Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 06 listopada 2016
Ece Temelkuran "Odgłosy rosnących bananów"

Po powieść tureckiej pisarki Ece Temelkuran "Odgłosy rosnących bananów" sięgnęłam trochę w ciemno, jakby wystarczającym powodem było, że to proza turecka wydana przez Książkowe Klimaty (2016; przełożyła Anna Mizrahi). Ten fakt wystarczył, abym ją kupiła i dość szybko przeczytała. Poczucie, iż to literacka randka w ciemno, potęgował brak wiadomości o autorce, poza datą urodzenia (1973) i zdjęciem, na stronie wydawnictwa. Znalazłam co nieco w angielskiej Wikipedii, a trochę więcej na stronach internetowego Dwutygodnika w ciekawym wywiadzie z tłumaczką, w którym opowiada nie tylko o autorce powieści, ale też o literaturze tureckiej w ogóle i czytelnictwie w Turcji.

Kim jest Ece Temelkuran? To turecka dziennikarka, reporterka, felietonistka i pisarka o lewicowych poglądach. Mieszka w Stambule, ale w tej chwili ze względu na sytuację polityczną w Turcji publikuje tylko w zagranicznych pismach, a i książki wydawać zaczyna poza swoją ojczyzną. "Odgłosy rosnących bananów" to jej literacki debiut, efekt podróży po Bliskim Wschodzie. I pewnie dlatego akcja powieści toczy się przede wszystkim w Bejrucie, trochę w Oksfordzie i odrobinkę w Paryżu. Ale to Bejrut jest istotny. Można śmiało powiedzieć, że książka jest hymnem na cześć tego żywotnego miasta niszczonego przez wojny. I tu pierwsze zdziwienie, bo kupując powieść tureckiej pisarki, chciałam przeczytać coś o jej kraju. Cóż, pomyślałam sobie, może być i Bejrut, w końcu Bliski Wschód też mnie interesuje.

Akcja powieści toczy się w roku 2006 w przededniu wojny z Izraelem zwanej drugą wojną libańską, a retrospekcje sięgają czasów wojny domowej - roku 1982. Powieść ma wielu bohaterów o różnych rodowodach. Jest mieszkający w Bejrucie Syryjczyk, jest Ormianka, jest pół-Filipinka, pół-Palestynka, są oczywiście Libańczycy i Turczynka, Deniz, pisząca w Oksfordzie doktorat o Bliskim Wschodzie. Wszyscy oni, poza Deniz, mieszkają w jednym bloku na bejruckim wzgórzu Jetawi. Wszyscy oni, poza Deniz, są w jakiś sposób naznaczeni wojną i terrorem. Wojna jest tu stanem normalnym, a czas pokoju to tylko przerwa pomiędzy kolejnymi jej odsłonami. Prawie wszyscy szukają miłości. Główną bohaterką wydaje się Deniz, młoda kobieta na życiowym zakręcie, trawiona wyrzutami sumienia z powodu wygodnego życia na Zachodzie. Mamy też problem różnic klasowych i dość ciekawy obraz, a właściwie szkic, sytuacji filipińskich służących pracujących w Bejrucie.

Początkowo czytałam "Odgłosy rosnących bananów" z zainteresowaniem, ale potem zaczął męczyć mnie chaos, nie wykluczam, że wykreowany celowo, aby oddać chaos Bejrutu. Trudno mi było przywiązać się do bohaterów, którzy, może poza Deniz, zostali raczej naszkicowani niż sportretowani. A może fakt, że nie zżyłam się z nimi spowodowany został równoległym prowadzeniem wątków? A potem jeszcze okazało się, że mamy tu powieść w powieści. Wtedy ostatecznie straciłam serce do tej książki. Owszem, czytała się gładko, bez przykrości, ale pozostałam obojętna i na losy bohaterów, i na bliskie mi problemy. Najciekawszy wydał mi się portret Bejrutu. Jeśli Książkowe Klimaty będą wydawać kolejne powieści Ece Temelkuran, raczej podziękuję. Cóż, sięganie po nieznaną prozę to zawsze ryzyko. Można odkryć perłę, ale chyba częściej trafia się po tanią błyskotkę.

środa, 02 listopada 2016
"Ja, Daniel Blake"
Z tygodniowym opóźnieniem wybrałam się do kina na nagrodzony Złotą Palmą film Kena Loacha "Ja, Daniel Blake". Od razu napiszę - nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Nawet nie wiem, kiedy minął seans. Nie będę też ukrywać, że zwyczajnie się wzruszyłam. A nie zdarzyło się to ani na "Ostatniej rodzinie", ani na "Wołyniu". Ta prosto opowiedziana historia, czasem surowa, czasem wywołująca gniew, momentami śmieszna, momentami groteskowa (bo groteskowa jest sytuacja, w jakiej znalazł się Daniel), nieoczekiwanie zaskakująca poruszyła mnie, zirytowała a na koniec wzruszyła. Loach, weteran kina społecznego, opowiada o Danielu Blake'u zmagającym się z brytyjskim systemem ubezpieczeniowym i pośredniakiem. W starciu z procedurami i urzędnikami, którzy je ślepo wykonują, okazuje się bezsilny. Nie on jeden. Ale wbrew pozorom ta opowieść niesie sporą dawkę optymizmu. Mimo wszystko. Oczywiście dziś, kiedy ochłonęłam, dostrzegam drobne słabości filmu. Podzielę się nimi w ciągu dalszym mych rozważań. Ale wybaczam je, bo dla mnie w kinie i w literaturze najważniejsze są emocje, czemu nie raz dawałam wyraz w tych zapiskach. Tyle krótkiego wprowadzenia, a kto historię Daniela Blake'a już widział, może czytać dalej. Zapraszam.
poniedziałek, 31 października 2016
Izabela Klementowska "Samotność Portugalczyka"

Reportaże Izabeli Klementowskiej "Samotność Portugalczyka" od dawna znajdowały się na mojej liście książek, które chcę przeczytać, ale dopiero niedawno dzięki promocjom na ebooki znalazły się na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie, czyli po prostu w czytniku. Powody, aby po nie sięgnąć, były co najmniej dwa. Pierwszy - to książka o Portugalii, o której niewiele wiem, chociaż kilka lat temu po niej podróżowałam i ten wyjazd stale mam w pamięci. Drugi - wydało ją moje ulubione wydawnictwo Czarne (2014). Był jeszcze powód trzeci - jak słyszałam, miała to być opowieść o Portugalii Salazara. To akurat nie do końca okazało się prawdą. Owszem, znajdziemy tu reportaż o życiu domowym dyktatora, o ludziach więzionych i prześladowanych w więzieniu w Caxias, o rewolucji goździków, o procesie wytoczonym trzem pisarkom, o wojnach kolonialnych i jeszcze kilka innych. Jednak w książce są też teksty traktujące o problemach współczesnych - o stosunku Portugalczyków do imigrantów z dawnych kolonii, o ich losach, o strachu przed utratą pracy.

Ale to ludzie są głównymi bohaterami opowieści Klementowskiej. Historię Portugalii i jej dzień dzisiejszy poznajemy przez ludzkie losy. Często smutne, wzruszające, czasem trochę śmieszne. Najbardziej utkwiły mi w pamięci i wzruszyły, tak, tak, wzruszyły, dwie opowieści - historia konsula Mendesa, który w czasie drugiej  wojny wbrew poleceniom władz i samego Salazara wystawił uciekinierom z Europy tysiące wiz do Portugalii. Wziął na siebie pełną odpowiedzialność, po powrocie do kraju spotkał go ostracyzm, dawni znajomi odwrócili się od niego, żył w biedzie, wyprzedając co cenniejsze przedmioty. Postąpił tak, bo był chrześcijaninem i do serca wziął sobie przykazanie o miłości bliźniego. I opowieść druga - historia przyjaźni tryskającego optymizmem, przedsiębiorczego imigranta z Pakistanu i smutnego starszego pana, który nigdy nie odnalazł się w swojej ojczyźnie po powrocie z Angoli.

Napisałam smutnego pana nieprzypadkowo, bo to smutek, nostalgia, melancholia, jak twierdzi Klementowska, są charakterystyczne dla Portugalczyków. Autorka próbuje dociec, jak żyje się w kraju na krańcu Europy, małym, o wielkiej historii, ale dzisiaj jednak prowincjonalnym, biedniejszym od innych, pozostającym w cieniu wielkiego sąsiada. Portugalczycy, jak to bywa w małych państwach, są jednocześnie dumni i zakompleksieni. Pełen sprzeczności jest też ich stosunek do kolonialnej przeszłości i do imigrantów. Może stąd bierze się ich smutek? A poza tym lubią żyć niespiesznie, bez większych ambicji, celebrując codzienność.

Książkę czyta się bardzo dobrze, ale trudno mi powiedzieć, żeby zrobiła na mnie jakieś wielkie wrażenie. Na pewno nie zapisała się wśród tych reportaży, które pamięta się na długo. Jednym słowem można przeczytać, szczególnie jeśli ktoś wybiera się do Portugalii, ale niekoniecznie trzeba.

Tagi: reportaż
21:06, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 października 2016
Wojciech Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Książka Wojciecha Tochmana "Dzisiaj narysujemy śmierć" (Czarne 2010) trochę się przeleżała na mojej półce książek oczekujących. Jeśli przyjąć, że kupiłam ją zaraz po ukazaniu się, a mogło tak być, bo od przeczytania wywiadu z francuskim reporterem Jeanem Hatzfeldem a potem jego "Strategii antylop" interesowałam się tematem, to książka Tochmana czekała na półce sześć lat. A to wcale niestety nie jest rekord. Cóż, nowsze wypiera starsze. Kilka razy solennie sobie obiecywałam, że już, już, ale nic z tego. Aż wreszcie teraz po wysłuchaniu rozmowy z autorem w końcu ją przeczytałam. Tochman jest specjalistą od tematów trudnych, ekstremalnych, które śnią się po nocach. Nie sposób o opisywanych problemach zapomnieć. Tak było z "Jakbyś kamień jadła" (wojna w Bośni), z "Eli, Eli" (slamsy Manili) mimo wszelkich wątpliwości na jej temat, a nawet ze zbiorem reportaży z Polski "Bóg zapłać". A i kolejna jego książka nie zapowiada się wesoło, bo jak dowiedziałam się z rzeczonego wywiadu, Tochman siedzi w Kambodży i zbiera materiały.

A "Dzisiaj narysujemy śmierć" to reportaż z Rwandy. Wiedziałam oczywiście, o czym jest książka, a jednak co jakiś czas musiałam przerywać lekturę, a o czytaniu przed snem nie było mowy. Jak przed chwilą wspominałam, znałam "Strategię antylop", ale albo szczegóły wyleciały mi z głowy, albo autor pisze o zbrodniach, o których Hatzfeld nie wspominał. Tochman przede wszystkim oddaje głos ocalonym, którzy opowiadają o tamtych kwietniowych dniach roku 1994. Głos mają dzieci, które straciły całe rodziny, a same cudem ocalały, gwałcone kobiety i inni, którzy uniknęli śmierci. Ale wszyscy oni byli świadkami zbrodni nieprawdopodobnych, niewyobrażalnych. Reporter pokazuje, jakie spustoszenia zostawiła ludobójstwo. Minęło prawie dwadzieścia lat (biorę pod uwagę czas powstawania książki), a ofiary wciąż mierzą się z traumą. Nie potrafią kochać, nie potrafią być blisko. Nie przypadkiem tyle w Rwandzie nieszczęśliwych małżeństw, a młodzi często żyją samotnie. Tochman ogląda zdjęcia, tych, którzy zginęli. Chce ich zapamiętać, opowiedzieć o nich tyle, ile można, a można niewiele. Daje też świadectwo o tych Hutu, którzy narażając własne życie, ratowali Tutsi. Rozmawia również z mordercami, którzy najczęściej twierdzą, że są niewinnymi ofiarami donosów i fałszywych oskarżeń. Pisze o trudnym procesie pojednania, właściwie nie bardzo możliwym, przeprowadzanym na siłę. Przypomina, jak do ludobójstwa doszło. Jak rząd przy pomocy radia przez lata prowadził systematyczną kampanię zohydzającą Tutsi. Jak nazywano ich karaluchami, robactwem, stopniowo odzierano z godności. Tochman przypomniał o tym w wywiadzie, o którym tu wspominałam. Zrobił to, aby to ostrzeżec. Czasem myślę, to przesada, ale zaraz dodaję, przecież zawsze wydaje się, że ci, którzy straszą, przesadzają.

Książka swego czasu narobiła sporo szumu przede wszystkim dlatego, że autor napisał o niechlubnej karcie kościoła katolickiego w rwandyjskiej masakrze. Księża albo przyglądali się biernie wypadkom, albo jawnie wspierali Hutu. Niektórzy byli uczestnikami tego szaleństwa. Nieliczni zachowali się bohatersko, nieliczni potrafią przyznać się, że zawiedli i stchórzyli. Takie świadectwo robi największe wrażenie. Pisze też Tochman o tym, jak kościół pomaga katom oczyścić się z winy, usprawiedliwić. To nie ludzie mordowali, to robił szatan. Jednym z księży, który lata spędził w Rwandzie, był dzisiejszy arcybiskup warszawsko-praski Henryk Hoser. Tochman zadał mu szereg pytań, między innymi chciał wiedzieć, czy pomagał uciec księżom, którzy czynnie brali udział w ludobójstwie, ale odpowiedzi się nie doczekał.

Reportaż przesiąknięty jest emocjami. Autor ich nie kryje. Nie kryje gniewu, oburzenia, przerażenia, pisze o swojej bezradności. Oskarża, ocenia. Stawia wiele pytań ociekających złością. Pewnie niektórych takie pisanie bebechami razi, ja go rozumiem. Daję mu prawo do emocji, skoro przez dwa lata wysłuchiwał tych niewyobrażalnie potwornych opowieści. Obcował ze złem, zbrodnią, łzami, rozpaczą, pustką, nieszczęściem. Można oczywiście zapytać - po co? Po co o tym pisać, po co o tym czytać? Takie pytanie zadaje Tochman czytelnikowi. Wywołana do tablicy odpowiadam, pewnie dość banalnie - trzeba wiedzieć, nie można żyć pod kloszem, udawać, że świat jest wspaniały, że zła nie ma. Przynajmniej tyle możemy zrobić dla ofiar - pamiętać o nich, o ich cierpieniu.


środa, 19 października 2016
Yiyun Li "Łaskawszy niż samotność"

Przyznam, że twórczością Yiyun Li, urodzonej w Pekinie amerykańskiej (?), a może jednak chińskiej(?), pisarki zainteresowałam się niedawno, kiedy w Kulturze Liberalnej przeczytałam recenzję jej opowiadań "Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna" (Czarne 2016; przełożył Michał Kłobukowski). Tymczasem w roku 2015 w tym samym wydawnictwie i w tym samym tłumaczeniu wyszła jej powieść "Łaskawszy niż samotność", o której dziś będę pisać. A kilka lat temu również Czarne wydało inny tom opowiadań Yiyun Li, "Tysiąc lat dobrych modlitw" i powieść "Włóczędzy". Od znajomych, a u zarania naszego spotkania stał właśnie wspomniany na początku zbiór, słyszałam, że te dwie książki są bardzo ciekawe. Po przeczytaniu recenzji w Kulturze Liberalnej natychmiast kupiłam "Złotego chłopaka, szmaragdową dziewczynę" i powieść "Łaskawszy niż samotność", a ponieważ wybierałam się w podróż, zaczęłam od opowiadań, które najlepiej sprawdzają się w takich okolicznościach. Po powrocie poszłam za ciosem i oddałam się lekturze powieści. I już wiem, że koniecznie muszę zdobyć, niestety już niedostępne, dwie wcześniejsze książki Yiyun Li.

"Łaskawszy niż samotność" to historia trojga przyjaciół, którzy w pamiętnym roku 1989 (przypominam, że to wtedy 4 czerwca, tak, tak - to nie pomyłka, doszło do masakry na placu Tiananmen) mieszkali w Pekinie w jednej kamienicy i chodzili do tego samego liceum. Napisałam, przyjaciół, ale czy rzeczywiście byli przyjaciółmi? Moran i Boyang znali się od dzieciństwa, byli jak rodzeństwo, potem ona zaczęła darzyć go czymś więcej niż siostrzanym uczuciem, ale wtedy pojawiła się Ruyu. Sierota, zamknięta w sobie, ale i pewna siebie, przyjechała do Pekinu, aby tu chodzić do liceum. Wysłana do dalekich znajomych przez swoje przyszywane ciocie-babcie, dwie stare panny, zagorzałe katoliczki, które pewnego dnia znalazły zawiniętą w kocyk Ruyu na progu swego mieszkania. Uznały, że to Bóg ją im zesłał i wychowały. Dlatego jej przyszłość związały z Bogiem. Ruyu, mimo że taka inna i raczej odpychająca, miała w sobie jakąś moc przyciągania i szybko stanęła między Moran a Boyangiem. O przyjaźni między dwiema dziewczynami nie mogło być już mowy, a i wcześniej trudno ich relację tak nazwać, bo Ruyu ustawiała między sobą a innymi mur, od którego odbijali się wszyscy, którzy chcieli się do niej zbliżyć. Oni byli ciekawi jej, ale ona ich nie. Zamknięta w swoim świecie, nieczuła, osobna. Trwająca zaledwie kilka lat znajomość tej trójki, a szczególnie jedno zdarzenie o dramatycznych następstwach, nigdy niewyjaśnione otrucie (samobójstwo?, morderstwo?) ich starszej o kilka lat koleżanki naznaczyły ich na całe życie. 

W powieści akcja prowadzona współcześnie miesza się z retrospekcjami. Podobnie jest z bohaterami - raz patrzymy na świat oczyma Moran, innym razem Ruyu czy Boyanga. To opowieść o samotności, o lęku przed bliskością, o nieumiejętności albo wręcz braku potrzeby nawiązywania więzi. Kiedy stopniowo poznawałam historię bohaterów, kiedy dzięki psychologicznej wiwisekcji poznawałam ich najgłębsze myśli, ich dusze, chciałoby się powiedzieć nieco górnolotnie, miałam wrażenie, że każde z nich żyje w szklanej kuli, która skutecznie chroni ich przed drugim człowiekiem. Mają za sobą nieudane małżeństwa, które dla Moran i Ruyu były świadomie wykorzystaną przepustką do Stanów. Prowadzą życie niemal  pustelnicze, ascetyczne, wyzbyte pragnień i marzeń. Nie kochając i nie pozwalając się kochać, mają pewność, że nie zostaną zranione, nie będą cierpiały. Boyang, który został w Pekinie, też rozwiedziony, zamożny, zadowala się znajomościami z młodymi dziewczynami, które przyjechały z prowincji i szukają, bogatego papcia. Gardzi nimi, wie, że są puste i głupie, ale taki układ mu odpowiada, bo nie wymaga zaangażowania. Nie chce i nie potrafi szukać głębszej relacji. Mimo że jeszcze młody, mentalnie robi wrażenie starszego pana. Nie ma w nim radości, jest znudzenie przewidywalnością świata, znużenie ludźmi.

A w tle ich historii rozgrywa się dramat studentki wyrzuconej z uniwersytetu po protestach na placu Tiananmen. Ona nie była obojętna, obchodził ją świat i drugi człowiek. Za swą bezkompromisowość zapłaciła ogromną cenę. Nie rozumiała ludzi znieczulonych na rzeczywistość, agresywnie i zaczepnie, ale bezskutecznie, próbowała ich obudzić. Co ciekawe, nie jest to postać budząca sympatię. Czy Moran, Ruyu i Boyang są ofiarami systemu, który uczy hipokryzji i serwilizmu? A może na zawsze naznaczyło ich to tragiczne zdarzenie, w które byli zamieszani?

Poza portretem psychologicznym bohaterów, poza samą opowieścią bardzo ciekawe dla mnie były te fragmenty, które opowiadały o Chinach. Tych współczesnych, i tych z początku lat dziewięćdziesiątych czy jeszcze wcześniejszych. Z drobnych elementów odtwarzałam sobie życie codzienne na  pekińskich podwórkach, w mieszkaniach, w szkołach.

A na koniec chciałam koniecznie wspomnieć o tomie bardzo ciekawych opowiadań "Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna", od których zaczęłam ten wpis. Są chyba jeszcze lepsze niż powieść. Zafascynowała mnie i warstwa obyczajowa, i bohaterowie. Akcja tych opowieści rozgrywa się współcześnie, poznajemy Chiny z jednej strony bardzo nowoczesne, z drugiej prowincjonalne. Na wsiach nadal biedni rodzice są gotowi sprzedać swoje dziecko wędrownemu handlarzowi, co wydaje się aż niewiarygodne w kontekście tego, o czym przed momentem napisałam. Temat opowiadań, podobnie jak powieści, to wielka samotność. Różnica jest taka, że ich bohaterowie pragną bliskości, miłości, przyjaźni. Jednocześnie niemal zawsze wychodzi z nich jakaś interesowność. Nie będę ukrywać, że "Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna" to książka bardzo smutna, pełna rozpaczy i beznadziei. Tak samo rzecz ma się z powieścią, której poświęciłam dzisiejszy wpis.

Ja odkryłam dla siebie Yiyun Li. Jeśli, czytelniku tej notki, nie znasz jej twórczości, warto po książki tej chińskiej(?), amerykańskiej(?), pisarki sięgnąć.

środa, 12 października 2016
"Wołyń"
Kolejna ważna, a nawet arcyważna, i wyczekiwana premiera - "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego. Film poprzedzony legendą i dyskusjami nie tylko filmowymi, ale też historycznymi i politycznymi, bo dotyka skomplikowanych i delikatnych stosunków polsko-ukraińskich, no i pojawia się w momencie dla Ukrainy bardzo trudnym. Ale Smarzowski zaczął pracę nad "Wołyniem" jeszcze przed drugim Majdanem, przed Krymem i Donieckiem. A gdyby wpadł na ten pomysł później? Czy artysta powinien takie okoliczności brać pod uwagę? Smarzowski w wywiadach mówi, że z punktu widzenia relacji polsko-ukraińskich nigdy na ten film dobrego momentu nie było. Więc nie dotykać? Nie rozdrapywać, nie mówić prawdy, udawać, że nic nie było? Wyszłam z kina i niemal od razu usłyszałam kilka rozmów prowadzonych po rosyjsku przez młodych ludzi. To prawie na pewno ukraińscy studenci. Jak się poczują, jeśli obejrzą "Wołyń"? Pewnie tak jak my, kiedy słuchaliśmy o Jedwabnem, o szmalcownikach, o trzeciej fali Holokaustu, o pogromach. Może także dlatego Smarzowski miał prawo zrobić swój film, bo odrobiliśmy i cały czas odrabiamy tę lekcję. Wyjęliśmy swojego trupa z szafy. Wielu ma nadzieję, że dzieło Smarzowskiego stanie się początkiem debaty nie tylko o rzezi wołyńskiej, ale też o Kresach, o stosunku Polaków do Ukraińców i innych trudnych sprawach. No dobrze, ma być o filmie, a wyszło okołofilmowo. Spieszę więc z zapewnieniem, że należę do większości, która "Wołyń" uważa za dzieło bardzo dobre, a może nawet znakomite, skrzywdzone na gdyńskim festiwalu. I naprawdę bardzo, bardzo wyważone. Chyba nie trzeba pisać, że film nie jest lekki, wiele razy zamykałam oczy albo spoglądałam na ekran spod przymkniętych powiek, a z kina wyszłam rozbita. Cały czas mam w głowie obrazy z "Wołynia", nadal jestem pod wrażeniem. Myślę, że zachęcać do obejrzenia nie muszę. Już wiadomo, że w weekend otwarcia padł rekord - około 250 tysięcy widzów. Działa magia Smarzowskiego i na pewno wrzawa. A kto film widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 05 października 2016
"Ostatnia rodzina"
Prawdopodobnie tylko jakieś niezwykle poważne okoliczności mogły sprawić, że prawdziwy kinomaniak nie obejrzał jeszcze "Ostatniej rodziny" Jana P.Matuszyńskiego. Mnie w każdym razie nic nie było w stanie powstrzymać przed wizytą w kinie. Prawdę mówiąc, złośliwy los na szczęście nie rzucił mi pod nogi żadnych kłód. Mam też wrażenie, że nie istnieje chyba taka osoba, która nie wiedziałaby, jakim filmem jest "Ostatnia rodzina", ale może to tylko skrzywienie kogoś, kto bez kina nie wyobraża sobie życia. Dlatego wydaje mi się, że każdy słyszał o nagrodach w Gdyni (Złote Lwy, laury dla Aleksnadry Koniecznej i Andrzeja Seweryna) i nagrodzie dla tego ostatniego w Locarno. Nie ma też chyba nikogo, kto nie wiedziałby, że jest to opowieść o rodzinie Beksińskich. Od razu muszę wyznać, że należę do tej grupy widzów, którzy wiedzieli o nich bardziej z kulturalnego nasłuchu, a nie dlatego, że się nimi prawdziwie interesowali. Nie byłam też fanką Tomka Beksińskiego, nie słuchałam jego audycji, a jako że Bondów nie oglądam w ogóle, "Monty Pythona" trochę, to i z jego tłumaczeniami zetknęłam się o tyle o ile. Dlatego nigdy nie przeczytałam książki Grzebałkowskiej, dlatego mój odbiór filmu pozbawiony jest osobistych emocji. Idąc do kina, nie miałam żadnych wyobrażeń i żadnych oczekiwań dotyczących kreacji bohaterów. Jestem pełna podziwu nie tylko dla Aleksandry Koniecznej, Andrzeja Seweryna, ale też dla Dawida Ogrodnika, chociaż słyszę, że przeszarżował. Film jest rzeczywiście znakomicie zrobiony i mimo że rozpisany na kilka ról, mimo że gadany, mimo że akcja toczy się głównie we wnętrzach, to powinien spodobać się masowej widowni. Dlatego pewnie nie muszę zachęcać, aby "Ostatnią rodzinę" obejrzeć, a kto widział, może przeczytać garść moich filmowych i okołofilmowych refleksji. Zapraszam.
środa, 28 września 2016
Robert Stefanicki "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu""

Co wiemy o Tybecie? Znamy hasło Wolny Tybet, wiemy, kto go ciemięży, wiemy, że Dalajlama, jego duchowy przywódca (ale pewnie już niekoniecznie, że także polityczny), cieszy się powszechnym autorytetem, wiemy, że mnisi, że klasztory, że dach świata, może coś jeszcze. Tak to mniej więcej funkcjonuje, taka też była moja wiedza, dopóki wreszcie nie sięgnęłam po książkę Roberta Stefanickiego "Czerwony Tybet. Komunizm w Krainie Śniegu" (Agora 2014). Napiszę rzecz banalną - każdy, kto interesuje się światem, musi ją przeczytać. Stwierdzając to, mam jednocześnie świadomość, że książek, po które powinien sięgnąć interesujący się światem czytelnik, jest cały ocean. Zasypujemy jedną czarną dziurę, ale inne wciąż zieją. Może w takim razie, czytelniku tej notki, przekonam cię stwierdzeniem, że Chiny to zbyt ważny światowy gracz, aby się nim nie interesować. No a poza tym książka Stefanickiego jest po prostu bardzo ciekawa.

Autor, reporter, dziennikarz i fotograf (zdjęcia, także z Tybetu, można obejrzeć na jego stronie internetowej) po Dachu Świata podróżował trzykrotnie. Dlatego książka składa się z trzech części wyznaczonych datami podróży - rok 2001, 2006 i wreszcie 2013. Jak bardzo sytuacja zmienia się na niekorzyść, niech świadczy fakt, że ostatnia wyprawa była możliwa już tylko z biurem podróży. Autor, co zaznacza we wstępie, stara się pokazać sytuację Tybetu w całym jej skomplikowaniu, unikając czarno-białych klisz streszczających się w stwierdzeniu ten wspaniały Tybet, te złe Chiny. O ile druga część tego stwierdzenia w zasadzie niestety nie podlega dyskusji, o tyle pierwsza nie do końca jest prawdziwa. Stefanicki sięga do historii Tybetu i pokazuje, dlaczego chińska inwazja stała się w ogóle możliwa. Pewnie nie każdy wie, że Tybet był państwem feudalnym, zastygłym w swoim skostnieniu, zamkniętym i odizolowanym od świata. Nikt nie słuchał tu przestrogi jednego z dalajlamów, który mówił o zagrożeniu. Jeśli spodziewano się inwazji, to ze strony sowieckiej, nie chińskiej. Feudalny ustrój dał pretekst komunistycznym Chinom, aby zająć Tybet, który uważali za część swojego terytorium, a izolacja sprawiła, że świat nie miał zamiaru za niego umierać. Dziś zresztą też oczywiście nie ma, a kurtuazyjne gesty i szacunek okazywany Dalajlamie niewiele przecież znaczą. Łatwo zachwycić się prężnie rozwijającymi się Chinami (wiem, co mówię), coraz łatwiej przychodzi zapomnieć o łamaniu praw człowieka, nie tylko zresztą w Tybecie, ale w całym Państwie Środka.

Niestety grzechów na sumieniu mają Tybetańczycy w swojej historii więcej. Mnisi, lamowie to nie tylko szlachetny buddyzm, duchowość, mistycyzm, ale też polityka, intrygi, morderstwa polityczne, rozpasanie, moralny rozkład. O takim Tybecie nie wiemy i nie chcemy wiedzieć. A i dzisiaj sytuacja nie jest jednoznaczna. Stefanicki pisze o błędach popełnionych w czasie chińskiej inwazji, o Tybetańczykach idących ręka w rękę z okupantem, o tym, że według relacji świadków, którzy przeżyli chińskie więzienia, najokrutniejsi bywają oprawcy tybetańscy. Pokazuje rozmaite pułapki, w jakie wpada tybetańska diaspora i rząd na uchodźstwie. Jednym z tych problemów jest dopasowywanie się do wyidealizowanego obrazu, jaki o Tybecie i Tybetańczykach ma świat zachodni. Po szczegóły odsyłam do książki.

To wszystko nie przysłania oczywiście okrutnej prawdy o losie Tybetu i jego mieszkańców. Stefanicki kilkukrotnie z całą mocą przywołuje fakty z historii, które zbijają chińską tezę o ich prawie do tego terytorium, ale przede wszystkim opowiada o morzu nieszczęść, jakie przyniosła inwazja, a potem rewolucja kulturalna. Pisze o braku wolności, o inwigilowaniu każdej dziedziny życia, także klasztorów, co chyba najbardziej przykre, o ich  bombardowaniu, o niepowetowanych zmianach w tkance miast (burzy się stare tybetańskie dzielnice, w ich miejsce powstają nowoczesne, chińskie - Lahsa przypomina dziś zachodnie miasta; podobnie jest zresztą w samych Chinach), w społeczeństwie, w krajobrazie,  o okrutnie pacyfikowanych demonstracjach, o więzieniach, o najwymyślniejszych torturach, jakich nie powstydziliby się naziści i sowieccy oprawcy. W tym miejscu nie potrafię powstrzymać się od dygresji. Kiedy niedawno słuchałam w radiu kolejnej przerażającej rozmowy o Syrii, o tym, jak reżim Asada traktuje więźniów, pomyślałam sobie, ileż to razy czytałam o takich bestialstwach, które miały i wciąż mają miejsce w najróżniejszych zakątkach świata. I natychmiast przed oczami stanęły mi opisy z książki Stefanickiego, bo akurat byłam w trakcie lektury. No i co tu powiedzieć, no i jak tu żyć z tą świadomością ludzkiego nieszczęścia i ludzkiego okrucieństwa. A jednak żyjemy i mamy się nieźle. Dobrze, koniec tej grzeszącej pensjonarską naiwnością dygresji, wracam jeszcze na chwilę do książki Stefanickiego. A smutna to książka, nie tylko z powodów, o których pisałam. Najsmutniejszy jest brak perspektywy, brak światełka w tunelu. Jest przecież coraz gorzej. Smutkiem napawa  też nieuchronność dziejowych procesów. W Tybecie w każdej sferze  chińskie wypiera tybetańskie, a chcąc jakoś żyć, Tybetańczycy coraz bardziej rozpuszczają się w chińskości. Lepiej uczyć się chińskiego, bo tybetański nie zapewni pracy, kusi też zachodni świat, który razem z Chińczykami dociera do Tybetu. Coraz mniej Tybetu w Tybecie. Może wyjściem jest ucieczka albo wyjazd do Chin, gdzie, co może brzmi paradoksalnie, Tybetańczycy mają większą swobodę niż w swojej ojczyźnie? Ale i to niesie zagrożenia, o czym też dokładniej pisze autor w swojej książce.

Kończę, jak często, katalogiem tematów, jakimi jeszcze zajmuje się Stefanicki w "Czerwonym Tybecie". Zajmuje się przecież nie tylko polityką i historią, ale przede wszystkim  codziennym życiem Tybetańczyków, buddyzmem, klasztorami przesiąkniętymi zapachem masła z jaków i dymu z jałowca,  miastami,  krajobrazem upstrzonym powiewającymi na wietrze kolorowymi, tybetańskimi flagami, wiele miejsca poświęca nomadom - hodowcom jaków i koni. Pisze wreszcie o sprawach terytorialnych, może i oczywistych, ale mało jednak znanych - co właściwie powinniśmy nazywać Tybetem? No i o wielu innych. Aby się dowiedzieć, należy przeczytać. A jeśli ktoś był w górskich terenach Syczuanu, jeśli ktoś odwiedzał tybetańskie klasztory, jeśli komuś coś mówią takie nazwy jak Kanding czy Litang, to powinien przeczytać tym bardziej.

PS. Jeszcze dwie uwagi. Pierwsza -"Czerwony Tybet" jest też w dużym stopniu reportażem o Chinach. Druga - kiedyś wypisałam sobie polecane  pozycje dotyczące Chin, wśród nich znalazła się książka Patricka Frencha "Tybet, Tybet", podobno bardzo dobra i obiektywna. Przywołuje ją też Stefanicki w bibliografii.

niedziela, 25 września 2016
"Plan Maggie"

Miałam się wybrać na inny film, a "Planu Maggie" zupełnie nie brałam pod uwagę, ponieważ reklamowano go jako komedię romantyczną. W głowie, jak często, namieszali mi dyskutanci Tygodnika Kulturalnego. Okazało się, że to wcale nie komedia romantyczna, że film z ducha allenowski (z czasów, kiedy Woody Allen był starym, dobrym Woodym Allenem), że gadany, że inteligentny i przede wszystkim pogodny. A ponieważ kocham starego, dobrego Woody Allena, nie odstraszają mnie filmy gadane, lubię kino inteligentne (kto się przyzna, że nie lubi) i jak kania dżdżu łaknę czegoś pogodnego w tych niepogodnych czasach, zmieniłam plany i poszłam obejrzeć "Plan Maggie".

Przyznaję, że to przyjemny, fajnie się oglądający film na poziomie. Taki z gatunku miłych dla oka, bo to i Nowy Jork ładnie filmowany, i zabawne, przytulne wnętrza, i kolorowi bohaterowie. Inteligentnie, błyskotliwie śmieszny, skłaniający nie do rechotu, a do uśmiechu. Z przyjemnością ogląda się aktorów, szczególnie zimną, wyniosłą, złośliwą Julianne Moore, zabawną, kolorową, nieco zakręconą Gretę Gerwig, która bardzo przypomina tu bohaterkę, jaką grała we "Frances Ha". No i oczywiście nie mogę pominąć  egocentrycznego, inteligencko rozmemłanego Ethana Hawke'a w roli faceta, z powodu którego całe to zamieszanie. Wiele tu smakowitych scen, czasem chyba będących aluzjami do innych filmów (przynajmniej ja miałam takie skojarzenie, może niesłuszne). A, i jeszcze jedno - akcja  nawiązuje do "Snu nocy letniej" Szekspira.

A na koniec łyżka dziegciu. Po pierwsze "Planowi Maggie" daleko jednak do Woody Allena z czasów jego świetności. Ale to zarzut mniej istotny, bo przecież nie byłam tak naiwna, żeby sądzić, że ta sztuka komuś się udała. Po drugie, i to pretensja poważniejsza, uważam, że przeszarżowano - zbyt dużo tu dialogów wyrafinowanie, a właściwie na siłę, śmiesznych, będących kpiną z pseudo naukowego i pseudo artystycznego bełkotu. Właściwie bohaterowie rzadko rozmawiają normalnie. Po jakimś czasie to zaczyna nużyć, bo w końcu ile można! A i śmieszne być przestaje.

Cóż, bądźmy szczerzy, "Plan Maggie" to miła zapchajdziura w oczekiwaniu na prawdziwe rarytasy, "Ostatnią rodzinę", która rozbiła bank z nagrodami w Gdyni, i "Wołyń" Smarzowskiego. Ja nie mogę się doczekać. Na szczęście oba filmy tuż, tuż.

środa, 21 września 2016
Max Blecher "Zabliźnione serca"

Literatura rumuńska to pozycja obowiązkowa wśród moich lektur. Pilnie śledzę to, co się ukazuje, a nie ma tego wiele. Najczęściej decyduję się na lekturę i prawie zawsze jestem usatysfakcjonowana a nawet zachwycona. Dlatego oczywiście kupiłam dwie niewielkich rozmiarów powieści Maxa Blechera. Na razie sięgnęłam po "Zabliźnione serca" wydane przez W.A.B. w serii Nowy Kanon (2014; przełożył Tomasz Klimkowski). Jeżeli, czytelniku tej notki, nazwisko pisarza nic ci nie mówi, to wcale nie znaczy, że jesteś nieoczytanym ignorantem. Literatura rumuńska słabo jest w Polsce znana, podobnie rzecz ma się na świecie, bo się jej niewiele wydaje. Stop, zagalopowałam się. Powinnam użyć czasu przeszłego, bo, jak twierdzi w przedmowie Roland Chojnacki, przełom wieków przyniósł pewną nadzieję, a to za sprawą uzdolnionych, młodych tłumaczy, którym udaje się przekonać wydawnictwa, że warto.

A Max Blecher? Żył bardzo krótko (1909-1938), zostały po nim trzy powieści, tomik wierszy, dzienniki i korespondencja. Doceniono go stosunkowo niedawno, uważany jest za jednego z najciekawszych pisarzy okresu międzywojennego. Podobno blisko mu do Schulza, do Kafki, a "Zabliźnione serca" muszą kojarzyć się z "Czarodziejską górą" Manna. To zestawienie, moim zdaniem, robi krzywdę Blecherowi - jednych zniechęci, innych rozczaruje. No bo, na szczęście, albo niestety, jak kto woli, "Zabliźnione serca" poza podobnym tematem niewiele mają wspólnego z powieścią Manna. Najlepiej więc będzie, jeśli pozwolimy Blecherowi być sobą. Tym bardziej, że  jego powieść bardzo mocno zakorzeniona jest w osobistych doświadczeniach. Pisarz chorował na gruźlicę kręgosłupa, wiele lat spędził w sanatoriach unieruchomiony w gipsowym pancerzu, jego życie naznaczone było cierpieniem, a choroba spowodowała, że umarł tak młodo. Ale jednocześnie cierpienie i choroba stworzyły go jako pisarza.

Bohaterem "Zabliźnionych serc" jest Emanuel, rumuński student, który nieoczekiwanie dowiaduje się, że jest chory na gruźlicę kręgosłupa. Wyjeżdża leczyć się do sanatorium znajdującego się nad morzem we francuskiej miejscowości Berck. Spędzi tam mniej więcej rok i o tych doświadczeniach opowiada powieść. Kiedy razem z ojcem znajdzie się w Berck, kiedy tylko opuści dworzec, będzie zdumiony niezwykłym widokiem. Pełno tu elegancko ubranych ludzi poruszających się w specjalnie skonstruowanych powozach, które pozwalają jeździć w nich w pozycji leżącej. Wszyscy oni zakuci są w gipsowe pancerze uniemożliwiające siedzenie i chodzenie. Na nikim nie robi to wrażenia. Emanuela czeka podobny los.

Powieść jest zapisem doświadczeń chorych, którzy za wszelką cenę próbują żyć normalnie. Dlatego udzielają się towarzysko, kochają, próbują zbliżać się do siebie fizycznie, zdarza im się imprezować i upić do nieprzytomności. Ale to tylko pozory. Robią dobrą minę do złej gry, wmawiają wszystkim, że dobrze się czują, że jest z nimi coraz lepiej. Prawda wygląda inaczej - są przerażeni, samotni, bezradni, boją się choroby i śmierci. A śmierć nieuchronnie obecna jest na kartach książki. Bywa, że zjawia się nieoczekiwanie i cichaczem, bo chorzy skutecznie potrafią uśpić czujność swoich towarzyszy w cierpieniu, a i oni chętnie ulegają tej iluzji. 

Z jednej strony powieść uwodzi. Melancholijnym nastrojem, zmysłowymi opisami miejscowości, nadmorskich krajobrazów, sanatorium, chociaż nie jest to miejsce zbyt wytworne. Opisami życia, które choroba wyrwała z codziennej rutyny, ale na to miejsce pojawiła się natychmiast rutyna sanatoryjnej egzystencji. Uwodzą, a bywa, że bawią, pacjenci, wśród których wielu to oryginały. Z drugiej strony, co oczywiste, "Zabliźnione serca" przygnębiają. A katalog tego, co przytłacza jest spory. Miłość, bo staje się niemal przymusem, dając namiastkę normalności i złudzenie, że człowiek nie jest samotny. Rozpaczliwe próby fizycznych zbliżeń, które też zamieniają się w obowiązek i rutynę, z czasem przynosząc raczej niesmak niż przyjemność. W tej sytuacji nieuniknione jest to, że kochankowie ranią się, a nieszczęśliwie zakochani cierpią męki zazdrości albo odrzucenia. W katalogu przygnębień i przytłoczeń są oczywiście choroba, cierpienie, ból i widmo śmierci. A jakby tego było mało, pacjenci raz wyrwani z normalnego życia, nie bardzo potrafią do niego wrócić. Raptem uświadamiają sobie bezsens codziennego kołowrotu, rutyny i powtarzalności. Jak mówi jeden z bohaterów, kto raz miał czas, aby zadać sobie pytanie o sens życia, pozostanie zatruty na zawsze ... Oczywiście świat będzie istniał dalej, ale ktoś starł już gąbką z rzeczy ich znaczenie ...

Mimo tego powieść Maxa Blechera nie jest trudną lekturą, przeciwnie, czyta się ją bardzo dobrze. I jeszcze jedno - być może znawcom Kierkegaarda i Jaspersa, tym, którzy dobrze pamiętają prozę Schulza i Kafki, "Zabliźnione serca" sprawią podwójną przyjemność, bo jak pisze w przywoływanej przeze mnie przedmowie Roland Chojnacki to raczej miniatura "Czarodziejskiej góry", jaką mógłby napisać Kafka bądź Schulz tuż po lekturze Kierkegaarda albo Jaspersa. Uff! Ale, czytelniku tej notki, nawet jeśli nie jesteś takim erudytą, nie jesteś za pan brat z filozofią, nie pamiętasz albo nie czytałeś Kafki, Schulza i Manna, to i tak śmiało sięgnij po powieść Maxa Blechera. Warto.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53