Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 12 stycznia 2011
"Nie bój się, Bi". Poetycki film z Wietnamu.
Tym razem znowu będzie o filmie, ale nie o komedii. Obejrzałam właśnie wietnamski obraz "Nie bój się, Bi". Lubię azjatyckie kino obyczajowe, niestety rzadko gości na ekranach, a jeśli już, to najczęściej jest to kino chińskie (też lubię). To chyba trzeci film wietnamski, jaki udało mi się zobaczyć (niestety nie pamiętam tytułów poprzednich). Wszystkie miały pewne wspólne cechy. Za każdym razem była to obserwacja rodziny, ale rodziny rozumianej szerzej: nie tylko rodzice i dzieci, także siostry, bracia, dziadkowie. Wspólne było też raczej wolne tempo, niewiele zdarzeń, więcej nastroju, kontemplacji, chwytania ulotnych chwil. Jeśli miałabym je jakoś określić, to powiedziałabym, że były poetyckie, mimo że rejestrowały wietnamską codzienność. "Nie bój się, Bi" to opowieść o życiu rodziny, której rutyna zostaje zaburzona nagłym powrotem z zagranicy chorego ojca. Obserwujemy relacje między siostrą, bratem, jego żoną, ich synkiem (tytułowy Bi) i ojcem. Niewiele się dzieje, dużo tu niedopowiedzeń, sporo pozostawiono domyślności widza (lub jego dowolnej interpretacji), bardzo dużo można wyczytać ze spojrzeń i gestów. Film ciekawy, chociażby tylko ze względu na egzotyczną dla nas wietnamską obyczajowość. Tym, których nie zniechęciły moje dotychczasowe uwagi, polecam. Tych, którzy już obejrzeli, jak zawsze zachęcam do przeczytania dalszego ciągu.
sobota, 08 stycznia 2011
"Soul kitchen". Zupełnie inny Fatih Akin.

Tym razem nie dzielę wpisu na dwie części, jak to mam w zwyczaju, pisząc o filmie, bo trudno snuć jakieś nadzwyczajne refleksje na temat "Soul kitchen". Zastanawiałam się nawet, czy tym razem nie darować sobie notki i wcale nie dlatego, że film mi się nie podobał. Najnowszy obraz Fatiha Akina to po prostu komedia i tylko komedia (żeby było jasne: nie mam nic przeciwko temu gatunkowi). Kto widział jego poprzednie filmy, "Głową w mur" i "Na krawędzi nieba", ten może być zdziwiony. Niemiecki reżyser tureckiego pochodzenia przyzwyczaił nas do zupełnie innego kina, kina na serio, opowiadającego o  Turkach  mieszkających w Niemczech i w swojej ojczyźnie. Pokazuje w nich  problemy z integracją,  odmienność kultur,  poszukiwanie tożsamości. Zarzuca  bogatej Europie jak niewiele wie na temat politycznych problemów tureckiego społeczeństwa i jakie ma naiwne recepty na ich rozwiązanie. Myślę, że Turcja i Turcy mieszkający w Niemczech to tylko pretekst do rozmowy na temat innych mniejszosci, które Europa w pewnym okresie tak ochoczo do siebie przyjmowała, a teraz się od nich odwraca. Filmy Akina poruszają też podstawowe problemy egzystencjalne. Pełno w nich mocnych, dosadnych, brudnych scen, nieobliczalnych bohaterów, którzy sami siebie stawiają na marginesie społeczeństwa i, przynajmniej w pierwszym momencie, niekoniecznie budzą sympatię widza. I chociaż nie kończą się rozumianym potocznie happyendem, to niosą w sobie jakiś optymizm, trudny, niełatwy, ale jednak optymizm. Oba filmy należą do moich ulubionych, szczególnie "Glową w mur" tkwi we mnie bardzo mocno. Kto nie widział a nie boi się kina nieprzyjemnego, ale mądrego i poruszającego do głębi, powinien zobaczyć koniecznie.

Nie o tamtych filmach mam jednak pisać, więc wracam do "Soul kitchen". Idąc, niby wiedziałam, że zobaczę komedię, bo tak głoszą wszelkie zapowiedzi, ale te często bywają nieprawdziwe, więc oglądając, długo myślałam, że reżyser myli tropy i w pewnym momencie film zabrzmi tonacją serio. Tak się jednak nie dzieje i "Soul kitchen" do końca pozostaje komedią. Owszem, odnajdziemy tu motywy znane z jego poprzednich obrazów, ale podane lekko. Mamy więc bohaterów wywodzących się ze środowisk imigranckich, tym razem są to Grecy: dwaj bracia Zinos i Illias, zadomowieni w Niemczech na dobre. Mamy przestępstwo (raczej drobnego kalibru), za które ktoś musi odpokutować w więzieniu. Jest i miłosny zawód. Pełno tu zwariowanych postaci, które żyją po swojemu, pod prąd mieszczańskiemu społeczeństwu, na jego marginesie, ale w zgodzie z własnym sumieniem. Zinos, właściciel tytułowej knajpy, kucharz Shayn (w tej roli Birol Unel znany z "Głową w mur"), kelnerka Lucia za wszelką cenę chcą pozostać wolni i spełniać swoje marzenia. Obce są im kompromisy, nawet jeżeli oznacza to utratę dobrej pracy. Można oczywiście w tej sympatycznej komedii doszukać się poważnych problemów. Jest więc, przeciwstawiony tamtym bohaterom podstępny łajdak, który gotów jest na wszystko, aby tylko dostać swoje i zarobić na tym. Jest robiący z nim interesy bezwzględny biznesmen, któremu obce są jakiekolwiek etyczne standardy. Ale to wszystko oczywiście, zgodnie z prawami gatunku, podane jest lekko, nieco absurdalnie, w sposób trochę przerysowany. A kiedy już uwierzymy, że tym razem Fatih Akin naprawdę nakręcił komedię, nie musimy niepokoić się o losy sympatycznych bohaterów. Przecież wiemy, jak się to wszystko skończy, możemy jedynie zastanawiać się, jak reżyser wraz ze scenarzystą doprowadzą do szczęśliwego finału. Całość okraszona jest dużą dawką muzyki, która nieodłącznie związana jest z knajpą głównego bohatera, no i podziwiać możemy całą galerię najrozmaitszych potraw: od zwykłych frytek i hamburgerów po wymyślne dania przygotowywane przez szalonego Shayna.

Nie jest to oczywiście arcydzieło, ma swoje wady. Często zbyt łatwo można przewidzieć następstwo zdarzeń, za szybko domyślamy się, kto z kim zostanie połączony, a kto będzie podstępnym, czarnym charakterem w skórze baranka. Nietrudno też od pewnego momentu odgadnąć, jak Zinos poradzi sobie ze swoim problemem. Inną słabością filmu jest Birol Unel, który tworzy postać za bardzo przerysowaną i groteskową. I ostatnia słabość: w pewnym momencie film w swym chaosie, natłoku zdarzeń staje się odrobinę nużący. Moim zdaniem na dobre by mu wyszło, gdyby był odrobinę krótszy. Na szczęście jednak pod koniec znowu odzyskuje formę.

Mimo tych słabości warto pójść do kina i spędzić tam przyjemne (prawie)  dwie godziny. Ja jednak mam nadzieję, że Fatih Akin tym filmem zrobił sobie, dla złapania oddechu, króciutką przerwę i powróci do poważnych problemów dręczących współczesną multikulturową Europę podanych w ostrej formie.         

czwartek, 06 stycznia 2011
Pożegnanie z Wallanderem. Henning Mankell "Niespokojny człowiek"

Dziś będzie krócej, bo nad kryminałem trudno się rozwodzić. "Niespokojny człowiek" to już niestety ostatni tom z mojego ulubionego cyklu o komisarzu Kurcie Wallanderze z Ystad. Mankell nie pozostawił wątpliwości, że żegna się z melancholijnym policjantem ze Szwecji. To niepowetowana strata. Jakie kryminały będę teraz czytać? Już tu kiedyś wspominałam, że jakoś nie potrafię natrafić na kolejny cykl, do którego tak bym się przywiązała. A szkoda, bo od czasu do czasu lubię sięgnąć po dobry kryminał.

Za co pokochałam cykl o komisarzu Wallanderze? Chyba najbardziej za głównego bohatera. Wallander to zdolny policjant z dużym doświadczeniem i doskonałą intuicją. Kochający i równocześnie często niecierpiący swojej pracy, która tak go jednak absorbuje, że nie ma czasu ani na życie prywatne, ani na dbanie o swoje zdrowie. Prowadzi niehigieniczny tryb życia (mało ruchu, nieregularne posiłki) i stale obiecuje sobie, że musi się za siebie zabrać, ale oczywiście kończy się jak zwykle na dobrych chęciach. Jego życie prywatne to katastrofa. Po rozwodzie z żoną mimo prób nie potrafi związać się z żadną kobietą, a jedyna wielka miłość  kończy się rozstaniem. Gdyby chcieli być razem, jedno z nich (raczej ona) zbyt wiele musiałoby poświęcić. Wallander stale czuje się samotny i stary. Kiedy poznajemy go w "Mordercy bez twarzy", pierwszym tomie cyklu, dobiega czterdziestki, ale już wtedy boryka się z uciekającym czasem. I nie udało mu się z tym pogodzić w ciągu tych dwudziestu lat, jakie dzielą część pierwszą od ostatniej. Kiedy tak przyglądam się jego życiu, to mam nieodparte wrażenie, że w sferze osobistej nie było ono zbyt udane. Problemy ze starzejącym się zdziwaczałym ojcem, który nigdy nie zaakceptował faktu, że Kurt został policjantem, niepokój o córkę, nikły kontakt z jedyną siostrą, właściwie brak przyjaciół, zero życia towarzyskiego. I tylko opera, której jest miłośnikiem, czasem dodaje mu blasku. Za to spełnia się w pracy, jest bardzo dobrym  policjantem, chociaż nie zawsze docenianym przez szefów. Śledztwo to mozół, który często ciągnie się długo, a rozwiązanie trzeba wykuwać niczym kamień w skale. Tylko czasem przychodzi błysk, iluminacja, najczęściej jednak to żmudne dobijanie się do prawdy. Wallander narzeka na coraz gorszą organizację pracy w policji, na niekorzystne zmiany, jakie zachodzą w szwedzkim społeczeństwie, na trapiące je problemy. Cóż, jak widać nie są to powieści optymistyczne, ale, przynajmniej w opisie sfery osobistej i społecznej, bardzo prawdziwe i nieulukrowane.

Nie wszystkie lubię jednakowo, najmniej te o charakterze szpiegowskim, bardziej sensacyjnym niż kryminalnym. Moje ulubione to "Morderca bez twarzy", "Fałszywy trop". "Piąta kobieta", "O krok", no i ostatnia, którą właśnie skończyłam. Tak bardzo przywiązana jestem do papierowj wersji historii o Wallanderze, że nie mogłam oglądać żadnej z filmowych adaptacji: ani szwedzkiego serialu, ani brytyjskiego. Ginęło w nich to (takie prawa filmu), co ja lubię w tych książkach najbardziej: płynący czas.

Popełniane zbrodnie są w tych powieściach dość wymyślne, zwykle nie kończy się na jednej, a śledztwa, o czym wspominałam, długie, żmudne i skomplikowane. Policjanci muszą ścigać się z czasem, gdyż często zdają sobie sprawę, że na jednym zabójstwie pewnie się nie skończy. Jeśli jakiś miłośnik kryminału nie sięgnął dotąd po te książki, w co trudno mi uwierzyć, radzę czytać według kolejności (nie wiedzieć dlaczego w Polsce cykl nie ukazywał się po kolei).

A teraz trochę o ostatniej części. Znajdziemy tu wszystko to, co charakterystyczne dla całego cyklu. Skomplikowaną zagadkę, mylenie tropów, śledztwo, które wymaga licznych podróży (to też bardzo lubię w tych książkach), no i Wallander. Dobiega sześćdziesiątki i zupełnie nie potrafi pogodzić się ze zbliżającą się starością. Zastanawia się, co będzie robił, kiedy w końcu przejdzie na emeryturę, za czym specjalnie nie tęskni. Dotkliwie odczuwa swoją samotność, wspomina przeszłość, wraca pamięcią do dawnych śledztw, do ludzi, których już nie ma. Nękają go problemy ze zdrowiem, nie bardzo potrafi dogadać się z córką, która staje się coraz bardziej obcesowa i apodyktyczna. Na komendzie czuje się chyba  wyobcowany, bo większość kolegów, z którymi przez lata pracował, odeszła. Pozostał jedynie Martinsson i ponury Nyberg, a sam Wallander nie dowodzi już, jak dawniej, prowadzonymi dochodzeniami, nie on kieruje słynnymi zebraniami, robią to młodsi od niego. Upływający czas, przemijanie to równoprawni bohaterowie tej powieści. A w smutnym życiu Wallandera są na szczęście trzy radości: dom na wsi, który nagle zdecydował się kupić, pies Jussi i wnuczka Klara. Dużo to czy mało?

Tyle, więcej nie mogę zdradzić, aby nie psuć przyjemności czytania tym, którzy tego dotąd nie zrobili. I jeszcze o jednym, co tak bardzo podoba mi się w tej książce: mamy tu do czynienia z taką zagadką, która dla większości na zawsze pozostanie niewyjaśniona. Wallander dowie się najwięcej, ale i jemu nie uda się odpowiedzieć na kilka pytań nękających jego i innych. Nie wszystko jest takie, jak się wydaje - jedna z moich ulubionych życiowych prawd może z powodzeniem służyć za motto tej powieści.

Miłośników książek Mankella na pewno nie muszę namawiać, aby przyczytali, szczególnie, że to część wieńcząca cały cykl. Innych fanów kryminału, którzy dotąd nie poznali Kurta Wallandera (Są tacy? Watpię.) namawiam, aby koniecznie nadrobili braki. Ja, sięgając po "Niespokojnego człowieka", nie zawiodłam się. Szkoda tylko, że to już koniec.

A w sobotę wracam do filmu. Szykuje się kilka interesujących premier (przynajmniej tak się wydaje na podstawie zapowiedzi). 

sobota, 01 stycznia 2011
"Spokój doskonały" Amosa Oza, kolejna świetna powieść izraelskiego pisarza.

To już siódma powieść Amosa Oza, jaką przeczytałam, i znowu coś zupełnie innego. Tym razem różne jest nawet miejsce: akcja toczy się w kibucu w roku 1966 i 1967. Już tylko dzięki temu książka byłaby bardzo interesująca, a to przecież zaledwie dekoracja. Czytelnik poznaje życie codzienne kibucników, świat zupełnie inny i nieznany. Mieszkańcy tworzą wspólnotę, wprawdzie żyją oddzielnie, w swoich własnych niewielkich mieszkankach, ale tak naprawdę trudno tu o samotność, izolację, intymność. Życie toczy się na oczach innych, nawet posiłki jada się wspólnie w kibucowej stołówce, zarząd decyduje o tym, do jakiej pracy ktoś zostanie skierowany. Niby można prosić o inne zajęcie, ale pole manewru jest jednak ograniczone. Pełno tu plotek, komentarzy, ludzkiej zawiści. O skandalach pamięta się całe lata. Mimo to niektórzy robią to, co chcą, nie przejmując się ludzkim gadaniem. Większości życie we wspólnocie bardzo odpowiada, ale nie wszystkim.

Jednym z bohaterów powieści jest dwudziestokilkuletni Jonatan, który marzy o wolności. Jonatan czuje, że musi coś w swoim życiu zmienić. Od pewnego czasu dusi się w kibucu, dusi się też w swoim małżeństwie, które on, bo nie jego żona, uważa za nieudane. Ma dość rutyny, zajęć, które go nie interesują i tego, że inni decydują za niego, mówią mu, co powinien zrobić, jak postępować, jaką pracę wykonywać. On chciałby żyć inaczej: może studiować, może podróżować, może poznać inny świat, inne kraje a nawet kontynenty. Jest naznaczony wojną i śmiercią. Jak każdy młody mieszkaniec Izraela służył w wojsku, ale ma też za sobą epizod wojenny, bo to lata konfliktu z Syrią. Poznał walkę, zobaczył śmierć towarzyszy, zabijał, sam o mało nie zginął. Tamte wspomnienia powracają. Wojna i zagrożenie ze strony sąsiednich państw są stale obecne nie tylko w życiu Jonatana, ale i w życiu innych mieszkańców wspólnoty. Mówi się o dywersantach, szpiegach, w pobliżu znajduje się spalona arabska wioska, której ruiny straszą niczym wyrzut sumienia. Ktoś tam kiedyś mieszkał, dziś spalone, porośnięte zielenią domy i meczet są celem wycieczek w wolne dni. Na zgliszczach urządza się pikniki. Nie rozmawia się o tych, którzy tu kiedyś mieszkali, a niektórzy zieją nienawiścią do arabusów, jak ich pogardliwie nazywają. Oczywiście sytuacja nie jest czarno - biała: taką samą nienawiść do Żydów żywią Arabowie. Wiadomo, konflikt nie do rozwiązania. Wojsko jest stale obecne w książce. Kiedy Jonatan nagle opuści kibuc, weźmie ze sobą cały swój żołnierski ekwipunek, łącznie z bronią, wszędzie będzie na swojej drodze spotykał żołnierzy, szukać go będzie między innymi jego dawny dowódca. Kiedy żyje się w poczuciu zagrożenia, ciągłej bojowej gotowości, kiedy się walczyło, użycie broni jest niezwykle proste. Chwilami wydaje się, że Jonatan z wielką łatwością zrobi użytek ze swojego karabinu, niczym desperat, o jakim czasem słyszymy. Tak, on jest takim desperatem, który dotąd wiódł na pozór spokojne życie, ale czara zawiedzionych nadziei, niespełnionych marzeń i tęsknot przelała się i coś pcha go ku szaleństwu.

Przeciwieństwem Jonatana jest Azaria, który pewnej deszczowej, zimnej nocy zjawia się w kibucu i koniecznie chce w nim zostać. On, samotny rosyjski Żyd, doświadczony przez życie, o nie do końca odkrytej, ale strasznej, przeszłości, marzy o życiu we wspólnocie, a idea ruchu kibucowego wydaje mu się wspaniała. Azaria, jak Jonatan, jest marzycielem. Bez przerwy wyobraża sobie swoją wspaniałą przyszłość, uznanie, jakie zdobędzie w świecie polityki i w Izraelu. Wydaje mu się, że posiadł prawdę, znalazł panaceum na bolączki swojej ojczyzny (w tym trochę przypomina Fimę, bohatera powieści Oza pod takim właśnie tytułem, o której jakiś czas temu pisałam). Jeśli w tym momencie ktoś nabral przekonania, że Azaria jest pyszałkowatym, niesympatycznym, zadufanym w sobie człowiekiem, popełnia błąd. Jego rojenia i przemowy nie mają w sobie nic z zadufania. To nieszczęśliwy, samotny, pełen kompleksów i poczucia winy człowiek, którego życie nie oszczędzało, łaknący ludzkiej życzliwości, zainteresowania i miłości. Życzliwy ludziom i szczerze skory do pomocy. Nie poznamy przyszłości Jonatana i Azarii (ten drugi traktuje tego pierwszego jak brata i przyjaciela), śledzimy tylko rok z ich życia, ale wydaje sie, że z nich dwóch to ten tajemniczy przybysz jest w stanie do czegoś w życiu dojść, zrealizować przynajmniej cząstkę swoich marzeń.

Inny ważny problem poruszany w powieści to odwieczny konflikt pokoleń. Jolek, ojciec Jonatana, nie rozumie nie tylko swojego syna, ale i jego rówieśników. Zarzuca im bezideowość, życie dniem codziennym, pogoń za przyjemnościami, myślenie o sobie, a nie o wspólnocie (wspólnota to nie tylko kibuc, ale przede wszystkim Izrael), jakąś wewntętrzną słabość, miękkość, brak zdecydowania, roztkliwianie się nad sobą. Jolek należy do pokolenia pionierów, tych, którzy byli świadkami powstania państwa, o którym marzyli i o którego kształcie decydowali. Ma poczucie klęski: państwo wprawdzie powstało, ale pierwsze pokolenie urodzone w wymarzonej ziemi obiecanej jest nie takie, jak miało być. I to oni je takim stworzyli, chcąc im oszczędzić trudów, które sami ponosili. Jolek to kolejna ciekawa postać w tej powieści. Dawny lewicowy polityk, zasiadał w Knesecie, był ministrem jednego z rządów, teraz jest sekretarzem kibucu, który zakładał. Głosi zdecydowane poglądy, również na temat bieżącej polityki. Jest szanowany i podziwiany. Ale ma swoje drugie, domowe oblicze. Żona, przynajmniej chwilami, go nienawidzi, uważa, że zmarnowała przez niego życie. Takich wybuchów nienawiści, jakie od czasu do czasu prezentuje Chawa, dawno w literaturze nie spotkałam. Syn również ma do ojca pretensje i żal.

W powieści Oza aż roi się od nietuzinkowych, barwnych, niezwykłych, dziwacznych postaci. Niektóre poznajemy bliżej, inne zaznaczone są cienką, subtelną kreską, ale nawet  kilka informacji sprawia, że bohater żyje, jest postacią z krwi i kości. Chciałabym tu jeszcze wspomnieć o Rimonie i Sruliku.

Rimona jest żoną Jonatana, cichą, uległą, spokojną. Ona jedna rozumie odejście swojego męża, nie rozpacza, bo wie, że tego potrzebował. Kiedy zechce, wróci. Godzi się ze światem, nie buntuje, przyjmuje to, co życie jej przynosi, także cierpienie i drugą miłość. Chce wszystkimi się opiekować i wszystkim pomagać. Swoją uległością może drażnić i irytować. Przez większość traktowana jest pobłażliwie lub wręcz niechętnie jako osoba trochę dziwna, może nawet niespelna rozumu. Ale Rimona, trochę duże dziecko, ma swoją wrażliwość, mądrość i głębię. Słucha muzyki, szczególnie Bacha, i jest zafascynowana życiem wielodzietnej rodziny kompozytora. Może tu tkwi klucz do tej postaci? Rimona mówi o nich:

" Pani Bach, z tymi dziećmi na głowie, nie miała czasu, żeby się nim zajmować. Na pewno musiał pomagać w praniu i gotowaniu, pożyczać pieniądze, kupować węgiel, bo to działo się zimą, w Niemczech. Było mu bardzo ciężko, a jednak czasami udało mu się wyrazić tak intensywną radość."

Może tu tkwi remedium na niepokoje Jonatana i Azarii? Może tylko od naszej woli i samozaparcia zależy, czy mimo codziennej rutyny, w którą jesteśmy uwikłani, uda  się stworzyć coś, spełnić przynajmniej cząstkę marzeń i nie dać się przyziemnej egzystencji?

I jeszcze Srulik, z pokolenia pionierów, przyjaciel Jolika, wiecznie w cieniu innych, na drugim planie, samotny. Zastanawia sie nad przemijającym czasem i nad tym, czy nie zmarnował życia. czy mógł je przeżyć inaczej? Nie bardzo rozumie ludzi, ale przygląda się im z życzliwością, nawet jeśli nie pochwala ich wyborów. Tacy jesteśmy, trudno, trzeba się z tym pogodzić, zdaje się myśleć. Kiedy trzeba będzie, przejmie odpowiedzialność za kibuc i ku swojemu zdumieniu nauczy się decydować. W pierwszej części powieści nieco w cieniu, w masie innych postaci, w drugiej wyrasta na jednego z ważniejszych bohaterów. To jego dziennik, który poznajemy w drugiej części, jest źródlem refleksji o życiu, cierpieniu, istocie zła, przemijaniu, rutynie, powtarzalności, rozpadzie. I chociaż w takiej wyliczance brzmi to banalnie, banalne nie jest. Czy istnieje miłość? Jak jest możliwa, skoro wszystko stoi z nią w sprzeczności? Skoro krzywdzimy siebie i nienawidzimy? Jak złagodzić ból istnienia: samotnością czy ekstazą? Oto pytania, które stawia sobie Srulik i chyba nie tylko on.

Kończę ze świadomością, że nie wyczerpałam tematu i nie odkryłam calego bogactwa i mądrości powieści Amosa Oza. Jak zawsze raczej smutnej, niż wesołej, melancholijnej, niż pogodnej, ale dotykającej spraw najważniejszych. A symbolem smutku i melancholii jest deszcz padający na spowity w ciemności kibuc.  

sobota, 25 grudnia 2010
"Pan Mani" Awrahama B. Jehoszuy, dużo więcej niż saga żydowskiej rodziny.

Czas najwyższy napisać o książce. Ostatnio tylko kino i kino, co nie znaczy, że nic nie czytam, ja czytam stale. Chwilę temu skończyłam powieść izraelskiego pisarza Awrahama B. Jehoszuy "Pan Mani" (Cyklady 2008). Jehoszua urodził się w 1936 roku w Jerozolimie, a więc jest mniej więcej rówieśnikiem Amosa Oza. Na jego trop wpadłam, kiedy zainteresowałam się współczesną literaturą izraelską. Chciałam znaleźć coś jeszcze poza moim ukochanym Ozem, coś równie mocno osadzonego w izraelskim klimacie i obyczajowości. Psychologiczne powieści Zeruy Shalev są ciekawe, ale równie dobrze ich akcja mogłaby się toczyć gdziekolwiek, a po Kereta na razie nie sięgnęłam, bo to nie moje klimaty, może kiedyś się skuszę. W Polsce wyszły dotąd trzy powieści Jehoszuy, wszystkie w tym samym wydawnictwie. Oprócz tej, o której za chwilę, jeszcze "Powrót z Indii" i "Kochanek" (ten ostatni czeka na półce na swoją kolej). A teraz do rzeczy, czyli do "Pana Maniego".

Właściwie panów Manich jest aż pięciu, bo to historia rodzinna, chociaż trudno nazwać ją sagą. Nie znajdziemy tu losów rozgałęzionego rodu, wątków pobocznych opowiadajacych o innych członkach rodziny sefardyjskich Żydów. Poznajemy epizody z życia kolejnych mężczyzn z  rodu Manich i ich krótkie, ale zawsze niezwykłe, nietuzinkowe, powikłane historie. Całość pokazuje z jednej strony pewnie w jakiś sposób typowe losy Żyda, trochę (u zarania) wiecznego tułacza, z drugiej strony jednak chyba nie do końca, gdyż jeden z nich owładnięty był ideą powstania państwa (a ten epizod to rok 1918, kiedy tymi ziemiami władają Turcy), w którym obok siebie w zgodzie i miłości żyć będą Żydzi i Arabowie. Piękna myśl, niestety do dziś pozostaje utopią.

Powieść ma oryginalną konstrukcję: składa się z pięciu części - rozmów, przy czym za każdym razem słyszymy tylko jednego z rozmówców, bo wypowiedzi drugiego zostają pominięte. Tylko raz, w ostatnim rozdziale (Ateny rok 1848) interlekutorem jest pan Mani, Abraham, najstarszy z rodu, którego poznajemy. Pozostałe epizody (kibuc Maszabe Sade 1982, Iraklion 1944, Jerozolima 1918, Jeleni Sad koło Oświęcimia 1899) to rozmowy osób, które, zawsze przypadkowo, na pewien czas zetknęły się z jednym z Manich. Uważny czytelnik pewnie zorientował się, że akcja rozwija się pod prąd czasu, historie rodziny poznajemy od roku 1982 do pierwszej połowy wieku dziewiętnastego. Rozdziały zaczynają się od zwięzłej historii obu rozmówców, kończą równie krótką informacją o ich dalszych losach. Co ciekawe opowiadający o Manim, z którym los go zetknął, też jest postacią ważną, za każdym razem staje się równoprawnym bohaterem rozdziału. A ponieważ są to polski Żyd, brytyjski oficer (też o żydowskich korzeniach), niemiecki żołnierz i izraelska dziewczyna, poznajemy odmienny punkt widzenia na kwestię żydowską. Za każdym razem ten, kto opowiada nawet niemiecki oficer, który ma na rękach krew wielu Żydów, jest zafascynowany Manim, którego spotkał. W taki oto sposób, w pięciu odsłonach, odkrywamy historię rodziny, dokopujemy się do kolejnych tajemnic, rodzinne puzzle powoli wypełniają się, aż na końcu poznajemy tajemnicę największą. Przy okazji, jak już wspomniałam, obcujemy z wieloma interesującymi postaciami.

Nie będę tu oczywiście opowiadać historii ani zdradzać tajemnic, wspomnę tylko o zagadnieniach ogólniejszej natury poruszanych w powieści. U zarania jest to historia trochę Żydów - tułaczy wędrujących po Europie i osmańskim imperium, rabinów i drobnych kupców. To czasy, kiedy Jerozolima jest jeszcze stosunkowo niewielkim miastem zamieszkiwanym przez różne nacje i odwiedzanym przez pielgrzymów. Żeby się do niej dostać, trzeba z Jaffy wędrować kilka dni konno lub wozem, stale w górę, zatrzymując się w niewielkich, zwykle arabskich osadach. Potem przenosimy się w epokę, kiedy rodzi sie ruch syjonistyczny. Pojawiają się, właściwie raczej się o nich wspomina, postacie autentyczne na przyklad Herzl. W tym epizodzie ważną rolę odgrywa rodzeństwo polskich Żydów spod Oświęcimia. Kolejnego z rodu Manich spotykamyw Jerozolimie w czasach mandatu brytyjskiego. To okres marzeń o samodzielnym, niepodległym państwie. Wreszcie druga wojna światowa i Holocaust, pokazany tu nietypowo, bo z perspektywy Krety, która niby na obrzeżach Europy, przechodzi z rąk do rąk i kiedy zostaje zdobyta przez Niemców, tutejsi Żydzi nie mogą już czuć się bezpiecznie. W tej części poruszyła mnie historia Egona, niemieckiego oficera, który w pewnym momencie odkrywa cały bezsens ścigania Żydów i innych niemieckich wrogów. Jednak remedium, jakie wymyślił, aby ocalić Niemców (tak, Niemców) jest makiaweliczne. Niemcy są tu jak ów Pijak z "Małego Księcia", który pije, aby zapomnieć o tym, że pije. Na chwilę oddam głos Egonowi:

"Natychmiast trzeba było założyć obóz jeniecki i zamknąć w nim tych, którzy nas nienawidzą, byśmy mogli ich liczyć dwa razy dziennie, rano i wieczorem, i mówić sobie: "To wszyscy, nie ma więcej" ... Ale sami sobie nie możemy uwierzyć, że to naprawdę wszyscy i więcej nie ma, więc urządzamy poszukiwania kolejnych wrogów, którzy zaraz się znajdują, ale znów nie dowierzamy, że jest ich tak niewielu, dlatego torturujemy ich, by wydali w nasze ręce następnych, i tak dalej, i tak dalej ..."

I tak oto łapanie wrogów narodu niemieckiego staje się rodzajem pracy, szychty niczym w fabryce, sztuką dla sztuki, zadaniem, które trzeba wykonać, a wszystko to w nużącym znoju prowadzącym do samotności. Jaka jest na to rada, według Egona? Jedynym ratunkiem dla Niemców jest to, aby Żydzi wyrzekli się swojego żydostwa ("trzeba im pozwolić, aby sami się z tego wycofali ..."), wtedy będzie można zaprzestać tych żmudnych pościgów. Wtedy wreszcie Niemcy staną się narodem wolnym.

Na koniec (w książce na początek) poznajemy współczesny Izrael (ścislej Izrael z roku 1982, wtedy powstawała powieść) skonfliktowany z sąsiednimi państwami, najeżdżany przez swoich wrogów, toczący z nimi wojny w obronie państwa, które tak niedawno powstało. Z pięknej utopijnej idei o tym, że w jednym państwie mogą żyć obok siebie różne narody, które od wieków zamieszkiwały te ziemie, nie pozostało nic. Ale historia jest w tej powiesci tylko tłem, chociaż ważnym, dla ludzkich nietuzinkowych losów.

Osobnym bohaterem książki jest Jerozolima. Ta współczesna podzielona na dwie części, ta z początku dwudziestego wieku i ta dziewiętnastowieczna, mieszanka kultur, narodów i wyznań. Jerozolima, z której się ucieka, by do niej tęsknić, Jerozolima - fantazmat, o której się marzy, by choć raz w życiu ją ujrzeć. Jerozolima, do której się wraca po latach wygnania, albo taka, którą się traci. I wreszcie współczesna, miejsce, w którym się po prostu mieszka i żyje. Razem z bohaterami wędrujemy przez smagane wiatrem, deszczem, a nawet śniegiem zaułki, odwiedzamy świątynie, synagogi, kościoły, meczety, przechodzimy przez bramy w miejskich murach, kulimy się z zimna w nieogrzewanych domach. Wiele tu opisów konkretnych miejsc: tych współczesnych i tych sprzed wieków, niczym ze starych fotografii. To, co tak lubię w literaturze.

Interesująca, oryginalna powieść.


sobota, 18 grudnia 2010
"Schronienie", smutny film Ozona.
Kolejny raz o filmie. Tym razem wybrałam się na "Schronienie" Ozona. Lubię takie kino: kameralne, psychologiczne, pokazujące meandry ludzkich uczuć. Niewiele tu się dzieje, obserwujemy skomplikowane międzyludzkie relacje, reżyser skupia się na bohaterach, na tym, co czują i przeżywają, tempo filmu jest wolne. Kto lubi takie kino, powinien zobaczyć, a dodatkowym atutem są piękne, nadmorskie krajobrazy (nie udało mi się rozgryźć, jaki to rejon Francji). Jest to historia dwudziestokilkuletniej Mousse, narkomanki, która po śmierci (z przedawkowania) swojego partnera odkrywa, że jest w ciąży. Zrażonych uspokajam: Mousse nie przypomina ćpunki z powszechnych wyobrażeń. Jest śliczna, elegancka i chyba pochodzi z dobrej rodziny. Zainteresowanych wysyłam do kina, a tych, którzy już byli, jak zwykle zachęcam do lektury ciągu dalszego.
czwartek, 16 grudnia 2010
"Muzyka", film o ludzkiej małości.
Film goni film. Nastał urodzaj na dobre kino, więc korzystam. Tym razem obejrzałam słowacką "Muzykę" Juraja Nvoty. Akcja rozgrywa się w roku 1979 w mieście leżącym tuż nad granicą austriacką. Bohaterem jest Martin pracujący jako olejarz w wieży ciśnień. Ma żonę, spodziewa się dziecka, mieszka z okropnymi teściami w suterenie ich domu i marzy o graniu jazzu. Tyle wprowadzenia wystarczy. Z góry ostrzegam, że to nie komedia. Owszem jest kilka śmiesznych scen, ale to wszystko. Środowisko, jakie portretuje Nvotny, mnie przypomina to, jakie znamy z filmów Wojciecha Smażowskiego. Takiej galerii antypatycznych i brzydkich ludzi dawno w kinie nie widziałam (jeszcze gorzej było w belgijskim "Boso, ale w ostrogach"). Nie znajdziemy tu jednak wielkich tragedii, dramatów czy zbrodni. Ot, zwyczajne życie i zwyczajne świństwa. Na pewno nie jest to film wybitny, ale niewątpliwie wart obejrzenia. Polecam, a tych, którzy już widzieli, zapraszam do przeczytania ciągu dalszego.
sobota, 11 grudnia 2010
"Sekret jej oczu", czyli miłe dwie godziny w kinie, ale niewiele więcej.
Ten film przemknął gdzieś jakiś czas temu przez multikino na drugim końcu miasta, więc mimo wysokich ocen nie obejrzałam go. Zdążyłam o nim zapomnieć, aż tu nagle, nieoczekiwanie pojawił się w moim ulubionym kinie. Nadrobiłam więc zaległość i spieszę podzielić się refleksjami. To porządny kawał rozrywkowego kina. Mieszanka kryminału (w informacjach o filmie mowa o thrillerze)i romansu. Jest tu i zagadka, i napięcie, i trochę polityki, i tajemnice, i wielka miłość, i tragedia przetykana śmiechem. Plus garść refleksji o korupcji wymiaru sprawiedliwości i trochę rozważań o życiu. Wystarczy, aby spędzić miłe dwie godziny w kinie, ale to raczej jeden z tych filmów, które nie pozostaną ze mną na dłużej. Czasem jednak miło obejrzeć coś niezobowiązującego. Dla porządku jeszcze garść informacji. Akcja tego argentyńsko-hiszpańskiego filmu toczy się w Buenos Aires na dwóch planach czasowych: w latach dziewięćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Benjamin Esposito, agent federalny, po przejściu na emeryturę postanawia napisać powieść, dla której inspiracją jest sprawa brutalnego gwałtu i zabójstwa dokonana na młodej kobiecie przed dwudziestu pięciu laty. Pracując nad książką, wspomina przeszłość i próbuje odkryć to, co jeszcze w tej sprawie nieodkryte. Tyle. Wystarczy. Ciąg dalszy w kinie, a kto już film obejrzał, może przeczytać moje refleksje.
sobota, 04 grudnia 2010
W matni. O "Joannie" Feliksa Falka.
Nadrabiam kinowe zaległości. Wybrałam się na "Joannę" Feliksa Falka i muszę przyznać, że film bardzo mnie poruszył. Akcja toczy się w czasie okupacji w Krakowie. Tytułowa Joanna, młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, trochę przez przypadek ukrywa w swoim mieszkaniu siedmioletnią Różę, Żydówkę, której matka zostaje aresztowana, a ojciec przebywa w getcie. Z filmu zieje smutek, rozpacz i beznadzieja. Ten przygnębiający nastrój podkreślają zdjęcia utrzymane w zimnej, szarej tonacji. Obraz, mimo że osadzony w konkretnym czasie, stawia pytania uniwersalne. Naprawdę warto go zobaczyć, także dla Urszuli Grabowskiej, odtwórczyni tytułowej roli. A ciąg dalszy raczej dla tych, którzy już "Joannę" widzieli.
czwartek, 02 grudnia 2010
"Miód", kontemplacyjne kino z Turcji.
Obejrzałam trzecią część trylogii tureckiego reżysera Semiha Kaplanoglu pt. "Miód", za którą otrzymał główną nagrodę na festiwalu w Berlinie. Reżyser cofa się w swoich filmach w czasie. Zaczął "Jajkiem", opowieścią o dorosłym już Yusufie (tego filmu dotąd nie było w Polsce w regularnej kinowej dystrybucji), potem nakręcił "Mleko", w którym Yusuf wchodzi w dorosłe życie (polecam; kto nie widział w kinie, może właśnie zobaczyć na kanale Ale Kino! w cyklu Kino Mówi). Wreszcie ostatnia część trylogii opowiada o kilku przełomowych tygodniach (?) z dzieciństwa bohatera. Niespieszna akcja toczy się w małej, górskiej wiosce. Właściwie trudno tu mówić o fabule, dostajemy raczej obserwację codzienności małego Yusufa i jego rodziców, szczególnie ojca, z którym chłopiec jest niezwykle związany. Kto nie lubi powolnego, kontemplacyjnego, pięknie pokazywanego kina, ten niech sobie daruje ten film. Komu niestraszne zatopienie się w powolnym rytmie opowieści, spotkanie innego świata, musi pójść do kina koniecznie. Kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.