dzielnicy Północnej zamieszkanej głównie przez Żydów. Piszę głównie, bo w Warszawie nie było dzielnicy żydowskiej. To tam znajdowały się ulice uwiecznione na kartach literatury - Nowolipki, Miła, Nalewki, Gęsia, Dzika, Stawki i wiele innych. Te ptasie ulice, o których pisał Piotr Paziński w swojej książce pod takim właśnie tytułem. To tam Niemcy utworzyli warszawskie getto. To na jego gruzach powstał współczesny Muranów. A ponieważ po lekturze "Króla" odczuwałam niedosyt, postanowiłam jeszcze bardziej zanurzyć się w tamten świat i sięgnąć po książkę Chomątowskiej, w której dawne przenika się z nowym. Stare kamienice, niektóre eleganckie, inne podupadłe, przepastne podwórka pełne sklepów, warsztatów, drobnych interesów zostały zastąpione przez nowe bloki budowane na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. W pośpiechu, szybko, aby zaspokoić powojenny głód mieszkań w zrujnowanej stolicy. Dzielnica Północna bezpowrotnie zniknęła, zniknęli jej mieszkańcy, zniknęło dawne życie, zniknęła też pamięć o niej. I chociaż wielu ulicom przywrócono przedwojenne nazwy, to niekoniecznie ich przebieg jest taki jak kiedyś. Taki los spotkał główną arterię przedwojennego Muranowa, Nalewki. Dziś poza nazwą nie ma wiele wspólnego ze swoją dawną krewniaczką.

Chomątowska w swojej książce przywraca pamięć o tej części miasta i stawia ważne pytanie - jak się żyło i jak się żyje na cmentarzu. Tak, na cmentarzu, bo, o czym już pisałam, na terenie Dzielnicy Północnej Niemcy utworzyli getto. Muranów powstał na jego gruzach i z jego gruzów. Dosłownie. Teraz wiem, dlaczego muranowskie bloki stoją na wzniesieniach. Te niewielkie skarpy powstały z gruzów. Nie tylko dlatego, że bardzo trudno byłoby to gruzowisko w szybkim czasie usunąć. To ostatecznie podobno dało się zrobić. Główny powód był inny. W zamyśle twórcy starego Muranowa, architekta Bohdana Laherta, to sposób upamiętnienia dawnych mieszkańców i ich tragedii. Skarpy są niczym cokół pomnika. A pod nimi do dziś kryją się fundamenty i piwnice starych kamienic. Bo dylemat, przed jakim stanęli odbudowujący Warszawę, był następujący - co zrobić z tym morzem ruin? Co zrobić z miejscem po getcie? Obsiać trawą i stworzyć park? Czy budować nową dzielnicę? Z różnych powodów zwyciężyła ta druga koncepcja.

Chomątowska w sposób fascynujący opowiada o dawnej Dzielnicy Północnej i o powstaniu współczesnego Muranowa. O jego projektowaniu i budowaniu. W "Stacji Muranów" historia przedwojenna, wojenna przeplata się z historią PRL-u i wreszcie z dniem dzisiejszym. Autorka pokazuje, że już przed wojną grupa młodych warszawskich architektów związanych z pismem Praesens, zafascynowanych Le Corbusierem, snuła plany przebudowy i modernizacji Dzielnicy Północnej (podobne plany mieli Niemcy). To tamte idee dały początek odbudowie, bo głównym projektantem powojennego Muranowa został, przywołany już przeze mnie, Bohdan Lahert, jeden z członków grupy. Autorka pisze o jego wizji, jej realizacji, o gloryfikowaniu jego dzieła, a potem o krytyce i dyskusji, jaka w środowisko architektów, urbanistów i historyków sztuki trwa do dziś. Bloki powstawały w powojennej rzeczywistości, w zawrotnym tempie, wizję przykrawano do zgrzebnej rzeczywistości, nic dziwnego, że szybko na wierzch zaczęły wychodzić wady, usterki, niedoróbki i błędne założenia.

Drugą materią książki są historie ludzi. Twórców i budowniczych Muranowa, najczęściej przybyłych z prowincji, bijących budowlane rekordy (jak w "Człowieku z marmuru" Wajdy). I mieszkańców, czasem jeszcze tego przedwojennego, ale głównie tych, którzy zasiedlali nową dzielnicę i tych, którzy mieszkają tu dziś. I stale powtarza się pytanie - czy wiedzieli, gdzie mieszkają? Kiedy się dowiedzieli. Jak? I co zrobili z tą wiedzą? Jak im się żyje z duchami Dzielnicy Północnej? Czy śnią im się po nocach? Czy mają koszmary? Czasem pojawia się metafizyczny dreszcz, czasem proza życia. Fascynująca opowieść.

00:13, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54