Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 07 grudnia 2016
Witold Szabłowski "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"

O tym, że Witold Szabłowski pisze książkę o Ukraińcach, którzy ratowali Polaków na Wołyniu, wiedziałam od kilku lat. Przeczytałam wtedy w Dużym Formacie jego reportaż dziś stanowiący część książki, a pod spodem prośbę, aby skontaktowali się z autorem ci, których bliscy mieli podobne doświadczenia. Nawet sama chciałam to zrobić, bo pamiętałam z dzieciństwa opowieść babci o tym, jak została ostrzeżona o napadzie planowanym na dziadka. Ale zapał, jak zwykle słomiany, rozpłynął się następnego dnia, a poza tym nie znałam szczegółów, a dowiedzieć się nie bardzo było już od kogo. Czasem nawet miałam wrażenie, że to wszystko sobie wymyśliłam. Dziś wiem, że ta historia rzeczywiście się zdarzyła. Potem o książce słuch zaginął, aż teraz wreszcie wyszła. Nie wiem, czy fakt, że stało się to w okolicach premiery filmu Smarzowskiego, został zaplanowany, ale nawet jeśli nie, to dobrze się stało, że "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia" (Znak 2016) ukazali się akurat teraz. To świetna okazja, aby dowiedzieć się więcej.

Szabłowski chce swoją książką oddać sprawiedliwość tym wszystkim zwykłym Ukraińcom, którzy w tamtym nieludzkim czasie ratowali swoich sąsiadów, Polaków. Chce wydobyć ich z niepamięci. Nie pisze o wielkich sprawach. To w większości drobne gesty, które ratowały życie. Ktoś kogoś ostrzegł o grożącym niebezpieczeństwie, ktoś ukrył u siebie w domu, a potem potajemnie wywiózł w bezpieczne miejsce, czyli do miasta albo za Bug, ktoś nosił jedzenie ukrywającym się w lesie. Chyba najbardziej spektakularna historia to opowieść o dziewczynce, Hani, która ocalała, została przygarnięta i z miłością wychowana  przez ukraińskie małżeństwo. O swojej przeszłości dowiedziała się jako dorosła kobieta. Inna zapadająca w pamięć historia związana jest z czeskim pastorem i jego żoną. Niewiele, albo zgoła nic nie wiemy, o wsi na Wołyniu zamieszkanej przez czeskich protestantów. Pastor i jego żona, wierząc, że czuwa nad nimi Boża opatrzność, systematycznie pomagali Polakom. I rzeczywiście, z wielu niebezpiecznych sytuacji wyszli cało. Te zwyczajne, proste gesty wymagały oczywiście niezwykłej odwagi. Pomagający mogli zapłacić za nie życiem. Czy myśleli o sobie jak o bohaterach, czy roztrząsali swoje męstwo i poświęcenie? Najczęściej nie. Po prostu robili to, bo byli ludźmi w tych nieludzkich czasach, bo zlitowali się nad sąsiadem. Czasem był to impuls, jednorazowy gest, czasem regularne działanie. Bywało, że ktoś, kto miał krew na rękach, jednocześnie ocalił czyjeś życie. Inny poszedł mordować Polaków i przerażony nie zrobił tego nigdy więcej, a miganie się też wcale nie było proste. Rozmówcy Szabłowskiego opowiadają o mężczyźnie, który pił, chociaż wcześniej od alkoholu stronił, dzięki czemu wieczorem nie był w stanie wziąć udziału w akcji. Znacznie rzadziej Polacy bronili się sami. Jedną z wiosek, gdzie udało się zorganizować sprawną samoobronę, był Przebraż. Jego mieszkańcy zdobywali broń, mieli nawet wywiad, uczynili ze swojej miejscowości prawdziwą fortecę. Dzięki temu skutecznie odpierali ukraińskie ataki. To też zapadająca w pamięć historia.

Wołyń przedwojenny i wojenny to konglomerat narodowości. Jedną z liczniejszych byli Żydzi. I oni byli sąsiadami, pewnie dlatego znajdziemy w reportażu świadectwa o ratowaniu ich. Najbardziej spektakularna jest opowieść o polskiej rodzinie, która budowała w lesie bunkry, gdzie ukrywała swoich żydowskich sąsiadów. W ten sposób ocaliła około trzydziestu osób.

Wbrew temu, czego można by się spodziewać po książce o rzezi wołyńskiej, Szabłowski unika okrucieństwa. Oczywiście podejmując ten temat, nie da się uciec od makabrycznych scen, ale autor nie epatuje nimi. Ja z jego opowieści zapamiętałam przede wszystkim to, co dobre. Autor prowadzi rodzaj dziennikarskiego śledztwa. Jeździ po ukraińskich wsiach, wędruje  jakimś tropem, szuka śladów. Nie jest to łatwe. Większość uczestników tamtych wydarzeń nie żyje, ich potomkowie nie zawsze pamiętają. Czasem są nawet zdziwieni. Często też napotyka mur milczenia. Ale kiedy rozmawia, z sympatią pochyla się nad swoimi bohaterami i rozmówcami. Pisze o ich dniu dzisiejszym, poświęca wiele miejsca detalom - opisowi wioski, domu, ogrodu, kota, zdjęciom z rodzinnego albumu, makatce na ścianie. Opowiada, co robią, co lubią, jak się ubierają. Dzięki temu jego opowieści są zwyczajne, miłe i swojskie. Rozmawia też z Polakami, najczęściej potomkami ocalonych, czasem z tymi, którzy ocaleli. Dlatego reportaż Szabłowskiego to opowieść snuta na trzech planach czasowych. Jest dzień dzisiejszy, jest wojna i rok 1943, i jest wreszcie sielski czas przedwojenny. W oczach wielu bohaterów reportażu Wołyń to raj na ziemi. Opowiadają o tym, jak ciężką pracą dochodzili do dobrobytu, jak wspaniale i spokojnie się im żyło, jak piękna to ziemia. Tak to zapamiętali. Oczywiście na tym nieskazitelnym, sielskim obrazku pojawiają się rysy. Mowa jest o wzajemnych niechęciach, pretensjach, o pogardzie dla Ukraińców, o poczuciu wyższości Polaków. Szczególnie ciekawym świadectwem jest opowieść czeskiego pastora, który spogląda na sytuację z boku.

Reportaż Szabłowskiego ma solidną podbudowę historyczną. Znajdziemy tu w szerszej wersji wszystko to, co Smarzowski naszkicował w swoim filmie. Dobre sąsiedztwo, ale i wzajemne niechęci, rodzący się ukraiński nacjonalizm, niepokojące sygnały, których z czasem coraz więcej, narastającą grozę, niepokój, aż wreszcie eksplozję nienawiści i rozpętanie pandemonium. Ale na pierwszy plan wysuwa się opowieść o dobrych, zwyczajnych ludziach w nieludzkich czasach. O ludziach, o których z niewiadomych przyczyn nie chcemy pamiętać. Na koniec dodam, że książkę Szabłowskiego czyta się jednym tchem.


niedziela, 04 grudnia 2016
Eshkol Nevo "Samotne miłości"

Pilnie przyglądam się literaturze izraelskiej, niestety tylko temu, co się u nas wydaje. Dlatego nie tak dawno dzieliłam się tutaj swoimi mieszanymi uczuciami po przeczytaniu "Neulandu" Eshkola Nevo.  Jakiś czas temu ukazała się kolejna powieść pisarza, "Samotne miłości" (Muza 2016; przełożyła Magdalena Sommer), a ja nie byłam pewna, czy mam ochotę ją przeczytać. Decyzję podjęłam, kiedy dowiedziałam się, że autor przyjeżdża do Polski i weźmie udział w dyskusji o literaturze izraelskiej. Dlatego też szybko zabrałam się za lekturę.

Kiedy czytałam "Samotne miłości", pomyślałam sobie, że ta powieść jest lepsza od "Neulandu" - bardziej zwarta, krótsza, nie tak przegadana, no i mniej przewidywalna. Kocham grube książki, ale nie zawsze ilość przechodzi w jakość. Gładko, ze sporą przyjemnością pochłaniałam opowieść, której akcja rozgrywa się w Mieście Cadyków, a jej bohaterami są kochankowie. Zagubieni, bo zaprzepaścili swoją szansę na miłość, i  szczęśliwi, bo odnaleźli drugą połówkę. Chyba najbardziej wciągnęła mnie historia Katii i Antona, rosyjskich imigrantów, których uczucie dopadło na starość. Jest w tej opowieści coś ładnego, naturalnego i wzruszającego. Szczególnie, że Anton, który Żydem nie był, dla Katii przewraca swoje życie do góry nogami. Kiedy ona tęskni za wnukiem i córką, którzy wyemigrowali do Izraela, postanawia jechać tam razem z nią. Z ich historią konkuruje druga, szalona i nieszczęśliwa - jej bohaterami są Ajelet i Mosze. Ich namiętny romans nie wytrzymał próby, przed którą stanęli. Temat miłości, samotności, tęsknoty, cierpienia zgrabnie splata się z tematem lokalnej polityki - na swoją miarę brudnej, cynicznej, wyrachowanej. I tu wkracza dość nieoczekiwanie ton żartobliwy, groteskowy. Następuje zabawna komedia omyłek zmierzająca do naprawdę śmiesznego, chociaż przewidywalnego finału.

Bo z czasem książka, która najpierw zapowiadała się na smutną, melancholijną opowieść o niespełnionej miłości, o rozczarowaniu życiem, o przygniatającym smutku i tęsknocie, przeradza się w zgrabnie skonstruowaną, lekko opowiedzianą, przyjemną, ale przewidywalną groteskę. I kiedy przyszło mi napisać tę notkę, uświadomiłam sobie, że te pierwsze wrażenia gdzieś wyparowały, a ja nie bardzo już potrafię wykrzesać z siebie jakieś refleksje. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Ot, przyjemny przerywnik, miła książka, literatura popularna z górnej półki. Czasem jednak zastanawiam się, czy nie lepiej by było przeczytać na nowo Dostojewskiego, Tołstoja, Prusa lub innego giganta literatury, albo wziąć się wreszcie za Prousta, co od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. Ale jest jak jest - w poszukiwaniu wielkiej powieści trafiam na czytadła z górnej półki.

środa, 30 listopada 2016
"Egzamin"
Na ekrany kin wszedł nagrodzony Złotą Palmą za reżyserię "Egzamin", najnowsze dzieło Cristiana Mungiu, twórcy głośnych "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni". Ten film przyniósł mu sławę i rozpoczął boom na kino rumuńskie. To historia rozczarowanego życiem lekarza, który wszystkie swoje nadzieje związał z przyszłością dorastającej córki, Elizy, właśnie przystępującej do matury. Jeśli egzamin pójdzie jej odpowiednio dobrze, będzie studiować w Anglii. To marzenie jej ojca. Rozczarowany Rumunią wierzy, że tylko tak zapewni swojej ukochanej córce dobrą przyszłość. Od wyników matury zależy wszystko, tymczasem tuż przed pierwszym dniem egzaminu sprawa się komplikuje. Co ojciec zrobi, aby zapewnić szczęście córce? Na jakie kompromisy pójdzie? Ale ten film jest oczywiście czymś znacznie więcej niż historią jednej rodziny. To portret pokolenia, które w dorosłe życie wchodziło w czasie upadku reżimu Nikolae Ceausescu. Pokolenia zmęczonego, rozczarowanego, pozbawionego złudzeń, że może być lepiej, inaczej, normalniej. Film świetnie się ogląda. Mimo że to opowieść o przeciętnych ludziach i ich codzienności, trzyma w napięciu do samego końca, a finał zaskakuje. Kto ceni kino rumuńskie czy, szerzej, europejskie, ten na pewno pójdzie. Innych zachęcam, warto spróbować. A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 23 listopada 2016
Szczepan Twardoch "Król"

Rzadko zdarza mi się czytać książkę zaraz po premierze. Pod wpływem impulsu, jakim było wysłuchanie wywiadu ze Szczepanem Twardochem, i przedpremierowej promocji nie zastanawiając się specjalnie, kupiłam "Króla" (Wydawnictwo Literackie 2016). A że potrzebna mi była przerwa po książce Samar Yazbek o wojnie w Syrii, przeczytałam od razu. Moja literacka znajomość z Twardochem przebiega różnie. Znam "Morfinę", która z jednej strony wciągnęła mnie z jakąś hipnotyczną wręcz siłą, z drugiej jednak rozczarowała. Brakowało mi tego czegoś, co sprawia, że powieść nie jest tylko znakomitą, świetnie napisaną książką. Niby mówiła o sprawach poważnych, ale mimo wszystko wydała mi się trochę efekciarska i pusta w środku. "Dracha" miałam święty zamiar przeczytać, choćby ze względu na moje świeże, obudzone znakomitym "Czarnym ogrodem" Małgorzaty Szejnert zainteresowanie Śląskiem (chociaż, o ile dobrze pamiętam, autor twierdził, że to nie jest śląska powieść), ale dotąd jakoś się nie udało, bo lektury mnożą się niczym króliki, jedna wypiera drugą. A po "Króla" sięgnęłam z pełną premedytacją, chociaż wiedziałam z nasłuchu, że to powieść raczej rozrywkowa. Miałam ochotę zanurzyć się w świat przedwojennej Warszawy, nie tylko tej pięknej, ale też tej gorszej, brudnej, biednej, a przecież  już w "Morfinie" Twardoch pokazał, jak znakomicie potrafi pisać o mieście. We wspomnianym wywiadzie opowiadał o researchu, jaki zrobił, przygotowując się do pisania "Króla". Stale mam w pamięci obraz przedwojennej Warszawy nakreślony przez Filipa Springera w jego świetnym reportażu "13 pięter" - wcale nie Paryża północy, jak lubimy myśleć, ale miasta biedy, slamsów (dosłownie), niebrukowanych ulic. Tak, chciałam odbyć wycieczkę w przeszłość, poznać tamten świat. Czy się udało? Tylko częściowo.

Powieść Twardocha to historia gangsterska, trochę polityczna, trochę sensacyjna, chociaż intryga nie jest jakoś specjalnie wyrafinowana - nie było tak, że koniecznie chciałam wiedzieć, co dalej. Wielu tu bohaterów autentycznych, czasem występujących pod innymi nazwiskami, czasem autor coś tam zmienił w ich losie, nieco im ujął lub dodał. Tak jest z jedną z głównych postaci, tytułowym królem, Kumem Kaplicą, gangsterem zbierającym haracze na Kercelaku i w Dzielnicy Północnej. Gangsterem o przeszłości bojowca z PPS-u. Jego pierwowzorem był niejaki Tata Tasiemka, czyli Łukasz Siemiątkowski. Podobnie rzecz się ma z doktorem Radziwiłkiem, Pantaleonem Karpińskim czy Ryfką Kij. Pojawiają się też na kartach powieści politycy, premier Sławoj Składkowski czy marszałek Rydz-Śmigły. Ale już główny bohater, żydowski bokser, przyboczny Kuma Kaplicy, Jakub Szapiro, to postać wymyślona.

Powieść Twardocha pełna jest brudu, przemocy, namiętnego, dzikiego seksu (ale jeśli ktoś liczy na nie wiadomo jakie opisy, zawiedzie się; to nie pornografia), gangsterów, sprzedajnych dziennikarzy, odpychających typów, dziwek i kobiet wyrozumiałych, szlachetnych, beznadziejnie wiernych swoim niewiernym partnerom albo beznadziejnie w nich zakochanych. Gangsterzy dokonują niejednej okrutnej egzekucji, tym razem autor nie szczędzi czytelnikowi szczegółów, na ulicach ścierają się bojówki polityczne, politycy knują, aby dokonać kolejnego przewrotu, który wyeliminuje Żydów z życia społecznego i sprawi, że Polska skręci jeszcze bardziej na prawo, niewygodni trafiają do Berezy Kartuskiej, gdzie bezwzględni strażnicy w wyrafinowany sposób znęcają się nad więźniami, na uczelniach króluje getto ławkowe, a świat wyraźnie zmierza ku katastrofie. Polska staje się krajem dusznym, w którym coraz trudniej żyć, szczególnie Żydom. Coś się zmienia, coś się przełamuje, dlatego niektórzy bohaterowie marzą o wyjeździe do Palestyny, bo w Polsce dla Żydów przyszłości nie ma. Atmosferę przedwojennej Warszawy, akcja toczy się w roku 1937, nastroje społeczne i polityczne Twardoch odmalował bardzo dobrze. Opowiadając o nich, nie zmyślał, nie przesadzał. Jak mówi, studiował przedwojenną prasę i stamtąd obficie czerpał. Gorzej natomiast wypada portret miasta, to, na co tak bardzo liczyłam. Topografia to nie wszystko. Zabrakło mi mięsistych opisów ulic, budynków i tego, co tworzy tkankę miasta. Wszystko to niby jest, ale jednak naskórkowe, ledwie naszkicowane. Pod tym względem "Morfina" wypada dużo lepiej, chyba, że pamięć mnie zawodzi. Nie przemawia też do mnie typowa dla Twardocha dziwna, fantasmagoryczna, filozofująca, mająca przydać powieści głębi nadbudowa. Tu przejawia się w obrazach kaszalota - Litaniego (biblijnego Lewiatana), potwora przewalającego się nad miastem, wsysającego niektórych bohaterów i tylko przez niektórych dostrzeganego, będącego symbolem katastrofy, braku nadziei. Drugim majakiem jest czarna Wenus z Willendorfu, symbol rozpaczy. Znacznie bardziej przemawiają do mnie rozważania o roli przypadku w ludzkim życiu, których tu też sporo.

"Król" jest rodzajem ballady, w której gangsterzy są bohaterami zbiorowej wyobraźni. Tak zresztą było, to o Tacie Tasiemce (Kum Kaplica) i Rum Helce (Ryfka Kij) jest piosenka Grzesiuka, potem śpiewana przez Szwagierkolaskę. Twardoch pokazuje ich bardzo mroczne strony, ale też nadaje im ludzki rys, uszlachetnia. Nie tylko potrafią być dobrymi i hojnymi mężami (chociaż tłuką swoje żony), czułymi ojcami, ale też jest w nich jakaś egzystencjalna rozpacz. Tęsknota za czymś lepszym, szlachetniejszym, za wiernością, za dawną miłością, za nie wiadomo czym. To zderzenie budzi w nich często demony, dlatego stają się jeszcze dziksi i jeszcze bardziej bezwzględni.

"Król" na pewno będzie się cieszył dużym powodzeniem, Twardoch jest na fali. Chociaż nieco się rozczarowałam, chociaż gangsterzy nie są bohaterami mojej wyobraźni, nie narzekam - powieść bardzo dobrze się czyta, niemal do końca zaskakuje, bo autor dokonuje wolt w losach bohaterów. Ale trzeba mieć świadomość, że to po prostu odrobinę podkręcona powieść rozrywkowa.

środa, 16 listopada 2016
Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki "Armenia. Karawany śmierci"

Są książki, które muszę koniecznie przeczytać. Jestem tego pewna od pierwszej wzmianki na ich temat. Tak było z reportażem "Armenia. Karawany śmierci" (Czarne 2016) znanej spółki autorskiej, specjalistów od Europy Wschodniej, Małgorzaty Nocuń i Andrzeja Brzezieckiego. Staram się czytać i słuchać wszystkiego, co dotyczy tych rejonów. To nie pierwsza książka o Armenii, jaka wpadła w moje ręce. Znam temat z reportaży, literatury pięknej i radia. Dlatego tym razem to nie było odkrywanie białych plam, a raczej przypomnienie i poszerzenie wiedzy. No i przyjemność czytania, bo Nocuń i Brzeziecki nie tylko porządkują świat, nie tylko dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem, nie tylko opowiadają o ludziach, ale pięknie piszą. Opisy Erywania, Górskiego Karabachu czy innych miejsc są bardzo dokładne i plastyczne, dzięki nim czytelnik z łatwością wyobrazi sobie bujną zieleń i nadal częściowo zrujnowane miasta Górskiego Karabachu, stare kamienice ormiańskiej stolicy ustępujące miejsca nowoczesnym, niekoniecznie pięknym, wieżowcom. Zdaję sobie sprawę, że bardziej niecierpliwych czytelników takie szczegóły mogą nużyć, ale ja jestem miłośniczką detalu, lubię, kiedy mięsisty opis staje się pożywką dla wyobraźni, pozwala poczuć klimat miejsca, jego kolory, faktury, zapachy.

Ale książka autorskiej spółki urzekła mnie też klarownym podziałem. Najpierw, w prologu, dowiadujemy się, jak dumni ze swojej ojczyzny i narodu są Ormianie, jak bardzo wierzą, że są naj, że wszystko w ich kraju jest najpiękniejsze i wyjątkowe, nawet niebo jest wyżej i bardziej błękitne, ilu sławnych ludzi ma ormiańskie korzenie. Jednym słowem uważają się za naród wybrany. Wszak to obszar, gdzie po biblijnym potopie odrodziło się życie. A potem następuje przysłowiowe trzęsienie ziemi. W kolejnej części poznamy wszystkie nieszczęścia, jakich doświadczyła Armenia w dalszej i bliższej historii, poczynając od tureckiego ludobójstwa, tytułowych karawan śmierci, przez trzęsienie ziemi, którego skutki odczuwalne są do dziś, wojnę o Górski Karabach czy zamach w parlamencie. Stąd już tylko krok, aby przyjrzeć się politykom i polityce. To kolejna część. Następna to opowieść o Górskim Karabachu, o pięknie tej krainy, jej historii, konflikcie ormiańsko-azerskim, wojnie i jej skutkach, też niestety odczuwanych do dziś. Osobny rozdział poświęcony jest stolicy. Autorzy opowiadają o zmianach, jakie się dokonują, i szukają, bezskutecznie, jej orientalnego uroku. Ostatnią część poświęcają ormiańskiej diasporze i emigracji. Armenia to kraj, który oficjalnie liczy trzy miliony mieszkańców, naprawdę jest ich mniej, co władze wstydliwie przemilczają, chcąc ukryć problem. Wyludniają się miasta i wioski, pustoszeją domy. Tymczasem na świecie żyje potężna ormiańska diaspora, siedem milionów Ormian!

Niewesoła to książka, bo niewesoła jest historia Armenii, po której zawsze hulał krwawy wiatr historii. Ormianie mieli i mają pod górkę. Utracili swoje święte ziemie, święta góra Ararat, która jest na wyciągnięcie ręki (widać ją znakomicie z Erywania), znajduje się w Turcji, Turcji znienawidzonej, bo odpowiedzialnej za wymordowanie około półtora miliona Ormian. Pamięć ludobójstwa wciąż jest żywa, a ofiary nadal się opłakuje. Kraj zamknięty jest w potrzasku, można stąd wyjechać tylko do Iranu albo Gruzji (kiedyś i to było niemożliwe), granice z Azerbejdżanem i Turcją są nadal zamknięte. Sytuacja geopolityczna wpycha Armenię w łapy Rosji, od której jest uzależniona także gospodarczo. Konflikt o Górski Karabach stale się tli i w każdej chwili może wybuchnąć na nowo. Kraj mimo upływu lat nie podźwignął się po trzęsieniu ziemi i wojnie z Azerbejdżanem. Wciąż straszą zrujnowane domy, a uchodźcy z Azerbejdżanu, Górskiego Karabachu i mieszkańcy terenów zniszczonych przez kataklizm nadal mieszkają byle jak i byle gdzie. Jak by tego jeszcze było mało, do kraju przybywają Ormianie do niedawna mieszkający w Syrii. I oni skazani są na tymczasowość, nikt nie wita ich z otwartymi ramionami. Nie ma pracy i nie ma nadziei. Świat nie ujmie się za Armenią.

Książka to lament wygnanych, skrzywdzonych, ocalałych z ludobójstwa, dzieci i wnuków zamordowanych przez Turków, wdów i matek, które straciły synów na wojnie albo po prostu w wojsku przesiąkniętym korupcją i przestępczością, ludzi bez pracy i bez nadziei. Trudno uciec od opisów okrucieństwa, nie tylko tego sprzed stu lat, ale i tego całkiem świeżego (pogromy Ormian w Azerbejdżanie). Tylko rozdziały o ormiańskich dywanach, o ormiańskiej brandy i bujnej przyrodzie są wytchnieniem w tym morzu nieszczęść.

środa, 09 listopada 2016
"Jestem mordercą"
Jak zwykle o tej porze roku do kin spływają filmy z gdyńskiego festiwalu. Właśnie wszedł na ekrany najnowszy obraz Macieja Pieprzycy "Jestem mordercą", zdobywca Srebrnych Lwów i nagrody za najlepszy scenariusz. Właściwie film jest powszechnie chwalony, dopiero w Tygodniku Kulturalnym usłyszałam kilka słów krytycznych. Niektórzy z dyskutantów, doceniając świetną filmową robotę, twierdzili jednocześnie, że nie potrafili się przejąć losami bohatera. Znacznie wyżej cenili poprzedni film Pieprzycy, "Chce się żyć". Przyznam, że należałam do tych, chyba zdecydowanie mniej licznych, którzy nie pałali do niego entuzjazmem. Nie lubię takich wyciskających łzy wzruszenia bajek, które mimo pozorów realizmu zagłaskują rzeczywistość, upraszczając ją i wygładzając. Z tym większą ciekawością szłam do kina. Film inspirowany jest historią seryjnego mordercy, Wampira, który w latach siedemdziesiątych zabijał kobiety na Śląsku. Przyznam, że ponieważ po obejrzeniu wspomnianego Tygodnika Kulturalnego zapaliła mi się czerwona lampka, nie od razu potrafiłam się emocjonalnie zaangażować w tę historię. Oglądałam film z dystansem, od razu dostrzegając wszystkie szwy, które mnie drażniły. W jakimś stopniu tak pozostało do końca. Kiedy krytyk w mojej głowie wyłączał się i dawałam się porwać opowieści, znowu działo się coś, co nie pozwalało zapomnieć, że siedzę w kinie. Generalnie jednak jestem na tak. Świetnie oddany klimat lat siedemdziesiątych, znakomite aktorstwo (Mirosław Haniszewski, Arkadiusz Jakubik, Agata Kulesza, Michał Żurawski), no i sam problem - moralny upadek milicjanta, hipokryzja systemu. A już szczególnie poruszyła mnie sama końcówka filmu. To wszystko sprawiło, że wyszłam z kina przygnębiona. A więcej w drugiej części, przeznaczonej dla tych, którzy w kinie już byli.
niedziela, 06 listopada 2016
Ece Temelkuran "Odgłosy rosnących bananów"

Po powieść tureckiej pisarki Ece Temelkuran "Odgłosy rosnących bananów" sięgnęłam trochę w ciemno, jakby wystarczającym powodem było, że to proza turecka wydana przez Książkowe Klimaty (2016; przełożyła Anna Mizrahi). Ten fakt wystarczył, abym ją kupiła i dość szybko przeczytała. Poczucie, iż to literacka randka w ciemno, potęgował brak wiadomości o autorce, poza datą urodzenia (1973) i zdjęciem, na stronie wydawnictwa. Znalazłam co nieco w angielskiej Wikipedii, a trochę więcej na stronach internetowego Dwutygodnika w ciekawym wywiadzie z tłumaczką, w którym opowiada nie tylko o autorce powieści, ale też o literaturze tureckiej w ogóle i czytelnictwie w Turcji.

Kim jest Ece Temelkuran? To turecka dziennikarka, reporterka, felietonistka i pisarka o lewicowych poglądach. Mieszka w Stambule, ale w tej chwili ze względu na sytuację polityczną w Turcji publikuje tylko w zagranicznych pismach, a i książki wydawać zaczyna poza swoją ojczyzną. "Odgłosy rosnących bananów" to jej literacki debiut, efekt podróży po Bliskim Wschodzie. I pewnie dlatego akcja powieści toczy się przede wszystkim w Bejrucie, trochę w Oksfordzie i odrobinkę w Paryżu. Ale to Bejrut jest istotny. Można śmiało powiedzieć, że książka jest hymnem na cześć tego żywotnego miasta niszczonego przez wojny. I tu pierwsze zdziwienie, bo kupując powieść tureckiej pisarki, chciałam przeczytać coś o jej kraju. Cóż, pomyślałam sobie, może być i Bejrut, w końcu Bliski Wschód też mnie interesuje.

Akcja powieści toczy się w roku 2006 w przededniu wojny z Izraelem zwanej drugą wojną libańską, a retrospekcje sięgają czasów wojny domowej - roku 1982. Powieść ma wielu bohaterów o różnych rodowodach. Jest mieszkający w Bejrucie Syryjczyk, jest Ormianka, jest pół-Filipinka, pół-Palestynka, są oczywiście Libańczycy i Turczynka, Deniz, pisząca w Oksfordzie doktorat o Bliskim Wschodzie. Wszyscy oni, poza Deniz, mieszkają w jednym bloku na bejruckim wzgórzu Jetawi. Wszyscy oni, poza Deniz, są w jakiś sposób naznaczeni wojną i terrorem. Wojna jest tu stanem normalnym, a czas pokoju to tylko przerwa pomiędzy kolejnymi jej odsłonami. Prawie wszyscy szukają miłości. Główną bohaterką wydaje się Deniz, młoda kobieta na życiowym zakręcie, trawiona wyrzutami sumienia z powodu wygodnego życia na Zachodzie. Mamy też problem różnic klasowych i dość ciekawy obraz, a właściwie szkic, sytuacji filipińskich służących pracujących w Bejrucie.

Początkowo czytałam "Odgłosy rosnących bananów" z zainteresowaniem, ale potem zaczął męczyć mnie chaos, nie wykluczam, że wykreowany celowo, aby oddać chaos Bejrutu. Trudno mi było przywiązać się do bohaterów, którzy, może poza Deniz, zostali raczej naszkicowani niż sportretowani. A może fakt, że nie zżyłam się z nimi spowodowany został równoległym prowadzeniem wątków? A potem jeszcze okazało się, że mamy tu powieść w powieści. Wtedy ostatecznie straciłam serce do tej książki. Owszem, czytała się gładko, bez przykrości, ale pozostałam obojętna i na losy bohaterów, i na bliskie mi problemy. Najciekawszy wydał mi się portret Bejrutu. Jeśli Książkowe Klimaty będą wydawać kolejne powieści Ece Temelkuran, raczej podziękuję. Cóż, sięganie po nieznaną prozę to zawsze ryzyko. Można odkryć perłę, ale chyba częściej trafia się po tanią błyskotkę.

środa, 02 listopada 2016
"Ja, Daniel Blake"
Z tygodniowym opóźnieniem wybrałam się do kina na nagrodzony Złotą Palmą film Kena Loacha "Ja, Daniel Blake". Od razu napiszę - nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Nawet nie wiem, kiedy minął seans. Nie będę też ukrywać, że zwyczajnie się wzruszyłam. A nie zdarzyło się to ani na "Ostatniej rodzinie", ani na "Wołyniu". Ta prosto opowiedziana historia, czasem surowa, czasem wywołująca gniew, momentami śmieszna, momentami groteskowa (bo groteskowa jest sytuacja, w jakiej znalazł się Daniel), nieoczekiwanie zaskakująca poruszyła mnie, zirytowała a na koniec wzruszyła. Loach, weteran kina społecznego, opowiada o Danielu Blake'u zmagającym się z brytyjskim systemem ubezpieczeniowym i pośredniakiem. W starciu z procedurami i urzędnikami, którzy je ślepo wykonują, okazuje się bezsilny. Nie on jeden. Ale wbrew pozorom ta opowieść niesie sporą dawkę optymizmu. Mimo wszystko. Oczywiście dziś, kiedy ochłonęłam, dostrzegam drobne słabości filmu. Podzielę się nimi w ciągu dalszym mych rozważań. Ale wybaczam je, bo dla mnie w kinie i w literaturze najważniejsze są emocje, czemu nie raz dawałam wyraz w tych zapiskach. Tyle krótkiego wprowadzenia, a kto historię Daniela Blake'a już widział, może czytać dalej. Zapraszam.
poniedziałek, 31 października 2016
Izabela Klementowska "Samotność Portugalczyka"

Reportaże Izabeli Klementowskiej "Samotność Portugalczyka" od dawna znajdowały się na mojej liście książek, które chcę przeczytać, ale dopiero niedawno dzięki promocjom na ebooki znalazły się na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie, czyli po prostu w czytniku. Powody, aby po nie sięgnąć, były co najmniej dwa. Pierwszy - to książka o Portugalii, o której niewiele wiem, chociaż kilka lat temu po niej podróżowałam i ten wyjazd stale mam w pamięci. Drugi - wydało ją moje ulubione wydawnictwo Czarne (2014). Był jeszcze powód trzeci - jak słyszałam, miała to być opowieść o Portugalii Salazara. To akurat nie do końca okazało się prawdą. Owszem, znajdziemy tu reportaż o życiu domowym dyktatora, o ludziach więzionych i prześladowanych w więzieniu w Caxias, o rewolucji goździków, o procesie wytoczonym trzem pisarkom, o wojnach kolonialnych i jeszcze kilka innych. Jednak w książce są też teksty traktujące o problemach współczesnych - o stosunku Portugalczyków do imigrantów z dawnych kolonii, o ich losach, o strachu przed utratą pracy.

Ale to ludzie są głównymi bohaterami opowieści Klementowskiej. Historię Portugalii i jej dzień dzisiejszy poznajemy przez ludzkie losy. Często smutne, wzruszające, czasem trochę śmieszne. Najbardziej utkwiły mi w pamięci i wzruszyły, tak, tak, wzruszyły, dwie opowieści - historia konsula Mendesa, który w czasie drugiej  wojny wbrew poleceniom władz i samego Salazara wystawił uciekinierom z Europy tysiące wiz do Portugalii. Wziął na siebie pełną odpowiedzialność, po powrocie do kraju spotkał go ostracyzm, dawni znajomi odwrócili się od niego, żył w biedzie, wyprzedając co cenniejsze przedmioty. Postąpił tak, bo był chrześcijaninem i do serca wziął sobie przykazanie o miłości bliźniego. I opowieść druga - historia przyjaźni tryskającego optymizmem, przedsiębiorczego imigranta z Pakistanu i smutnego starszego pana, który nigdy nie odnalazł się w swojej ojczyźnie po powrocie z Angoli.

Napisałam smutnego pana nieprzypadkowo, bo to smutek, nostalgia, melancholia, jak twierdzi Klementowska, są charakterystyczne dla Portugalczyków. Autorka próbuje dociec, jak żyje się w kraju na krańcu Europy, małym, o wielkiej historii, ale dzisiaj jednak prowincjonalnym, biedniejszym od innych, pozostającym w cieniu wielkiego sąsiada. Portugalczycy, jak to bywa w małych państwach, są jednocześnie dumni i zakompleksieni. Pełen sprzeczności jest też ich stosunek do kolonialnej przeszłości i do imigrantów. Może stąd bierze się ich smutek? A poza tym lubią żyć niespiesznie, bez większych ambicji, celebrując codzienność.

Książkę czyta się bardzo dobrze, ale trudno mi powiedzieć, żeby zrobiła na mnie jakieś wielkie wrażenie. Na pewno nie zapisała się wśród tych reportaży, które pamięta się na długo. Jednym słowem można przeczytać, szczególnie jeśli ktoś wybiera się do Portugalii, ale niekoniecznie trzeba.

Tagi: reportaż
21:06, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 października 2016
Wojciech Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Książka Wojciecha Tochmana "Dzisiaj narysujemy śmierć" (Czarne 2010) trochę się przeleżała na mojej półce książek oczekujących. Jeśli przyjąć, że kupiłam ją zaraz po ukazaniu się, a mogło tak być, bo od przeczytania wywiadu z francuskim reporterem Jeanem Hatzfeldem a potem jego "Strategii antylop" interesowałam się tematem, to książka Tochmana czekała na półce sześć lat. A to wcale niestety nie jest rekord. Cóż, nowsze wypiera starsze. Kilka razy solennie sobie obiecywałam, że już, już, ale nic z tego. Aż wreszcie teraz po wysłuchaniu rozmowy z autorem w końcu ją przeczytałam. Tochman jest specjalistą od tematów trudnych, ekstremalnych, które śnią się po nocach. Nie sposób o opisywanych problemach zapomnieć. Tak było z "Jakbyś kamień jadła" (wojna w Bośni), z "Eli, Eli" (slamsy Manili) mimo wszelkich wątpliwości na jej temat, a nawet ze zbiorem reportaży z Polski "Bóg zapłać". A i kolejna jego książka nie zapowiada się wesoło, bo jak dowiedziałam się z rzeczonego wywiadu, Tochman siedzi w Kambodży i zbiera materiały.

A "Dzisiaj narysujemy śmierć" to reportaż z Rwandy. Wiedziałam oczywiście, o czym jest książka, a jednak co jakiś czas musiałam przerywać lekturę, a o czytaniu przed snem nie było mowy. Jak przed chwilą wspominałam, znałam "Strategię antylop", ale albo szczegóły wyleciały mi z głowy, albo autor pisze o zbrodniach, o których Hatzfeld nie wspominał. Tochman przede wszystkim oddaje głos ocalonym, którzy opowiadają o tamtych kwietniowych dniach roku 1994. Głos mają dzieci, które straciły całe rodziny, a same cudem ocalały, gwałcone kobiety i inni, którzy uniknęli śmierci. Ale wszyscy oni byli świadkami zbrodni nieprawdopodobnych, niewyobrażalnych. Reporter pokazuje, jakie spustoszenia zostawiła ludobójstwo. Minęło prawie dwadzieścia lat (biorę pod uwagę czas powstawania książki), a ofiary wciąż mierzą się z traumą. Nie potrafią kochać, nie potrafią być blisko. Nie przypadkiem tyle w Rwandzie nieszczęśliwych małżeństw, a młodzi często żyją samotnie. Tochman ogląda zdjęcia, tych, którzy zginęli. Chce ich zapamiętać, opowiedzieć o nich tyle, ile można, a można niewiele. Daje też świadectwo o tych Hutu, którzy narażając własne życie, ratowali Tutsi. Rozmawia również z mordercami, którzy najczęściej twierdzą, że są niewinnymi ofiarami donosów i fałszywych oskarżeń. Pisze o trudnym procesie pojednania, właściwie nie bardzo możliwym, przeprowadzanym na siłę. Przypomina, jak do ludobójstwa doszło. Jak rząd przy pomocy radia przez lata prowadził systematyczną kampanię zohydzającą Tutsi. Jak nazywano ich karaluchami, robactwem, stopniowo odzierano z godności. Tochman przypomniał o tym w wywiadzie, o którym tu wspominałam. Zrobił to, aby to ostrzeżec. Czasem myślę, to przesada, ale zaraz dodaję, przecież zawsze wydaje się, że ci, którzy straszą, przesadzają.

Książka swego czasu narobiła sporo szumu przede wszystkim dlatego, że autor napisał o niechlubnej karcie kościoła katolickiego w rwandyjskiej masakrze. Księża albo przyglądali się biernie wypadkom, albo jawnie wspierali Hutu. Niektórzy byli uczestnikami tego szaleństwa. Nieliczni zachowali się bohatersko, nieliczni potrafią przyznać się, że zawiedli i stchórzyli. Takie świadectwo robi największe wrażenie. Pisze też Tochman o tym, jak kościół pomaga katom oczyścić się z winy, usprawiedliwić. To nie ludzie mordowali, to robił szatan. Jednym z księży, który lata spędził w Rwandzie, był dzisiejszy arcybiskup warszawsko-praski Henryk Hoser. Tochman zadał mu szereg pytań, między innymi chciał wiedzieć, czy pomagał uciec księżom, którzy czynnie brali udział w ludobójstwie, ale odpowiedzi się nie doczekał.

Reportaż przesiąknięty jest emocjami. Autor ich nie kryje. Nie kryje gniewu, oburzenia, przerażenia, pisze o swojej bezradności. Oskarża, ocenia. Stawia wiele pytań ociekających złością. Pewnie niektórych takie pisanie bebechami razi, ja go rozumiem. Daję mu prawo do emocji, skoro przez dwa lata wysłuchiwał tych niewyobrażalnie potwornych opowieści. Obcował ze złem, zbrodnią, łzami, rozpaczą, pustką, nieszczęściem. Można oczywiście zapytać - po co? Po co o tym pisać, po co o tym czytać? Takie pytanie zadaje Tochman czytelnikowi. Wywołana do tablicy odpowiadam, pewnie dość banalnie - trzeba wiedzieć, nie można żyć pod kloszem, udawać, że świat jest wspaniały, że zła nie ma. Przynajmniej tyle możemy zrobić dla ofiar - pamiętać o nich, o ich cierpieniu.


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53