Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 31 lipca 2016
Philip Roth "Ludzka skaza"

Wracam do Philipa Rotha. Jest to powrót systematyczny i zaplanowany. Co jakiś czas kolejna powieść. Późno go odkryłam, ale natychmiast uznałam za jednego z moich ulubionych powieściopisarzy. Obok Amosa Oza i Miljenko Jergovicia. Tym razem sięgnęłam po "Ludzką skazę" (Wydawnictwo Literackie 2015; przełożyła Jolanta Kozak), ostatnią część cyklu zwanego trylogią amerykańską. Kto zna Rotha, ten wie, że w jego książkach znajdziemy wszystko to, czego oczekujemy od literatury nietuzinkowej, żeby nie powiedzieć wielkiej. Znakomitą opowieść, mięsistych bohaterów i tę wartość dodaną, która sprawia, że literatura nie ogranicza się tylko do story. Żadnych udziwnień, żadnego przerostu formy nad treścią, żadnych postmodernistycznych zabaw. Najwyżej, stara, dobra achronologia, mieszanie czasów, retrospekcje.

Akcja "Ludzkiej skazy" toczy się w roku afery Clinton - Levinsky, ale opowieść sięga, jak to zwykle u Rotha, znacznie głębiej - od czasów przedwojennych do wojny w Wietnamie. Narratorem, ale nie bohaterem, jak w całym cyklu, jest jedna z ulubionych postaci pisarza, też pisarz, Nathan Zuckerman. Rekonstruuje historię Colemana Silka, profesora literatury klasycznej, byłego, niezwykle zasłużonego, dziekana wydziału literatury jednego z prowincjonalnych uniwersytetów Nowej Anglii. Składa ją tak jak  puzzle, dopasowując do siebie strzępy prawdy, które odkrywa. Byli sąsiadami, na kilka miesięcy zostali przyjaciółmi, no może dobrymi znajomymi. A zaczęło się wszystko od afery. Coleman Silk został oskarżony o rasizm. To na amerykańskiej uczelni śmierć cywilna. Rzecz w tym, że ani rasistą nie był, ani nie powiedział nic rasistowskiego. Padł ofiarą poprawności politycznej, która bywa zbawienna, ale odarta ze zdrowego rozsądku doprowadza do sytuacji absurdalnych. Tak stało się w przypadku Colemana. Nie słuchano jego logicznych, zdroworozsądkowych, uzasadnionych wyjaśnień. Dano całkowitą wiarę czarnoskórej studentce, która nie pojawiła się ani razu na wykładach Colemana, za to poczuła się obrażona jego uwagą, którą uznała za rasistowską, chociaż jako nieobecna nie mogła jej usłyszeć. Jak mógł obrazić ją rasistowskim epitetem, skoro nie miał pojęcia, że jest czarna? Ten logiczny argument nie przekonywał nikogo. Nikt nie stanął w obronie Colemana Silka. Jego wrogowie z czasów, kiedy twardą ręką reformował wydział, wynosząc go na znaczącą pozycję wśród amerykańskich uczelni, znaleźli doskonałą okazję, aby się odegrać. Jego przyjaciele i ludzie, którzy wiele mu zawdzięczali, tchórzliwie milczeli. Nie znaleźli w sobie dosyć odwagi, aby zaprotestować. Roth opisuje znany mechanizm. Uleganie terrorowi większości, niesamodzielność myślenia, oportunizm, tchórzostwo. W rezultacie Coleman, urażony i zdradzony, opuszcza uczelnię i skazuje się na śmierć cywilną. Ukamienowany słowem rasista cierpi do tego stopnia, że nawet za nagłą śmierć żony obwinia swoich prześladowców. Dwa lata później przypomni o sobie, stanie się przyczyną obyczajowego skandalu. Dlaczego? Bo ośmieli się romansować z dużo młodszą od siebie sprzątaczką. Niby nic nikomu do tego. On wdowiec, ona rozwiedziona, a jednak świętoszkowaci hipokryci czują się zgorszeni. Że nikomu nie robią krzywdy? Że oboje odżyli? Że dobrze im razem? Cóż z tego. Porządni obywatele wiedzą lepiej. Wiedzą, że ją haniebnie wykorzystuje z racji swojej uprzywilejowanej pozycji. Pojawia się kolejne kamienujące słowo - mizogin. Ciekawe, co powiedzieliby porządni obywatele, gdyby poznali prawdę o Colemanie Silku? Gdyby odkryli jego największą tajemnicę? Tajemnicę, której nie znała ani jego żona, ani jego dzieci. Nie wolno mi jej zdradzić, mogę tylko napisać, że zbuntował się przeciwko własnemu losowi, który determinował jego przyszłość. Nie zgodził się na to, a że był człowiekiem zdolnym, upartym, konsekwentnym i nietuzinkowym, dopiął swego. Ale nic za darmo. Jego wybór każe zadać szereg pytań. Ile można poświęcić, aby zrealizować swój cel? Jakie konsekwencje rodzi dla najbliższej, niczego nieświadomej rodziny skrywana przez lata tajemnica? Jaką cenę się płaci? Czy warto? A może lepsza była droga, jaką obrał jego brat? Która jest uczciwsza? Która trudniejsza? Czy Coleman nie poszedł na łatwiznę? Czy dokonując takiego wyboru, nie wyparł się siebie? Na ile determinują nas nasze korzenie? Ale jednocześnie wybór  Colemana obnaża stereotypy i uprzedzenia, jakimi kierują się społeczeństwa. Pokazuje, ile są warte.

Powieść Rotha porusza jeszcze wiele innych problemów. Ważny jest wątek wojny w Wietnamie. Pisarz pochyla się nad grupą weteranów, którzy wzajemnie się wspierają. Opowiada, jak spustoszyła ich wojna. Jak są rozgoryczeni, nierozumiani i wyobcowani, jak czują się porzuceni przez społeczeństwo. Jak ofiarą ich traum padają ich najbliżsi. Kto nie przeżył, nie zrozumie. Inny ważny temat powieści to rasizm. Historia czarnej społeczności, segregacja rasowa i powolne odzyskiwanie należnych im praw. Konsekwencją nierówności są między innymi pułapki politycznej poprawności, których ofiarą pada Coleman. "Ludzka skaza" jest też tak zwaną powieścią kampusową. Jej akcja toczy się w zamkniętej społeczności uniwersyteckiej. Pokazuje napięcia między pracownikami, zawiści, różnicę poglądów, ścieranie się starego z nowym, konserwatyzm środowiska, opór przed zmianami. Roth zahacza też o feminizm, zderza tradycję i mentalność amerykańską z europejską (francuską).  A że to część trylogii amerykańskiej, tłem historii bohaterów opisanych w "Ludzkiej skazie" są przemiany obyczajowe, społeczne i cywilizacyjne, jakie zaszły w Stanach. Ernestyna, postać epizodyczna, ale ważna, wygłasza swoisty lament nad współczesną Ameryką. Nie ma już dawnego świata. Są zmiany dobre, dostrzega to, ale są i złe. Wszystko jest brzydsze, tandetniejsze, dawne więzi zostały zerwane, nie zastąpiły ich nowe, wszystko jest płynne, kryteria i zasady zastąpiono opiniami. Ernestyna dostrzega to, żałuje, ale przyjmuje świat, jaki jest, bo co jej pozostaje. Odnajdziemy w jej monologu żal, smutek i melancholię. Czy to credo pisarza? Nie umiem jednoznacznie stwierdzić.

Zakończę kategoryczną konkluzją - "Ludzka skaza" Philipa Rotha to lektura obowiązkowa.

środa, 20 lipca 2016
Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Znowu sięgnęłam po Myśliwskiego. Pewnie nie nastąpiłoby to tak szybko, gdybym od roku nie była szczęśliwą posiadaczką czytnika. [Uwaga! Teraz nastąpi pean na cześć czytnika, kto nie ma ochoty czytać, niech przejdzie od razu do drugiego akapitu, gdzie już będzie na temat.]  Tak, tak, szczęśliwą. Nie należę do tych malkontentów, dla których liczą się tylko książki papierowe. Nie powiem, żebym je całkowicie zarzuciła, mam jeszcze spory zapas na półce książek oczekujących, no i co jakiś czas coś kupuję. A to ze względu na zdjęcia, a to bo nie ma ebooka, a to wpadnie coś w taniej książce, no i obiecałam sobie, że najważniejszych dla mnie autorów, Amosa Oza, Miljenko Jergovicia i Philipa Rotha, będę czytać w tradycyjnej formie. Pewnie, że żal mi trochę, iż półki z kolorowymi grzbietami z Czarnego nie powiększą się, ale co robić, kiedy miejsca na nowy regał brak, a tytułów, których mogę się pozbyć, po kilku remanentach zostało już niewiele. Chociaż nie wyobrażam sobie mieszkania bez książek, to nie jestem jednak zwolenniczką zastawiania nimi każdej wolnej przestrzeni. Czytnik to znakomita alternatywa dla braku miejsca, poza tym jest naprawdę wygodny! No i tak się jakoś porobiło, że urosła mi już w nim w ciągu tego roku spora wirtualna półka książek oczekujących, a to za sprawą promocji, z których nauczyłam się korzystać, a jest ich na ebooki naprawdę dużo. Dlatego niekoniecznie kupuję to, co najnowsze, ale to, co od dawna tkwi na mojej liście książek, które chciałabym kupić, a akurat trafia się po okazyjnej cenie. I tak wpadły w moje ręce dwie starsze powieści Myśliwskiego, a że miałam akurat ochotę na porządną prozę, pewniaka, na którym się nie zawiodę, sięgnęłam po "Kamień na kamieniu" (Znak 2008). I jeszcze jedno,  początkującym czytnikowiczom polecam świetną stronę Świat Czytników.

No a teraz będzie już tylko o Myśliwskim. Jak wspomniałam, miałam ochotę na pewniaka, no i nie zawiodłam się. Rozumiem, że pewnie nie każdy go lubi, może kogoś zniechęca temat (ze mną też tak było), może kogoś chaos (tylko pozorny) wynikający z gawędziarskiego charakteru jego prozy, ja śmiało mogę wyznać, że go uwielbiam. Właśnie za gawędę i mistrzowskie operowanie językiem. Jak bardzo go podziwiam i bardzo zazdroszczę językowego słuchu i językowej wirtuozerii! Czytanie tej prozy to naprawdę literacka przyjemność, żeby nie napisać rozkosz. A kto Myśliwskiego jeszcze nie poznał, niech przynajmniej spróbuje i nie zniechęca się. Jakiś czas temu przeczytałam wyznanie jednego z tłumaczy pisarza, który stwierdził, że właśnie "Kamień na kamieniu" był dla niego wielkim przeżyciem, wstrząsnął nim, a może nawet jakoś przeorał (to ostatnie może być projekcją mojej niedoskonałej pamięci). Nie wyjaśniał dlaczego. Jeśli miał na myśli jakieś dojmujące doznanie metafizyczne, to nie stało się ono moim udziałem, a nie powiem, byłam ciekawa, czy coś takiego mi się przytrafi. Jeśli  myślał o wstrząsających, przejmujących scenach, to tak, jest ich tu trochę.

"Kamień na kamieniu" to, podobnie jak "Widnokrąg" i "Traktat o łuskaniu fasoli", monolog głównego bohatera. Pewnie (piszę pewnie, bo znam tylko te trzy książki) Myśliwski to autor jednej powieści. Ma swój rozpoznawalny styl, język i konstrukcję. To monolog-gawęda. Jak to gawęda jest niechronologiczna, dygresyjna, podporządkowana logice słowa mówionego. Każdy rozdział to wyjście od jakiegoś konkretu, jakiejś sprawy czy historii, a potem hulaj dusza, piekła nie ma, narrator skacze od skojarzenia do skojarzenia. Sprowadza nas w głąb swej pamięci, w głąb czasu. Ale to oczywiście chaos tylko pozorny, doskonale kontrolowany, a może okiełznany, przez autora. Bo z  każdym rozdziałem krąg poznania rozszerza się, aż w końcu poznajemy historię bohatera w całości. Ma też Myśliwski swój temat. To wieś, ale i styk miejskiego z wiejskim. Bo niektórzy  bohaterowie ze wsi uciekają. Na studia, do szkoły, do pracy. Rozpoznamy w jego powieściach pewne stałe motywy. Historie rodzinne, relacje rodzice - dzieci, poszukiwanie miłości, dorastanie, wojna, nieuchronny upływ czasu i zmiany. Stary świat przemija, pozostaje tylko w pamięci. "W kamieniu na kamieniu" symbolem takiej nieodwracalnej zmiany jest droga prowadząca przez wieś. Niegdyś bita, wysadzana drzewami, łączyła, bo była przyjazna. Stanowiła okno na świat, gdzie przysiadało się przed domem na ławeczce i przyglądało się idącym, jadącym (oczywiście drabiniastym wozem), zagadywało się, wymieniało uwagi, poplotkowało, pomędrkowało. Potem ta sama droga zaczyna dzielić. Odkąd ją wyasfaltowano, odkąd stała się drogą przelotową, rozcięła wieś, utrudniła życie, stała się nawet przyczyną tragedii głównego bohatera. Skończyły się sąsiedzkie pogawędki. Napisałam o tym, co wspólne dla Myśliwskiego, ale przecież każda jego powieść to krwista, odmienna historia, pełna znakomicie nakreślonych bohaterów i pełna mikro opowieści.

Bohaterem "Kamienia na kamieniu" jest Szymek Pietruszka. I choć wcale nie miał ochoty zajmować się ziemią, i nie był szykowany na dziedzica, to jednak właśnie on musi w końcu zająć się ojcowizną, chociaż ma trzech braci. A nie było to jego marzeniem, ba, pracy przy żniwach zawsze nienawidził. Bo ciężka. Dwaj bracia wyfrunęli do miasta i rzadko wracają, a kiedy już przyjadą, to nie czują się w rodzinnej chałupie u siebie. Krytykują i kręcą nosem. Miastowi. Trzeci też wyjechał, ale potem wrócił w tragicznych okolicznościach i pożytek z niego żadnego. Szymek Pietruszka to postać barwna. Targana namiętnościami, gwałtowna, zapalczywa. Jest twardy, stanowczy, uparty, umie postawić na swoim, ale umie też przyjąć los i pogodzić się z rzeczywistością, bo jak mówi: "Trza żyć (...), trza żyć. Bo co jest lepszego?" Świetny tancerz, hulaka i zabijaka, obiekt westchnień wielu panien, ale nigdy się nie ożenił, bo zawiódł się głęboko na swojej wybrance. W czasie wojny partyzant. Jego sława jako niezwyciężonego trwa jeszcze długo. To właśnie historie wojenne są tak bardzo wstrząsające. Logika gawędy powoduje, że śmiech i makabra sąsiadują ze sobą. Narrator bez trudu przechodzi od tego, co zwyczajne, zabawne, do tragicznych wojennych zdarzeń. Chociaż westchnie, zaduma się, to pogodzony jest z tym, co się zdarzyło. Było, minęło. Taki był czas, że się walczyło, zabijało, kochało, śmierci się nie bało. Mogła przyjść w każdym momencie. Ta melancholia, zgoda na to, co los przyniesie, świadomość, że życie to raczej trud, a szczęścia w nim niewiele, ot trochę chwil radości, którymi trzeba się cieszyć, świadomość, że i tak wszystko skończy się śmiercią, towarzyszy bohaterom powieści cały czas. Można to nazwać życiową mądrością, można fatalizmem. Pewnie dlatego motywem przewodnim opowieści Szymona Pietruszki jest pomysł zbudowania rodzinnego grobu, gdzie zbierze się całą rodzinę. Rodziców, braci, ich żony i siebie. To z tej opowieści wyrasta większość pozostałych, to do niej narrator stale powraca. Bohater "Traktatu o łuskaniu fasoli" był jak trzcina na wietrze, wszystko, co mu się w życiu zdarzało, było raczej przez przypadek, niż wynikało z jego woli, brał, co mu los dawał. Bohater "Widnokręgu" przeciwnie, świadomie kierował swoim losem. Szymek Pietruszka zmaga się z życiem, ma drobne marzenia, sam o sobie decyduje, ale rozumie, że nie wszystko od niego zależy i nie wszystko może mieć. Wie, kiedy odpuścić i pokornie przyjąć swój los.

Książki Myśliwskiego trzeba czytać. Są tak bogate, tak mądre, tak poruszające, ale i śmieszne, tak skrzą się wspaniałym językiem, że trudno oddać ich wielkość, w tej z konieczności krótkiej  blogowej notce (nawet jeśli jest długa, a nawet skandalicznie za długa jak na wymogi gatunku). Zakończę więc wezwaniem: Czytajcie Myśliwskiego!!! Powiedzieć, że to literacka przyjemność, to nic nie powiedzieć. To literacka rozkosz! (Aluzja do ulubionej frazy jednego z tuzów naszej literatury zamierzona.)

środa, 13 lipca 2016
Saul Bellow "Dar Humboldta"

Mam z tą książką kłopot. Słyszałam o niej, kiedy się ukazała. Same zachwyty, że dzieło wybitne, że ważne. Nie dziwiło mnie to, w końcu pisarz uznany, noblista. Chciałam ją wtedy kupić, ale odstraszyła mnie cena. Potem wielokrotnie sobie o niej przypominałam, wpisałam nawet na listę książek, które chcę przeczytać, ale w morzu innych lektur gdzieś mi uciekała. Wreszcie kilka lat temu sięgnęłam po inną powieść Bellowa, świeżo wydaną "Ofiarę", która również zbierała znakomite recenzje. I rzeczywiście książka okazała się świetna, miała wyraźnie zarysowany dylemat moralny dręczący głównego bohatera. Znowu przypomniałam sobie o "Darze Humboldta" i tak stale mając go gdzieś z tyłu głowy, sięgałam po kolejne książki. Aż tu nagle tej wiosny (tej oznacza wiosnę 2014, letni remanent trwa) natknęłam się na niego w mojej ulubionej taniej książce. Leżał sobie wśród innych pozycji na ladzie i czekał na mnie, a że jest sporych rozmiarów, nie sposób go było nie zauważyć. W taki sposób stał się moją własnością za śmieszną kwotę 12 złotych. Niedługo czekał na swoją kolej, bardzo byłam go ciekawa i tak oto wreszcie po kilku latach od wydania przeczytałam "Dar Humboldta" Saula Bellowa (Czytelnik 2011; przełożyli Krystyna Tarnowska i Andrzej Konarek). 

Jak wspomniałam na początku mej notki, mam z tą powieścią kłopot. W żadnym wypadku nie mogę powiedzieć, aby mi się nie podobała, abym żałowała lektury, ale po poruszającej "Ofierze" wydała mi się nieco rozczarowująca. Owszem, czyta się na ogół gładko, ale nie umiem dotrzeć do sedna. A przecież na pewno musi być tu coś więcej niż wartka, momentami wręcz szalona i zabawna akcja! Myślę, że brakuje mi backgroundu. Żeby naprawdę wgryźć się w tę powieść, trzeba by lepiej znać historię Stanów, więcej wiedzieć o procesach społecznych, atmosferze, być może o prądach artystycznych, po prostu lepiej znać historię Ameryki z czasów, kiedy rozgrywa się akcja powieści (zaczyna się jeszcze przed druga wojną, kończy mniej więcej w latach siedemdziesiątych). Dlatego mam wrażenie, że ślizgam się tylko po powierzchni, a to, co istotne, gdzieś mi umyka. Teraz, kiedy zwierzyłam się z moich rozterek, kiedy przyznałam się do bezradności, kiedy obnażyłam swoje dyletanctwo, czas wreszcie przejść do konkretów, do mojej niedoskonałej recepcji powieści, za którą Bellow dostał Pulitzera.

O czym jest "Dar Humboldta"? Jak go rozumiem? To historia dwóch pisarzy, starszego, poety Humboldta Fleishera, i młodszego, zafascynowanego nim Charliego Citrine'a. Opowieść o  ich przyjaźni i artystycznej fascynacji młodszego starszym. Na pierwszym planie pozostaje jednak Charlie Citrine. To on jest narratorem, to on, zwracając się od czasu do czasu wprost do czytelników, snuje opowieść o swoim życiu i karierze, a że Fleisher odegrał w nim wielka rolę, siłą rzeczy jest stale punktem odniesienia. Kiedy Charlie był młodym, nie mającym grosza przy duszy chłopakiem, Humboldt cieszył się już sławą, jakbyśmy to dziś powiedzieli, kultowego poety. Wielbiący jego poezję Charlie jedzie do Nowego Jorku na spotkanie z nim. Fleisher to guru literackiego światka. Pełno wokół niego literatów i artystów, spotykają się w kawiarniach, dyskutują, balują. Citrine zostanie dopuszczony do tego towarzystwa, odtąd losy sławnego poety i marzącego o literackiej karierze chłopaka splotą się ze sobą. Będą się przyjaźnić i nienawidzić. Fleisher jest zajadłym dyskutantem, człowiekiem bardzo barwnym, wielbionym, ale też niezwykle trudnym w codziennym życiu. Zazdrosny o żonę do granic paranoi, nie stroni od alkoholu i innych używek, gwałtownik i tyran nie znoszący sprzeciwu. Żyje dawną sławą, niczego więcej już nie dokonał. Skłócony ze środowiskiem, skazany na samotność, popada w biedę i zapomnienie.

Gwiazda Humboldta przygasa, a Charliego Citrine'a wschodzi. Robi literacką karierę i pieniądze, które zawdzięcza sztuce wystawionej na Broadway'u, a potem sfilmowanej. Charlie cynicznie i szczerze nią pogardza. Przerobiona pod dyktando producenta przyniosła mu fortunę. Poznajemy go w momencie, kiedy jego kariera zwolniła i nieco przygasła. Nadal jego nazwisko robi wrażenie, ale od dawna niczego ważnego już nie stworzył. Goniąc za pieniędzmi, a potem je trwoniąc, oddając się uciechom życia, dokonując fatalnych życiowych wyborów, wikłając się w dziwne znajomości, popada w niezłe tarapaty. Jest naiwny, buja w obłokach, daje się wodzić za nos rozmaitym hochsztaplerom, kobiety go wykorzystują i tak rozmienia swoje życie na drobne. Gnębiony wyrzutami sumienia wobec nieżyjącego od dawna przyjaciela, ścigany przez byłą żonę, która bez przerwy się z nim procesuje, dociskany przez sąd, bez pieniędzy, ratunku szuka w antropozofii i ezoteryce. Historia Charliego Citrine'a obfituje w rozmaite zbiegi okoliczności, wariackie awantury, nieprawdopodobne przygody. Stale popada w kłopoty, z których usiłuje się jakoś wydobyć, angażuje w interesy z góry skazane na przegraną, ale on naiwnie wierzy, że zapewnią mu fortunę. Jego życie przypomina film, którego bohater na własne życzenie sprowadza na siebie rozmaite nieszczęścia.

Czyta się te opowieści bardzo dobrze, bo są momentami zwariowane i zabawne. Ale przecież nie o to chodzi. Nie możemy zatrzymać się na barwnej akcji, nie w tym wypadku, musimy sięgnąć w głąb. O czym więc naprawdę jest powieść Bellowa? O zmarnowanych talentach, o zdradzonej przyjaźni, o upadłych autorytetach, o samotności, a przede wszystkim o zwycięstwie pokusy nad sztuką. Dlaczego Charlie Citrine zatrzymał się w pół drogi i zmarnował literacki talent? Bo skusiły go łatwe pieniądze, omamił blichtr, obracanie się w towarzystwie polityków, zaszczyty i sława. O ile Fleisher wierzył w powinność artysty, o tyle dla Charliego literatura jest środkiem do wygodnego, barwnego życia. Ameryka, kapitalizm, liberalizm wystawiają artystę na próbę, oferują tyle pokus, że sztuka przegrywa.

Tak odczytałam tę historię. Mam jednak stale wrażenie, że jest tu coś jeszcze, coś, czego nie umiem odnaleźć, bo za mało wiem. Oczywiście warto po "Dar Humboldta" sięgnąć, ale na pewno jeszcze bardziej po "Ofiarę". Jest zwarta, nierozgadana, poruszająca i dotyka uniwersalnych, ważkich zagadnień etycznych. Tak czy inaczej do Bellowa chciałabym jeszcze kiedyś wrócić.

środa, 06 lipca 2016
Stanisław Rembek "Ballada o wzgardliwym wisielcu"

Dostałam tę książkę kilka lat temu od bliskiej mi osoby. Z komentarzem, że warto, że bardzo ciekawa i żebym koniecznie przeczytała mimo mojej niechęci do opowiadań. Wzięłam i odłożyłam na półkę książek oczekujących na swoją kolej. Moje upodobanie dla form dłuższych z góry stawiało ją na na przegranej pozycji. Od jakiegoś czasu przekonuję się jednak do opowiadań, czemu kilkakrotnie dawałam w tych notkach świadectwo, ale "Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe" Stanisława Rembeka (Biblioteka Polityki; daty wydania brak) wciąż leżała na półce. Aż tu ostatnio (ostatnio to w tym wypadku dwa lata temu; o notce przypomniałam sobie, robiąc wakacyjne remanenty) sama wpadła mi w ręce, dosłownie. Pomyślałam, że dam jej szansę, bo właśnie po mojej ostatniej, postmodernistycznej, lekturze (chodziło chyba o "Nie dochodzą listy nienapisane" Michaiła Szyszkina) miałam ochotę na prozę tradycyjną.

Kto zacz Stanisław Rembek? A jego "Ballada"? Czytelniku tej notki, nie musisz oblewać się rumieńcem wstydu, jeśli nazwisko autora nic ci nie mówi. Jeżeli jesteś miłośnikiem filmu, być może oglądałeś "Wyrok na Franciszka Kłosa" zrealizowany kilka lat temu przez Andrzeja Wajdę chyba dla telewizji (ostatnio krążył po różnych filmowych kanałach). To też Rembek (1901-1985), pisarz zapomniany, pisarz-pechowiec. Mimo że jest autorem znakomitych książek, mało kto dziś te książki czyta. Po przeczytaniu "Ballady o wzgardliwym wisielcu" jestem skłonna przyznać rację komuś, kto pisał te słowa zamieszczone na okładce książki. Może nie jest to rzecz znakomita, ale bardzo dobra na pewno. Jednym słowem warta lektury.

Trzy dość obszerne opowiadania łączy temat - powstanie styczniowe. To wtedy toczy się ich akcja. Jeśli ktoś pomyśli, ale nudziarstwo, popełni wielki błąd. Dlaczego warto sięgnąć po zapomniane opowiadania zapomnianego pisarza? Nie tylko dlatego, że są świetnie napisane. Że to proza mięsista, taka ze znakomicie nakreślonym tłem, głębokimi, zniuansowanymi, ciekawymi portretami bohaterów, realistycznymi opisami. Proza, którą się czyta, proza, która wciąga od pierwszej do ostatniej linijki. To wszystko ważne, ale równie istotny jest temat - powstanie styczniowe. Rembek na kartach swojej książki ożywia pojęcie z podręcznika historii, wyciąga je z historycznego magazynu. Czytelnik za jego sprawą przenosi się w sam środek tamtych wydarzeń. I nie jest to obraz krzepiący. Oglądamy powstanie najpierw z perspektywy warszawskiej (to opowiadanie pierwsze). Frakcyjne walki, polityczne gierki, w których gdzieś gubi się sama idea. I nie liczy się człowiek. Gdybyż jeszcze poświęcano go z powodów ideowych. Ale tu chodzi tylko o partykularne, niskie rozgrywki. Dwa kolejne opowiadania przenoszą czytelnika na prowincję. Co ciekawe ich narratorami są Rosjanie walczący w carskiej armii. Zdarzenia poznajemy z ich perspektywy. Ale nie to wydało mi się najciekawsze. Największe wrażenie zrobiły na mnie historie zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w kleszczach historii albo losu. Terroryzowani przez obie strony, powstańców i rosyjską armię. Zginąć mogą z rąk jednych i drugich. Strach sieją Rosjanie bez litości wieszający za współpracę z powstańcami, właściwie wystarczy tylko samo  podejrzenie. Ale i powstańcze, często już zdegenerowane, oddziały wymierzają sprawiedliwość. Obie strony w bezlitosny sposób wymuszają na drobnych kupcach i wieśniakach aprowizację, dlatego głód, bieda, niedostatek to kolejne plagi gnębiące miejscową ludność. Z początkowego patriotycznego entuzjazmu niewiele już pozostało. Powstanie dogorywa, a cena, jaką przyszło zapłacić powstańcom i tym, którzy do powstania nie poszli, jest straszna. A przecież najgorsze ma dopiero nadejść, ale o tym bohaterowie tych opowiadań jeszcze nie wiedzą.

Osobne miejsce zajmuje w tym zbiorze opowiadanie pierwsze, o którym już wspominałam. Historia Polaka, prokuratora współpracującego z powstańcami, jest przejmująca. Nagle przez złośliwy los zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia, a wszystko dlatego, że chciał postąpić uczciwie. Nikt nie rozumie jego dylematu, każdy lekceważy jego opory. Poczucie zagrożenia, schwytania w sidła losu narasta. Realistyczny opis jego duchowych mąk miesza się z onirycznymi wizjami. Aż do zaskakującego finału.

A kto zasmakuje w tej prozie, niech sięgnie też po "Wierną rzekę" Żeromskiego. Wiem, wiem, to w powszechnej opinii ramota i nudziarstwo, ale zapewniam, że tak nie jest. Naprawdę warto spróbować. I tu obraz powstania jest przerażający. Mężczyźni poszli walczyć, a w domach zostały kobiety i starcy. I to oni, a właściwie one, muszą sobie jakoś radzić. Z głodem, niedostatkiem, z bezustannymi najazdami rosyjskich oddziałów. Samotne i samodzielne.

A komu nudny wydaje się temat powstania styczniowego, może potraktować oba teksty uniwersalnie. To opowieści o okrucieństwie wojny.

środa, 29 czerwca 2016
"Blokada"
To nie jest miły film na lato. Z jego ciężkiej, dusznej, klaustrofobicznej atmosfery trudno się po seansie otrząsnąć. Nie ogląda go się łatwo, bo bardzo szybko orientujemy się, że nie wiadomo, co przydarza się bohaterom naprawdę, a co jest tylko projekcją ich lęków. Wszystko rozgrywa się na pograniczu jawy, snu i chorej od strachu wyobraźni, czasem nieoczekiwanie pojawiają się tony groteskowe. Tak jest do ostatniej sceny. Właściwie, gdybym wcześniej o tym wszystkim wiedziała, pewnie nie wybrałabym się do kina, bo to nie do końca moja bajka. A jednak nie żałuję. Mimo drobnych zastrzeżeń, film jest trochę za długi i w pewnym momencie zaczyna nużyć powtarzalnością, uważam, że należy "Blokadę" obejrzeć. Przygnębiający nastrój potęguje scenografia. Akcja toczy się na obrzeżach wielkiego miasta, często nocą. Gdzieś w tle majaczą wielkie, szklane wieżowce przywołujące na myśl inne życie, ale tu straszą dziurawe ulice, byle jakie, bałaganiarskie domy, sterty śmieci, gruzu, odpadków, połacie wolnej, ale raczej odpychającej niż miłej przestrzeni. To Stambuł. Chociaż to film turecki wyrastający z tamtych niepokojów, to jest też zarazem bardzo uniwersalny. Przywodzi na myśl jakiś apokaliptyczny świat, wizję nieodległej przyszłości. A w planie realnym to opowieść o Kadirze, który dwa lata przed zakończeniem dwudziestoletniej odsiadki, zostaje zwolniony z więzienia pod warunkiem współpracy z policją. Ma być wykorzystany w tajnej akcji. Jak już wspomniałam, warto "Blokadę" obejrzeć, mimo że jest filmem ciężkim, przygnębiającym, mrocznym i niełatwym. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.
środa, 22 czerwca 2016
"Wojna". I trochę o "Skarbie".
Ostatnio znowu chodzę do kina z opóźnieniem. Nadrobiłam zaległości i obejrzałam rumuński "Skarb" i duńską "Wojnę". To ma być notka o tym drugim filmie, ale nie mogę powstrzymać się od pewnej refleksji. Obejrzałam jak zwykle Tygodnik Kulturalny, ostatni przed wakacyjną przerwą, gdzie "Skarb" wychwalano pod niebiosa, a nad "Wojną" kręcono nosami. Warto, warto, ale ... Tymczasem ... Tymczasem ja chociaż "Skarb" obejrzałam z przyjemnością, stanęłam wobec niego bezradna. Jakoś nie umiałam go ugryźć. O czym tu pisać? Nie lubię takich sytuacji. Jeszcze bardziej się zirytowałam, kiedy po przeczytaniu recenzji na stronie Kina, pomyślałam - No tak, tak, oczywiście, racja, dlaczego na to nie wpadłam? Nie mogę przecież powielać tu refleksji, z którymi się zgadzam, ale które moje nie są, więc "Skarb" polecam, a kto widział, niech przeczyta mądrzejszych ode mnie. Tylko uwaga - to nie jest komedia ani film przygodowy. Niewiele się dzieje, głównie się gada. Zupełnie inaczej rzecz ma się z duńskim filmem poruszającym problemy i dylematy związane z wojną (chodzi o Afganistan). Film bardzo mi się podobał, zmusił do rozmyślań, poruszył. Ja, zwyczajny widz, nosem nie kręcę, nie mam żadnych zastrzeżeń, chłonęłam ten film emocjami. Czytelniku tej notki, nie słuchaj krytyków, którzy każdy obraz biorą pod lupę i dlatego dostrzegają nawet najdrobniejszą rysę, tylko obejrzyj "Wojnę", bo warto. A kto już widział, może czytać dalej.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Ewa Winnicka "Londyńczycy"

Książkę Ewy Winnickiej "Londyńczycy" (AGORA i Czarne 2012; wydanie II uzupełnione) ze zdjęciami Chrisa Niedenthala dostałam kilka lat temu w gwiazdkowym prezencie. Jakoś specjalnie się nie ucieszyłam, odłożyłam, niemal zapomniałam i dopiero teraz po przeczytaniu "Angoli" natychmiast się za nią zabrałam. Bezpośrednim impulsem, poza autorką i podobną tematyką, była opowieść jednego z rozmówców o wojennej polskiej emigracji. A właśnie ta stara emigracja i jej potomkowie to bohaterowie pierwszego zbioru reportaży Winnickiej. Jak zaczęłam czytać, tak nie mogłam się oderwać i pochłonęłam "Londyńczyków" w ciągu dwóch dni! W pewnym sensie ta książka, której sława i popularność nie dorównuje "Angolom", jest od nich nawet ciekawsza. Opowieści z "Angoli" po pewnym czasie zaczynają być nieco monotonne, może dlatego lepiej je trochę dawkować. Tymczasem reportaże zamieszczone w "Londyńczykach" są bardzo różnorodne i niezwykle ciekawe. Niektóre zabawne, inne tragiczne, jeszcze inne chwytają za gardło. Właściwie losy większości bohaterów to gotowe scenariusze filmowe albo materiał na fascynującą powieść.

Bardzo ciekawa jest kończąca książkę rozmowa z Chrisem Niedenthalem, znanym fotografikiem, potomkiem tamtej emigracji, który w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, w erze komunizmu zdecydował się zamieszkać w Polsce, bo wydała mu się ciekawsza niż Londyn. Nadal zresztą o Londynie nie wypowiada się najlepiej. Na mnie największe wrażenie zrobiła opowieść Celiny Fogg, córki polskiego żołnierza, Ryszarda Dębińskiego. Razem z matką i siostrą mają o nim jak najgorsze wspomnienia. Po śmierci mamy Celina próbuje dowiedzieć się czegoś o ojcu, zrozumieć, dlaczego był tak zamknięty w sobie, zimny, okrutny, nieprzewidywalny. Tragiczna, wzruszająca, trzymająca w napięciu historia. Niezwykła jest też opowieść o dwóch paniach Anders i ich córkach. Winnicka przypomina, a właściwie na nowo odkrywa, jak z powszechnej świadomości zniknęła pierwsza żona i córka generała. Jednym słowem Anders od kuchni. Ale ta historia, podobnie jak inne, ma przecież również wymiar uniwersalny. Można się zadumać nad życiem, nad komplikacją losów, dotknąć tragedii, po raz kolejny uświadomić sobie, że nic nie jest czarno-białe. Są i opowieści zabawne. Na przykład ta o Janie Żylińskim, potomku arystokracji, przedsiębiorcy, który w Londynie w hołdzie dla swojej babci zbudował w dzielnicy Ealing pałac w stylu Ludwika XVI. Na zwyczajnej ulicy, wśród zwyczajnych angielskich domków stoi sobie prawdziwy, nieudawany pałac! Żeby zrozumieć całą groteskowość, a jednocześnie jakieś fascynujące szaleństwo tego pomysłu, trzeba przeczytać. Można też znaleźć zdjęcia w internecie, a polskich londyńczyków zachęcam, aby zobaczyli pałac w realu. Trzeba mieć gest i fantazję, aby poważyć się na takie przedsięwzięcie.

I tak rozdział po rozdziale snuje Winnicka niezwykłe historie. A nad nimi unosi się opowieść o nieodwzajemnionej miłości Polaków do imperium brytyjskiego, w które wierzyliśmy, a które tak nas srodze zawiodło. Cóż, wielka geopolityka to nie sentymenty. Jest więc ta książka historią polskich powojennych emigrantów, z którymi w Anglii nikt się specjalnie nie cackał, a ich zasługi możni tego świata mieli za nic. Przedwojenni generałowie, pułkownicy, dyplomaci, właściciele ziemscy musieli zapomnieć o splendorach, wygodach i zakasać rękawy, aby z czegoś żyć. Jest też i druga strona medalu - polskie piekiełko, swary i kłótnie, które ciągną się czasem aż do dziś.

To tyle, wystarczy. Naprawdę bardzo polecam. Świetna książka.

środa, 15 czerwca 2016
Michał Wójcik, Emil Marat "Ptaki drapieżne"

Nie, to nie jest książka o ptakach. Ani o drapieżnych, ani o innych. Kto zna spółkę autorską Michał Wójcik i Emil Marat, ten wie albo się domyśla, że "Ptaki drapieżne" (Znak 2016) to rzecz o drugiej wojnie światowej. Żeby nie było wątpliwości, na okładce znajdziemy informację, że jest to historia Lucjana Sępa Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK. Sięgnęłam po tę pozycję, bo nie tak dawno zachwycałam się tu głośną książką tej samej pary autorów zatytułowaną "Made in Poland". Był to arcyciekawy, bardzo poruszający wywiad ze Stanisławem Likiernikiem, żołnierzem Kedywu, pierwowzorem postaci Kolumba z powieści Romana Bratnego "Kolumbowie. Rocznik 20". (Kto dziś o niej pamięta? Kto ją czyta?) Ponieważ recenzje najnowszej książki też są bardzo dobre, liczyłam na podobne przeżycia. Tymczasem uczucia mam mieszane. Nie mogę powiedzieć, że "Ptaki drapieżne" nie podobały mi się, ale nie były ani tak odkrywcze, ani tak fascynujące jak rozmowa ze Stanisławem Likiernikiem. Lektura pozostawiła wrażenie niedosytu. Może rozmówca nie tak interesujący? Może autorzy zbyt spolegliwi? Może założenia nie takie?

Lucjan Sęp Wiśniewski to żołnierz dwóch oddziałów AK, które zajmowały się kontrwywiadem i wykonywaniem wyroków śmierci na Niemcach, ale także na Polakach, zdrajcach i konfidentach, w imieniu Państwa Podziemnego. Każdy rozdział składa się z fragmentów wywiadu z bohaterem książki i opowieści autorów. Wydawało mi się, że sporo wiem o latach okupacji, tymczasem zdobyłam wiele nowych informacji. Niezwykle ciekawe są partie książki opowiadające o funkcjonowaniu sądów Państwa Podziemnego, które decydowały, czy wydać wyrok śmierci, o rozpracowywaniu delikwenta (tak żołnierze kontrwywiadu i likwidatorzy nazywali skazanego), o roli kobiet, które miały niezwykle ważne i odpowiedzialne zadania w przygotowywaniu akcji - zbierały informacje o skazanym, jego zwyczajach, trybie życia, co łączyło się z wystawaniem godzinami na ulicy, śledzeniem, a to wszystko często w chłodzie, deszczu, potem przywoziły broń, a po akcji odwoziły ją do skrytki. Z równym zainteresowaniem czytałam historię oddziałów, które w czasie powstania warszawskiego stacjonowały w Puszczy Kampinoskiej. Frapująca i przerażająca jest opowieść o pierwszej, czy jednej z pierwszych, przeprawie kanałami ze Starówki na Żoliborz albo o beznadziejnej próbie zdobycia Dworca Gdańskiego. Ale głównym tematem książki są najbardziej znane akcje przeprowadzane przez likwidatorów. Niby to bardzo ciekawe, świetny materiał na film albo powieść. Wójcik i Marat oraz sam Sęp opowiadają barwnie i interesująco, umiejętnie budują napięcie, domyślam się, że wielu czytelników będzie czytać z wypiekami na twarzy, ale ... ale ja w pewnym momencie zaczęłam odczuwać przesyt. Za dużo tego, zbyt dokładne, zbyt szczególarskie. Autorzy lubują się w detalach, opowiadają o akcjach niemal krok po kroku. Podobne znużenie odczuwałam, czytając o kontrowersjach dotyczących oceny niektórych postaci albo samych akcji. To pewnie ważne dla historyka, ewentualnie dla kogoś bardzo zainteresowanego. Mnie aż takie szczegóły nie interesowały.

A rozmowa? Przyznam, że też byłam trochę zawiedziona. Niby autorzy pytają o sprawy ważne i kontrowersyjne. Jak to jest stanąć przed kimś i strzelić do niego? A co z przypadkowymi ofiarami? A pomyłki? Czy mogły się zdarzyć? Czy miał wątpliwości? Czy przeżywał? Czy myśli o ofiarach? Czy śpi spokojnie? Czy dostawali pieniądze? Czy załatwiali własne porachunki? Czy rywalizowali? Gdzie jest granica między koniecznym ryzykiem a brawurą? Dlaczego było tak mało wyroków na szmalcowników? Niestety Lucjan Wiśniewski dość zgrabnie zbywa te pytania, odpowiada gładko, ucieka od kontrowersji, a Wójcik i Marat nie dociskają. Próbują przywoływać wydaną przez Kartę książkę Stefana Dąmbskiego "Egzekutor", która swego czasu narobiła wiele szumu, ale Wiśniewski twardo zaprzecza, aby jego doświadczenia były podobne. Nawet fakt, że w momencie zakończenia wojny miał dopiero dwadzieścia lat, jakoś tu nie wybrzmiewa. Obawiam się, że jeśli po książkę sięgną młodzi czytelnicy zafascynowani wojną, okupacją, konspiracją, powstaniem, to tylko utwierdzą się w przekonaniu, że to była wspaniała, patriotyczna przygoda. Czy dotrze do nich okrucieństwo i zgroza tamtych czasów?

Wkrótce Wielka Litera wydaje kolejną książkę spółki Wójcik, Marat. Ja chyba chwilowo dziękuję.


środa, 08 czerwca 2016
Ewa Winnicka "Angole"

Długo zabierałam się do wydanej już grubo ponad rok temu, szeroko omawianej, nominowanej do literackich nagród (Gryfia i Nike) reporterskiej książki Ewy Winnickiej "Angole" (Czarne 2014). Droga do lektury dość typowa w takim wypadku. Najpierw niespecjalnie byłam zainteresowana, bo temat jakoś mnie nie kręcił, po wysłuchaniu kilku rozmów z autorką przyszedł apetyt, no a potem stale było coś innego do czytania. Nowość goni nowość, czasem wpada coś starszego, o książce przypominam sobie od czasu do czasu i dalej nic, aż wreszcie, nie wiadomo skąd, pojawia się impuls i czytasz. No i nie możesz się oderwać. Wystarczy niecały weekend, ale "Angole" równie dobrze nadają się dla czytelników, którzy z braku czasu czytają po kawałku i dlatego chętnie sięgają po tytuły składające się z niewielkich całostek (znam takich). Bo Winnicka oddaje głos swoim rozmówcom, polskim najeźdźcom albo kolonizatorom, którzy po otworzeniu granic w roku 2004 w liczbie około dwóch milionów najechali Brytanię. Jak dowcipnie pisze w cytowanym przez autorkę tekście angielski dziennikarz, od czasów Wilhelma Zdobywcy takiej inwazji Wyspy nie przeżyły. Dlatego Winnicka pchana reporterską ciekawością postanowiła przyjrzeć się polskim kolonizatorom. To oni mówią - jeden najeźdźca to jeden rozdział.

Wbrew temu, co, jak mi się wydaje, słyszałam w którejś z audycji poświęconych książce (ale nie wykluczam, że pamięć mnie zawodzi), rozmówcami reporterki nie są tylko ludzie przegrani. Ba, mam wrażenie, że proporcje rozłożone są mniej więcej równo. Znajdziemy tu opowieści o tych, którzy pracują na wysokich stanowiskach w londyńskim City, o tych, którzy założyli swoje biznesy dziś świetnie prosperujące, ale i o tych, którzy zaczynając od śmieciowej roboty, osiągnęli sukces nie tak spektakularny, tylko codzienny, na swoją miarę. Są wreszcie i tacy, którym nie udało się w ogóle, a wyjazd na Wyspy przypłacili depresją, rozbitymi relacjami rodzinnymi, alkoholizmem czy bezdomnością. Wykonują byle jakie prace za byle jakie pieniądze, jakoś wegetują, mieszkają w dzielonym z innymi nieszczęśnikami norowatym pokoju i dobrze wiedzą, że nigdy nie zarobią na bilet powrotny. Ale szczególnie smutne są historie dzieci wyrwanych przez rodziców, często matki, ze swoich szkół, od rodziny, od przyjaciół i wrzuconych na głęboką wodę do angielskiej zwyczajnej szkoły, gdzie niełatwo się odnaleźć z wielu powodów. Trudności językowych, różnic kulturowych, przemocy, rasowej różnorodności. Matka nie dość, że haruje od rana do nocy, to jeszcze często układa sobie życie z nowym partnerem, o czym dziecko nie miało pojęcia przed wyjazdem z Polski. Co lepsze? Opieka dziadków w kraju czy życie u boku matki w Anglii? Te historie niekoniecznie kończą się źle. Wreszcie są też opowieści krzepiące o tych, którzy dzięki samozaparciu wydźwignęli się z dna.

Ale książka to nie tylko kilkanaście indywidualnych losów i jeszcze więcej historii zasłyszanych przez rozmówców Winnickiej. To także opowieść o różnicach kulturowych, mentalnościowych czy prawnych między Polakami a Angolami. Swoisty poradnik i przestroga dla tych, którzy planują wyjazd. Jak mówi jedna z bohaterek, która przez jakiś czas pomagała rodakom w rozmaitych kłopotach, jeśli ktoś nie radzi sobie w Polsce, nie poradzi sobie na emigracji. Co zyskują, co tracą na tych różnicach? Najgorsza jest chyba samotność, bo Angole z wielu powodów nie wychodzą poza zdawkowe zawodowe czy sąsiedzkie kontakty, i  często poważne  tarapaty prawne (łącznie z więzieniem) wynikające z polskich przyzwyczajeń i obyczajów (posądzenia o gwałty, utrata dzieci). Po stronie pozytywów można na pewno zapisać emancypację Polek, które dopiero w Anglii uwalniają się od domowej przemocy. Ze zdziwieniem odkrywają prawa, jakie im przysługują, odzyskują wolność i godność. Jednym otwierają się oczy na bogactwo świata, są ciekawi różnorodności i odmienności, inni nigdy nie wyzbędą się przekonania o swojej narodowej wyższości, będą z pogardą wyrażać się nie tylko o kolorowych mieszkańcach Wysp, ale i o samych Angolach (stąd to nieco (?) pogardliwe określenie).

"Angole" to wielobarwna mozaika emigracyjnych losów. Obok bezmiaru nieszczęścia, historie krzepiące. Napisałam emigracyjnych, ale czy rzeczywiście tych wszystkich ludzi można dziś nazwać emigrantami? Jak mówi pewien antropolog od lat osiemdziesiątych przebywający z przerwami w Anglii, to raczej współcześni nomadzi, często kursujący pomiędzy Warszawą a Londynem. Jego słowa potwierdza polski dominikanin pracujący w irlandzkim kościele.

Idąc za ciosem, pod wpływem jednego z rozmówców, który opowiadał o emigracji powojennej i solidarnościowej, postanowiłam od razu przeczytać poprzednią, mniej głośną książkę Winnickiej, "Londyńczycy", którą kilka lat temu dostałam w prezencie i jakoś dotąd po nią nie sięgnęłam. Teraz znalazła swój czas. Ale o niej następnym razem.

środa, 01 czerwca 2016
Max Cegielski "Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata"

O książce "Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata" Maxa Cegielskiego (Karakter i Narodowe Centrum Kultury 2015) słyszałam już jakiś czas temu. Przypominam też sobie radiową rozmowę z autorem, w której opowiadał o pracy nad książką i o związanych z nią podróżach. Ale dopiero ostatnio (no niezupełnie ostatnio - robocza wersja wpisu powstała 5 kwietnia) po wysłuchaniu wywiadu z Maxem Cegielskim, też w radiu, nabrałam wielkiej ochoty, aby jego książkę przeczytać. Tym razem od pomysłu do realizacji minęła ledwie chwilka, w kąt poszły lektury z półki książek oczekujących na przeczytanie. Drobna dygresja - ten nadmiar tytułów, które bardzo, bardzo chcę przeczytać, czasem wprawia mnie w popłoch, dlatego tak podoba mi się myśl Franka Zappy So many books, so little time, która zdobi moją torbę na zakupy. Ale do rzeczy. Mimo że "Wielki gracz" jest pokaźnych rozmiarów, połknęłam go dość szybko, tak bardzo mnie wciągnął. Ta książka to skrzyżowanie biografii, historycznego śledztwa i reportażu z podróży od Żmudzi po Dach Świata. A skoro reportaż, to znajdziemy w książce arcyciekawe informacje historyczne i opowieść o dniu dzisiejszym krajów odwiedzanych przez Cegielskiego. A są to państwa Azji Środkowej, Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan, oraz granicząca z nimi zachodnia część Chin zamieszkana przez muzułmańską mniejszość, Ujgurów.

Co kazało Maxowi Cegielskiemu tłuc się przez dalekie, dzikie bezdroża? Właściwe pytanie nie powinno brzmieć co, ale kto? Bo Max Cegielski wyruszył w swoją podróż zafascynowany polskim podróżnikiem, odkrywcą, badaczem i pisarzem Bronisławem Grąbczewskim. Postanowił swojego bohatera zdemitologizować i jak najwięcej się o nim dowiedzieć. Dlatego prowadzi rodzaj historycznego śledztwa. Czytając jego książki, artykuły i listy, studiując to, co o nim napisano, porównując źródła, szperając, dywagując, stara się dowiedzieć jak najwięcej. Nie zawsze bywa to możliwe, dlatego bardzo często pisze wprost, że nie jest pewien, że przypuszcza, że sądzi. Ale za każdym razem podaje przesłanki, jakie pozwalają mu stawiać rozmaite hipotezy. Grąbczewski w polskiej narodowej mitologii utrwalony został tak, jak przedstawiłam go przed chwilą. Aby uzupełnić ten piękny obrazek warto jeszcze dodać takie informacje -  syn powstańca styczniowego, poglądów liberalnych, katolik, co podobno przeszkodziło mu w karierze politycznej, za to w carskim wojsku dosłużył się stopnia generała. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zamieszkał w Warszawie. Piękny obrazek, ale jak udowadnia Max Cegielski, tylko częściowo prawdziwy. Jego ojca trudno nazwać powstańcem, bo zanim zdążył oddać choćby jeden strzał, został aresztowany i zesłany. Grąbczewski do armii rosyjskiej wstąpił z własnej woli, bo taka była droga życiowa wielu Polaków w tamtym czasie. Do wiary specjalnie przywiązany nie był. Często odwiedzał Petersburg, gdzie w pewnym okresie był nawet gwiazdą. Sam car Mikołaj II przyjmował go w swoim prywatnym pałacyku. I tak dalej, i tak dalej. No i, bagatela, w tej wygładzonej biografii brakuje najważniejszego szczegółu - Grąbczewski był rosyjskim szpiegiem, tytułowym wielkim graczem w wielkiej grze albo grze cieni, czyli rywalizacji, jaka toczyła się o wpływy w Azji pomiędzy Rosją a Anglią w XIX i na początku XX wieku. Do dzisiaj odczuwamy jej skutki, ot choćby takie, jak powstanie Afganistanu, który Anglicy utworzyli jako państwo buforowe pomiędzy Indiami, perłą w koronie swojego imperium,  a terenami Azji Środkowej zajmowanymi przez Rosję. Grąbczewski był na tyle znany, otoczony legendą, budził respekt wśród swoich przeciwników, że stał się pierwowzorem bohaterów powieści Kiplinga i Verna. Potwierdziła się też moja intuicja - jego historia była inspiracją dla ... "Tomka na tropach Yeti" Alfreda Szklarskiego. Łza się w oku kręci! Gdyby nie te wszystkie książki, które na mnie czekają, to, kto wie, może sięgnęłabym ponownie po jedną z ulubionych powieści mojego dzieciństwa. Tego wszystkiego, a właściwie znacznie więcej, można dowiedzieć się z "Wielkiego gracza".

Max Cegielski próbuje zrozumieć, jak doszło do tego, że Grąbczewski został ucukrowany, ubrązowiony i stał się legendą. Pokazuje, że już on sam, kiedy wichry historii sprowadziły go do Warszawy, zaczął pewne fakty ze swojego życia przemilczać, a inne kolorować, przyczyniając się tym samym do stworzenia swojego mitu. Jak już pisałam, Cegielski jest Grąbczewskim zafascynowany, lubi swojego bohatera, co nie przeszkadza mu pokazywać i tego, co w jego biografii i charakterze niewygodne, niepiękne. Chociaż nie udało się autorowi zarazić mnie fascynacją dla wielkiego gracza, to jego książka podobała mi się bardzo. Nie tylko dlatego, że tyle się z niej dowiedziałam, że odkryła przede mną światy mi nieznane, ale może przede wszystkim dlatego, że jest to ten rodzaj lektury, który wciąga w głąb stwarzanego na oczach czytelnika uniwersum. Uniwersum bohatera i uniwersum reportera. Te dwie rzeczywistości przenikają się, są bardzo sugestywne i sensualne. Niemal czujemy zapachy, słyszymy dźwięki, podziwiamy krajobrazy, żyjemy życiem obu wędrowców. Dajemy się porwać i zapominamy o tym, co wokół. A na dokładkę jest jeszcze i mapa, no i zdjęcia Mikołaja Długosza. Do pełni szczęścia brakuje mapy historycznej, indeksu osób i kalendarium. Dajcie się porwać Maxowi Cegielskiemu i wyruszcie w podróż w czasie i w przestrzeni. Mam nadzieję, że, jak ja, nie pożałujecie.