Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
piątek, 23 kwietnia 2010
Magiczny świat Siedmiogrodu, czyli "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera
Właśnie skończyłam czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle" Eginalda Schlatnera (Wydawnictwo Czarne 2009), o której tu dwukrotnie w trakcie lektury wspominałam. Trudno było mi się rozstać z tą książką, bo jej świat pochłonął mnie swoją barwnością, magią i dziwacznością. Ale obraz malowany tylko tymi przymiotnikami nie byłby pełny: to także lektura okrutna za sprawą polityki. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych głównie w rumuńskim Siedmiogrodzie. Obserwujemy przemiany zachodzące w Rumunii po drugiej wojnie światowej, upadku Hitlera, wkroczeniu Sowietów, dojściu do władzy komunistów i wygnaniu króla Michała. To książka ciekawa choćby ze względów poznawczych. Cóż wiemy o Rumunii? A może właściwiej byłoby zapytać: o Siedmiogrodzie, który dla bohaterów powieści, rodziny Rescherów (siedmiogrodzkich Sasów), jest małą ojczyzną? Dość wspomnieć, że ledwo mówią po rumuńsku, a ich językiem jest niemiecki, a raczej jego tamtejsza odmiana. To egzotyczny świat zamieszkany przez mieszaninę narodowości: wspomnianych siedmiogrodzkich Sasów (Niemców sprowadzanych do Siedmiogrodu przez królów węgierskich od XII wieku), Cyganów, Węgrów, Rumunów i nielicznych ocalałych Żydów. Historia obeszła się bezceremonialnie szczególnie z tymi pierwszymi. Opisywane zdarzenia kończą się na roku 1951, a przecież wiemy, że potem było jeszcze gorzej. Fascynująca lektura!
niedziela, 18 kwietnia 2010
Gregor von Rezzori "Pamiątki antysemiy".
Zanim skończę czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle", o której wspominałam w poprzedniej notce, chciałabym wrócić pamięcią do książki, jaką przeczytałam ostatniego lata. Dlaczego? Ponieważ miejsce akcji łączy ją z moją obecną lekturą. Chodzi o "Pamiątki antysemity" Gregora von Rezzori (Pogranicze 2006, ale książka cały czas jest dostępna). Już krótki rzut oka na biografię autora pozwala domyślić się, jak barwna to postać. Był Włochem, ale urodził się w Czerniowcach w roku 1914 jako obywatel Austro-Węgier, potem z wyroku historii stał się obywatelem rumuńskim, później niemieckim, przez jakiś czas był bezpaństwowcem, aby wreszcie przyjąć obywatelstwo włoskie! Akcja jego częściowo autobiograficznej powieści, a właściwie pięciu epizodów z jego życia, rozgrywa się na Bukowinie, potem w Bukareszcie, w Wiedniu w roku 1938 i w powojennym Rzymie. Polecam!
wtorek, 13 kwietnia 2010
O książce terapeutycznej.

Miało być inaczej. W weekend wybierałam się na dwa filmy: najnowszego Allena i hiszpański "Ja też". Niestety los zmienił moje plany. Kino będzie musiało poczekać, a ja napiszę coś o książce. A ponieważ czytam teraz dość grubą powieść rumuńską ("Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera) i jeszcze chwilę potrwa, zanim ją skończę, więc przyszło mi do głowy, że w tych trudnych chwilach napiszę o książce, która dla mnie była wielokrotnie pocieszeniem, rodzajem terapii. To "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej. Niemodne? Pewnie tak. Kto dziś czyta takie powieści? Kto ma czas, aby oddać się lekturze ponad tysiąca pięciuset stron (tyle ma wydanie, które mam na półce)? Moim zdaniem warto. Kto lubi powieści-rzeki, sagi rodzinne, potoczystą, epicką, rozwlekłą prozę, kto lubi śledzić ludzkie losy, pozornie zwyczajne, ale jednocześnie cudownie zawikłane, ten powinien sięgnąć po "Noce i dnie". Ja pierwszy raz przeczytałam ją jako licealną lekturę, od razu w całości, chociaż obowiązkowe były tylko dwa pierwsze tomy. Pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Potem kilkakrotnie wracałam, najczęściej w momentach dla mnie trudnych. Pewnie jeszcze kiedyś po nią sięgnę. Długo wymieniałam ją jako swoją ulubioną książkę, dziś chyba już bym tego nie zrobiła, ale nadal jest dla mnie ważna.

Zastanawiam się, jak pisać o tej powieści? Jeszcze parę lat temu, pewnie większość miłośników literatury wiedziałaby, co kryje sie na jej kartach, ale dziś? Może znana jest trochę za sprawą filmu Antczaka, a szczególnie jego wersji serialowej, która od czasu do czasu przypominana jest w telewizji? Tak na wszelki wypadek podaję, że jest to historia rodu Niechciców i Ostrzeńskich, głównie Bogumiła i Barbary oraz ich trójki dzieci. Retrospekcje sięgają jeszcze czasów Powstania Styczniowego, a akcja poowiesci urywa się w roku 1914, zaraz po wybuchu  pierwszej wojny światowej.

A teraz najważniejsze: dlaczego nazwałam ją moją powieścią terapeutyczną? Wszak jest to książka o zwykłym życiu, zmaganiach z codziennoscią, kłodach rzucanych przez los pod nogi, niespełnionych marzeniach, zawiedzionych nadziejach młodości, rozczarowaniu życiem, karmieniu się iluzjami, stracie, przemijaniu, szczęśliwej i nieszczęśliwej miłości, ale także o etosie pracy i czerpaniu radości z tego, co niesie dzień. Mogłabym tak jeszcze długo wyliczać, bo to powieść - studnia bez dna. Jednak w gruncie rzeczy pesymistyczna, o takim właśnie zakończeniu. Bywało, że zamykałam ją ze łzami w oczach (pocieszenie znalazłam, w pierwszym tomie dzienników pisarki, z którego dowiedziałam się, że jej matka, pierwowzór powieściowej Barbary, dotarła szczęśliwie tam, gdzie zmierzała; ale tak przecież robić nie wolno: powieść to nie biografia!). Więc dlaczego terapeutyczna? Pewnie dlatego, że dla mnie jest jak katharsis. Jak szczepionka, która aplikując organizmowi zarazek w małej dawce, uodparnia na chorobę. "Noce i dnie" uodparniają na życie. A poza tym, jak już wspomniałam, to bogactwo fascynujących, powikłanych ludzkich losów i tłum barwnych postaci. Odległy świat, którego już dawno nie ma. Naprawdę warto zatopić się w kosmosie stworzonym przez Dąbrowską, nawet jeśli trzeba mu oddać kawał czytelniczego czasu!

piątek, 02 kwietnia 2010
"Nowe życie" Orhana Pamuka
Ta powieść leżała na mojej półce od jesieni, cierpliwie czekając na swoją kolejkę i wreszcie przyszedł ten właściwy moment, bo po lekturze "Mostu nad Złotym Rogiem" zapragnęłam na dłużej zanurzyć się w tureckim klimacie. To czwarta książka Pamuka, jaką przeczytałam. Wcześniej były "Śnieg", "Dom ciszy" i "Stambuł". Muszę przyznać, że długo nie mogłam się do "Nowego życia" przekonać, ale im bliżej końca, tym było lepiej, a gdy dotarłam do ostatniej strony, odłożyłam ją poruszona.
sobota, 27 marca 2010
Świat, którego juz nie ma, czyli "Wyjście z Egiptu" Andre Acimana.
Tę książkę, wydaną przez wydawnictwo Czarne (2009), przeczytałam jakiś czas temu, ale ponieważ jest jedną z tych, które utkwiły w mojej pamięci, więc w przerwie między poprzednią a aktualną lekturą parę słów o niej. Tytuł nawiązuje do biblijnego wyjścia Żydów z Egiptu, ale jest to powieść, której akcja sięga czasów przed drugą wojną światową, by skończyć się w roku 1964 tytułowym wyjściem z Egiptu. Narrator opowiada historię licznej rodziny Żydów sefardyjskich, która na początku dwudziestego wieku stopniowo osiedlała się w tym kraju po wyjeździe z Konstantynopola, by potem, wraz ze zmieniającą się sytuacją polityczną, stopniowo Egipt opuszczać. Powieść o świecie, którego już nie ma, świecie, w którym obok siebie żyli Żydzi, Arabowie i Europejczycy, tworząc niezwykłą mieszankę kultur i obyczajów.
niedziela, 21 marca 2010
"Była sobie dziewczyna", czyli 1:0 dla Nicka Hornbiego. Niestety.
Reżyserem tego filmu jest Dunka Lone Scherfig, autorka moich ukochanych "Włoskiego dla początkujących" (nakręcony zgodnie z regułami Dogmy) i "Wilbur chce się zabić". Nic więc dziwnego, że czekałam na jej najnowszą produkcję. Niestety scenariusz, co mnie niepokoiło, napisał Nick Hornby. Widziałam trzy ekranizacje jego książek i nie byłam nimi zachwycona (przepraszam, "Miłość kibica" obejrzałam z przyjemnością, ale to z powodów osobistych). Przeczytałam jedną powieść, strasznie się przy tym męcząc, nawet nie pamiętam tytułu. Moje obawy okazały się słuszne. Film ogląda się przyjemnie, jest zabawny i dowcipny. Lata sześćdziesiąte odtworzone perfekcyjnie. Główna bohaterka upodobniona do Audrey Hepburn piękna. Porusza się nawet istotne problemy. Cóż z tego, kiedy ten film jest jakiś taki gładki, zbyt piękny, za mało w nim drapieżności i chropowatości, a to, co ważne, podane zbyt lekko. Nie wstrząsa, a powinien. Nie porusza, chociaż powinien. A zakończenie przyprawia o ból zębów: iście amerykański happy end. Film, o którym po wyjściu z kina od razu można zapomnieć. Nie tego oczekiwałam! A kto widział, może poczytać ciąg dalszy.
czwartek, 18 marca 2010
"Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Ozdamar
Właśnie skończyłam czytać niezwykłą książkę tureckiej autorki mieszkającej w Niemczech i piszącej po niemiecku wydaną przez, moje ostatnio ulubione, wydawnictwo Pogranicze. Jak czytam na okładce, jest to powieść autobiograficzna. To historia młodej Turczynki ze Stambułu, która w drugiej połowie lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku porzuca szkołę i wyjeżdża na rok do Berlina, aby pracować tam jako robotnica w fabryce. Nie jest to wyjazd typowo zarobkowy. Ojciec narratorki prowadzi małą firmę budowlaną. Jak sama mówi, należy do klasy burżujów (podkreślam, bo to ważne w tej opowieści). Praca w Berlinie to dla niej szansa na wyrwanie się z domu, zdobycie niezależności. Pierwsza część powieści opowiada o pobycie bohaterki w Europie: głównie w Niemczech, ale też w Paryżu. Druga to powrót do Turcji, do Stambułu i opowieść o jej studiach aktorskich, barwnym życiu towarzyskim i politycznym (jedno z drugim ściśle się łączy). A wszystko na tle burzliwych wydarzeń politycznych w Turcji końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. Ale tym, co czyni tę książkę niezwykłą, jest język.
niedziela, 14 marca 2010
"Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego, więcej niż myślałam.
Właściwie zastanawiałam się, czy iść na ten film. Gdzieś tam do uszu wkradał się szum medialny (protest córki Jasienicy, teraz wiem, że śmieszny, bo filmowa opowieść bardzo odbiega od prawdziwej historii pisarza i jego żony agentki; polecam artykuł o nich w "Polityce" z 13 marca). Jak zwykle w chwilach wahań przesądził rzut oka na gwiazdki w "Co jest grane" (cztery; wiem oczywiście, że zdanie recenzenta nie musi pokrywać się z moim, ale to jakiś punkt wyjścia, dlatego tak bardzo brakuje mi mojego ukochanego Tygodnika Kulturalnego w TVP Kultura, tam zawsze była dyskusja, najczęściej wymiana odmiennych poglądów). Ale dość tych dygresji, teraz do rzeczy. Zobaczyłam i polecam. Naprawdę dobre kino gatunkowe: rasowy melodramat z marcem 68 w tle (kładę akcent na taką właśnie kolejność). To historia trójkąta: pięknej Kamili, jej narzeczonego Romana i profesora, jednocześnie pisarza Adama Warczewskiego. Nie zdradzę tajemnicy, jeśli napiszę, że Kamila zostaje namówiona przez swojego narzeczonego, funkcjonariusza służby bezpieczeństwa, aby zbliżyła się do znanego intelektualisty i pisała o nim raporty. W ten sposób, z miłości do Romana i z głupoty, zostaje TW o pseudonimie Różyczka. Z oczywistych względów więcej opowiedzieć nie mogę. Naprawdę dużą przyjemność sprawia śledzenie, jak rozwija się ta historia. Film do końca trzyma w napięciu, kilka razy zaskakuje zwrotem akcji. Dodatkowym atutem są fragmenty kronik dokumentalnych z tamtego okresu: m.in. migawki z ulic, antysemickie przemówienia Gomułki, rozruchy marcowe na Uniwersytecie Warszawskim. Bardzo dobrze została oddana atmosfera tego ponurego czasu: haniebna nagonka antysemicka i jej efekty (poruszająca scena na Dworcu Gdańskim w końcówce filmu). No i jeszcze aktorstwo: Magdalena Boczarska (świetna), Robert Więckiewicz (prawie zawsze warto) i Andrzej Seweryn (wiadomo). A w mniejszych rolach: Szapołowska, Frycz, Globisz, Braciak. Namawiam. A kto już obejrzał, może czytać dalsze uwagi (także jeden zarzut).
czwartek, 11 marca 2010
O życiu zatrutym przeszłością, czyli "Pieniądze od Hitlera" Radki Denemarkovej.
Wczoraj skończyłam lekturę "Pieniędzy od Hitlera" Radki Denemarkovej (wydawnictwo Atut, Wrocław 2008), książki, która nie dostała się do ścisłego finału nagrody Angelusa, ale przeczytałam wywiad z kimś, kto żałował, że odpadła. W ten sposób natrafiłam na jej trop, kupiłam, przeczytałam i stwierdzam: warto! Chociaż nie jest to powieść łatwa, w dużej części bardzo okrutna i zupełnie nie przypomina czeskiej literatury, z jaką ostatnio się zetknęłam. Potwierdzeniem niech będą słowa autorki zacytowane na okładce: "Nie chcę, żeby moje książki były deserem po kolacji. Chcę, żeby stanęły kością w gardle." I stają. Dawno nie czytałam tak mocnej literatury. Akcja toczy się na dwóch planach: współczesnym (lato 2005) i historycznym (lata przedwojenne, okupacja i rok 1945). Główna bohaterka, w sporych partiach jednocześnie narratorka, Gita Lauschmann, czeska Żydówka, przez wielu uważana za Niemkę, po latach stara się na mocy sądowego wyroku odzyskać rodzinny majątek skonfiskowany tuż po wojnie przez władze komunistyczne. Jednocześnie wspomina przeszłość: szczęśliwe dzieciństwo, obóz w Terezinie, powrót do rodzinnych Puklic w roku 1945.
niedziela, 07 marca 2010
Wojna jako pułapka, czyli "Liban" Samuela Maoza.
Kolejny po "Głodzie" film, na którym momentami muszę zamykać oczy, bo dawka okrucieństwa sięga ponad próg mojej wytrzymałości. I kolejny oparty na faktach, chociaż tym razem nie jeden do jednego. "Liban" to opowieść o pierwszej wojnie izraelsko-libańskiej (rok 1982). Reżyser brał w niej udział jako czołgista. I tak jest w tym filmie: wojnę oglądamy z wnętrza gorącego, dusznego, brudnego (łagodnie powiedziane) czołgu. Świat zewnętrzny widzimy tak jak zamknięci w tym pudle żołnierze: przez wizjer. Na pewno nie jest to rzecz dla każdego. Ale jeśli kogoś nie przeraża to, co napisałam, niech koniecznie zobaczy.