Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
piątek, 11 czerwca 2010
O Bośni poważnie i ironicznie, czyli "Jakbyś kamień jadła" Tochmana i "Sahib" Velickovica

Jeszcze przez jakiś czas postanowiłam pozostać w bałkańskim kręgu literackim i sięgnęłam po dwie krótkie książeczki, które od dawna leżały na półce, czekając na swoją kolej: reportaż Wojciecha Tochmana "Jakbyś kamień jadła" (Czarne 2008) i powieść bośniackiego autora Nenada Velickovica "Sahib" (Czarne 2007). Tę drugą można w pewnym sensie traktować jako uzupełnienie pierwszej, bo jej akcja toczy się już po wojnie bałkańskiej w Sarajewie, stolicy niepodległej Bośni i Hercegowiny.

Na reportaż Tochmana składają się spotkania z ludźmi, głównie kobietami, które opowiadają o tym, co działo się z nimi i ich rodzinami w czasie wojny. Mówią też, jak wyglądało ich życie przed i jak żyją teraz. Teraz to początek naszego wieku, książka powstała w roku 2003. Reporter oddaje głos nie tylko Bośniakom, ale i Serbom mieszkającym w Republice Serbskiej. Niezorientowanym wyjaśniam, że to część Bośni i Hercegowiny (książka zaopatrzona jest w mapę, która bardzo ułatwia odnalezienie się w opisywanych realiach). Rozmawia także z doktor Ewą Klonowski, polską antropolog, specjalistką od kości, która z wielkim poświęceniem od lat pracuje na tamtych terenach, identyfikując szczątki odnalezione w zbiorowych mogiłach, składając z nich zaginionego człowieka, aby rodziny (głównie kobiety) mogły pochować tych, których opłakują.

Srebrenica, Bihac, Tuzla, Mostar, Sarajewo to nazwy miejscowości, które w latach dziewięćdziesiątych i później często wymieniane były w serwisach informacyjnych, dziś słyszymy o nich coraz rzadziej, zapominamy. A chyba nie powinniśmy, bo ta wojna i to ludobójstwo zdarzyło się tak niedawno i tak blisko nas, w Europie, w kraju chętnie odwiedzanym podczas wakacyjnych podróży. A kiedy czytam to, co mówią Serbowie, którym udziela głosu Tochman, obawiam się, że ta krwawa historia może się kiedyś powtórzyć. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie rozumieją swojej winy, wypierają ze zbiorowej i indywidualnej świadomości to, co zrobili swoim sąsiadom Bośniakom: oblężenia, wyrzucanie z domów i wiosek, zamykanie w obozach, okrutne torturowanie, masowe zabijanie, wrzucanie ciał do zbiorowych mogił, zacieranie śladów, gwałcenie kobiet. Zaraz pojawia się też replika. Mówią o wyolbrzymianiu ich win i o okrucieństwach doznanych od Bośniaków. I choć to prawda, że ci ostatni też mają sporo na sumieniu, to jednak o żadnej równowadze nie może być mowy: obozy koncentracyjne i masowe mordy plamią ręce Serbów. I druga przyczyna, która może stać się w przyszłości zarzewiem nowego konfliktu: tymczasowość i beznadzieja obecnej egzystencji Serbów na terenach Republiki Serbskiej (przypominam: to część Bośni i Hercegowiny, nie Serbii!). Paradoks polega na tym, że Serbowie żyją na terenach, o które walczyli, z których wyrzucili swoich sąsiadów Bośniaków (także Chorwatów), ale żyją w poczuciu tymczasowości. Mieszkają w bośniackich domach lub prowizorycznych barakach, nie mają pracy, wszystko wokół jest zrujnowane, nawet przyroda wydaje się być nieprzyjazna: spalona słońcem, sucha ziemia. Te miejsca kreślone oszczędnym stylem Tochmana robią przygnębiające wrażenie. W życiu społecznym uczestniczą głównie kobiety, mężczyźni siedzą w domach, nie chcą rozmawiać z obcymi, boją się wychodzić czy wyjeżdżać, bo mogą zostać rozpoznani i postawieni przed wymiarem sprawiedliwości. Poczucie tymczasowośći podtrzymują zapisy pokojowego traktatu z Deyton, na mocy którego obie strony, Bośniacy i Serbowie, mogą odzyskiwać swoje domy, z których zostali wyrzuceni. I jedni i drudzy żyją w ciągłym strachu, że tak się stanie, więc niewiele robią, aby zapuścić korzenie. Niektórzy rzeczywiście sięgają po swoją własność, ale tylko po to, aby odzyskane mienie natychmiast sprzedać. Po tym, co sie stało, nie chcą i nie potrafią żyć obok siebie, jak kiedyś. Chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie: to sąsiedzi wyrzucili, torturowali, gwałcili i zabijali sąsiadów. W obozach spotykali się nauczyciel i uczeń, sklepikarz i jego klient, lekarz i pacjent i tak dalej, i tak dalej, można by wyliczać bez końca. Tym razem jednak nie świadczyli sobie nawzajem usług: jeden stawał się katem, drugi jego ofiarą. Po stronie bośniackiej życie toczy się normalniej, szybciej wraca w swoje zwykle koleiny, chociaż nie jest to w żadnym razie normalność sprzed wojny.

Co jeszcze zwraca uwagę w tych relacjach?

Kontrast pomiędzy piękną, spokojną, być może trochę idealizowaną przeszłością, a tym, co zdarzyło się potem i co jest teraz. Można by to opowiedzieć jak baśń, ale bez happy endu. W pewnej pięknej, górzystej krainie żyli sobie szczęśliwie i zgodnie Bośniacy, Chorwaci i Serbowie. Jedni hodowali zwierzęta, uprawiali warzywa i owoce, inni byli prawnikami, lekarzami, nauczycielami, jeszcze inni utrzymywali sie z handlu, wszyscy wychowywali i kształcili dzieci, po pracy tańczyli, śpiewali, bawili się i odpoczywali. Aż nagle, nie wiadomo dlaczego, Serbowie ... . Dalszy ciąg znamy.

Poszukiwanie zaginionych. Po tym wszystkim, co się stało, największą pociechą osamotnionych kobiet, które często straciły w wyniku serbskiego ludobójstwa nie tylko mężów, ale i dzieci, jest odnalezienie i zidentyfikowanie ich szczątków i ich godne pochowanie. Dopiero wtedy będzie można zamordowanych należycie opłakać i symbolicznie zamknąć za sobą pewien etap, no i dalej żyć. Chociaż trudno mi wyobrazić sobie, jak możliwe jest życie po takiej tragedii. Jak może poradzić sobie ze wspomnieniami kobieta, którą wygnano z domu, jej męża, ojca, braci torturowano i zamordowano, dzieci zabito, często na jej oczach, a ją zgwałcono, nawet wielokrotnie? Jak można dalej żyć? Nie wiem, ale one jakoś starają się na nowo odbudować swoją egzystencję. I podkreślam jeszcze raz bardzo mocno: to wszystko zdarzyło sie niedawno i niedaleko, to nie film, nie powieść!

I inne pytania, które sobie zadaję.

Jak sąsiad może to zrobić sąsiadowi, człowiek człowiekowi? Jak można iść do baraku, w którym zamknięci są więźniowie, wybrać sobie jednego i metalowym prętem tłuc, gdzie popadnie, a potem wrócić do domu do żony i dzieci?

Czy jest sens o tym pisać i czytać, skoro niewiele można z tą wiedzą zrobić? Ale przecież niepisanie i nieczytanie oznaczałoby zapomnienie, a tego, jestem pewna, zrobić nie wolno. Tu oddam głos innemu reporterowi Jeanowi Hatzfeldowi autorowi nagrodzonej właśnie Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego "Strategii antylop", książce o ludobójstwie w Ruandzie (to trzecia książka Hatzfelda na ten temat, pierwsza wydana w Polsce). W rozmowie z Olgą Stanisławską na łamach "Gazety Wyborczej" mówi: "Nie łudźmy się, że literatura może powstrzymać jakąś wojnę lub ludobójstwo. (...) To, co może jednak zrobić reportaż, to pozwolić wejść troche głębiej w ten świat. Może pozwolić spotkać ludzi podobnych do was, ale którzy przeszli staszne doświadczenia - ocalonych (...) albo zabójców. (...) Może opowiedzieć, jak to przeżyli i co o tym mówią. Może pomóc zbliżyć się trochę bardziej do tego wydarzenia, trochę bliżej przepaści. Lecz nic wiecej." A ja ciągle zastanawiam się, co ja-czytelnik mogę, powinnam z tą wiedzą zrobić.

I druga książeczka, jak wspomniałam, w pewnym sensie uzupełnienie reportażu Tochmana: "Sahib" Nenada Velickovica. Opisywane zdarzenia rozgrywają się w Sarajewie już po wojnie, w niepodległej Bośni i Hercegowinie. Bohaterem i narratorem jest Anglik, pracownik międzynarodowej organizacji pełniącej misję humanitarną, pomagającej odbudować kraj. Jego poglądy, refleksje, opisy kraju, w którym się znalazł, także jego mieszkańców, poznajemy z listow, które śle regularnie do Georga, swego życiowego partnera. Po powieść sięgnęłam ze względów poznawczych: chciałam się przekonać, jak w Sarajewie toczy się życie po wojnie. Oczekiwałam, że odnajdę tutaj podobne klimaty jak w filmie "Grbavica" Jasmili Żbanic, tymczasem nic z tego. To powieść obrazoburcza, można by rzec: kalająca własne gniazdo. Niewiele tu wspominków wojny, prawie się o niej nie mówi, nie roztrząsa problemów, które wygenerowała. Pisana przez Bośniaka przedstawia, oczami angielskiego urzędnika, mieszkańców Bośni i Hercegowiny w sposób lekceważący, wręcz pogardliwy. W swoich listach narrrator traktuje ich z poczuciem wyższości, niczym dziewiętnastowieczny, biały kolonizator mieszkańców Afryki. Podkreśla przepaść cywilizacyjną dzielącą ich od tej lepszej Europy, z której pochodzi. Jest przekonany, że bez takich jak on nie poradziliby sobie, a i z nimi długo będą gonić ten wspaniały świat. Nie rozumie ich kultury, obyczajów, nie wyobraża sobie, jak można żyć w takich warunkach. W jego oczach to prymitywni, głupi ludzie, którym cywilizowana Europa, traktując ich z wyższością i protekcjonalnie, zmuszona jest pomagać. Gdyby przynajmniej potrafili być wdzięczni! Nie, są gotowi oszukać swych dobroczyńców na każdym kroku. Ale powoli, nie wiadomo kiedy i jak, ten obcy, gorszy, zacofany świat zaczyna go fascynować. Nie ma jednak mowy o porozumieniu, zadzierzgnięciu bliższych więzów: Bośniacy, chociaż ze względów ekonomicznych przyjmują służalczą postawę, pozostają dumni i gardzą przybyszami. Symboliczna w tym kontekście wydaje się być jedna z ostatnich scen powieści.

Ale angielski urzędnik z taką samą ironią, którą posługuje się kreśląc obraz Bośniaków, traktuje pracowników tej międzynarodowej misji. To banda darmozjadów, którzy przyjechali do Sarajewa, niewiele o nim i jego mieszkańcach wiedząc. Nie kierują się szlachetną chęcią pomocy. Chcą dobrze zarobić. Nie dość, że ich pensje są tu wysokie, to jeśli tylko nadarza się okazja, są gotowi popełnić finansowe nadużycia, aby na boku zgarnąć niemałą sumkę. Nie mają nic wspólnego ze szlachetną panią antropolog Ewą Klonowski z reportażu Tochmana. Nie tylko szeregowi urzędnicy kierują się niskimi pobudkami. Podobnie jest przedstawiona organizacja, dla której pracują, i jej zwierzchnicy: możni władcy świata. Bośnię traktują jak rodzaj zsypu, do którego można zrzucić niechciane u siebie technologie, lub jak kraj, który modernizowany na modłę zachodnią uzależni się od bogatej Europy i stale będzie jej potrzebował. Jak pisze w jednym z listów narrator: "(...) nawpuszczaliśmy im ryb do potoków nie dlatego, by stworzyć miejsca pracy, tylko by zakręcić kurki z pitną wodą. Nie jest naszym celem kupowanie od nich ryb, tylko spowodowanie, by to oni kupowali od nas wodę."

Cóż, trudno ocenić, na ile ten obraz pomagających i wspomaganych jest bliski prawdy. Nie należy zapominać, że Velickovic posługuje się w swojej powieści ironią i groteskową przesadą.

piątek, 04 czerwca 2010
Rozważania o samotności, czyli "Nic osobistego" Urszuli Antkowiak.
Obejrzałam bardzo kameralny filmowy debiut polskiej reżyserki Urszuli Antkowiak będący produkcją holendersko-irlandzką. Jest to historia rozpisana na dwoje aktorów (Lotte Verbeek i Stephen Rea), w której, szczególnie na początku, pada niewiele słów, akcji właściwie nie ma. Bohaterowie stanowią dla widza zagadkę, niewiele o nich wiemy, a i oni o sobie nawzajem też. To opowieść o samotności i spotkaniu, dzięki któremu stopniowo między tym dwojgiem nawiązuje się jakaś więź. Nie należy się jednak spodziewać ognistej historii miłosnej. To kino kontemplacyjne, dla wytrwałych, których nie zrazi brak dziania się na ekranie i kilka nie do końca zrozumiałych scen czy reżyserskich chwytów. Kto lubi takie kino, zachęcam. Dodatkową przyjemność sprawią na pewno dzikie, ponure, irlandzkie krajobrazy, w których rzecz się rozgrywa. Jeśli ktoś widział, zapraszam dalej.
czwartek, 27 maja 2010
Opowieść o mafii i dużo, dużo więcej, czyli "Prorok" Jacquesa Audiarda.
Pewnie nie jest to film dla każdego. Ja też musiałam się przełamać, aby obejrzeć ten obraz obsypany tyloma nagrodami. Wielu być może z góry go skreśli, niesłusznie. Wyda im się nudne i odrażające oglądanie grubo ponad dwugodzinnego filmu, którego akcja toczy się przede wszystkim w więzieniu. Mamy tu wszystko, co bywa w takich produkcjach: więzienną rzeczywistość, hierarchię, zależności, skorumpowanych klawiszy, brutalne sceny. Ale jest też dużo więcej: głębokie portrety psychologiczne bohaterów, akcja trzymająca w napięciu, świetne aktorstwo, montaż, problem islamski i przede wszystkim historię tytułowego proroka, czyli Malika. Obserwowanie jego walki z więziennym światem, dojrzewania i przemiany jest fascynujące i to zarówno dzięki opowieści zapisanej w scenariuszu, jak i Taharowi Rahimowi, odtwórcy roli głównego bohatera. I jeszcze jedno: to nie prosta historia z morałem o nawróceniu się przestępcy. Tu wszystko jest wielowymiarowe i bardziej skomplikowane. Kawał świetnego kina. Tyle zachęty, a druga część, jak zwykle, dla tych, którzy już na "Proroka" pobiegli.
niedziela, 23 maja 2010
"Samotny mężczyzna", czyli melancholijny film dla smakoszy (kina).
Tyle interesujących premier, że nie nadążam. Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Samotnego mężczyznę" Toma Forda, a w kolejce czekają "Prorok" i "Nic osobistego". Trzeba korzystać, bo wkrótce wakacyjna posucha premierowa, czas nadrabiania zaległości i powtórnego oglądania filmów ulubionych. Ale do rzeczy. Debiut filmowy Toma Forda, kreatora mody, to opowieść o jednym dniu z życia mieszkającego w Los Angeles profesora literatury, Georga Falconera, który nie może poradzić sobie z bólem po nagłej śmierci Jima, ukochanego. Spędził z nim szesnaście lat swego życia. Jest to historia uniwersalna opowiadająca o stracie, samotności, wyobcowaniu ze świata. Piękne, melancholijne kino, skupione na szczególe, z niespieszną akcją, a raczej jej brakiem. Rozmowy i obserwacje, a wszystko chłodne. I chociaż łzy nie uroniłam (a wzruszam się łatwo), nie żałuję, że widziałam. Dalsze uwagi dla tych, którzy film już obejrzeli.
niedziela, 16 maja 2010
Dużo więcej niż melodramat, czyli "Jaśniejsza od gwiazd" Jane Campion.
Polską premierę najnowszego filmu Jane Campion poprzedzały głosy krytyków, że to jej filmowe odrodzenie. Takie wieści zawsze powodują zapalenie się ostrzegawczego światełka nieufności w mojej głowie. Mimo tego wybrałam się do kina z ochotą i tak, jak lubię, nie czytając wcześniej nic na temat. Wiedziałam tylko tyle, że jest to opowieść o miłości młodej dziewczyny i angielskiego poety epoki romantyzmu Johna Keatsa. Po seansie sprawdziłam, że historia jest autentyczna i większość postaci, nawet te epizodyczne, to ludzie z krwi i kości, a nie wymyśleni przez scenarzystkę (Campion). Tym razem zgadzam się z głosami, które przywołałam w pierwszym zdaniu: film zachwycił mnie i poruszył. Jest nie tylko piękny (zapierające dech zdjęcia Greiga Fresera), wzruszający, ale i przede wszystkim zmuszający do różnorakich refleksji. I jeszcze jedna uwaga. Kto obawia się czegoś w rodzaju licznych ekranizacji filmów Jane Austen (ja nie mam nic przeciwko nim), może odetchnąć spokojnie: to film z innej półki, coś znacznie więcej niż filmowa konfekcja. Trzeba obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać resztę.
niedziela, 09 maja 2010
W bałkańskim tyglu, czyli "Krystaliczna sieć" Mirko Kovaca.
Właśnie skończyłam czytać powieść serbskiego? chorwackiego? pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze (2006). Jak widać, już samo ustalenie narodowości pisarza jest trudne. Urodził się w Czarnogórze w roku 1938, mieszkał w Belgradzie, potem przeniósł się do Rovinja (Chorwacja). W notce biograficznej na okładce książki nie ma informacji o jego narodowości. Ale powieść przetłumaczono z chorwackiego, a Wikipedia określa go jako Chorwata, więc może rzeczywiście nim się czuje? A być może narodowość nie ma dla niego istotnego znaczenia? Tak właśnie stawia tę sprawę w powieści. Jej bohatera irytują wszelkie buńczuczne wypowiedzi o wielkości Serbów rzucane przez przyjaciół. Kiedyś, trochę nieoczekiwanie dla siebie, stwierdza, że nie ma korzeni, że nie zna historii swojej rodziny (w rzeczywistości oczywiście zna). Dlaczego tyle miejsca poświęciłam kwestii narodowości pisarza? Otóż jej złożoność wydała mi się symbolicznym odbiciem skomplikowanej historii narodów dawnej Jugosławii. A sama powieść? To melancholijna historia niespełnionego pisarza utrzymującego się z handlu antykami. Jej akcja toczy się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku głównie w Belgradzie. Retrospekcje sięgają lat przedwojennych w Bośni i Hercegowinie, a epilog to lata osiemdziesiąte. Bardzo ciekawa książka o niespełnieniu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, także o tym, jak dobro miesza się w człowieku ze złem. A wszystko to zanurzone w bałkańskim tyglu.
wtorek, 04 maja 2010
Szwedzki "Burrowing", film nie dla każdego.
Wybrałam się na szwedzki "Burrowing" pokazywany latem na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Muszę przyznać, że czuję się trochę rozczarowana, chyba nie tego się spodziewałam. Z materiałów na temat filmu można się dowiedzieć, że jest to obraz szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych, a właściwie jego mieszkańców, widziany oczyma kilkunastoletniego chłopca. Spodziewałam się filmu społecznego, tymczasem jest to obraz kontemplacyjny, zmierzający bardziej w stronę refleksji filozoficznej niż społecznej, chociaż i taka jest tu niewątpliwie. Obejrzałam bez przykrości, z zainteresowaniem, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem. Ten film to dla mnie bardziej matematyczne równanie do rozwiązania niż przeżycie i wzruszenie, a ja w sztuce wolę to drugie. Zakładam jednak, że wielu oglądających może mieć inne wrażenia. W każdym razie na pewno nie jest to film dla miłośników akcji. Zamiast niej oglądamy właściwie osobne obrazy, których bohaterami są dziwni mieszkańcy idealnego, pewnie dość przeciętnego, szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych. Niewiele tu słów, za to często towarzyszy nam muzyka stylizowana na chorały. Warto o tym wszystkim wiedzieć, wybierając się na "Burrowing". A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
sobota, 01 maja 2010
Przereklamowana "Gorączka w Hawanie" Leonarda Padury.

Zanim wyjaśnię, dlaczego jednak rozczarowała mnie powieść kubańskiego pisarza, kilkanaście zdań wstępu. Jestem miłośniczką dobrego kryminału. Jak każdy fan tego gatunku mam swoich ulubionych autorów. Moją przygodę z literaturą kryminalną zaczęłam od Agaty Christie, pewnie to nic oryginalnego. Potem czytałam angielską pisarkę P.D.James. Opasłe tomiska, skomplikowana zagadka i takież śledztwo, wielu bohaterów, rozbudowane tło obyczajowe i komendant Scotland Yardu Adam Dalgiesh w roli głównej to zalety jej książek. Po pobycie w Wenecji sięgnęłam po Donnę Leon i nadal kupuję jej kryminały, ale muszę z przykrością stwierdzić, że nowsze nie są już tak dobre jak na przykład "Śmierć w La Fenice"  czy "Strój na śmierć". Zawsze czytam je z planem Wenecji w ręce, przypominając sobie miejsca, w których toczy się akcja. Potem oszalałam dla mojego ukochanego komisarza Kurta Wallandera. Powieści Mankella to nie tylko skomplikowana zagadka, wymyślna zbrodnia, ale też ponury, przytłaczający świat Wallandera, jego żmudne zmagania z codziennością, powolne dochodzenie do prawdy. Poszukiwanie mordercy to znój, nic nie dzieje się ot tak sobie, śledztwo trwa często długo. Nie mogę przeboleć, że seria prawdopodobnie już się skończyła. Przeczytałam też trzy kryminały wrocławskie Marka Krajewskiego, ale w końcu znurzyla mnie wyszukana perwersyjność jego zbrodniarzy i po kolejne nie sięgnęłam. Gdzieś tak rok temu odkryłam świetne książki Szkotki Denise Miny. Jak dotąd ukazały sie dwie: "Pole krwi" i "Martwa godzina". Ich akcja rozgrywa sie w Glasgow na początku lat osiemdziesiątych zeszłego wieku, a bohaterką jest młoda dziewczyna, Paddy Meehan, która rozpoczyna pracę w dzienniku "Scottissh Daily News", początkowo jako goniec, potem awansuje na stażystkę w dziale miejskim. Książki są fascynujące nie tylko ze względu na zagadkę kryminalną (nawiasem mówiąc, za każdym razem jej rozwiązanie dokonuje się trochę na siłę, to jedyny minus), ale na super ciekawe tło obyczajowe (na przykład konflikt katolicko-protestancki, zderzenie ubogiego świata Paddy ze światem dziennikarskim) i świetnie nakreśloną postać głównej bohaterki, młodej dziewczyny, która za wszelką cenę usiłuje wyrwać się ze swojego środowiska: robotniczej, konserwatywnej, katolckej rodziny żyjącej na obrzeżach Glasgow. Mam nadzieję, że wydawnictwo WAB wyda kolejne tomy cyklu (ma być ich pięć). Od czasu do czasu zwabiona recenzją sięgam po kryminał z jakiegoś nowego cyklu, ale często kończy się tylko na jednym. Tak było z Andreą Camirellim, mimo że uwielbiam Sycylię, gdzie toczy się akcja jego powieści. Za to bardzo polubiłam wersję serialową jego książek (odwrotnie jest z ekranizacją powieści Mankella: denerwują mnie swoją powierzchownością). Nie przekonałam się też do  Karin Fossum czy Iana Rankina. Cóż, wszystko wskazuje na to, że podobny los spotka kryminały Leonarda Padury i ich bohatera porucznika Mario Conde.

Jego pierwsza powieść "Gorączka w Hawanie" ukazała się w Znaku w roku ubiegłym. Teraz wyszła trzecia z cyklu. Towarzyszą im świetne recenzje. Mnie, oprócz nich, skusiła Kuba i Hawana. Pomyślałam, że to ciekawe  zanurzyć się w zupełnie obcym, egzotycznym, owianym legendą świecie. Nie należy zapominać, że to jednocześnie kraj komunistycznej dyktatury, więźniów politycznych, biedy. Początkowo byłam zadowolona. Od razu zorientowałam się, że książka Padury to nie tylko kryminalna zagadka, ale też powieść obyczajowa i psychologiczna, a, jak wynika ze wstępu, dla mnie to niezbędna część kryminału. Stopniowo poznajemy historię trzydziestoczteroletniego, zgorzkniałego i rozczarowanego życiem porucznika Mario Conde. Jego mlodość, przyjaźnie, historie miłosne, dwa nieudane małżeństwa. Wiemy, że doskwiera mu samotność, ma jednego przyjaciela, Chudego, uwielbia dobrą kuchnię, rum (bywa, że go nadużywa), jest niespełnionym pisarzem, a jego literacki idol to Hemingway. Poznajemy też  innych policjantów, zawsze scharakteryzowanych zwięźle, ale tak, że dzięki kilkunastu zdaniom stają się ludźmi z krwi i kości. Podobnie jest ze szkolnymi kolegami, których wspomina Mario. Akcja toczy się na dwóch planach: współczesnym (rok 1988) i wspomnieniowym (głównie lata licealne i studenckie). Poznajemy też realia obyczajowe Hawany lat osiemdziesiątych. Rozwarstwienie społeczne, świat zwykłych mieszkańców i uprzywilejowanej władzy. Mówi się o ucieczkach do Stanów, o handlu walutą, ale oczywiście nie o więźniach politycznych. Porucznik Conde jest człowiekiem porządnym, ściga  przestępców, ale ja odebrałam go raczej jako obywatela prawomyślnego niż zbuntowanego. Cóż, skoro powieść ukazała się na Kubie, nie można niczego innego oczekiwać. A wszystko to zanurzone w różnorodnej narracji: a to trzecioosobowej, a to narratorem bywa sam Mario, czasem jeszcze ktoś inny.

Skąd w takim razie moje rozczarowanie? Otóż  mnie książka wydała się zdecydowanie za krótka, a ponieważ naprawdę sporo miejsca zajmuje historia Mario, na zagadkę kryminalną nie zostaje zbyt wiele miejsca. Nie jest to kryminał, od którego nie można się oderwać. Nie zagryzamy nerwowo palców, nie umieramy ze strachu, nie jesteśmy wodzeni za nos. Rozwiązanie zagadki jest dość banalne, a dojście do celu w gruncie rzeczy proste, nie wymaga od porucznika wielu starań. Historia miłosna mnie wydała się dość letnia, a nieudane życie porucznika jest niczym wobec bólu istnienia, jakiego doświadcza mój ukochany komisarz Wallander z depresyjnego Ystad. Czego mi jeszcze zabrakło? Opisów Hawany. Lubię widzieć miejsca wykreowane przez pisarza, a Padura nie opisał porządnie nawet mieszkania porucznika, że o mieście nie wspomnę! Świat jest tu raczej nazywany niż opisywany. Ale być może dla niektórych to zaleta. Tak więc zachwyty nad tą serią wydają mi się zdecydowanie przesadzone. Owszem, można przeczytać, ale ja nie odczułam przymusu następnego spotkania z porucznikiem Mario Conde. Za jakiś czas, kiedy znowu zatęsknię za powieścią kryminalną, spróbuję czegoś innego.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Woody Allen powraca do Nowego Jorku, na szczęście.
Wreszcie obejrzałam najnowszy film mojego ukochanego Woody Allena. (Celowo nie podaję tytułu, bo polskie tłumaczenie jest wyjątkowo idiotyczne. Szłam z lekkimi obawami, bo według mnie ostatni prawdziwy Allen to "Życie i cała reszta". Kolejne, te kręcone w Europie, to już nie to samo! Owszem, on nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jednak czegoś mi brakowało. Nawet "Vicki, Christina, Barcelona" pozostawiła po sobie niedosyt. Kto widział "Tajemnicę morderstwa na Manhatanie", nie mógł zachwycić się filmem "Scoop - Gorący temat", kto uwielbia, jak ja, "Zbrodnie i wykroczenia", temu marną kopią mogło wydać się "Wszystko gra". Na szczęście powrót do Nowego Jorku wpłynął korzystnie na jego twórczą formę i ten film to stary, dobry Allen, może nie z tych najwybitniejszych, ale bez wątpienia miłośnicy jego twórczości odnajdą tu wszystko, za co go kochają (a niech tam, trochę egzaltacji nie zaszkodzi). Szkoda tylko, że sam mistrz nie gra już w swoich filmach. Patrząc na Borisa (Larry David), cały czas przed oczyma miałam Woodego Allena.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Spotkanie z INNYM , czyli "Ja też" Alvaro Pastora i Antonia Naharro.
Nadrabiam kinowe zaległości. Obejrzałam hiszpański film Alvaro Pastora i Antonia Naharro "Teraz ja" pokazywany niedawno w ramach corocznego przeglądu kina hiszpańskiego, a teraz wyświetlany na zwykłych seansach. Początkowo nie miałam go w planach, przyznaję ze wstydem, ze względu na temat. Bałam się słodkiego, czułostkowego filmu. Dlaczego? Bo jego bohaterem jest trzydziestoczteroletni Daniel (świetny Pablo Pineda) cierpiący na zespół Downa. Jego wyjątkowość polega na tym, że skończył studia i podjął normalna pracę. I właśnie tam spotyka Laurę (też bardzo dobra Lola Duenas), w której się zakochuje. Ale film wcale nie jest czułostkowy. Pokazuje świat, o jakim na co dzień nie myślimy. Odsłania tabu: pragnienia człowieka z zespołem Downa, pragnienia miłości, także fizycznej. Skłania do refleksji: jak zachowalibyśmy się na miejscu Laury? Czy możliwy jest związek pomiędzy nimi? I pytania dotyczące innych bohaterów też cierpiących na te samą chorobę: na ile mogą stanowić o własnym życiu? Czy wolno odmawiać im prawa do uczuć? Jak bardzo trzeba ich chronić przed wszelkimi troskami? Czy muszą tkwić pod kloszem zamknięci tam przez troskliwych rodziców? Problemy nie są wymyślone. Scenariusz wykorzystuje historię Pablo Pinedy, który nie tylko wciela się w głównego bohatera, ale był kimś w rodzaju konsultanta. Film ogląda się bardzo dobrze, ma świetne tempo i nie przynosi na szczęście oczywistych rozstrzygnięć. Nie wolny jest niestety od jednej słabości: tajemnicza przeszłość Laury wydaje się tu pewnym naddatkiem. Widz dość szybko może się jej domyślić. Muszę jednak przyznać, że ten wątek nie jest na szczęście nadmiernie eksploatowany i twórcy uniknęli wykładania kawy na ławę. Wszystko do końca pozostaje w sferze domysłów. Warto wybrać się na ten film! A jeśli ktoś widział, może czytać dalej.