Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
sobota, 14 sierpnia 2010
"Oko świata. od Konstantynopola do Stambułu" Maxa Cegielskiego

Książka Maxa Cegielskiego (WAB 2009, seria Terra Incognita) leżała na mojej półce ponad rok, czekając na swoją kolej. Dziś bardzo tego żałuję, bo to pozycja obowiązkowa dla miłośników prozy Pamuka, Safak i innych tureckich autorów, i oczywiście dla tych, którzy nie przeoczą żadnego tureckiego filmu goszczącego na naszych ekranach. Dzięki reportażom Cegielskiego można lepiej zrozumieć wpółczesną Turcję, jej skomplikowanie i problemy, bo wbrew tytułowi nie jest to książka tylko o Stambule, mieście wielbionym przez Pamuka, a dużo wcześniej przez wielu europejskich podróżników i pisarzy. Niestety dzięki zdobytej wiedzy Turcja i Stambuł tracą swoją romantyczną otoczkę i legendę, za to zyskują prawdziwe oblicze. Cegielski snuje swoją opowieść wokół trzech wątków.

Wątek pierwszy to miasto (kiedyś Konstantynopol, od czasów Ataturka Stambuł) i świat Orientu widziane oczami pisarzy i podróżników, głównie europejskich, ale jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest Pamukowi. Pokazuje takich, którzy zafascynowani Wschodem, przebywając w mieście dłużej, stawali się bardziej orientalni i tureccy niż sami Turcy. To oni stworzyli legendę Konstantynopola. Ale byli też tacy, którzy, nie rozumiejąc odrębności tego świata, nie umieli pogodzić się z kolorytem lokalnym i drażnił ich na przyklad brud czy hordy psów wałęsajace się  po ulicach. Cegielski polemizuje też z Pamukiem, dla którego główną cechą miasta i jego mieszkańców jest melancholia, z turecka zwana hizin, wynikająca ze świadomości, że miasto utraciło swą dawną potęgę: z centrum świata stało się prowincją. Reporter zamiast melancholii dostrzega kipiące życie, rozrastające się niebotycznie miasto, do którego sciągają mieszkańcy z głębi kraju, bo tu dostrzegają swoja szansę.

W ten sposób przechodzimy do wątku drugiego, czyli opowieści o samym mieście: o jego historii i współczesnym obliczu oraz o jego mieszkańcach. Dowiadujemy się, kiedy i dlaczego Konstantynopol stał się Stambułem i zaczął tracić na znaczeniu, przestał być owym przywołanym w tytule "okiem świata", no i o tym, jak to znaczenie odzyskuje. Zafascynowani literaturą Pamuka czy Safak przywołujemy z pamięci takie nazwy jak: Nisantasi, Beyoglu, Most Galata, Topkapi, plac Taksim czy Złoty Róg, ale nic nam nie mówią: Gazi Mahallesi czy Kicik Armutlu. A to nowe dzielnice, w których mieszkają głównie  przybysze z głębi kraju ściągani tu przez swoich krewnych, którzy przyjechali wcześniej. Pokazuje problemy tych miejsc: od bezładnego, nielegalnego budownictwa tzw. gecekondu (to w Turcji rzecz zwyczajna, potem mieszkańcy starają się o legalizację swoich domów czy całych dzielnic, co nie zawsze wychodzi im na dobre) do różnic religijnych, politycznych i narodowościowych (nie ucieka od problemu kurdyjskiego), które są często ze sobą splecione. Stambuł współczesny to miasto ogromne i pod względem ilości mieszkańców, i obszaru. Obie wielkości stale się zresztą zmieniają, miasto rozrasta sie i rozrasta tak, że trudno sprecyzowac dokladnie, gdzie przebiega jego wschodnia granica. Dlaczego wschodnia? Proszę spojrzeć na mapę, a odpowiedź wyda się oczywista. Cegielski częściej przebywa właśnie w tych dzielnicach, do których turyści zafascynowani dawną i tą współczesną legendą miasta nie zaglądają. Rozmawia z ich mieszkańcami, starając się dzięki swoim miejscowym tłumaczom-przewodnikom zaskarbić sobie ich sympatię, aby sięgnąć do sedna tureckich problemów. Taki Stambuł  odarty został z romantycznej otoczki, za to stał się ciekawszy dzięki ukazaniu jego współczesnej różnorodności.

Z wątkiem miasta ściśle łączy się wątek trzeci, czyli państwa i polityki. Nie sposób pisać o Stambule bez tego tła. Cegielski cofa się do czasów osmańskich, powstania państwa tureckiego i reform wprowadzonych przez Ataturka, do dziś oficjalnego bohatera i ojca narodu. Pokazuje, co Turcja zyskała i co straciła. Stała się państwem świeckim, częściowo zeuropeizowanym, ale przepadła  etniczna i kulturowa różnorodność z czasów imperium osmańskiego. Skończył się ten tolerancyjny, barwny świat, gdzie obok siebie mieszkali Anatolijczycy, Ormianie, Grecy, sefardyjscy Żydzi i inni. Pisze o politycznych problemach Turcji lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i współczesnych. O prześladowaniach działaczy lewicowych, mniejszości narodowych (szczególnie Kurdów), przewrocie wojskowym z roku 1980. To o tych latach opowiadają w swoich książkach Pamuk i Ozdamar ("Most nad Złotym Rogiem"; pisałam na swoim blogu o tej powieści i jeszcze raz polecam!!!). Jakże różnie bohaterowie ich książek pzreżywają te wydarzenia. Nie będę się na ten temat rozpisywać w tym miejscu, a zainteresowanych odsyłam do moich poprzednich wpisów. Drąży różnice religijne pomiędzy różnymi odłamami islamu i wzajemną niechęć do siebie ich wyznawców. Pisze o świeckej części społeczeństwa i odradzaniu się państwa religijnego (Turcją rzadzi dziś AKP, partia, której zarzuca się chęć obalenia świeckiego ustroju, ale Cegielski podkreśla raczej jej cynizm i koniunkturalizm). Dostrzega różnice społeczne. Wreszcie usiłuje wydobyć od swoich rozmówców ich poglądy na temat rzezi Ormian, prześladowania Greków, torturowania lewicowych działaczy i innych trupach w tureckiej szafie, z którymi nie bardzo  mają ochotę się zmierzyć. O tym wszystkim rzadko wiedzą turyści licznie odwiedzający tureckie wybrzeże.

Książkę czyta się znakomicie. Podzielona na krótkie rozdziały skacze od wątku do wątku  i  nie pozwala się nudzić. Wykład jest przystępny i interesujący, rozmówcy reportera ciekawi i różnorodni. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to do słowniczka zamieszczonego z tyłu książki. Sam pomysł znakomity, tylko dlaczego dość wybiórczy? Znajdziemy na przykład objaśnienie słowa alewici, ale sunnici czy szyici już nie. To jednak drobiazg wobec interesującej całości. Lektura obowiązkowa dla miłośników Turcji i wszystkiego, co tureckie.         

sobota, 07 sierpnia 2010
O "Muzeum niewinności" Orhana Pamuka.

Kto jest miłośnikiem Pamuka, tego nie zniechęci opasłość jego najnowszej powieści, pierwszej, którą napisał już po otrzymaniu Nagrody Nobla (Wydawnictwo Literackie 2010). Jej akcja tym razem rozgrywa się prawie wyłącznie w Stambule na przestrzeni ponad dziesięciu lat, początek to wiosna 1975 roku. W tym czasie Turcją wstrząsają niepokoje społeczne. Lewicowych opozycjonistów, studentów wtrąca się do więzień, gdzie są torturowani, często ślad po nich ginie (echa tych wydarzeń można odnaleźć w świetnej powieści Emine Sevgi Ozdamar "Most nad Złotym Rogiem", o której pisałam), w 1980 dochodzi do wojskowego przewrotu, ale tego w powieści nie znajdziemy. Dlaczego? Ponieważ narrator, zarazem główny bohater, trzydziestolatek Kemal pochodzi z bogatej, burżuazyjnej rodziny, mieszka w dobrej stambulskiej dzielnicy i te protesty dzieją się pewnie gdzieś poza nim, nie dotyczą go i nie interesują. Ale jest też drugi powód, być może ważniejszy: Kemal jest bez pamięci zakochany w swojej dalekiej, ubogiej, młodszej kuzynce, Fisun. Bo "Muzeum niewinności" to książka o wielkiej, romantycznej miłości, która trwa mimo przeszkód. Albo książka o wielkiej, miłosnej obsesji, której Kemal podporządkował całe swoje życie, można nawet zaryzykowac stwierdzenie, że z racjonalnego punktu widzenia je zmarnował. Nic więc dziwnego, że owładnięty miłosnym szaleństwem  ledwie zauważa wojskowy przewrót z roku 1980 i tylko wprowadzona przy okazji godzina policyjna komplikuje mu życie, bo zmusza  do wcześniejszego opuszczania domu Fisun i jej rodziców. Dla Kemala liczy się tylko jedno: możliwość codziennego widywania ukochanej. Nieważna jest śmieszność, na którą się naraża, nieważna dwuznaczna sytuacja, w jakiej się znalazł, nieważne plotki, izolacja towarzyska, osamotnienie, ambicje zawodowe, liczy sie tylko ona, Fisun. Śledzimy różne stadia tej miłości: od nagłego, niczym grom z jasnego nieba, zakochania, przez spełnienie, ból i cierpienie rozstania,  zadrość, wierne trwanie, po nadzieję.

Można zapytać, dlaczego Kemal znalazł się w tak dziwacznej i w gruncie rzeczy niepotrzebnej sytuacji? Przecież wszystko to mogło  się nie wydarzyć. Ale czy rzeczywiście? Jeżeli przyjmiemy naszą, europejską, perspektywę to odpowiedź brzmi: tak. Gdyby tylko Kemal okazał się bardziej stanowczy, potrafił dokonać wyboru, wówczas cała historia potoczyłaby się zupełnie inaczej (oczywiście wtedy byłaby to inna powieść albo nie byłoby jej wcale). Bo z naszego punktu widzenia narrator jest po prostu bezwolnym mięczakiem, który nie potrafi się zdecydować albo który po prostu chce mieć wszystko. Ale Kemal i Fisun żyją w Turcji i dlatego musimy oceniać ich, stosując turecką perspektywę. A z tamtego punktu widzenia, wtedy, w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, ich związek nie był możliwy z wielu powodów (jednym jest mezalians, innych nie chcę zdradzać, aby nie odbierać przyjemności lektury). W pewnym momencie Kemalowi wydaje się, że jest szczęściarzem, że ma wszystko i tak już zostanie. Będzie wiódł życie jak wielu tureckich mężczyzn z jego sfery: z jednej strony codzienność u boku pięknej, wykształconej, nowoczesnej żony, z drugiej miłość. Niestety ku zdziwieniu i rozpaczy Kemala taki układ nie zawsze okazuje się możliwy. Historię  miłosnej obsesji śledzimy z jego perspektywy, to on snuje swoją historię, opowiada o szczęściu, tęsknocie, rozpaczy, znięcheceniu i nadziei. Dopiero w ostatnim rozdziale perspektywa się zmienia i wtedy dowiadujemy się, co myśleli o nim jego dawni przyjaciele, znajomi i inni z jego środowiska. Po latach pamiętają skandal, jaki wywołał. Wielu uważa, że popełnił błąd, zachował sie nieracjonalnie i zmarnował życie, inni traktowali go jak dziwaka. Nikt nie mówi o wielkiej, romantycznej miłości. Może dlatego  chce zbudować jej muzeum?

Bo właśnie tym jest ta powieść (tytuł w tym wypadku należy traktować dosłownie): to muzeum miłości i muzeum  ukochanej stworzone przez Kemala dla ich upamiętnienia i zachowania dla potomności. Niczym pomnik ma unieśmiertelnić Fisun, stworzyć legendę wielkiego uczucia, o którym w przeciwnym wypadku nikt by przecież nie pamiętał. Ot dziwactwo, życiowa pomyłka i tyle. To muzeum jest jak indyjski Tadż Mahal, mauzoleum na cześć ukochanej. Czym jest miłość, zdaje się pytać Pamuk. Szaleństwem? Dziwactwem? Ważne jest to, co czujemy my czy to, co widzą inni? Nie istnieje bez swojej legendy? A więc byłaby tylko literacką ułudą?

Ale ta powieść to nie tylko muzeum miłości. Ja ten tytuł traktuję podwójnie. To także niezwykle ciekawe muzeum tureckiej codzienności lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Sam narrator, Kemal, często używa zwrotu "w latach siedemdziesiątych", jakby był przewodnikiem po tamtych czasach. Dzięki niemu poznajemy turecką burżuazję, jej obyczaje, sposób życia, rozrywki i rytuały. Z jednej strony jej przedstawiciele czują się Europejczykami, starają się żyć jak oni. Często mówi się o wizytach w Paryżu, gdzie jeżdżą panny z bogatych domów, niektóre tam studiują. Tak, Paryż wydaje się być dla nich magnesem i wzorcem. Z drugiej strony tkwią w okowach tureckich obyczajów. Szczególnie ciekawe jest podejście do seksu, przede wszystkim tego przedmałżeńskiego. Młodzi Turcy próbują żyć swobodnie jak zachodni Europejczycy w tamtych latach, ale  obyczajowa swoboda jest jednak ograniczona. Wielu jej ulega, ale  nikt się z nią nie obnosi. Dziewczyna turecka lat siedemdziesiatych decydowała się, jak pisze Kemal, "iść na całość" (cytat z pamięci) dopiero wtedy, kiedy pewna była małżeństwa. W przeciwnym razie skonsumowana, pozwolę tu sobie użyć tego trywialnego stwierdzenia, i porzucona okryłaby się hańbą. Stąd właśnie biorą się wszystkie problemy bohaterów. Oczywiście na taką swobodę pozwalali sobie zeświecczeni, młodzi ludzie z warstw burżuazyjnych czy studenci (o tym w powieści Ozdamar), mieszkańcy miast. Inaczej wyglądało życie prowincji czy innych grup społecznych. Kemal dlatego staje się outsaiderem, bo robi swoje, nie oglądajac się na innych. Tyle że nie jest to wybór świadomie dokonany, a wymuszony szaleństwem miłości. Dzięki tak ujętemu tematowi mamy w tej powiesci i los kobiety w społeczeństwie żyjącym w rozkroku między zeświecczoną, liberalną Europą a tradycyjną, niekoniecznie islamską, Azją, i obyczajową hipokryzję, co świetnie podkreśla Kemal, tłumacząc, dlaczego jego wizyty w domu Fisun i jej rodziców były w ogóle możliwe.

I na koniec jeszcze słów kilka o tym, o czym już tu nie napiszę, a co również interesujące, i o konstrukcji powieśći. Żeby nie rozwlekać nadmiernie moich refleksji, krótko wspomnę  o Fisun, która stanowi zagadkę. Poznajemy ją oczami Kemala i właściwie nie wiemy, co myśli, czuje, czym się kieruje w swoich zachowaniach. Raz wydaje się cichą, skromną,  zakochaną w swoim starszym kuzynie, skrzywdzoną dziewczyną, innym razem kapryśną panną, która sama nie wie, czego chce albo może stara się odegrać na ukochanym. Jeszcze kiedy indziej jawi się jako wyrachowana kobieta sprytnie wykorzystująca mężczyznę, który kocha ją do szaleństwa. Bardzo ciekawy jest obraz filmowego srodowiska, w którym przez pewien czas obracają się bohaterowie. Pełno tu dziwaków, nieudaczników, niespełnionych artystów, ale i gwiazdek filmowej, masowej produkcji. No i jest Stambuł, drobiazgowo opisywany. I ten bogaty, i ten biedniejszy.

A na koniec jeszcze słów kilka o konstrukcji. Początkowo, ale to początkowo to przy rozmiarach powieści, 750 stron, jakieś trzysta, akcja gna. Z zainteresowaniem śledzimy losy Kemala i jego milosne perypetie. Potem książka może wydać się dość nużąca i monotonna. Narrator szczegółowo opisuje trwające latami wizyty u Fisun i jej rodziców. Często porzuca chronologię i niczym badacz czy statystyk skupia się na takich aspektach jak: "Czas", "Nie móc wstać i wyjść", "Loteryjka" (to tytuły rozdziałów). Sądzę jednak, że jest to monotonia zamierzona przez autora, bo świetnie oddaje jednostajność i beznadziejność lat, które upływały Kemalowi na tych wizytach. Wreszcie wraz ze zmianą sytuacji akcja znowu przyspiesza, rusza z kopyta, by w finale zaskoczyć czytelnika (przesadzam; nie wszystko zaskakuje, bo pewnych zdarzeń od jakiegoś momentu po prostu się domyślamy).

Bardzo ciekawa, epicka powieść. Znajdziemy tu wszystko: ciekawą historię, barwne, obyczajowe tło, wzruszenie, wielkie uczuia i przewrotną grę z czytelnikiem. Miłośników Pamuka pewnie zachęcać nie trzeba. Innych namawiam.

sobota, 31 lipca 2010
Tragedia na miarę antycznej, czyli "Oczy szeroko otwarte".
O tym filmie pisze się, używając formułki "izraelskie Brokeback Mountain". Jest w tym sporo prawdy, bo film opowiada o zakazanej w społeczności ortodoksyjnych Żydów miłości homoseksualnej, która spada na jednego z bohaterów w sposób nagły i nieoczekiwany. Rzeźnik Aaron, ulegający skłonności do zatrudnionego w swoim sklepie Ezriego, za którym ciągnie się mroczna przeszłość, ma przecież rodzinę. Na tym te podobieństwa się kończą. Obraz debiutanta Haima Tabakmana to kameralna, pełna smutku opowieść stawiająca ważne pytania moralne. Ten film to nie szukająca sensacji błahostka. Polecam to niespieszne, melancholijne kino. A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.
sobota, 24 lipca 2010
Dla miłośników Charlotte Gainsbourg i Romana Durisa, czyli "Zagubieni w miłości" Patrica Chereau.
Wróciłam z wakacji i nadrabiam kinowe zaległości. Na pierwszy ogień poszedł film "Zagubieni w miłości" Patrica Chereau, bo schodził z ekranu, bo uwielbiam Romana Durisa, bo bardzo lubię Charlotte Gainsbourg, bo kilka lat temu zachwyciłam się "Jego bratem" i z zainteresowaniem obejrzałam "Intymność" (dla niezorientowanych: to filmy Patrica Chereau). Dość powodów, aby nie oglądając się na przydzielane filmom gwiazdki, w ciemno pójść do kina. To współczesna historia dwojga kochanków, Sonii i Daniela, rozgrywająca się w Paryżu. Właściwie mniej tu historii, a więcej powikłanych, często niezrozumiałych, uczuć i relacji międzyludzkich. Mimo że doskonale zdaję sobie sprawę z wad tego filmu, a właściwie wad jego scenariusza, obejrzałam go w hipnotycznym transie i polecam tym, którzy lubią śledzić komplikacje ludzkiej natury, lub tym, którzy podzielają moją miłość do Romana Durisa, Charlotty Gainsbourg lub filmów Patrica Chereau. A kto już widział, powinien przeczytać ciąg dalszy.
sobota, 17 lipca 2010
Pamiętać czy zapomnieć, czyli "Bękart ze Stambułu" Elif Safak.

Kto z pzryjemnością przeczytał pierwszą książkę Elif Safak "Pchli pałac", kto jest miłośnikiem Pamuka, śledzi inne z rzadka wydawane u nas pozycje tureckie, ogląda filmy stamtąd, na pewno sięgnie po drugą powieść tej autorki wydaną w Polsce (Wydawnictwo Literackie 2010). To literatura, która łączy w sobie potoczystość narracji, intrygującą, zawikłaną akcję, gawędziarstwo i pewne ambicje. Książkę naprawdę świetnie się czyta, trudno się od niej oderwać, czytelnik jest ciekaw, jak też autorka zwiąże ze sobą misternie zawikłane wątki, jakie będzie zakończenie. Że równolegle prowadzone dwie opowieści: tureckiej rodziny Kazanci i osiadłego w Stanach ormiańskiego rodu Czachmaczianów muszą jakoś się spotkać, jest dla przeciętnie rozgarniętego czytelnika oczywiste. Pozostaje tylko pytanie: jak. I choć od pewnego momentu zaczęłam się domyślać rozwiązania zagadki (właściwie jest tu ich kilka), nie odebrało mi to przyjemności lektury.

Jak już wspomniałam, powieść oparta jest na historii dwóch rodzin zamieszkujących różne kontynenty. Wątki przeplatają się: kiedy w jednym rozdziale śledzimy losy tureckiej rodziny, w następnym jesteśmy już w Arizonie lub w San Francisco. Tak dzieje się do momentu, kiedy najmłodsza przedstawicielka rodu Czachmaczianów, dziewiętnastoletnia Armanusz, w tajemnicy przed wszystkimi, poleci do Stambułu i zatrzyma się w gościnnym domu pań Kazanci. Konstrukcja tej powieści została oparta na wielu symetriach. Są więc dwa rody, a każdy ma swoje tajemnice. Główne bohaterki to dziewiętnastolatki: Armanusz o ormiańskich korzeniach (jej matka jest Amerykanką, która szczerze nienawidzi rodziny swojego byłego męża) i Asya, najmłodsza latorośl rodu Kazanci. Obie dziewczyny są stałymi bywalczyniami knajp, w których prowadzi się zajadłe dyskusje. Asya spotyka się z towarzystwem niespełnionych artystów w stambulskiej Cafe Kundera (ulubione zajęcie stałych gości to zgadywanie, skąd wzięła się nazwa kawiarni), a Armanusz zagląda do wirtualnej Cafe Constantinopolis gromadzącej amerykańskich Ormian. W obu rodzinach ważną rolę odgrywają seniorki rodów: pogrążona w starczej demencji Mateńka i całkiem krzepka babcia Szuszan. Jedna przechowuje w pamięci rodzinne tajemnice, druga woli nie pamiętać (stąd demencja, którą można potraktować symbolicznie). Ważną rolę w opowiadanej historii odgrywają matki obu dziewczyn: Turczynka Zeliha i Amerykanka Rose. I tak dalej, i tak dalej, tych symetrii dałoby się znaleźć dużo więcej.

Tak jak w poprzedniej powieści Elif Safak również i w tej spotkamy galerię niezwykle barwnych postaci o poplątanych losach. Życie żadnego z bohaterów nie jest proste, zwyczajne. Każdy niesie za sobą barwną przeszłość, skomplikowaną codzienność. Wielu tu dziwaków, nieudaczników, ludzi poranionych, ale dzielnie radzących sobie z życiem. Główni bohaterowie scharakteryzowani zostają dokładnie, poznajemy ich losy, słabostki, fobie, lęki, wnikamy w ich myśli. Szczególnie dokładnie przygląda się autorka kobietom z rodziny Kazanci: Mateńce, ciotkom i najmłodszej Asyi. Każda jest inna i każda niezwykle ciekawa. Postacie opisywane są z poczuciem humoru i sympatią. Nikt nie zostanie tu do końca potępiony, nawet jeżeli w przeszłości, którą skrywa, popełnił coś naprawdę strasznego.

Druga ważna cecha tej powieści, która sprawia, że tak dobrze się ją czyta, to żywioł gawędziarski. Co jakiś czas narrator odkrywa przed nami przeszłość bohaterów, snując barwne, niezwykłe historie pełne niesamowitych zbiegów okoliczności i przypadków, które zmieniają ich życie. Z tym wiążą się oczywiście liczne retrospekcje: cofamy się w czasie a to o dwadzieścia lat, a to na początek dwudziestego wieku. Kto czytał "Pchli pałac", odnajdzie tu takie właśnie podobieństwa do tamtej powieści. Chociaż powiedzieć trzeba, że w "Bękarcie ze Stambułu" żywioł powieściowy został przez symetryczność konstrukcji, o której wspomniałam, okiełznany. Tamta lektura wydała mi się o wiele bardziej rozwichrzona. Ten porządek można uznać za zaletę lub wadę, zależy co kto lubi.

Czas na najważniejsze: wspomniałam, że jest to powieść z ambicjami. Otóż zasadniczym tematem tej książki jest konflikt turecko-ormiański mający swój początek w prześladowaniach Ormian w imperium osmańskim zakończonych rzezią na początku dwudziestego wieku (dziś oficjalnie uznawaną za ludobójstwo). Ormiańscy przodkowie Armanusz uciekli z Turcji z powodu prześladowań. Jak inni Ormianie żyjący w diasporze pielęgnują pamięć o tragedii, która spotkała ich naród. Z nienawiścią wobec Turków spotyka się Armanusz także w Cafe Constantinopolis. Jedzie do Turcji, bo chce poznać miejsca związane ze swoją rodziną, chce zrozumieć. Na miejscu musi skonfrontować się z Turkami, paniami Kazanci, u których się zatrzymała. To spotkanie wypada niezwykle ciekawie. Panie Kazanci są bardzo miłe, sympatyczne, serdeczne i trudno pałać do nich nienawiścią. Trudno też uniknąć rozmowy o przeszłości. I co się okazuje? Słuchając historii babci Szuszan, wzruszają się, są przerażone bestialstwem, które ją i jej rodzinę spotkało, ale w pewnym momencie zadają naiwne pytania: kto im to zrobił? dlaczego wędrowali w marszu śmierci? gdzie oni zniknęli? One naprawdę nie wiedzą! Niewygodna przeszłość została wyrzucona ze zbiorowej pamięci. Lepiej nie wiedzieć. Działa mechanizm zbiorowego wyparcia typowy w podobnych sytuacjach. Jak trudny to dla Turków problem, niech świadczy fakt, że autorce wytoczono proces o obrazę tureckości. Jest to więc powieść o niepamięci zbiorowej i osobistej. Nie chce pamiętać nie tylko naród, ale i w rodzinie Kazanci nie chce się pamiętać o pewnym strasznym wydarzeniu sprzed lat. To kolejna konstrukcyjna symetria w tej powieści. O ile jednak Turcy nie zostają zmuszeni do przyjrzenia się trupom w szafie swojej przeszłości, o tyle w rodzinie Kazanci na skutek przypadkowego zbiegu okoliczności do takiej konfrontacji dojdzie. Czy winny będzie gotowy przyjąć na siebie zasłużoną karę? Czy kara wymierzona po latach ma sens? Czy można uciec od swojej przeszłości? Czy można wybaczyć? To pytania, które padają w powieści.

Co jeszcze znajdziemy w tej książce? Problemy poruszane i w innych powieściach tureckich autorów. Mamy więc konfrontację Wschodu z Zachodem, pragnienie, aby do tego zmitologizowanego Zachodu przynależeć. Odrzucanie tego, co tureckie, wtapianie się w Europę, naśladowanie jej. Armanusz, którą wychowano w kulcie ormiańskości (rodzina ojca) i amerykańskości (rodzina matki), nie umie zrozumieć postawy Asyi, która czuje się człowiekiem Zachodu.

Dostajemy powieść, od której trudno się oderwać, a w potoczystą narrację autorka wrzuciła ważne tureckie problemy, pisząc o nich klarownie, może nawet nazbyt łopatologicznie. Dyskusje Asyi i Armanusz chwilami przypominają wykład. Turkom Safak przystawia do twarzy lustro, w którym muszą się przejrzeć, zagranicznemu czytelnikowi zdaje się mówić: patrzcie, tacy jesteśmy.

sobota, 10 lipca 2010
Turecka "Puszka pandory" w Ale Kino!

W czwartkowym cyklu "Kino mówi" pokazano niedawno turecki film Yesim Ustaoglu "Puszka Pandory" (2008). A ponieważ od czasu lektury "Śniegu" Pamuka staram się czytać i oglądać to, co z Turcją się wiąże, więc i tego filmu nie przegapiłam (kto jednak przegapił, nic straconego, każdy film pokazywany jest w Ale Kino! kilka razy). To historia turecka i uniwersalna zarazem.

Pewnego dnia Nesrin, mieszkająca w Stambule gospodyni domowa, zostaje zawiadomiona przez policję, że zaginęła jej matka staruszka. Natychmiast porzuca swoje codzienne troski, informuje siostrę, Guzin, i brata, Mehmeta, też mieszkańców Stambułu, i wspólnie z nimi wyrusza gdzieś w głąb Turcji do odległej, zagubionej w górach wioski. Matki nie widzieli od dawna, mieszka sama w swoim drewnianym domu. Jak nikłe są ich więzi, niech świadczy fakt, że syn Nusret, Murat, nigdy swojej babci nie widział. Ucieczka ludzi z głębi Turcji, z małych, biednych wiosek i miast do Stambułu, który stale się rozrasta, to problem turecki.

Stambuł w tym filmie nie przypomina wcale romantycznego miasta owianego legendą przez literatów i podróżników. Tu pokazany jest zimno i nieprzyjaźnie: wieżowce, drogi szybkiego ruchu, wiadukty, betonowe nabrzeża, zapuszczona dzielnica, w której mieszka Mehmet. i tylko w jednym momencie, gdzieś w tle, kamera pokazuje niewyraźnie znaną panoramę miasta widzianą znad Zlotego Rogu. Ale to tylko chwila. Nic dziwnego: ktoś, kto na codzień mieszka w miejscu pełnym zabytkow i turystów, niekoniecznie zwraca na nie uwagę. Pochłonięty trudami życia nie zauważa ich piękna, dostrzega raczej te ciemne strony. Jakże inaczej pokazywana jest wioska w górach! Już droga do niej staje się drogą do raju. Kiedy samochód porzuci autostrady, minie jakieś ohydne fabryki i zjedzie na boczne szosy, robi się pięknie. Jest pusto, cicho, nic nie mąci urody gór pokrytych liściastymi lasami. Tu babcia Nusret jest u siebie, żyje w symbiozie z przyrodą i górami, po których mimo podeszłego wieku chodzi. Kiedy dzieci postanowią ją zabrać do Stambułu, podda sie temu, ale nie będzie szczęśliwa.

I tu wkracza problem uniwersalny: opieki nad starym człowiekiem. Nusret nie jest niedołężna, nie jest schorowana, ale ze wzgledu na wiek ma początki demencji. W dawnym świecie mogłaby dożyć swoich dni we własnym domu z dorosłym dzieckiem, które zostałoby w rodzinnej wiosce. Ale świat się zmienił, Turcja też, nie ma już wielopokoleniowych rodzin, gdzie opieka nad starszymi była czymś naturalnym i nie wymagała reorganizacji całego życia. A tak jest tutaj. Trudno nazwać dzieci Nusret wyrodnymi. one naprawdę się przejmują i starają, szczególnie najstarsza Nesrin. Ale matka wkracza nagle w ich zabiegane lub beztroskie życie (Mehmet) i je dezorganizuje. Nie bardzo można ją zostawić samą, nie wiadomo, jak sprawić, by się nie nudziła (najprostsze wydaje się włączenie telewizora), problem sprawia też przyzwyczajenie jej do cywilizacyjnych wygód. Poza tym opieka nad staruszką wymaga też fizycznej siły. Trudno się dziwić, że najbardziej odpowiedzialna z rodzeństwa Nesrin po jakimś czasie ma dość i oczekuje pomocy brata i siostry. Ale to nie jest takie proste.

I tu wkraczamy w kolejny uniwersalny obszar tego filmu ( pokazany jakby mimochodem): nieporozumienia między rodzeństwem, wzajemne pretensje, konflikty, ich problemy osobiste. Każde z nich jest inne, każde dźwiga swój ciężar. Mehmet to niebieski ptak, który nie bierze życia serio, żyje z dnia na dzień, nie przejmując sie niczym. Guzin pracuje w wydawnictwie i ma rozwichrzone życie osobiste. Jej rozterki miłosne są ważniejsze niż opieka nad matką. Najstarsza Nesrin wydaje się prowadzić życie najbardziej odpowiedzialne i poukladane, ale to tylko pozory. Napiszę tylko tyle, że wszyscy zarzucają jej apodyktyczność. Znamy z kina? Oczywiście, ale, jak wspomniałam wcześniej, tu rodzinne nieporozumienia i konflikty są tylko tłem, pewnym naddatekiem.

A teraz to, co, moim zdaniem, najciekawsze. Osobą, która opiekę nad staruszką przyjmuje całkiem naturalnie, robiąć to jakby od niechcenia, po swojemu, jest wnuk Murat, który o istnieniu swojej babci nie miał dotąd pojęcia. Zbuntowany chłopak, który przysparza trosk swoim rodzicom próbującym ułożyć mu życie na własną modłę. On zdaje się najlepiej porozumiewać z bratem matki, Mehmetem. Babcia trafia mu się trochę przypadkowo, nikt przecież nie wymagałby od niego, aby się nią zajmował. Opiekuje się nią serdecznie, niczemu się nie dziwiąc, nie złości się, nie krzyczy, przyjmuje ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie wstydzi się swojej babci, wiejskiej staruszki, która do Stambułu zupełnie nie pasuje. Nie sadza jej przed telewizorem, tylko wędrują po mieście. Stopniowo rozume ją coraz lepiej i zdaje sobie sprawę, że staruszka tęskni do swoich gór. To właśnie on stanie przed najważniejszym pytaniem: zostawić ją w Stambule pod fachową opieką, w sterylnych, ale bezdusznych warunkach, przedłużając być może życie, czy zabrać w jej ukochane góry. Zabierz mnie w góry, bo je też zapomnę, prosi Nusret, zdając sobie sprawę z powolnej utraty pamięci. A góry to jej życie. Co zrobić? Odpowiedzialność kontra serce. Jakie życie lepsze?

To film niespieszny, mało w nim słów, więcej obrazów, raz bezdusznych i ponurych, raz pięknych, oddychających wolnością, melancholijnych. Bardzo ciekawy, ładny film, pozwalający się zadumać i obcować z Turcją i ze światem.

czwartek, 01 lipca 2010
Julia Franck "Południca"

Warto sięgnąć po mroczną powieść Julii Franck "Południca" (W.A.B. 2010). To historia Heleny i jej siostry Marty rozpięta pomiędzy rokiem 1914 a 1945. Na burzliwą historię Niemiec pomiędzy dwiema wojnami nakłada się historia dwóch córek budziszyńskiego właściciela małej drukarni. Może gdyby na ich osobisty los nie nałożyła się HISTORIA, ich życie potoczyłoby się zupełnie inaczej? Może wiodłyby spokojną egzystencję, spełniając swoje marzenia o studiach i samodzielności? Tymczasem splot rodzinnego naznaczenia, które można traktować jak klatwę czy przekleństwo, i burzliwych dziejów Europy pomiędzy wojnami spowodował, że życie obu sióstr (szczególnie młodszej Heleny, bo to ona jest główną bohaterką powieści) jest życiem przegranym. Swoje naznaczenie zawdzięczają matce, a jest to naznaczenie podwójne: Selma Wursich to chora psychicznie dziwaczka na domiar złego obdarzona niepewnym pochodzeniem, jest Żydówką. Jak łatwo się domyślić, początkowo ten drugi czynnik nie ma wielkiego znaczenia, za to choroba psychiczna wywiera zdecydowany wpływ na dzieciństwo Heleny i młodość Marty (jest dziewięć lat starsza od siostry). Los Heleny od początku jest gorszy, bo matka zupełnie jej nie akceptuje, po śmierci dwóch synów nie chciała dzieci, a na pewno nie kolejnej dziewczynki. Utrata chłopców i urodzenie młodszej córki pogłębiły szaleństwo Selmy. Siostry oparcie znajdowały w ojcu, a potem, kiedy poszedł na wojnę, w sobie. Kataklizm wojenny zmienia wszystko: odtąd utrzymanie domu, walka o byt spadną całkowicie na barki Heleny i Marty. Kiedy ojciec wyrusza z domu, młodsza siostra ma zaledwie siedem lat, ale szybko zaczynają spadać na nią obowiązki. Jest bardzo zdolna, szybko się uczy, kiedy wojna się kończy, to ona zajmuje się rodzinną drukarnią, umie obsługiwać maszyny i prowadzić księgowość. Koniec apokalipsy wcale nie oznacza wyjścia na prostą. Szaleje powojenny kryzys, inflacja, sytuacja rodzinna nie poprawia się. Zanużona w swoim świecie Selma nie chce widzieć męża, który wreszcie okaleczony wraca do domu. Dziewczynom przybywa kolejny obowiązek: pielęgnowanie umierającego ojca. Latami tkwią w beznadziei: codzienna troska o utrzymanie domu, pogrążona w szaleństwie matka i praca, która pozwala nie zatonąć. Pozostają marzenia: o studiach, o wyjeździe. Wydaje się, że nigdy się nie spełnią, bo na to trzeba pieniędzy, a one nie mają ich nawet na bilet do Berlina. To, co mogą osiągnąć, tkwiąc w Budziszynie, to praca pielęgniarki. Co pozwala im zachować pogodę ducha? Wzajemna miłość i przyjaźń Leontyny. Dla Marty Leontyna jest nie tylko przyjaciółką. Początkowo czytelnik tylko domyśla się prawdziwego charakteru ich związku, W prowincjonalnym Budziszynie muszą się ukrywać, po latach w Berlinie, w środowisku artystów i ludzi wykształconych będą mogły żyć ze sobą jawnie. Matnia, w jakiej tkwią siostry Wursich, staje się jeszcze bardziej beznadziejna, kiedy Leontyna mimo zapewnień, że ich nie opuści, wyjeżdza do Berlina, aby wyjść za mąż i studiować. Dlaczego zdradza? Nie ma wyjścia: jeśli chce zostać studentką medycyny, o czym marzy, musi ulec woli ojca. Pozostaną namiętne listy pisane w ukryciu. Helena domyśla się tylko, jaką tragedią dla Marty jest rozstanie z Leontyną.

Kiedy wreszcie zdarzy się cud i będą mogły wyjechać do Berlina do bogatej krewnej matki, Fanny, prowadzącej beztroskie życie wśród berlińskiej cyganerii, skorzystają z okazji. Można oczywiście zadać pytanie, czy postąpiły słusznie, zostawiając chorą matkę pod opieką wiernej służącej Maryjki? Jakie obowiązki wobec matki ma córka przez tę matkę odrzucana, poniżana, niekochana? Dla Heleny ten wyjazd łączy się z podjęciem jeszcze jednej ważnej decyzji: na miejscu osiągnęła już pozycję pomocnicy profesora. Asystuje przy operacjach, jest jego prawą ręką, ma pozycję. Ona jednak stale marzy o czymś więcej: chce być lekarką. Marzenia nie zawsze się spełniają. Początkowo pobyt w Berlinie daje jej tylko materialny spokój, wygodne życie w domu Fanny, możliwość korzystania z jej biblioteki. Jest jeszcze za młoda, aby uczestniczyć w bogatym życiu towarzyskim, nie na tyle jednak, aby nie stać się obiektem pożądania ze strony kochanka Fanny. Pobyt w jej domu to z jednej strony beztroska egzystencji, z drugiej ciągłe lawirowanie, aby nie wpaść w łapy przyjaciela ciotki. Okazuje się, że Berlin nie staje się wymarzonym rajem: o pracę wcale nie jest łatwo, studia też nie są na wyciągnięcie ręki. Ale szczęście wreszcie się do niej uśmiecha. Tym szczęściem jest miłość do Carla, studenta filozofii pochodzacego z zamożnej rodziny. Wydaje się, że z czasem i ona bedzie mogła spełnić swoje marzenia zawodowe, tym bardziej, że Carl jest człowiekiem otwartym, światłym, zdolnym, mającym perspektywy. Pochłonięta miłością, pracą w aptece, szkołą, której skończenie da jej w przyszłości możlwość studiowania, nie zauważa, że sytuacja powoli zaczyna się zmieniać. Szaleje kryzys, radykalizują się nastroje, nieoczekiwanie niepewne pochodzenie Heleny, Marty, Fanny i licznych jej znajomych zaczyna mieć znaczenie.

Narracja w powieści pisana z punktu widzenia Heleny zwykłej-niezwykłej kobiety sprawia, że polityka jest gdzieś w tle. Nikt się nią nie interesuje, jest ważna, o ile zaczyna wpływać na losy jednostki. W książce nie pada nazwisko Hitlera, nie mówi się o NSDAP, o ich dojściu do władzy, o nocy kryształowej, o wybuchu kolejnej wojny, o jej okropnościach. To się po prostu dzieje, gdzieś w tle, bez wielkich słów. Nagle niepewne pochodzenie Heleny zaczyna mieć znaczenie, być groźne. Pracę tracą Żydówki, bo nie ma jej dość dla swoich. Na świat patrzymy oczami udręczonej życiem kobiety, której los ofiarował tylko krótką przerwę w paśmie codziennej udręki. Osobiste nieszczęście, które na nią spada, powoduje, że skupia się tylko na pracy, której fizyczny trud zagłusza myśli. Duchowy ból i kierat szpitalnej harówy, z tego teraz składa się jej życie. Dochodzi zmartwienie narkotykowym uzależnieniem siostry ciągnące się jeszcze od trudnych czasów budziszyńskich. To wszystko sprawia, że Helena, a czytelnik z nią, nie uświadamia sobie nadciągającego nieszczęścia. Wyjazd do Szczecina, powoduje, że traci z oczu berlińską perspektywę, z której być może widać lepiej. I tak już będzie do końca. Jej się uda: dzięki mężczyźnie, który się w niej zakocha, dostanie fałszywe papiery i nową tożsamość. Nie będzie już Heleną z Budziszyna, ale Alicją z Drezna. Wojna to dla niej długo (tylko lub aż) rozstanie z mężem, które przyjmuje z ulgą, praca w szpitalu połączona z opieką nad synem, któremu udręczona codziennością nie potrafi zapewnić ciepła, pogarszające się warunki życia, kłopoty ze zdobyciem jedzenia, brak wiadomości od siostry, Fanny i Leontyny. Nagle ich telefony milkną, listy nie docierają, mowa jest o obozach pracy. Do jednego z nich trafia prawdopodobnie Marta i Helenie wydaje się, że to ją może uratować, że tam uda się jej lepiej przetrwać. Jak naiwna jest (przecież nie tylko ona, inni też), pokazuje niedzielna wycieczka do lasu na grzyby. Ma być przyjemnością sprawioną synkowi. Nagle na ich drodze staje pociąg z bydlęcymi wagonami. Helenę dziwią żołnierze z groźnymi psami pilnujący transportu zwierząt. Okropny fetor każe uciekać jak najdalej. Jest przekonana, że pociąg z jakiegoś powodu długo stoi na torach i stąd ten smród zwierząt. Jaka jest prawda, zrozumie dopiero przez przypadek i wtedy sama poczuje się jak zaszczute zwierzę.

Chciałabym się jeszcze na chwilę zatrzymać na małżeństwie Heleny z Wilhelmem. Z jednej strony związek z nim być może ją ocalił, bo zyskała dzięki niemu fałszywe, dobre papiery, z drugiej stał się pułapką. Z samodzielnej, wyzwolonej kobiety, jaką była, żyjąc bez ślubu z Carlem, co jej środowisko akceptowało, stała się kobietą całkowicie zależną od męża despoty. Wilhelm początkowo miły, stanowiący oparcie w jej trudnej sytuacji osobistej, człowiek wykształcony, z pasją, co Helenie się nawet podoba, po ślubie okazuje się typowym panem domu. Helena ma sprzątać, gotować, spełniać jego prymitywne i proste oczekiwania seksualne (przecież to jeden z jej małżeńskich obowiązków), trzymać się z dala od jego przyjaciół, nie mieć pretensji, tolerować wszystko, a kiedyś wychowywać jego dzieci. Jaka była sytuacja kobiety, najlepiej pokazuje opisana dość drobiazgowo noc poślubna Heleny i Wilhelma. To doświadczenie wyjątkowo obrzydliwe. Prymitywny Wilhelm jest przekonany o swoich umiejętnościach w tej dziedzinie, stawia się w roli przewodnika po świecie seksu, bo, jak wiadomo, on ma za sobą takie doświadczenia, a Helena, jak sądzi, nie. Tymczasem to ona mogłaby go wiele nauczyć. Kiedy się przekonuje, że nie jest jej pierwszym mężczyzną, nie potrafi się z tym pogodzić, ona z kolei jest zdumiona jego reakcją. Życie z Carlem, środowisko berlińskiej cyganerii, w którym się obracała, dały jej inną perspektywę. Czy ta kobieta w tamtych czasach, w sytuacji, w jakiej się znalazła, miała jakiś wybór? Czy była skazana na męża tyrana (pewnie dość typowego), który nią pogardzał za jej pochodzenie i przeszłość? Czy alternatywą była śmierć w obozie?

Książka Julii Franck to opowieść o życiu Heleny, które przegrała, bo urodziła się w złym miejscu, w złym czasie, a swoje dołożył jeszcze wszechobecny przypadek. Czy kilka lat po wojnie, kiedy ją znowu spotykamy, jest szczęśliwa? Domyślamy się, że nie. Zagłusza swoje nieudane życie trudem codziennej egzystencji. Czy jest dla niej jakaś nadzieja? Czy będzie umiała uporać się ze swoją przeszłością? Z winą wobec syna? Może przypadek sprawi, że kiedyś osiągnie harmonię, ale równie dobrze może być odwrotnie i życie Heleny do końca już będzie nieudane.

piątek, 25 czerwca 2010
"Boso, ale na rowerze"
To dobry, przejmujący film, ale trzeba mieć świadomość, na co się idzie do kina. Belgijsko-holenderski obraz Felixa van Groeningena jest reklamowany przez dystrybutora jako "podchmielona czarna komedia", ale tylko pierwszy wyraz tego marketingowego hasła jest prawdziwy. Trudno ten film nazwać komedią, nawet czarną. Owszem, jest kilka scen wywołujących uśmiech na twarzy, ale o wiele więcej takich, które trudno znieść. Jestem odporna, niejedno w kinie widziałam, lubię przykre, dotykające kino, ale pijackie sceny pełne prymitywnych, wulgarnych dialogów i piosenek ledwo wytrzymałam. Dawno nie widziałam na ekranie takiej dawki ohydy. Ale do rzeczy. Jest to opowieść o dzieciństwie trzynastoletniego Gunthera, który wychowuje się w domu owdowiałej babki. Właściwie słowo wychowanie jest tu nie na miejscu, gdyż ojciec i wujowie, którzy mają to robić, zajmują się przede wszystkim chlaniem na umór, i, zapewniam, nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Bezradna, łagodna, kochająca babcia niewiele jest w stanie zrobić. Historię tej patologicznej rodziny poznajemy ze wspomnień dorosłego Gunthera i ta perspektywa nadaje jej głęboki sens. Kto idąc do kina, ma świadomość tego, co go czeka i gotów jest na takie wyzwanie, nie pożałuje. Dalszy ciąg rozważań dla tych, którzy temu wyzwaniu sprostali.
piątek, 18 czerwca 2010
W drodze, czyli "Chinka" Xiaolu Guo.
Lubię obyczajowe kino azjatyckie. Staram się nie omijać filmów z tego kręgu kulturowego pojawiających się w naszych kinach lub w telewizji. Dlatego wybrałam się na "Chinkę" Xiaolu Guo, produkcję chińsko-europejską (współprodukowało ją kilka państw europejskich). Polecam. To niespiesznie opowiedziana historia młodej dziewczyny Lu Mei. Opowieść o jej spotkaniach z mężczyznami i podróży. Nie chodzi tu oczywiście o podróż turystyczną, ale podróż od i do. Od beznadziejnego miejsca, w którym mieszka i do miejsca, które wydaje jej się lepszym światem. Podróż ucieczka, podróż doświadczenie. Tyle dla tych, którzy nie widzieli, reszta dla tych, którzy już obejrzeli.
piątek, 11 czerwca 2010
O Bośni poważnie i ironicznie, czyli "Jakbyś kamień jadła" Tochmana i "Sahib" Velickovica

Jeszcze przez jakiś czas postanowiłam pozostać w bałkańskim kręgu literackim i sięgnęłam po dwie krótkie książeczki, które od dawna leżały na półce, czekając na swoją kolej: reportaż Wojciecha Tochmana "Jakbyś kamień jadła" (Czarne 2008) i powieść bośniackiego autora Nenada Velickovica "Sahib" (Czarne 2007). Tę drugą można w pewnym sensie traktować jako uzupełnienie pierwszej, bo jej akcja toczy się już po wojnie bałkańskiej w Sarajewie, stolicy niepodległej Bośni i Hercegowiny.

Na reportaż Tochmana składają się spotkania z ludźmi, głównie kobietami, które opowiadają o tym, co działo się z nimi i ich rodzinami w czasie wojny. Mówią też, jak wyglądało ich życie przed i jak żyją teraz. Teraz to początek naszego wieku, książka powstała w roku 2003. Reporter oddaje głos nie tylko Bośniakom, ale i Serbom mieszkającym w Republice Serbskiej. Niezorientowanym wyjaśniam, że to część Bośni i Hercegowiny (książka zaopatrzona jest w mapę, która bardzo ułatwia odnalezienie się w opisywanych realiach). Rozmawia także z doktor Ewą Klonowski, polską antropolog, specjalistką od kości, która z wielkim poświęceniem od lat pracuje na tamtych terenach, identyfikując szczątki odnalezione w zbiorowych mogiłach, składając z nich zaginionego człowieka, aby rodziny (głównie kobiety) mogły pochować tych, których opłakują.

Srebrenica, Bihac, Tuzla, Mostar, Sarajewo to nazwy miejscowości, które w latach dziewięćdziesiątych i później często wymieniane były w serwisach informacyjnych, dziś słyszymy o nich coraz rzadziej, zapominamy. A chyba nie powinniśmy, bo ta wojna i to ludobójstwo zdarzyło się tak niedawno i tak blisko nas, w Europie, w kraju chętnie odwiedzanym podczas wakacyjnych podróży. A kiedy czytam to, co mówią Serbowie, którym udziela głosu Tochman, obawiam się, że ta krwawa historia może się kiedyś powtórzyć. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie rozumieją swojej winy, wypierają ze zbiorowej i indywidualnej świadomości to, co zrobili swoim sąsiadom Bośniakom: oblężenia, wyrzucanie z domów i wiosek, zamykanie w obozach, okrutne torturowanie, masowe zabijanie, wrzucanie ciał do zbiorowych mogił, zacieranie śladów, gwałcenie kobiet. Zaraz pojawia się też replika. Mówią o wyolbrzymianiu ich win i o okrucieństwach doznanych od Bośniaków. I choć to prawda, że ci ostatni też mają sporo na sumieniu, to jednak o żadnej równowadze nie może być mowy: obozy koncentracyjne i masowe mordy plamią ręce Serbów. I druga przyczyna, która może stać się w przyszłości zarzewiem nowego konfliktu: tymczasowość i beznadzieja obecnej egzystencji Serbów na terenach Republiki Serbskiej (przypominam: to część Bośni i Hercegowiny, nie Serbii!). Paradoks polega na tym, że Serbowie żyją na terenach, o które walczyli, z których wyrzucili swoich sąsiadów Bośniaków (także Chorwatów), ale żyją w poczuciu tymczasowości. Mieszkają w bośniackich domach lub prowizorycznych barakach, nie mają pracy, wszystko wokół jest zrujnowane, nawet przyroda wydaje się być nieprzyjazna: spalona słońcem, sucha ziemia. Te miejsca kreślone oszczędnym stylem Tochmana robią przygnębiające wrażenie. W życiu społecznym uczestniczą głównie kobiety, mężczyźni siedzą w domach, nie chcą rozmawiać z obcymi, boją się wychodzić czy wyjeżdżać, bo mogą zostać rozpoznani i postawieni przed wymiarem sprawiedliwości. Poczucie tymczasowośći podtrzymują zapisy pokojowego traktatu z Deyton, na mocy którego obie strony, Bośniacy i Serbowie, mogą odzyskiwać swoje domy, z których zostali wyrzuceni. I jedni i drudzy żyją w ciągłym strachu, że tak się stanie, więc niewiele robią, aby zapuścić korzenie. Niektórzy rzeczywiście sięgają po swoją własność, ale tylko po to, aby odzyskane mienie natychmiast sprzedać. Po tym, co sie stało, nie chcą i nie potrafią żyć obok siebie, jak kiedyś. Chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie: to sąsiedzi wyrzucili, torturowali, gwałcili i zabijali sąsiadów. W obozach spotykali się nauczyciel i uczeń, sklepikarz i jego klient, lekarz i pacjent i tak dalej, i tak dalej, można by wyliczać bez końca. Tym razem jednak nie świadczyli sobie nawzajem usług: jeden stawał się katem, drugi jego ofiarą. Po stronie bośniackiej życie toczy się normalniej, szybciej wraca w swoje zwykle koleiny, chociaż nie jest to w żadnym razie normalność sprzed wojny.

Co jeszcze zwraca uwagę w tych relacjach?

Kontrast pomiędzy piękną, spokojną, być może trochę idealizowaną przeszłością, a tym, co zdarzyło się potem i co jest teraz. Można by to opowiedzieć jak baśń, ale bez happy endu. W pewnej pięknej, górzystej krainie żyli sobie szczęśliwie i zgodnie Bośniacy, Chorwaci i Serbowie. Jedni hodowali zwierzęta, uprawiali warzywa i owoce, inni byli prawnikami, lekarzami, nauczycielami, jeszcze inni utrzymywali sie z handlu, wszyscy wychowywali i kształcili dzieci, po pracy tańczyli, śpiewali, bawili się i odpoczywali. Aż nagle, nie wiadomo dlaczego, Serbowie ... . Dalszy ciąg znamy.

Poszukiwanie zaginionych. Po tym wszystkim, co się stało, największą pociechą osamotnionych kobiet, które często straciły w wyniku serbskiego ludobójstwa nie tylko mężów, ale i dzieci, jest odnalezienie i zidentyfikowanie ich szczątków i ich godne pochowanie. Dopiero wtedy będzie można zamordowanych należycie opłakać i symbolicznie zamknąć za sobą pewien etap, no i dalej żyć. Chociaż trudno mi wyobrazić sobie, jak możliwe jest życie po takiej tragedii. Jak może poradzić sobie ze wspomnieniami kobieta, którą wygnano z domu, jej męża, ojca, braci torturowano i zamordowano, dzieci zabito, często na jej oczach, a ją zgwałcono, nawet wielokrotnie? Jak można dalej żyć? Nie wiem, ale one jakoś starają się na nowo odbudować swoją egzystencję. I podkreślam jeszcze raz bardzo mocno: to wszystko zdarzyło sie niedawno i niedaleko, to nie film, nie powieść!

I inne pytania, które sobie zadaję.

Jak sąsiad może to zrobić sąsiadowi, człowiek człowiekowi? Jak można iść do baraku, w którym zamknięci są więźniowie, wybrać sobie jednego i metalowym prętem tłuc, gdzie popadnie, a potem wrócić do domu do żony i dzieci?

Czy jest sens o tym pisać i czytać, skoro niewiele można z tą wiedzą zrobić? Ale przecież niepisanie i nieczytanie oznaczałoby zapomnienie, a tego, jestem pewna, zrobić nie wolno. Tu oddam głos innemu reporterowi Jeanowi Hatzfeldowi autorowi nagrodzonej właśnie Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego "Strategii antylop", książce o ludobójstwie w Ruandzie (to trzecia książka Hatzfelda na ten temat, pierwsza wydana w Polsce). W rozmowie z Olgą Stanisławską na łamach "Gazety Wyborczej" mówi: "Nie łudźmy się, że literatura może powstrzymać jakąś wojnę lub ludobójstwo. (...) To, co może jednak zrobić reportaż, to pozwolić wejść troche głębiej w ten świat. Może pozwolić spotkać ludzi podobnych do was, ale którzy przeszli staszne doświadczenia - ocalonych (...) albo zabójców. (...) Może opowiedzieć, jak to przeżyli i co o tym mówią. Może pomóc zbliżyć się trochę bardziej do tego wydarzenia, trochę bliżej przepaści. Lecz nic wiecej." A ja ciągle zastanawiam się, co ja-czytelnik mogę, powinnam z tą wiedzą zrobić.

I druga książeczka, jak wspomniałam, w pewnym sensie uzupełnienie reportażu Tochmana: "Sahib" Nenada Velickovica. Opisywane zdarzenia rozgrywają się w Sarajewie już po wojnie, w niepodległej Bośni i Hercegowinie. Bohaterem i narratorem jest Anglik, pracownik międzynarodowej organizacji pełniącej misję humanitarną, pomagającej odbudować kraj. Jego poglądy, refleksje, opisy kraju, w którym się znalazł, także jego mieszkańców, poznajemy z listow, które śle regularnie do Georga, swego życiowego partnera. Po powieść sięgnęłam ze względów poznawczych: chciałam się przekonać, jak w Sarajewie toczy się życie po wojnie. Oczekiwałam, że odnajdę tutaj podobne klimaty jak w filmie "Grbavica" Jasmili Żbanic, tymczasem nic z tego. To powieść obrazoburcza, można by rzec: kalająca własne gniazdo. Niewiele tu wspominków wojny, prawie się o niej nie mówi, nie roztrząsa problemów, które wygenerowała. Pisana przez Bośniaka przedstawia, oczami angielskiego urzędnika, mieszkańców Bośni i Hercegowiny w sposób lekceważący, wręcz pogardliwy. W swoich listach narrrator traktuje ich z poczuciem wyższości, niczym dziewiętnastowieczny, biały kolonizator mieszkańców Afryki. Podkreśla przepaść cywilizacyjną dzielącą ich od tej lepszej Europy, z której pochodzi. Jest przekonany, że bez takich jak on nie poradziliby sobie, a i z nimi długo będą gonić ten wspaniały świat. Nie rozumie ich kultury, obyczajów, nie wyobraża sobie, jak można żyć w takich warunkach. W jego oczach to prymitywni, głupi ludzie, którym cywilizowana Europa, traktując ich z wyższością i protekcjonalnie, zmuszona jest pomagać. Gdyby przynajmniej potrafili być wdzięczni! Nie, są gotowi oszukać swych dobroczyńców na każdym kroku. Ale powoli, nie wiadomo kiedy i jak, ten obcy, gorszy, zacofany świat zaczyna go fascynować. Nie ma jednak mowy o porozumieniu, zadzierzgnięciu bliższych więzów: Bośniacy, chociaż ze względów ekonomicznych przyjmują służalczą postawę, pozostają dumni i gardzą przybyszami. Symboliczna w tym kontekście wydaje się być jedna z ostatnich scen powieści.

Ale angielski urzędnik z taką samą ironią, którą posługuje się kreśląc obraz Bośniaków, traktuje pracowników tej międzynarodowej misji. To banda darmozjadów, którzy przyjechali do Sarajewa, niewiele o nim i jego mieszkańcach wiedząc. Nie kierują się szlachetną chęcią pomocy. Chcą dobrze zarobić. Nie dość, że ich pensje są tu wysokie, to jeśli tylko nadarza się okazja, są gotowi popełnić finansowe nadużycia, aby na boku zgarnąć niemałą sumkę. Nie mają nic wspólnego ze szlachetną panią antropolog Ewą Klonowski z reportażu Tochmana. Nie tylko szeregowi urzędnicy kierują się niskimi pobudkami. Podobnie jest przedstawiona organizacja, dla której pracują, i jej zwierzchnicy: możni władcy świata. Bośnię traktują jak rodzaj zsypu, do którego można zrzucić niechciane u siebie technologie, lub jak kraj, który modernizowany na modłę zachodnią uzależni się od bogatej Europy i stale będzie jej potrzebował. Jak pisze w jednym z listów narrator: "(...) nawpuszczaliśmy im ryb do potoków nie dlatego, by stworzyć miejsca pracy, tylko by zakręcić kurki z pitną wodą. Nie jest naszym celem kupowanie od nich ryb, tylko spowodowanie, by to oni kupowali od nas wodę."

Cóż, trudno ocenić, na ile ten obraz pomagających i wspomaganych jest bliski prawdy. Nie należy zapominać, że Velickovic posługuje się w swojej powieści ironią i groteskową przesadą.