Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
piątek, 04 czerwca 2010
Rozważania o samotności, czyli "Nic osobistego" Urszuli Antkowiak.
Obejrzałam bardzo kameralny filmowy debiut polskiej reżyserki Urszuli Antkowiak będący produkcją holendersko-irlandzką. Jest to historia rozpisana na dwoje aktorów (Lotte Verbeek i Stephen Rea), w której, szczególnie na początku, pada niewiele słów, akcji właściwie nie ma. Bohaterowie stanowią dla widza zagadkę, niewiele o nich wiemy, a i oni o sobie nawzajem też. To opowieść o samotności i spotkaniu, dzięki któremu stopniowo między tym dwojgiem nawiązuje się jakaś więź. Nie należy się jednak spodziewać ognistej historii miłosnej. To kino kontemplacyjne, dla wytrwałych, których nie zrazi brak dziania się na ekranie i kilka nie do końca zrozumiałych scen czy reżyserskich chwytów. Kto lubi takie kino, zachęcam. Dodatkową przyjemność sprawią na pewno dzikie, ponure, irlandzkie krajobrazy, w których rzecz się rozgrywa. Jeśli ktoś widział, zapraszam dalej.
czwartek, 27 maja 2010
Opowieść o mafii i dużo, dużo więcej, czyli "Prorok" Jacquesa Audiarda.
Pewnie nie jest to film dla każdego. Ja też musiałam się przełamać, aby obejrzeć ten obraz obsypany tyloma nagrodami. Wielu być może z góry go skreśli, niesłusznie. Wyda im się nudne i odrażające oglądanie grubo ponad dwugodzinnego filmu, którego akcja toczy się przede wszystkim w więzieniu. Mamy tu wszystko, co bywa w takich produkcjach: więzienną rzeczywistość, hierarchię, zależności, skorumpowanych klawiszy, brutalne sceny. Ale jest też dużo więcej: głębokie portrety psychologiczne bohaterów, akcja trzymająca w napięciu, świetne aktorstwo, montaż, problem islamski i przede wszystkim historię tytułowego proroka, czyli Malika. Obserwowanie jego walki z więziennym światem, dojrzewania i przemiany jest fascynujące i to zarówno dzięki opowieści zapisanej w scenariuszu, jak i Taharowi Rahimowi, odtwórcy roli głównego bohatera. I jeszcze jedno: to nie prosta historia z morałem o nawróceniu się przestępcy. Tu wszystko jest wielowymiarowe i bardziej skomplikowane. Kawał świetnego kina. Tyle zachęty, a druga część, jak zwykle, dla tych, którzy już na "Proroka" pobiegli.
niedziela, 23 maja 2010
"Samotny mężczyzna", czyli melancholijny film dla smakoszy (kina).
Tyle interesujących premier, że nie nadążam. Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Samotnego mężczyznę" Toma Forda, a w kolejce czekają "Prorok" i "Nic osobistego". Trzeba korzystać, bo wkrótce wakacyjna posucha premierowa, czas nadrabiania zaległości i powtórnego oglądania filmów ulubionych. Ale do rzeczy. Debiut filmowy Toma Forda, kreatora mody, to opowieść o jednym dniu z życia mieszkającego w Los Angeles profesora literatury, Georga Falconera, który nie może poradzić sobie z bólem po nagłej śmierci Jima, ukochanego. Spędził z nim szesnaście lat swego życia. Jest to historia uniwersalna opowiadająca o stracie, samotności, wyobcowaniu ze świata. Piękne, melancholijne kino, skupione na szczególe, z niespieszną akcją, a raczej jej brakiem. Rozmowy i obserwacje, a wszystko chłodne. I chociaż łzy nie uroniłam (a wzruszam się łatwo), nie żałuję, że widziałam. Dalsze uwagi dla tych, którzy film już obejrzeli.
niedziela, 16 maja 2010
Dużo więcej niż melodramat, czyli "Jaśniejsza od gwiazd" Jane Campion.
Polską premierę najnowszego filmu Jane Campion poprzedzały głosy krytyków, że to jej filmowe odrodzenie. Takie wieści zawsze powodują zapalenie się ostrzegawczego światełka nieufności w mojej głowie. Mimo tego wybrałam się do kina z ochotą i tak, jak lubię, nie czytając wcześniej nic na temat. Wiedziałam tylko tyle, że jest to opowieść o miłości młodej dziewczyny i angielskiego poety epoki romantyzmu Johna Keatsa. Po seansie sprawdziłam, że historia jest autentyczna i większość postaci, nawet te epizodyczne, to ludzie z krwi i kości, a nie wymyśleni przez scenarzystkę (Campion). Tym razem zgadzam się z głosami, które przywołałam w pierwszym zdaniu: film zachwycił mnie i poruszył. Jest nie tylko piękny (zapierające dech zdjęcia Greiga Fresera), wzruszający, ale i przede wszystkim zmuszający do różnorakich refleksji. I jeszcze jedna uwaga. Kto obawia się czegoś w rodzaju licznych ekranizacji filmów Jane Austen (ja nie mam nic przeciwko nim), może odetchnąć spokojnie: to film z innej półki, coś znacznie więcej niż filmowa konfekcja. Trzeba obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać resztę.
niedziela, 09 maja 2010
W bałkańskim tyglu, czyli "Krystaliczna sieć" Mirko Kovaca.
Właśnie skończyłam czytać powieść serbskiego? chorwackiego? pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze (2006). Jak widać, już samo ustalenie narodowości pisarza jest trudne. Urodził się w Czarnogórze w roku 1938, mieszkał w Belgradzie, potem przeniósł się do Rovinja (Chorwacja). W notce biograficznej na okładce książki nie ma informacji o jego narodowości. Ale powieść przetłumaczono z chorwackiego, a Wikipedia określa go jako Chorwata, więc może rzeczywiście nim się czuje? A być może narodowość nie ma dla niego istotnego znaczenia? Tak właśnie stawia tę sprawę w powieści. Jej bohatera irytują wszelkie buńczuczne wypowiedzi o wielkości Serbów rzucane przez przyjaciół. Kiedyś, trochę nieoczekiwanie dla siebie, stwierdza, że nie ma korzeni, że nie zna historii swojej rodziny (w rzeczywistości oczywiście zna). Dlaczego tyle miejsca poświęciłam kwestii narodowości pisarza? Otóż jej złożoność wydała mi się symbolicznym odbiciem skomplikowanej historii narodów dawnej Jugosławii. A sama powieść? To melancholijna historia niespełnionego pisarza utrzymującego się z handlu antykami. Jej akcja toczy się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku głównie w Belgradzie. Retrospekcje sięgają lat przedwojennych w Bośni i Hercegowinie, a epilog to lata osiemdziesiąte. Bardzo ciekawa książka o niespełnieniu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, także o tym, jak dobro miesza się w człowieku ze złem. A wszystko to zanurzone w bałkańskim tyglu.
wtorek, 04 maja 2010
Szwedzki "Burrowing", film nie dla każdego.
Wybrałam się na szwedzki "Burrowing" pokazywany latem na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Muszę przyznać, że czuję się trochę rozczarowana, chyba nie tego się spodziewałam. Z materiałów na temat filmu można się dowiedzieć, że jest to obraz szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych, a właściwie jego mieszkańców, widziany oczyma kilkunastoletniego chłopca. Spodziewałam się filmu społecznego, tymczasem jest to obraz kontemplacyjny, zmierzający bardziej w stronę refleksji filozoficznej niż społecznej, chociaż i taka jest tu niewątpliwie. Obejrzałam bez przykrości, z zainteresowaniem, ale cały czas patrzyłam chłodnym okiem. Ten film to dla mnie bardziej matematyczne równanie do rozwiązania niż przeżycie i wzruszenie, a ja w sztuce wolę to drugie. Zakładam jednak, że wielu oglądających może mieć inne wrażenia. W każdym razie na pewno nie jest to film dla miłośników akcji. Zamiast niej oglądamy właściwie osobne obrazy, których bohaterami są dziwni mieszkańcy idealnego, pewnie dość przeciętnego, szwedzkiego osiedla domków jednorodzinnych. Niewiele tu słów, za to często towarzyszy nam muzyka stylizowana na chorały. Warto o tym wszystkim wiedzieć, wybierając się na "Burrowing". A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
sobota, 01 maja 2010
Przereklamowana "Gorączka w Hawanie" Leonarda Padury.

Zanim wyjaśnię, dlaczego jednak rozczarowała mnie powieść kubańskiego pisarza, kilkanaście zdań wstępu. Jestem miłośniczką dobrego kryminału. Jak każdy fan tego gatunku mam swoich ulubionych autorów. Moją przygodę z literaturą kryminalną zaczęłam od Agaty Christie, pewnie to nic oryginalnego. Potem czytałam angielską pisarkę P.D.James. Opasłe tomiska, skomplikowana zagadka i takież śledztwo, wielu bohaterów, rozbudowane tło obyczajowe i komendant Scotland Yardu Adam Dalgiesh w roli głównej to zalety jej książek. Po pobycie w Wenecji sięgnęłam po Donnę Leon i nadal kupuję jej kryminały, ale muszę z przykrością stwierdzić, że nowsze nie są już tak dobre jak na przykład "Śmierć w La Fenice"  czy "Strój na śmierć". Zawsze czytam je z planem Wenecji w ręce, przypominając sobie miejsca, w których toczy się akcja. Potem oszalałam dla mojego ukochanego komisarza Kurta Wallandera. Powieści Mankella to nie tylko skomplikowana zagadka, wymyślna zbrodnia, ale też ponury, przytłaczający świat Wallandera, jego żmudne zmagania z codziennością, powolne dochodzenie do prawdy. Poszukiwanie mordercy to znój, nic nie dzieje się ot tak sobie, śledztwo trwa często długo. Nie mogę przeboleć, że seria prawdopodobnie już się skończyła. Przeczytałam też trzy kryminały wrocławskie Marka Krajewskiego, ale w końcu znurzyla mnie wyszukana perwersyjność jego zbrodniarzy i po kolejne nie sięgnęłam. Gdzieś tak rok temu odkryłam świetne książki Szkotki Denise Miny. Jak dotąd ukazały sie dwie: "Pole krwi" i "Martwa godzina". Ich akcja rozgrywa sie w Glasgow na początku lat osiemdziesiątych zeszłego wieku, a bohaterką jest młoda dziewczyna, Paddy Meehan, która rozpoczyna pracę w dzienniku "Scottissh Daily News", początkowo jako goniec, potem awansuje na stażystkę w dziale miejskim. Książki są fascynujące nie tylko ze względu na zagadkę kryminalną (nawiasem mówiąc, za każdym razem jej rozwiązanie dokonuje się trochę na siłę, to jedyny minus), ale na super ciekawe tło obyczajowe (na przykład konflikt katolicko-protestancki, zderzenie ubogiego świata Paddy ze światem dziennikarskim) i świetnie nakreśloną postać głównej bohaterki, młodej dziewczyny, która za wszelką cenę usiłuje wyrwać się ze swojego środowiska: robotniczej, konserwatywnej, katolckej rodziny żyjącej na obrzeżach Glasgow. Mam nadzieję, że wydawnictwo WAB wyda kolejne tomy cyklu (ma być ich pięć). Od czasu do czasu zwabiona recenzją sięgam po kryminał z jakiegoś nowego cyklu, ale często kończy się tylko na jednym. Tak było z Andreą Camirellim, mimo że uwielbiam Sycylię, gdzie toczy się akcja jego powieści. Za to bardzo polubiłam wersję serialową jego książek (odwrotnie jest z ekranizacją powieści Mankella: denerwują mnie swoją powierzchownością). Nie przekonałam się też do  Karin Fossum czy Iana Rankina. Cóż, wszystko wskazuje na to, że podobny los spotka kryminały Leonarda Padury i ich bohatera porucznika Mario Conde.

Jego pierwsza powieść "Gorączka w Hawanie" ukazała się w Znaku w roku ubiegłym. Teraz wyszła trzecia z cyklu. Towarzyszą im świetne recenzje. Mnie, oprócz nich, skusiła Kuba i Hawana. Pomyślałam, że to ciekawe  zanurzyć się w zupełnie obcym, egzotycznym, owianym legendą świecie. Nie należy zapominać, że to jednocześnie kraj komunistycznej dyktatury, więźniów politycznych, biedy. Początkowo byłam zadowolona. Od razu zorientowałam się, że książka Padury to nie tylko kryminalna zagadka, ale też powieść obyczajowa i psychologiczna, a, jak wynika ze wstępu, dla mnie to niezbędna część kryminału. Stopniowo poznajemy historię trzydziestoczteroletniego, zgorzkniałego i rozczarowanego życiem porucznika Mario Conde. Jego mlodość, przyjaźnie, historie miłosne, dwa nieudane małżeństwa. Wiemy, że doskwiera mu samotność, ma jednego przyjaciela, Chudego, uwielbia dobrą kuchnię, rum (bywa, że go nadużywa), jest niespełnionym pisarzem, a jego literacki idol to Hemingway. Poznajemy też  innych policjantów, zawsze scharakteryzowanych zwięźle, ale tak, że dzięki kilkunastu zdaniom stają się ludźmi z krwi i kości. Podobnie jest ze szkolnymi kolegami, których wspomina Mario. Akcja toczy się na dwóch planach: współczesnym (rok 1988) i wspomnieniowym (głównie lata licealne i studenckie). Poznajemy też realia obyczajowe Hawany lat osiemdziesiątych. Rozwarstwienie społeczne, świat zwykłych mieszkańców i uprzywilejowanej władzy. Mówi się o ucieczkach do Stanów, o handlu walutą, ale oczywiście nie o więźniach politycznych. Porucznik Conde jest człowiekiem porządnym, ściga  przestępców, ale ja odebrałam go raczej jako obywatela prawomyślnego niż zbuntowanego. Cóż, skoro powieść ukazała się na Kubie, nie można niczego innego oczekiwać. A wszystko to zanurzone w różnorodnej narracji: a to trzecioosobowej, a to narratorem bywa sam Mario, czasem jeszcze ktoś inny.

Skąd w takim razie moje rozczarowanie? Otóż  mnie książka wydała się zdecydowanie za krótka, a ponieważ naprawdę sporo miejsca zajmuje historia Mario, na zagadkę kryminalną nie zostaje zbyt wiele miejsca. Nie jest to kryminał, od którego nie można się oderwać. Nie zagryzamy nerwowo palców, nie umieramy ze strachu, nie jesteśmy wodzeni za nos. Rozwiązanie zagadki jest dość banalne, a dojście do celu w gruncie rzeczy proste, nie wymaga od porucznika wielu starań. Historia miłosna mnie wydała się dość letnia, a nieudane życie porucznika jest niczym wobec bólu istnienia, jakiego doświadcza mój ukochany komisarz Wallander z depresyjnego Ystad. Czego mi jeszcze zabrakło? Opisów Hawany. Lubię widzieć miejsca wykreowane przez pisarza, a Padura nie opisał porządnie nawet mieszkania porucznika, że o mieście nie wspomnę! Świat jest tu raczej nazywany niż opisywany. Ale być może dla niektórych to zaleta. Tak więc zachwyty nad tą serią wydają mi się zdecydowanie przesadzone. Owszem, można przeczytać, ale ja nie odczułam przymusu następnego spotkania z porucznikiem Mario Conde. Za jakiś czas, kiedy znowu zatęsknię za powieścią kryminalną, spróbuję czegoś innego.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Woody Allen powraca do Nowego Jorku, na szczęście.
Wreszcie obejrzałam najnowszy film mojego ukochanego Woody Allena. (Celowo nie podaję tytułu, bo polskie tłumaczenie jest wyjątkowo idiotyczne. Szłam z lekkimi obawami, bo według mnie ostatni prawdziwy Allen to "Życie i cała reszta". Kolejne, te kręcone w Europie, to już nie to samo! Owszem, on nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jednak czegoś mi brakowało. Nawet "Vicki, Christina, Barcelona" pozostawiła po sobie niedosyt. Kto widział "Tajemnicę morderstwa na Manhatanie", nie mógł zachwycić się filmem "Scoop - Gorący temat", kto uwielbia, jak ja, "Zbrodnie i wykroczenia", temu marną kopią mogło wydać się "Wszystko gra". Na szczęście powrót do Nowego Jorku wpłynął korzystnie na jego twórczą formę i ten film to stary, dobry Allen, może nie z tych najwybitniejszych, ale bez wątpienia miłośnicy jego twórczości odnajdą tu wszystko, za co go kochają (a niech tam, trochę egzaltacji nie zaszkodzi). Szkoda tylko, że sam mistrz nie gra już w swoich filmach. Patrząc na Borisa (Larry David), cały czas przed oczyma miałam Woodego Allena.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Spotkanie z INNYM , czyli "Ja też" Alvaro Pastora i Antonia Naharro.
Nadrabiam kinowe zaległości. Obejrzałam hiszpański film Alvaro Pastora i Antonia Naharro "Teraz ja" pokazywany niedawno w ramach corocznego przeglądu kina hiszpańskiego, a teraz wyświetlany na zwykłych seansach. Początkowo nie miałam go w planach, przyznaję ze wstydem, ze względu na temat. Bałam się słodkiego, czułostkowego filmu. Dlaczego? Bo jego bohaterem jest trzydziestoczteroletni Daniel (świetny Pablo Pineda) cierpiący na zespół Downa. Jego wyjątkowość polega na tym, że skończył studia i podjął normalna pracę. I właśnie tam spotyka Laurę (też bardzo dobra Lola Duenas), w której się zakochuje. Ale film wcale nie jest czułostkowy. Pokazuje świat, o jakim na co dzień nie myślimy. Odsłania tabu: pragnienia człowieka z zespołem Downa, pragnienia miłości, także fizycznej. Skłania do refleksji: jak zachowalibyśmy się na miejscu Laury? Czy możliwy jest związek pomiędzy nimi? I pytania dotyczące innych bohaterów też cierpiących na te samą chorobę: na ile mogą stanowić o własnym życiu? Czy wolno odmawiać im prawa do uczuć? Jak bardzo trzeba ich chronić przed wszelkimi troskami? Czy muszą tkwić pod kloszem zamknięci tam przez troskliwych rodziców? Problemy nie są wymyślone. Scenariusz wykorzystuje historię Pablo Pinedy, który nie tylko wciela się w głównego bohatera, ale był kimś w rodzaju konsultanta. Film ogląda się bardzo dobrze, ma świetne tempo i nie przynosi na szczęście oczywistych rozstrzygnięć. Nie wolny jest niestety od jednej słabości: tajemnicza przeszłość Laury wydaje się tu pewnym naddatkiem. Widz dość szybko może się jej domyślić. Muszę jednak przyznać, że ten wątek nie jest na szczęście nadmiernie eksploatowany i twórcy uniknęli wykładania kawy na ławę. Wszystko do końca pozostaje w sferze domysłów. Warto wybrać się na ten film! A jeśli ktoś widział, może czytać dalej.
piątek, 23 kwietnia 2010
Magiczny świat Siedmiogrodu, czyli "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera
Właśnie skończyłam czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle" Eginalda Schlatnera (Wydawnictwo Czarne 2009), o której tu dwukrotnie w trakcie lektury wspominałam. Trudno było mi się rozstać z tą książką, bo jej świat pochłonął mnie swoją barwnością, magią i dziwacznością. Ale obraz malowany tylko tymi przymiotnikami nie byłby pełny: to także lektura okrutna za sprawą polityki. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych głównie w rumuńskim Siedmiogrodzie. Obserwujemy przemiany zachodzące w Rumunii po drugiej wojnie światowej, upadku Hitlera, wkroczeniu Sowietów, dojściu do władzy komunistów i wygnaniu króla Michała. To książka ciekawa choćby ze względów poznawczych. Cóż wiemy o Rumunii? A może właściwiej byłoby zapytać: o Siedmiogrodzie, który dla bohaterów powieści, rodziny Rescherów (siedmiogrodzkich Sasów), jest małą ojczyzną? Dość wspomnieć, że ledwo mówią po rumuńsku, a ich językiem jest niemiecki, a raczej jego tamtejsza odmiana. To egzotyczny świat zamieszkany przez mieszaninę narodowości: wspomnianych siedmiogrodzkich Sasów (Niemców sprowadzanych do Siedmiogrodu przez królów węgierskich od XII wieku), Cyganów, Węgrów, Rumunów i nielicznych ocalałych Żydów. Historia obeszła się bezceremonialnie szczególnie z tymi pierwszymi. Opisywane zdarzenia kończą się na roku 1951, a przecież wiemy, że potem było jeszcze gorzej. Fascynująca lektura!