Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 10 lutego 2011
"Pogorzelisko" - film, który też warto zobaczyć.
Dlaczego ludzie walą drzwiami i oknami na "Jak zostać królem", film świetnie zrobiony i zagrany, ale taki, o którym zapomina się następnego dnia, a omijają szerokim łukiem "Pogorzelisko", które trzyma w napięciu od początku do końca, a jednak jest czymś więcej niż tylko znakomitą rozrywką? Cóż, pytanie retoryczne, w grę wchodzi przecież marketingowa machina, magia Złotych Globów i Oskarów, pewnie też liczba kopii. A szkoda, bo film zrobiony jest tak, że może podobać się masowej widowni. Mamy tu zagadkę związaną z przeszłością rodziny, poszukiwanie i mozolne odkrywanie prawdy, podróż, wojnę i miłość. A okrucieństwo wojny jest w tym filmie pokazywane trochę teatralnie, co łagodzi odbiór. Teatralność i egzaltacja mnie trochę przeszkadzały, co nie zmienia faktu, że "Pogorzelisko" polecam. A teraz dla porządku krótka informacja o treści. Jest to historia kanadyjskiego rodzeństwa, bliźniąt Jeanne i Simona, którzy po śmierci matki, na prośbę wyrażoną w testamencie, udają się do jej ojczystego kraju gdzieś na Bliskim Wschodzie, aby odnaleźć swojego ojca i swojego brata. Dotąd byli przekonani, że ojciec nie żyje, a o istnieniu brata w ogóle nie wiedzieli. Ta podróż, skomplikowane poszukiwania, stopniowe odkrywanie przeszłości to treść tego filmu. Ale oczywiście nie tylko do epickiej opowieści sprowadza się "Pogorzelisko". O tym jednak w drugiej części, która jest raczej dla tego, kto film już widział.
piątek, 04 lutego 2011
Klaus Brinkbaumer "Afrykańska odyseja"

Można ich spotkać na ulicach włoskich, hiszpańskich, francuskich, a nawet portugalskich miast: Afrykanie handlujący biżuterią, podróbkami markowych torebek, okularami słonecznymi czy parasolami. Zwykle usmiechnięci, rozkładają na chodnikach swoje towary albo wędrują, nagabując turystów. Najczęściej opędzamy się od nich niecierpliwie, no bo po co nam kolejna para okularów? A nawet jeśli kupimy je od jednego z tych ulicznych handlarzy, to trudno oczekiwać, abyśmy natychmiast kupili następną. Kiedy zbliża się policja, szybko zwijają swój kramik i znikają. Czy zastanawiamy się, co robią w naszych miastach? Skąd się wzięli w Europie? Jaką drogę przebyli i dlaczego? Ja długo o tym nie myślałam. Kilka lat temu mignął mi  gdzieś w prasie jakiś reportaż na ten temat, ale wtedy nawet go nie przeczytałam. Potem, nie wiem jak i kiedy, zaczęły mi wpadać w ucho przypadkowe strzępy informacji. Głośno było na ten temat przy okazji reportażu Witolda Szabłowskiego "Czyściec Stambułu" opublikowanego w Dużym Formacie, za który jesienią autor otrzymał jakąś prestiżową europejską nagrodę. Aż wreszcie w zeszłym roku mówiło się o problemie afrykańskich uchodźców całkiem sporo przy okazji wydanej w Polsce książki niemieckiego reportera Klausa Brinkbaumera "Afrykańska odyseja" (Czarne 2009), która została nominowana do pierwszej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Wtedy jednak po nią nie sięgnęłam, dopiero niedawno wiedziona jakimś impulsem kupiłam i przeczytałam.

Nie jest to lektura przyjemna, mimo że połyka się ją jednym tchem. Czytelnik zostaje wytrącony ze swojego spokojnego świata, a jego dobre samopoczucie zburzone. Tyle że nie bardzo wiadomo, co dalej. Co można zrobić? Wpłacić pieniądze na konto jakiejś fundacji, która zajmuje się uchodźcami? Życzliwiej spojrzeć na ulicznych handlarzy z Afryki? Kupić od nich te cholerne okulary? Tylko tyle. Reszta nie zależy od nas, a od potężnych tego świata (czytaj: polityków), którzy na razie raczej robią wszystko, aby bronić się przed falą uchodźców. Wiadomo, każdy medal ma dwie strony, imigranci to też drobna przestępczość itd., itd. Tak tworzy się kwadratura koła, której nie sposób rozwiązać. Ale do rzeczy.

Klaus Brinkbaumer wraz z fotografem Markusem Matzelem i Afrykaninem Johnem Ampanem wędrują śladami afrykańskich uchodźców z państw Afryki Zachodniej: Ghany, Beninu, Nigerii, Senegalu czy Mauretanii. Oni są w komfortowej sytuacji: mają pieniądze, stać ich na transport, jedzenie, spanie. Tylko John musi uważać, mimo że ma europejski paszport. Czarny kolor skóry automatycznie naraża go na podejrzliwość nawet wśród swoich. To on poddawany jest skrupulatnym kontrolom na granicach, to on trafia do aresztu, skąd go trzeba wykupić, to on stanie się ofiarą napadu. Od jego towarzyszy chce się tylko pieniędzy, bo w Afryce każdy biały traktowany jest jak krezus, o czym pisał już Kapuściński w "Hebanie" (Brinkbaumer często powołuje się na polskiego reportera, który jest dla niego  autorytetem). Podróż tej trójki potrwa kilka tygodni, Afrykańczycy wędrują od kilku miesięcy do kilku lat. Częściej nie docierają do upragnionego celu (Europy), niż go osiągają. Dlaczego? Przyczyn jest wiele. Po drodze zwykle kończą się im pieniądze (na wyjazd składa się najczęściej cała rodzina, wierząc, że jeśli się uda, to wybraniec losu będzie żyłą złota i tak rzeczywiście się dzieje), więc próbują zarobić, aby udać się w dalszą drogę, a o zarobek wcale nie jest łatwo. Często padają ofiarami nieuczciwych pośredników specjalizujących się w transporcie uciekinierów (wokół nich stworzył się w Afryce cały przemysł). Wielu nie  przetrwa podróży na pace wypełnionej po brzegi zdezelowanej ciężarówki: kto siedzi z brzegu czy na końcu, może wypaść. Kiedy dotrą do Algierii, skąd już, jak się wydaje, tylko krok do osiągnięcia celu, narażeni są na deportację. Arabskie kraje Afryki Północnej, które z wyższością patrzą na resztę kontynentu, od jakiegoś czasu ochoczo współpracują z rządami państw europejskich w zwalczaniu nielegalnych imigrantów (robią to oczywiście za europejskie pieniądze). Wielu ginie w czasie przeprawy przez Cieśninę Gibraltarską. Europa jest tu na wyciągnięcie ręki, widać jej oświetlone brzegi, ale morze jest zdradliwe, łodzie zdezelowane i przeciążone. Wiadomości o takich tragediach czasem przebijają sie i u nas przez informacyjny szum. Wreszcie kiedy uda im się pokonać ostatnią przeszkodę, najczęściej zostają  złapani i deportowani do swoich krajów. Tyle że drogę powrotną odbędą w komfortowych warunkach samolotem. Mała to jednak pociecha. Wielu spróbuje jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze. Niektórzy utkną na lata gdzieś w pustynnym Nigrze, na pustyniach Algierii czy w zaułkach Tangeru. Będą wegetować, żyć prawie powietrzem, jak szczury uciekać do swoich nor. W jednej parze dżinsów, kilku podkoszulkach, zniszczonych butach. Gnieżdżą się po kilkunastu w zatęchłych norach albo w pustynnych obozach. Najczęściej milczą, niewiele się ruszają, żeby oszczędzić siły, są apatyczni. Ich jedyną rozrywkę stanowi płyta odsłuchiwana w diskmenie, ale i to do czasu, kiedy nie padnie łupem złodzieja. Albo mecz oglądany w jakiejś spelunie Tangeru. Żeby go obejrzeć, muszą coś kupić, więc w kilku składają się na butelkę coli czy piwa, które potem sączą po łyku w nieskonczoność. Wystarczy? A to przecież nie wszystko. To zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Dlaczego ryzykują i wybierają się w tę beznadziejną podróż  donikąd? Wiadomo, z biedy, z braku perspektyw, z chęci zapewnienia lepszego życia rodzinie, zwłaszcza dzieciom, ale też często z naiwności. Ci, którym się udało, ślą  bliskim pieniądze, ale najczęściej w zbyt optymistycznych barwach rysują swoją sytuację. Nie mówią o tym, jaką poniewierkę przeszli, czym naprawdę się zajmują, w jakich warunkach żyją, często przebywając w Europie nielegalnie. Mechanizm, który doskonale znamy też z naszego podwórka. Brinkbaumer w swojej książce kreśli historię i współczesną sytuację państw, z których pochodzą uchodźcy i przez które wiedzie ich trasa. Są to często kraje, które zmarnowały swoją szansę (ropa, bogactwa naturalne) przez nieudolne, despotyczne rządy, wszechobecną korupcję, nepotyzm. Bieda, bezrobocie, przestępczość, niesprzyjające warunki naturalne, zmiany klimatyczne (brak opadów powoduje pustynnienie coraz większych obszarów). Opisy pogrążonych w chaosie i beznadziei miast takich jak Lagos, Benin City czy Agadez budzą strach i litość dla tych, którzy muszą z wyroku losu w nich mieszkać. Paradoks polega na tym, że uchodźcy to zwykle najlepsze jednostki: wykształceni, mobilni, zaradni. Jak Afryka ma się bez nich rozwijać? Ale jakie perspektywy Afryka daje swoim inżynierom, lekarzom, nauczycielom, prawnikom? Koło się zamyka.

Na książkę niemieckiego reportera składają się też  wypowiedzi uchodźców spotykanych w drodze albo w Europie. Poznajemy ich losy, często tragiczne. Tylko nielicznym się udało. Dzięki temu uciekinierzy nie stanowią anonimowej masy, ale mają konkretne imiona i nazwiska, twarze, za którymi stoją ich historie. Jest to jednak przede wszystkim niezwykła, wręcz filmowa, opowieść o Johnie Ampanie, któremu podróż do ziemi obiecanej zajęła cztery lata. Jemu się właściwie udało. Po czternastu latach razem z reporterami wraca na chwilę do swojego miasta, do swojej rodziny, której już właściwie nie zna. To też cena, jaką płacą uchodźcy i ich najbliżsi za podjętą decyzję. Ci, którym się powiodło, najczęściej zakładają drugą rodzinę w Europie, co nie stanowi zresztą jakiejś specjalnej tajemnicy, ale pierwszą, tę afrykańską, cały czas wspierają finansowo. Książka jest też opowieścią o Afryce i jej mieszkańcach, jest swoistym przewodnikiem Johna Ampana, który co jakiś czas udziela reporterowi i czytelnikom zwięzłej lecji pod tytułem "Afrykański dla początkujących". Objaśnia w nim meandry mentalności Afrykanów, tłumaczy ich kulturową odmienność od Europejczyków, często jest wobec swoich ziomków krytyczny.

Brinkbaumer opisując problem, stara się wyważyć racje. Z jednej strony ustami jednego z uchodźców oskarża Europejczyków, pisząc:

" Nasz problem jest waszym problemem i problemem wszystkich, jest problemem ludzkości. Ale wy Europejczycy chcecie cieszyć się waszym pięknym światem i o nic się nie troszczyć. Tylko że tak się już nie da (...). Świat stracił równowagę, a wy Europejczycy chcecie zyskać na czasie, zachować jak najdłużej wasze życie w obecnej postaci."

Z drugiej strony powołuje się na opinię ekonomistki Axelle Kabou, która twierdzi:

" że Afryka jest w znacznie większym stopniu sama odpowiedzialna za swoją sytuację , niż to Afrykanom w smak. Od zawsze wierzą oni mianowicie, że reszta świata winna im jest ratunek, wchodzą w rolę ofiary i żebraka (...)."

"Afrykańska odyseja" wpędziła mnie w czarny nastrój, poczucie beznadziei i niesprawiedliwości świata. Wystarczy, że całkowicie bez swojej winy urodzisz się w niewłaściwym miejscu lub w niewłaściwym czasie, albo jedno i drugie, i twój los jest przesądzony. Jesteś skazany na beznadziejną egzystencję. Wnioski nasunęły się same, ale to zbyt osobiste, żeby tu o tym pisać. I dopiero film "Ludzie Boga", o którym pisałam ostatnio, przywrócił mi utraconą egzystencjalną równowagę. Mimo wszystko cały czas tkwi we mnie poczucie dyskomfortu i niemożności, bo zrobić można naprawdę niewiele.

Kto nie boi się czytelniczych wyzwań, kto przynajmniej chce wiedzieć, co dzieje się za naszą miedzą, ten musi tę książkę przeczytać, mimo że nie jest miła i przyjemna. 


środa, 02 lutego 2011
"Ludzie Boga". Film krzepiący mimo wszystko.
Gdyby nie mój ulubiony Tygodnik Kulturalny w TVP Kultura, najprawdopodobniej przeoczyłabym ten film w nawale innych. Tytuł i plakat (kilku zakonników zgromadzonych wokół stołu) nie przyciągnęły mojej uwagi i myślę, że to może dotyczyć wielu widzów. A szkoda, bo "Ludzi Boga" koniecznie trzeba zobaczyć! Dawno żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ten. Dawno tak bardzo się nie wzruszyłam, nie oglądałam filmu w takim napięciu i z taką uwagą, aby nie uronić żadnego słowa, bo chociaż słów nie pada tu przesadnie wiele, są bardzo ważne. Dawno już tak nie współodczuwałam z ekranowymi bohaterami. Mogłabym jeszcze długo wyrzucać z siebie ochy i achy, ale po szczegóły, jak zwykle, odsyłam do drugiej części, raczej tych, którzy już film widzieli. Piszę tak emocjonalnie, bo w powodzi wielu interesujących tytułów ten może umknąć. A naprawdę nie powinien! Teraz krótko kilka informacji o treści. Film opowiada o autentycznych zdarzeniach z 1996 roku, które wstrząsnęły Francją (pewnie również dlatego obejrzało go tam ponad trzy miliony widzów). Jest to historia kilku francuskich zakonników z klasztoru w górach Atlas w Algierii, którzy żyją wśród miejscowej, muzułmańskiej społeczności w idealnej symbiozie, lecząc, pomagając, służąc radą. Kiedy w kraju rozpętuje się wojna domowa wzniecona przez islamskich fundamentalistów, wydaje się oczywiste, że powinni dla własnego bezpieczeństwa wyjechać. Historia jest prawdziwa, co się stało, być może niektórzy wiedzą, jeśli nie, wystarczy sprawdzić w internecie. Film nie ma w sobie nic z plakatu, z religijnej agitki, nie był też sponsorowany, jak mawia pewien mój znajomy, przez producentów chusteczek do nosa. To bardzo mądry obraz pokazujący, jak słabość i wielkość mieszają się w człowieku. To próba odpowiedzi na pytanie, jak radzić sobie ze światem, który jest raczej zły niż dobry. Dostałam tu to, czego nie dał mi "Hadewijch". I mimo przygnębiającego tematu ten film ukoił mój egzystencjalny pesymizm. Może tylko na chwilę, ale dobre i to. Koniecznie trzeba obejrzeć, a kto w kinie już był, może czytać dalej.
piątek, 28 stycznia 2011
"Ajami". Nie tylko gangsterska historia.
W kinie mnóstwo premier, trudno nadążyć, z czegoś trzeba zrezygnować. Pominęłam "Czarnego łabędzia" i "Mamuta", poszłam na "Ajami" - film produkcji izraelsko-niemieckiej, którego akcja rozgrywa się w Izraelu, przede wszystkim w Ajami, arabskiej dzielnicy Jaffy. Mimo że film został osadzony bardzo mocno w realiach izraelskich, jest to kino uniwersalne. Można je czytać na wielu płaszczyznach: jako opowieść o Arabach i Żydach mieszkających w jednym państwie, jako historię gangsterską, wreszcie jako opowieść o roli przypadku, który przez splot kilku drobnych zdarzeń doprowadza do nieszczęścia. Film wymaga od widza natężenia uwagi, bo historia została opowiedziana nielinearnie. Scenarzyści zastosowali tu chwyty, które znamy z filmów, do których scenariusz napisał (niektóre też reżyserował) Guillermo Arriaga (m.in. "21 gramów", "Amores perros", "Babel", "Granice miłości", "Trzy pogrzeby Melquidesa Estrady"). Kto widział przynajmniej niektóre z nich, na pewno wie w czym rzecz. Dodatkowa trudność to arabski i hebrajski, którymi posługują się bohaterowie. Polski widz jest informowany o tym, w jakim języku toczy się dialog, napisem pojawiającym się przed rozmową. Dość łatwo to przeoczyć. Tyle uwag technicznych, czas na konkluzję. Film jest mocny, ponury, ale bardzo dobry. Polecam! A tych, którzy widzieli, zapraszam dalej.
sobota, 22 stycznia 2011
"Zrób sobie raj" Mariusza Szczygła. Reportaże nie tylko dla czechofilów.

Po sporej dawce beletrystyki czas najwyższy na literaturę faktu. Sięgnęłam po zbiór czeskich reportaży Mariusza Szczygła. Zainteresowani pewnie świetnie wiedzą, że ten znakomity reporter, od kilku (kilkunastu?) lat jest zagorzałym czechofilem. Do tego stopnia zafascynowali go nasi południowi sąsiedzi, że z  miłości do nich nauczył się czeskiego. Owocem tego płomiennego uczucia, pozwolę sobie użyć tej wyświechtanej frazy, był obsypany nagrodami "Gottland" (Czarne 2006) i wydany późną jesienią "Zrób sobie raj" (Czarne 2010). Kto jest zainteresowany, a nie zna poprzedniej czeskiej książki Szczygła, powinien koniecznie najpierw sięgnąć po nią. "Gottland" odniósł sukces nawet w Czechach, nie tylko literacki, ale i teatralny. Niedawno zbiór reportaży polskiego dziennikarza został przeniesiony na deski teatru w Ostrawie. Właśnie przed chwilą słyszałam w radiu  Joannę Derkaczew, która po obejrzeniu spektaklu, dzieliła się ze słuchaczami swieżymi, pozytywnymi refleksjami. "Gottland" to opowieść o czasach przedwojennych, stalinowskich i komunistycznych, chociaż nie tylko. Kraj poznajemy przez ludzi obdarzonych niezwykłymi życiorysami (np. Tomasz Bata, twórca bucianego imperium, czy rzeźbiarz, który zaprojektował największy pomnik Stalina,  wątpliwą ozdobę Pragi) i miejsca (np. słynny praski pałac Lucerna). To książka śmieszno-smutna,  takie też są często losy opisywanych postaci. Polecam!

Polecam też oczywiście najnowsze reportaże Szczygła. Niekoniecznie trzeba być czechofilem (temu, jak ich rozpoznać poświęcony jest pierwszy, króciutki rozdział), aby zachwycić się tą książką. Mimo że uwielbiam czeskie kino i pokochałam miłością głęboką dwie książki Skvoreckiego, za czechofilkę wcale się nie uważam. Ale "Zrób sobie raj" połknęłam w kilka dni i otworzyłam buzię ze zdumienia. Dlaczego? Przyczyn jest kilka, ale jedna zasadnicza: otóż autor odkrywa dla czytelnika zupełnie nieznaną twarz Czechów. To jak spotkanie z innym, z narodem niby bliskim, ale mentalnie zupełnie odmiennym od nas Polaków, zresztą chyba nie tylko od nas.

Ten zbiór reportaży to opowieść o współczesności. Chociaż kiedy Szczygieł portretuje, jak w "Gottlandzie", niezwykłe, znane osobowości (filozofa Egona Bondę, słynnego fotografa Jana Saudka, skandalizującego rzeźbiarza Davida Czernego czy pisarkę, najśmieszniejszą czeską kobietę, Halinę Pawłowską) z konieczności sięga w przeszłość. Niech nikogo nie zrazi fakt, że niektóre teksty ujrzały już światło dzienne na łamach Dużego Formatu, reporterskiego dodatku Gazety Wyborczej, bo na użytek tej książki zostały nieco zmienione i często rozszerzone.

Wrócę teraz do tego, co mnie wydało się istotą tych tekstów: Czesi jako inni. Dlaczego? Co ich odróżnia? Na przykład to, że dla naszych południowych sąsiadów nie istnieje żadne tabu. Wszystko można obśmiać, obrazić, skrytykować: każdą świętość, każdy autorytet. To dlatego możliwe są tam rzeźby Davida Czernego, którego kilka polskich miast się przestraszyło, czy książki Haliny Pawłowskiej. Kolejna odmienność to całkowity ateizm, wręcz wtórne pogaństwo. Czesi są nie tylko narodem prawie w stu procentach niewierzącym, ale nie ma w nich również żadnych duchowych czy mistycznych tęsknot i potrzeb. Dla nich brak Boga w życiu jest czymś oczywistym, normalnym, niepodlegającym dyskusji. Odwrotnie, dziwi ich zdziwienie reportera taką postawą. Szczygieł opowiada o przebiegu wizyty Benedykta XVI w Czechach i jego relacja dla kogoś, kto mieszka w Polsce, może być szokująca: żadnego zainteresowania, żadnego tłumu, żadnych czołówek w prasie czy telewizji, życie toczy się normalnie, ot, wizyta jak każda inna. Równie szokujący jest reportaż o człowieku, który odzyskał wiarę. W tym oczywiście nic dziwnego nie ma, za to nieprawdopodobne jest to, że ów człowiek ten fakt głęboko ukrywa. Boi się przyznać, że chodzi do kościoła, boi się społecznego, towarzyskiego ostracyzmu. Czy lęk jest uzasadniony? Nie wiem, w każdym razie jego zwierzenia brzmią wiarygodnie. Szczygieł wskazuje odległe, historyczne przyczyny czeskiego odwrócenia się od Boga sięgające Husa, monarchii austro-węgierskiej, czasów stalinowskich i komunistycznych. Ale najbardziej szokujący jest stosunek Czechów do zmarłych i ich pochówku. Ostatnie, wstrząsające, rozdziały poświęcone tej tematyce  pozostawiły mnie w niemym zdumieniu. I trudno to, o czym pisze w nich Szczygieł, tłumaczyć tylko ateizmem. Problem jest głębszy. Celowo nie zdradzam szczegółów, bo to trochę tak, jak zdradzić zakończenie kryminału. Cóż, nie jest ten obraz  ani miły, ani przyjemny. Problem niewiary i jej konsekwencji to chyba najważniejsza z czeskich odmienności, może dlatego stanowi tak obszerną część tego zbioru. Pozostałe to rozbrajanie wszystkiego śmiechem, uwielbienie świętego spokoju, niechęć do cierpienia i stawiania sobie poważnych, egzystencjalnych pytań.

Jednym z bohaterów tej książki jest też reporter, Mariusz Szczygieł, który opowiada o swoich czeskich fascynacjach, o ulubionych miejscach, o spotkaniach z ludźmi. Przygląda się wszystkiemu z ciekawością, ze zdziwieniem, ale z wyraźną sympatią, nie ocenia, nie krytykuje. Tylko w ostatnich rozdziałach, tych, które tak mnie zszokowały, milczy. Oddaje głos anonimowym rozmówcom, którzy opowiadają chłodno, rzeczowo, czasem tylko wyrażając swoją opinię. Czy to przypadek, czy zamierzona strategia? Czy czechofil nie chce albo nie potrafi skomentować tego, czego właśnie dowiedział się o swoich ukochanych Czechach? Staje bezradny wobec niemiłej prawdy?

Książkę czyta się znakomicie. Napisana w charakterystycznym dla autora stylu: dowcipnie, lekko, trochę ironicznie, z niewielkim dystansem, nie pozwala się tak łatwo porzucić. Ale ta lekkość nie przeszkadza autorowi mówić o problemach najistotniejszych, dotykających sedna ludzkiej egzystencji. Jeszcze raz powtórzę: kto przeczytał "Gottland" i podzielił powszechny entuzjazm dla tej lektury, tego z pewnością nie trzeba przekonywać, aby sięgnął po kolejny tom reportaży. Kto nie zna tamtej książki, a czuje, że jest dla niego, niech zacznie właśnie od niej, a  dopiero potem przeczyta "Zrób sobie raj". Pozycje obowiązkowe nie tylko dla czechofilów.   

środa, 19 stycznia 2011
"Hadewijch". Niestety rozczarowanie.
Wielki zawód!!! Film wychwalany przez krytyków, pokazywany na festiwalu Era Nowe Horyzonty rozczarował mnie tym bardziej, że naprawdę spodziewałam się czegoś wyjątkowego. Mam jeszcze w pamięci znakomite "Lourdes" o trochę podobnej tematyce. Gdzież jednak "Hadewijch" do tamtego obrazu. Najbardziej irytuje mnie, pewnie świadome, lekceważenie zasad prawdopodobieństwa: sceny, które nie wpisują się w ciąg zdarzeń. Miały miejsce? Kiedy? Jak? Śniły się głównej bohaterce? Ale nic nie wskazuje na poetykę snu czy fantazji. Lubię w kinie niedopowiedzenia, ale są jakieś granice i tu zostały, moim zdaniem, przekroczone. To nie jedyne wady, ale one zirytowały mnie najbardziej. Jak zawsze winna jestem przynajmniej krótką informację o treści. Bohaterką filmu jest Celine, studentka teologii, córka ministra, która tak bardzo kocha Boga, że pragnie zostać zakonnicą (Hadewijch to jej zakonne imię). Z zakonu zostaje jednak wydalona, moim zdaniem słusznie. Film jest opowieścią o jej dalszych losach i zmaganiach z wiarą. Kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.
sobota, 15 stycznia 2011
"Good night, Dżerzi" Janusza Głowackiego.

Muszę się tu do czegoś przyznać: właściwie nie czytam polskiej literatury współczesnej. To nie jest tak, że taką mam zasadę, że jestem uprzedzona czy może z góry zakładam, że nie warto. Po prostu bardzo rzadko znajduję coś, na co miałabym ochotę. Trochę nieściśle się wyraziłam: nie czytam beletrystyki, natomiast bardzo chętnie sięgam po literaturę faktu. Ale od każdej reguły są wyjątki, więc i od tej również. Lubię na przykład Eustachego Rylskiego i Janusza Głowackiego, dlatego zachęcona bardzo pozytywnymi (wręcz entuzjastycznymi) głosami w moim ulubionym Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura sięgnęłam po najnowszą książkę tego ostatniego "Good night, Dżerzi" (Świat Książki 2010). Nie żałuję, że przeczytałam, ale entuzjazmu nie podzielam.

Czyta się to oczywiście znakomicie, właściwie jednym tchem (jeśli czas pozwala). Kto zna prozę Głowackiego, kto czytał lub słuchał wywiadów z nim, pewnie wie dlaczego. Dowcip, ironia, lekki styl, dystans do świata i siebie samego, odrobina cynizmu, potoczny, swobodny język to znaki firmowe jego pisarstwa. W podobnym tonie i duchu udziela wywiadów albo wypowiada się w telewizji czy radiu. To wszystko znajdziemy oczywiście w najnowszej książce pisarza. Ja jednak wysłuchawszy peanów na cześć "Good night, Dżerzi", spodziewałam się literatury głębokiej (tak wynikało z dyskusji) podanej w charakterystyczny dla Głowackiego sposób. Tymczasem moim zdaniem jest to znakomite czytadło z ambicjami. Tylko tyle i aż tyle.

Czym jest ta książka? Jak ją nazwać? Powieścią? Ile tu kreacji a ile prawdy? To historia o Januszu Głowackim piszącym na zlecenie bogatego niemieckiego przedsiębiorcy, który właśnie przedzierzgnął się w producenta,  scenariusz filmu o Jerzym Kosińskim. Ale opowieść o tym, jak do tego doszło, o procesie twórczym, o pracach nad przygotowaniami i o kręceniu filmu stanowi tylko ramę dla tekstu właściwego: fragmentów rzekomego scenariusza, dziennika Maszy i wreszcie zwierzeń Klausa W., który w tej historii odegrał bardzo ważną rolę. Kompozycja przypomina mi trochę filmy, w których jest wielu bohaterów nie mających ze sobą nic wspólnego, ich wątki prowadzone są równolegle, widz nieco się gubi, aż wreszcie wszystko splata się razem: bohaterowie spotykają się w jednym miejscu i czasie, ich historie jakoś się o siebie zazębiają. Tak jest i tu, bo oprócz opowieści o Kosińskim, Maszy i Klausie, mamy tu jeszcze i co nieco o samym autorze, i równoległy wątek Iriny i Zachara, opowiedziany lekko, dowcipnie z ironicznym dystansem, który stanowi tło, dopełnienie dla historii Kosińskiego.

Podstawowe pytanie, jakie stawia Głowacki w swojej książce brzmi: ile w życiu Kosińskiego przypadku, a ile przeznaczenia. Czy, jak w antycznej tragedii, historia musiała się tak skończyć, czy też wszystko było dziełem przypadku i mogło potoczyć się zupełnie inaczej? Czy los zadrwił sobie z Kosińskiego: najpierw darował mu życie, ratując z Holocaustu, pozwolił rozwinąć skrzydła, a potem upomniał się o niego, co z góry było zaplanowane? Oczywiście pytanie nie do rozstrzygnięcia. Kosiński jawi się w tej opowieści jak diabeł, który nie oglądając się na nic, sięga po czyjąś duszę, wciąga ją do swego ciemnego świata, pokazuje go, nurza w nim, wysysa niczym wampir, doprowadza do destrukcji, a kiedy się znudzi tą zabawą, porzuca zniszczoną i nieszczęśliwą. Ale podobnie postąpiła z Kosińskim Ameryka. Pozwoliła mu dostać się na swoje salony, pokazała zasady, jakie w nich obowiązują. Powiedziała: nie, takich historii jak twoja nasłuchaliśmy się mnóstwo, pokaż nam coś straszniejszego, coś, czego jeszcze nie było. I kiedy wykreował swoje życie naznaczone traumą dzieciństwa i Holocaustu, zdemaskowała wszystko, okryła śmiesznością, zniszczyła i porzuciła. Bo książka Głowackiego obnaża też mechanizmy, jakie żądzą krytyką i publicznością, które domagają się coraz więcej i więcej okropności, cieszą się, kiedy ją otrzymują, nie zważając na to, że jest fałszywa. Ale kiedy się noga powinie, zapomną o tym, czego żądały, i zniszczą, nie bacząc na to, że same nie są bez winy.

Kosiński w opowieści Głowackiego nie budzi mojej sympatii. Jest tak bardzo demoniczny, tak bardzo manipuluje ludźmi, że nie sposób mu współczuć. Nie dostrzegam w nim tragizmu. Tragiczne postacie to Masza i Klaus W., równoprawni bohaterowie tej książki. To on zwrócił się do Głowackiego z prośbą o napisanie scenariusza do filmu i wyłożył pieniądze na produkcję. Dlaczego to zrobił, jakie były jego prawdziwe intencje, tego zdradzić nie mogę. W każdym razie Klaus, który początkowo wydaje się być postacią drugoplanową, wyrasta na jednego z równoprawnych bohaterów tej książki, a jego życie kryje w sobie tajemnicę. To również historia w pewnym sensie równoległa do opowieści o Kosińskim, bo i on został naznaczony przez to, co zdarzyło się w dzieciństwie. Czy zwierzając się Januszowi w swoim liście, pisze prawdę czy kreuje swoje traumy, tego oczywiście nie wiadomo.

Bardzo ważną postacią jest Masza, Rosjanka, którą Klaus wydostał z Rosji, ale ona o tej Rosji zapomnieć nie może. Wszystko wraca we wspomnieniach i snach. Ogrywa tu Głowacki zderzenie duszy i mentalności rosyjskiej z mentalnością amerykańską czy niemiecką. Masza to postać tragiczna, może najbardziej z całej trójki. Ta delikatna, wątła, śliczna kobieta zostaje wciągnięta w świat ciemny i mroczny. Ocalała, aby w innym miejscu wrócić do piekła. Czy i ją los najpierw zbawił, żeby potem się o nią upomnieć? Czy to jednak przypadek postawił na drodze Maszy i Klausa diabła w postaci Kosińskiego?

Jest to także opowieść o wielkiej, tragicznej miłości, która niszczy i naznacza na całe życie, a zapomnieć o niej nie sposób.

Niby wszystko tu mamy: wielką, tragiczną miłość, ciekawych bohaterów splecionych ze sobą w morderczym uścisku, historię wielkości i upadku, Holocaust, pytania o to, co wolno artyście, filozoficzny dylemat, rosyjską duszę i barwne nowojorskie tło, ale czegoś jednak brakuje. Być może to owa lekkość stylu, dowcip, dystans i ironia, tak charakterystyczne dla pisarza, odbierają głębię poruszanym problemom. Może za mało tu narracyjnego mięsa, za dużo literackiej zgrywy. Jakby jednak nie było, po książkę Głowackiego sięgnąć, mimo wszystko, warto.

środa, 12 stycznia 2011
"Nie bój się, Bi". Poetycki film z Wietnamu.
Tym razem znowu będzie o filmie, ale nie o komedii. Obejrzałam właśnie wietnamski obraz "Nie bój się, Bi". Lubię azjatyckie kino obyczajowe, niestety rzadko gości na ekranach, a jeśli już, to najczęściej jest to kino chińskie (też lubię). To chyba trzeci film wietnamski, jaki udało mi się zobaczyć (niestety nie pamiętam tytułów poprzednich). Wszystkie miały pewne wspólne cechy. Za każdym razem była to obserwacja rodziny, ale rodziny rozumianej szerzej: nie tylko rodzice i dzieci, także siostry, bracia, dziadkowie. Wspólne było też raczej wolne tempo, niewiele zdarzeń, więcej nastroju, kontemplacji, chwytania ulotnych chwil. Jeśli miałabym je jakoś określić, to powiedziałabym, że były poetyckie, mimo że rejestrowały wietnamską codzienność. "Nie bój się, Bi" to opowieść o życiu rodziny, której rutyna zostaje zaburzona nagłym powrotem z zagranicy chorego ojca. Obserwujemy relacje między siostrą, bratem, jego żoną, ich synkiem (tytułowy Bi) i ojcem. Niewiele się dzieje, dużo tu niedopowiedzeń, sporo pozostawiono domyślności widza (lub jego dowolnej interpretacji), bardzo dużo można wyczytać ze spojrzeń i gestów. Film ciekawy, chociażby tylko ze względu na egzotyczną dla nas wietnamską obyczajowość. Tym, których nie zniechęciły moje dotychczasowe uwagi, polecam. Tych, którzy już obejrzeli, jak zawsze zachęcam do przeczytania dalszego ciągu.
sobota, 08 stycznia 2011
"Soul kitchen". Zupełnie inny Fatih Akin.

Tym razem nie dzielę wpisu na dwie części, jak to mam w zwyczaju, pisząc o filmie, bo trudno snuć jakieś nadzwyczajne refleksje na temat "Soul kitchen". Zastanawiałam się nawet, czy tym razem nie darować sobie notki i wcale nie dlatego, że film mi się nie podobał. Najnowszy obraz Fatiha Akina to po prostu komedia i tylko komedia (żeby było jasne: nie mam nic przeciwko temu gatunkowi). Kto widział jego poprzednie filmy, "Głową w mur" i "Na krawędzi nieba", ten może być zdziwiony. Niemiecki reżyser tureckiego pochodzenia przyzwyczaił nas do zupełnie innego kina, kina na serio, opowiadającego o  Turkach  mieszkających w Niemczech i w swojej ojczyźnie. Pokazuje w nich  problemy z integracją,  odmienność kultur,  poszukiwanie tożsamości. Zarzuca  bogatej Europie jak niewiele wie na temat politycznych problemów tureckiego społeczeństwa i jakie ma naiwne recepty na ich rozwiązanie. Myślę, że Turcja i Turcy mieszkający w Niemczech to tylko pretekst do rozmowy na temat innych mniejszosci, które Europa w pewnym okresie tak ochoczo do siebie przyjmowała, a teraz się od nich odwraca. Filmy Akina poruszają też podstawowe problemy egzystencjalne. Pełno w nich mocnych, dosadnych, brudnych scen, nieobliczalnych bohaterów, którzy sami siebie stawiają na marginesie społeczeństwa i, przynajmniej w pierwszym momencie, niekoniecznie budzą sympatię widza. I chociaż nie kończą się rozumianym potocznie happyendem, to niosą w sobie jakiś optymizm, trudny, niełatwy, ale jednak optymizm. Oba filmy należą do moich ulubionych, szczególnie "Glową w mur" tkwi we mnie bardzo mocno. Kto nie widział a nie boi się kina nieprzyjemnego, ale mądrego i poruszającego do głębi, powinien zobaczyć koniecznie.

Nie o tamtych filmach mam jednak pisać, więc wracam do "Soul kitchen". Idąc, niby wiedziałam, że zobaczę komedię, bo tak głoszą wszelkie zapowiedzi, ale te często bywają nieprawdziwe, więc oglądając, długo myślałam, że reżyser myli tropy i w pewnym momencie film zabrzmi tonacją serio. Tak się jednak nie dzieje i "Soul kitchen" do końca pozostaje komedią. Owszem, odnajdziemy tu motywy znane z jego poprzednich obrazów, ale podane lekko. Mamy więc bohaterów wywodzących się ze środowisk imigranckich, tym razem są to Grecy: dwaj bracia Zinos i Illias, zadomowieni w Niemczech na dobre. Mamy przestępstwo (raczej drobnego kalibru), za które ktoś musi odpokutować w więzieniu. Jest i miłosny zawód. Pełno tu zwariowanych postaci, które żyją po swojemu, pod prąd mieszczańskiemu społeczeństwu, na jego marginesie, ale w zgodzie z własnym sumieniem. Zinos, właściciel tytułowej knajpy, kucharz Shayn (w tej roli Birol Unel znany z "Głową w mur"), kelnerka Lucia za wszelką cenę chcą pozostać wolni i spełniać swoje marzenia. Obce są im kompromisy, nawet jeżeli oznacza to utratę dobrej pracy. Można oczywiście w tej sympatycznej komedii doszukać się poważnych problemów. Jest więc, przeciwstawiony tamtym bohaterom podstępny łajdak, który gotów jest na wszystko, aby tylko dostać swoje i zarobić na tym. Jest robiący z nim interesy bezwzględny biznesmen, któremu obce są jakiekolwiek etyczne standardy. Ale to wszystko oczywiście, zgodnie z prawami gatunku, podane jest lekko, nieco absurdalnie, w sposób trochę przerysowany. A kiedy już uwierzymy, że tym razem Fatih Akin naprawdę nakręcił komedię, nie musimy niepokoić się o losy sympatycznych bohaterów. Przecież wiemy, jak się to wszystko skończy, możemy jedynie zastanawiać się, jak reżyser wraz ze scenarzystą doprowadzą do szczęśliwego finału. Całość okraszona jest dużą dawką muzyki, która nieodłącznie związana jest z knajpą głównego bohatera, no i podziwiać możemy całą galerię najrozmaitszych potraw: od zwykłych frytek i hamburgerów po wymyślne dania przygotowywane przez szalonego Shayna.

Nie jest to oczywiście arcydzieło, ma swoje wady. Często zbyt łatwo można przewidzieć następstwo zdarzeń, za szybko domyślamy się, kto z kim zostanie połączony, a kto będzie podstępnym, czarnym charakterem w skórze baranka. Nietrudno też od pewnego momentu odgadnąć, jak Zinos poradzi sobie ze swoim problemem. Inną słabością filmu jest Birol Unel, który tworzy postać za bardzo przerysowaną i groteskową. I ostatnia słabość: w pewnym momencie film w swym chaosie, natłoku zdarzeń staje się odrobinę nużący. Moim zdaniem na dobre by mu wyszło, gdyby był odrobinę krótszy. Na szczęście jednak pod koniec znowu odzyskuje formę.

Mimo tych słabości warto pójść do kina i spędzić tam przyjemne (prawie)  dwie godziny. Ja jednak mam nadzieję, że Fatih Akin tym filmem zrobił sobie, dla złapania oddechu, króciutką przerwę i powróci do poważnych problemów dręczących współczesną multikulturową Europę podanych w ostrej formie.         

czwartek, 06 stycznia 2011
Pożegnanie z Wallanderem. Henning Mankell "Niespokojny człowiek"

Dziś będzie krócej, bo nad kryminałem trudno się rozwodzić. "Niespokojny człowiek" to już niestety ostatni tom z mojego ulubionego cyklu o komisarzu Kurcie Wallanderze z Ystad. Mankell nie pozostawił wątpliwości, że żegna się z melancholijnym policjantem ze Szwecji. To niepowetowana strata. Jakie kryminały będę teraz czytać? Już tu kiedyś wspominałam, że jakoś nie potrafię natrafić na kolejny cykl, do którego tak bym się przywiązała. A szkoda, bo od czasu do czasu lubię sięgnąć po dobry kryminał.

Za co pokochałam cykl o komisarzu Wallanderze? Chyba najbardziej za głównego bohatera. Wallander to zdolny policjant z dużym doświadczeniem i doskonałą intuicją. Kochający i równocześnie często niecierpiący swojej pracy, która tak go jednak absorbuje, że nie ma czasu ani na życie prywatne, ani na dbanie o swoje zdrowie. Prowadzi niehigieniczny tryb życia (mało ruchu, nieregularne posiłki) i stale obiecuje sobie, że musi się za siebie zabrać, ale oczywiście kończy się jak zwykle na dobrych chęciach. Jego życie prywatne to katastrofa. Po rozwodzie z żoną mimo prób nie potrafi związać się z żadną kobietą, a jedyna wielka miłość  kończy się rozstaniem. Gdyby chcieli być razem, jedno z nich (raczej ona) zbyt wiele musiałoby poświęcić. Wallander stale czuje się samotny i stary. Kiedy poznajemy go w "Mordercy bez twarzy", pierwszym tomie cyklu, dobiega czterdziestki, ale już wtedy boryka się z uciekającym czasem. I nie udało mu się z tym pogodzić w ciągu tych dwudziestu lat, jakie dzielą część pierwszą od ostatniej. Kiedy tak przyglądam się jego życiu, to mam nieodparte wrażenie, że w sferze osobistej nie było ono zbyt udane. Problemy ze starzejącym się zdziwaczałym ojcem, który nigdy nie zaakceptował faktu, że Kurt został policjantem, niepokój o córkę, nikły kontakt z jedyną siostrą, właściwie brak przyjaciół, zero życia towarzyskiego. I tylko opera, której jest miłośnikiem, czasem dodaje mu blasku. Za to spełnia się w pracy, jest bardzo dobrym  policjantem, chociaż nie zawsze docenianym przez szefów. Śledztwo to mozół, który często ciągnie się długo, a rozwiązanie trzeba wykuwać niczym kamień w skale. Tylko czasem przychodzi błysk, iluminacja, najczęściej jednak to żmudne dobijanie się do prawdy. Wallander narzeka na coraz gorszą organizację pracy w policji, na niekorzystne zmiany, jakie zachodzą w szwedzkim społeczeństwie, na trapiące je problemy. Cóż, jak widać nie są to powieści optymistyczne, ale, przynajmniej w opisie sfery osobistej i społecznej, bardzo prawdziwe i nieulukrowane.

Nie wszystkie lubię jednakowo, najmniej te o charakterze szpiegowskim, bardziej sensacyjnym niż kryminalnym. Moje ulubione to "Morderca bez twarzy", "Fałszywy trop". "Piąta kobieta", "O krok", no i ostatnia, którą właśnie skończyłam. Tak bardzo przywiązana jestem do papierowj wersji historii o Wallanderze, że nie mogłam oglądać żadnej z filmowych adaptacji: ani szwedzkiego serialu, ani brytyjskiego. Ginęło w nich to (takie prawa filmu), co ja lubię w tych książkach najbardziej: płynący czas.

Popełniane zbrodnie są w tych powieściach dość wymyślne, zwykle nie kończy się na jednej, a śledztwa, o czym wspominałam, długie, żmudne i skomplikowane. Policjanci muszą ścigać się z czasem, gdyż często zdają sobie sprawę, że na jednym zabójstwie pewnie się nie skończy. Jeśli jakiś miłośnik kryminału nie sięgnął dotąd po te książki, w co trudno mi uwierzyć, radzę czytać według kolejności (nie wiedzieć dlaczego w Polsce cykl nie ukazywał się po kolei).

A teraz trochę o ostatniej części. Znajdziemy tu wszystko to, co charakterystyczne dla całego cyklu. Skomplikowaną zagadkę, mylenie tropów, śledztwo, które wymaga licznych podróży (to też bardzo lubię w tych książkach), no i Wallander. Dobiega sześćdziesiątki i zupełnie nie potrafi pogodzić się ze zbliżającą się starością. Zastanawia się, co będzie robił, kiedy w końcu przejdzie na emeryturę, za czym specjalnie nie tęskni. Dotkliwie odczuwa swoją samotność, wspomina przeszłość, wraca pamięcią do dawnych śledztw, do ludzi, których już nie ma. Nękają go problemy ze zdrowiem, nie bardzo potrafi dogadać się z córką, która staje się coraz bardziej obcesowa i apodyktyczna. Na komendzie czuje się chyba  wyobcowany, bo większość kolegów, z którymi przez lata pracował, odeszła. Pozostał jedynie Martinsson i ponury Nyberg, a sam Wallander nie dowodzi już, jak dawniej, prowadzonymi dochodzeniami, nie on kieruje słynnymi zebraniami, robią to młodsi od niego. Upływający czas, przemijanie to równoprawni bohaterowie tej powieści. A w smutnym życiu Wallandera są na szczęście trzy radości: dom na wsi, który nagle zdecydował się kupić, pies Jussi i wnuczka Klara. Dużo to czy mało?

Tyle, więcej nie mogę zdradzić, aby nie psuć przyjemności czytania tym, którzy tego dotąd nie zrobili. I jeszcze o jednym, co tak bardzo podoba mi się w tej książce: mamy tu do czynienia z taką zagadką, która dla większości na zawsze pozostanie niewyjaśniona. Wallander dowie się najwięcej, ale i jemu nie uda się odpowiedzieć na kilka pytań nękających jego i innych. Nie wszystko jest takie, jak się wydaje - jedna z moich ulubionych życiowych prawd może z powodzeniem służyć za motto tej powieści.

Miłośników książek Mankella na pewno nie muszę namawiać, aby przyczytali, szczególnie, że to część wieńcząca cały cykl. Innych fanów kryminału, którzy dotąd nie poznali Kurta Wallandera (Są tacy? Watpię.) namawiam, aby koniecznie nadrobili braki. Ja, sięgając po "Niespokojnego człowieka", nie zawiodłam się. Szkoda tylko, że to już koniec.

A w sobotę wracam do filmu. Szykuje się kilka interesujących premier (przynajmniej tak się wydaje na podstawie zapowiedzi).