Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 22 czerwca 2016
"Wojna". I trochę o "Skarbie".
Ostatnio znowu chodzę do kina z opóźnieniem. Nadrobiłam zaległości i obejrzałam rumuński "Skarb" i duńską "Wojnę". To ma być notka o tym drugim filmie, ale nie mogę powstrzymać się od pewnej refleksji. Obejrzałam jak zwykle Tygodnik Kulturalny, ostatni przed wakacyjną przerwą, gdzie "Skarb" wychwalano pod niebiosa, a nad "Wojną" kręcono nosami. Warto, warto, ale ... Tymczasem ... Tymczasem ja chociaż "Skarb" obejrzałam z przyjemnością, stanęłam wobec niego bezradna. Jakoś nie umiałam go ugryźć. O czym tu pisać? Nie lubię takich sytuacji. Jeszcze bardziej się zirytowałam, kiedy po przeczytaniu recenzji na stronie Kina, pomyślałam - No tak, tak, oczywiście, racja, dlaczego na to nie wpadłam? Nie mogę przecież powielać tu refleksji, z którymi się zgadzam, ale które moje nie są, więc "Skarb" polecam, a kto widział, niech przeczyta mądrzejszych ode mnie. Tylko uwaga - to nie jest komedia ani film przygodowy. Niewiele się dzieje, głównie się gada. Zupełnie inaczej rzecz ma się z duńskim filmem poruszającym problemy i dylematy związane z wojną (chodzi o Afganistan). Film bardzo mi się podobał, zmusił do rozmyślań, poruszył. Ja, zwyczajny widz, nosem nie kręcę, nie mam żadnych zastrzeżeń, chłonęłam ten film emocjami. Czytelniku tej notki, nie słuchaj krytyków, którzy każdy obraz biorą pod lupę i dlatego dostrzegają nawet najdrobniejszą rysę, tylko obejrzyj "Wojnę", bo warto. A kto już widział, może czytać dalej.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Ewa Winnicka "Londyńczycy"

Książkę Ewy Winnickiej "Londyńczycy" (AGORA i Czarne 2012; wydanie II uzupełnione) ze zdjęciami Chrisa Niedenthala dostałam kilka lat temu w gwiazdkowym prezencie. Jakoś specjalnie się nie ucieszyłam, odłożyłam, niemal zapomniałam i dopiero teraz po przeczytaniu "Angoli" natychmiast się za nią zabrałam. Bezpośrednim impulsem, poza autorką i podobną tematyką, była opowieść jednego z rozmówców o wojennej polskiej emigracji. A właśnie ta stara emigracja i jej potomkowie to bohaterowie pierwszego zbioru reportaży Winnickiej. Jak zaczęłam czytać, tak nie mogłam się oderwać i pochłonęłam "Londyńczyków" w ciągu dwóch dni! W pewnym sensie ta książka, której sława i popularność nie dorównuje "Angolom", jest od nich nawet ciekawsza. Opowieści z "Angoli" po pewnym czasie zaczynają być nieco monotonne, może dlatego lepiej je trochę dawkować. Tymczasem reportaże zamieszczone w "Londyńczykach" są bardzo różnorodne i niezwykle ciekawe. Niektóre zabawne, inne tragiczne, jeszcze inne chwytają za gardło. Właściwie losy większości bohaterów to gotowe scenariusze filmowe albo materiał na fascynującą powieść.

Bardzo ciekawa jest kończąca książkę rozmowa z Chrisem Niedenthalem, znanym fotografikiem, potomkiem tamtej emigracji, który w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, w erze komunizmu zdecydował się zamieszkać w Polsce, bo wydała mu się ciekawsza niż Londyn. Nadal zresztą o Londynie nie wypowiada się najlepiej. Na mnie największe wrażenie zrobiła opowieść Celiny Fogg, córki polskiego żołnierza, Ryszarda Dębińskiego. Razem z matką i siostrą mają o nim jak najgorsze wspomnienia. Po śmierci mamy Celina próbuje dowiedzieć się czegoś o ojcu, zrozumieć, dlaczego był tak zamknięty w sobie, zimny, okrutny, nieprzewidywalny. Tragiczna, wzruszająca, trzymająca w napięciu historia. Niezwykła jest też opowieść o dwóch paniach Anders i ich córkach. Winnicka przypomina, a właściwie na nowo odkrywa, jak z powszechnej świadomości zniknęła pierwsza żona i córka generała. Jednym słowem Anders od kuchni. Ale ta historia, podobnie jak inne, ma przecież również wymiar uniwersalny. Można się zadumać nad życiem, nad komplikacją losów, dotknąć tragedii, po raz kolejny uświadomić sobie, że nic nie jest czarno-białe. Są i opowieści zabawne. Na przykład ta o Janie Żylińskim, potomku arystokracji, przedsiębiorcy, który w Londynie w hołdzie dla swojej babci zbudował w dzielnicy Ealing pałac w stylu Ludwika XVI. Na zwyczajnej ulicy, wśród zwyczajnych angielskich domków stoi sobie prawdziwy, nieudawany pałac! Żeby zrozumieć całą groteskowość, a jednocześnie jakieś fascynujące szaleństwo tego pomysłu, trzeba przeczytać. Można też znaleźć zdjęcia w internecie, a polskich londyńczyków zachęcam, aby zobaczyli pałac w realu. Trzeba mieć gest i fantazję, aby poważyć się na takie przedsięwzięcie.

I tak rozdział po rozdziale snuje Winnicka niezwykłe historie. A nad nimi unosi się opowieść o nieodwzajemnionej miłości Polaków do imperium brytyjskiego, w które wierzyliśmy, a które tak nas srodze zawiodło. Cóż, wielka geopolityka to nie sentymenty. Jest więc ta książka historią polskich powojennych emigrantów, z którymi w Anglii nikt się specjalnie nie cackał, a ich zasługi możni tego świata mieli za nic. Przedwojenni generałowie, pułkownicy, dyplomaci, właściciele ziemscy musieli zapomnieć o splendorach, wygodach i zakasać rękawy, aby z czegoś żyć. Jest też i druga strona medalu - polskie piekiełko, swary i kłótnie, które ciągną się czasem aż do dziś.

To tyle, wystarczy. Naprawdę bardzo polecam. Świetna książka.

środa, 15 czerwca 2016
Michał Wójcik, Emil Marat "Ptaki drapieżne"

Nie, to nie jest książka o ptakach. Ani o drapieżnych, ani o innych. Kto zna spółkę autorską Michał Wójcik i Emil Marat, ten wie albo się domyśla, że "Ptaki drapieżne" (Znak 2016) to rzecz o drugiej wojnie światowej. Żeby nie było wątpliwości, na okładce znajdziemy informację, że jest to historia Lucjana Sępa Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK. Sięgnęłam po tę pozycję, bo nie tak dawno zachwycałam się tu głośną książką tej samej pary autorów zatytułowaną "Made in Poland". Był to arcyciekawy, bardzo poruszający wywiad ze Stanisławem Likiernikiem, żołnierzem Kedywu, pierwowzorem postaci Kolumba z powieści Romana Bratnego "Kolumbowie. Rocznik 20". (Kto dziś o niej pamięta? Kto ją czyta?) Ponieważ recenzje najnowszej książki też są bardzo dobre, liczyłam na podobne przeżycia. Tymczasem uczucia mam mieszane. Nie mogę powiedzieć, że "Ptaki drapieżne" nie podobały mi się, ale nie były ani tak odkrywcze, ani tak fascynujące jak rozmowa ze Stanisławem Likiernikiem. Lektura pozostawiła wrażenie niedosytu. Może rozmówca nie tak interesujący? Może autorzy zbyt spolegliwi? Może założenia nie takie?

Lucjan Sęp Wiśniewski to żołnierz dwóch oddziałów AK, które zajmowały się kontrwywiadem i wykonywaniem wyroków śmierci na Niemcach, ale także na Polakach, zdrajcach i konfidentach, w imieniu Państwa Podziemnego. Każdy rozdział składa się z fragmentów wywiadu z bohaterem książki i opowieści autorów. Wydawało mi się, że sporo wiem o latach okupacji, tymczasem zdobyłam wiele nowych informacji. Niezwykle ciekawe są partie książki opowiadające o funkcjonowaniu sądów Państwa Podziemnego, które decydowały, czy wydać wyrok śmierci, o rozpracowywaniu delikwenta (tak żołnierze kontrwywiadu i likwidatorzy nazywali skazanego), o roli kobiet, które miały niezwykle ważne i odpowiedzialne zadania w przygotowywaniu akcji - zbierały informacje o skazanym, jego zwyczajach, trybie życia, co łączyło się z wystawaniem godzinami na ulicy, śledzeniem, a to wszystko często w chłodzie, deszczu, potem przywoziły broń, a po akcji odwoziły ją do skrytki. Z równym zainteresowaniem czytałam historię oddziałów, które w czasie powstania warszawskiego stacjonowały w Puszczy Kampinoskiej. Frapująca i przerażająca jest opowieść o pierwszej, czy jednej z pierwszych, przeprawie kanałami ze Starówki na Żoliborz albo o beznadziejnej próbie zdobycia Dworca Gdańskiego. Ale głównym tematem książki są najbardziej znane akcje przeprowadzane przez likwidatorów. Niby to bardzo ciekawe, świetny materiał na film albo powieść. Wójcik i Marat oraz sam Sęp opowiadają barwnie i interesująco, umiejętnie budują napięcie, domyślam się, że wielu czytelników będzie czytać z wypiekami na twarzy, ale ... ale ja w pewnym momencie zaczęłam odczuwać przesyt. Za dużo tego, zbyt dokładne, zbyt szczególarskie. Autorzy lubują się w detalach, opowiadają o akcjach niemal krok po kroku. Podobne znużenie odczuwałam, czytając o kontrowersjach dotyczących oceny niektórych postaci albo samych akcji. To pewnie ważne dla historyka, ewentualnie dla kogoś bardzo zainteresowanego. Mnie aż takie szczegóły nie interesowały.

A rozmowa? Przyznam, że też byłam trochę zawiedziona. Niby autorzy pytają o sprawy ważne i kontrowersyjne. Jak to jest stanąć przed kimś i strzelić do niego? A co z przypadkowymi ofiarami? A pomyłki? Czy mogły się zdarzyć? Czy miał wątpliwości? Czy przeżywał? Czy myśli o ofiarach? Czy śpi spokojnie? Czy dostawali pieniądze? Czy załatwiali własne porachunki? Czy rywalizowali? Gdzie jest granica między koniecznym ryzykiem a brawurą? Dlaczego było tak mało wyroków na szmalcowników? Niestety Lucjan Wiśniewski dość zgrabnie zbywa te pytania, odpowiada gładko, ucieka od kontrowersji, a Wójcik i Marat nie dociskają. Próbują przywoływać wydaną przez Kartę książkę Stefana Dąmbskiego "Egzekutor", która swego czasu narobiła wiele szumu, ale Wiśniewski twardo zaprzecza, aby jego doświadczenia były podobne. Nawet fakt, że w momencie zakończenia wojny miał dopiero dwadzieścia lat, jakoś tu nie wybrzmiewa. Obawiam się, że jeśli po książkę sięgną młodzi czytelnicy zafascynowani wojną, okupacją, konspiracją, powstaniem, to tylko utwierdzą się w przekonaniu, że to była wspaniała, patriotyczna przygoda. Czy dotrze do nich okrucieństwo i zgroza tamtych czasów?

Wkrótce Wielka Litera wydaje kolejną książkę spółki Wójcik, Marat. Ja chyba chwilowo dziękuję.


środa, 08 czerwca 2016
Ewa Winnicka "Angole"

Długo zabierałam się do wydanej już grubo ponad rok temu, szeroko omawianej, nominowanej do literackich nagród (Gryfia i Nike) reporterskiej książki Ewy Winnickiej "Angole" (Czarne 2014). Droga do lektury dość typowa w takim wypadku. Najpierw niespecjalnie byłam zainteresowana, bo temat jakoś mnie nie kręcił, po wysłuchaniu kilku rozmów z autorką przyszedł apetyt, no a potem stale było coś innego do czytania. Nowość goni nowość, czasem wpada coś starszego, o książce przypominam sobie od czasu do czasu i dalej nic, aż wreszcie, nie wiadomo skąd, pojawia się impuls i czytasz. No i nie możesz się oderwać. Wystarczy niecały weekend, ale "Angole" równie dobrze nadają się dla czytelników, którzy z braku czasu czytają po kawałku i dlatego chętnie sięgają po tytuły składające się z niewielkich całostek (znam takich). Bo Winnicka oddaje głos swoim rozmówcom, polskim najeźdźcom albo kolonizatorom, którzy po otworzeniu granic w roku 2004 w liczbie około dwóch milionów najechali Brytanię. Jak dowcipnie pisze w cytowanym przez autorkę tekście angielski dziennikarz, od czasów Wilhelma Zdobywcy takiej inwazji Wyspy nie przeżyły. Dlatego Winnicka pchana reporterską ciekawością postanowiła przyjrzeć się polskim kolonizatorom. To oni mówią - jeden najeźdźca to jeden rozdział.

Wbrew temu, co, jak mi się wydaje, słyszałam w którejś z audycji poświęconych książce (ale nie wykluczam, że pamięć mnie zawodzi), rozmówcami reporterki nie są tylko ludzie przegrani. Ba, mam wrażenie, że proporcje rozłożone są mniej więcej równo. Znajdziemy tu opowieści o tych, którzy pracują na wysokich stanowiskach w londyńskim City, o tych, którzy założyli swoje biznesy dziś świetnie prosperujące, ale i o tych, którzy zaczynając od śmieciowej roboty, osiągnęli sukces nie tak spektakularny, tylko codzienny, na swoją miarę. Są wreszcie i tacy, którym nie udało się w ogóle, a wyjazd na Wyspy przypłacili depresją, rozbitymi relacjami rodzinnymi, alkoholizmem czy bezdomnością. Wykonują byle jakie prace za byle jakie pieniądze, jakoś wegetują, mieszkają w dzielonym z innymi nieszczęśnikami norowatym pokoju i dobrze wiedzą, że nigdy nie zarobią na bilet powrotny. Ale szczególnie smutne są historie dzieci wyrwanych przez rodziców, często matki, ze swoich szkół, od rodziny, od przyjaciół i wrzuconych na głęboką wodę do angielskiej zwyczajnej szkoły, gdzie niełatwo się odnaleźć z wielu powodów. Trudności językowych, różnic kulturowych, przemocy, rasowej różnorodności. Matka nie dość, że haruje od rana do nocy, to jeszcze często układa sobie życie z nowym partnerem, o czym dziecko nie miało pojęcia przed wyjazdem z Polski. Co lepsze? Opieka dziadków w kraju czy życie u boku matki w Anglii? Te historie niekoniecznie kończą się źle. Wreszcie są też opowieści krzepiące o tych, którzy dzięki samozaparciu wydźwignęli się z dna.

Ale książka to nie tylko kilkanaście indywidualnych losów i jeszcze więcej historii zasłyszanych przez rozmówców Winnickiej. To także opowieść o różnicach kulturowych, mentalnościowych czy prawnych między Polakami a Angolami. Swoisty poradnik i przestroga dla tych, którzy planują wyjazd. Jak mówi jedna z bohaterek, która przez jakiś czas pomagała rodakom w rozmaitych kłopotach, jeśli ktoś nie radzi sobie w Polsce, nie poradzi sobie na emigracji. Co zyskują, co tracą na tych różnicach? Najgorsza jest chyba samotność, bo Angole z wielu powodów nie wychodzą poza zdawkowe zawodowe czy sąsiedzkie kontakty, i  często poważne  tarapaty prawne (łącznie z więzieniem) wynikające z polskich przyzwyczajeń i obyczajów (posądzenia o gwałty, utrata dzieci). Po stronie pozytywów można na pewno zapisać emancypację Polek, które dopiero w Anglii uwalniają się od domowej przemocy. Ze zdziwieniem odkrywają prawa, jakie im przysługują, odzyskują wolność i godność. Jednym otwierają się oczy na bogactwo świata, są ciekawi różnorodności i odmienności, inni nigdy nie wyzbędą się przekonania o swojej narodowej wyższości, będą z pogardą wyrażać się nie tylko o kolorowych mieszkańcach Wysp, ale i o samych Angolach (stąd to nieco (?) pogardliwe określenie).

"Angole" to wielobarwna mozaika emigracyjnych losów. Obok bezmiaru nieszczęścia, historie krzepiące. Napisałam emigracyjnych, ale czy rzeczywiście tych wszystkich ludzi można dziś nazwać emigrantami? Jak mówi pewien antropolog od lat osiemdziesiątych przebywający z przerwami w Anglii, to raczej współcześni nomadzi, często kursujący pomiędzy Warszawą a Londynem. Jego słowa potwierdza polski dominikanin pracujący w irlandzkim kościele.

Idąc za ciosem, pod wpływem jednego z rozmówców, który opowiadał o emigracji powojennej i solidarnościowej, postanowiłam od razu przeczytać poprzednią, mniej głośną książkę Winnickiej, "Londyńczycy", którą kilka lat temu dostałam w prezencie i jakoś dotąd po nią nie sięgnęłam. Teraz znalazła swój czas. Ale o niej następnym razem.

środa, 01 czerwca 2016
Max Cegielski "Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata"

O książce "Wielki gracz. Ze Żmudzi na Dach Świata" Maxa Cegielskiego (Karakter i Narodowe Centrum Kultury 2015) słyszałam już jakiś czas temu. Przypominam też sobie radiową rozmowę z autorem, w której opowiadał o pracy nad książką i o związanych z nią podróżach. Ale dopiero ostatnio (no niezupełnie ostatnio - robocza wersja wpisu powstała 5 kwietnia) po wysłuchaniu wywiadu z Maxem Cegielskim, też w radiu, nabrałam wielkiej ochoty, aby jego książkę przeczytać. Tym razem od pomysłu do realizacji minęła ledwie chwilka, w kąt poszły lektury z półki książek oczekujących na przeczytanie. Drobna dygresja - ten nadmiar tytułów, które bardzo, bardzo chcę przeczytać, czasem wprawia mnie w popłoch, dlatego tak podoba mi się myśl Franka Zappy So many books, so little time, która zdobi moją torbę na zakupy. Ale do rzeczy. Mimo że "Wielki gracz" jest pokaźnych rozmiarów, połknęłam go dość szybko, tak bardzo mnie wciągnął. Ta książka to skrzyżowanie biografii, historycznego śledztwa i reportażu z podróży od Żmudzi po Dach Świata. A skoro reportaż, to znajdziemy w książce arcyciekawe informacje historyczne i opowieść o dniu dzisiejszym krajów odwiedzanych przez Cegielskiego. A są to państwa Azji Środkowej, Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan, oraz granicząca z nimi zachodnia część Chin zamieszkana przez muzułmańską mniejszość, Ujgurów.

Co kazało Maxowi Cegielskiemu tłuc się przez dalekie, dzikie bezdroża? Właściwe pytanie nie powinno brzmieć co, ale kto? Bo Max Cegielski wyruszył w swoją podróż zafascynowany polskim podróżnikiem, odkrywcą, badaczem i pisarzem Bronisławem Grąbczewskim. Postanowił swojego bohatera zdemitologizować i jak najwięcej się o nim dowiedzieć. Dlatego prowadzi rodzaj historycznego śledztwa. Czytając jego książki, artykuły i listy, studiując to, co o nim napisano, porównując źródła, szperając, dywagując, stara się dowiedzieć jak najwięcej. Nie zawsze bywa to możliwe, dlatego bardzo często pisze wprost, że nie jest pewien, że przypuszcza, że sądzi. Ale za każdym razem podaje przesłanki, jakie pozwalają mu stawiać rozmaite hipotezy. Grąbczewski w polskiej narodowej mitologii utrwalony został tak, jak przedstawiłam go przed chwilą. Aby uzupełnić ten piękny obrazek warto jeszcze dodać takie informacje -  syn powstańca styczniowego, poglądów liberalnych, katolik, co podobno przeszkodziło mu w karierze politycznej, za to w carskim wojsku dosłużył się stopnia generała. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zamieszkał w Warszawie. Piękny obrazek, ale jak udowadnia Max Cegielski, tylko częściowo prawdziwy. Jego ojca trudno nazwać powstańcem, bo zanim zdążył oddać choćby jeden strzał, został aresztowany i zesłany. Grąbczewski do armii rosyjskiej wstąpił z własnej woli, bo taka była droga życiowa wielu Polaków w tamtym czasie. Do wiary specjalnie przywiązany nie był. Często odwiedzał Petersburg, gdzie w pewnym okresie był nawet gwiazdą. Sam car Mikołaj II przyjmował go w swoim prywatnym pałacyku. I tak dalej, i tak dalej. No i, bagatela, w tej wygładzonej biografii brakuje najważniejszego szczegółu - Grąbczewski był rosyjskim szpiegiem, tytułowym wielkim graczem w wielkiej grze albo grze cieni, czyli rywalizacji, jaka toczyła się o wpływy w Azji pomiędzy Rosją a Anglią w XIX i na początku XX wieku. Do dzisiaj odczuwamy jej skutki, ot choćby takie, jak powstanie Afganistanu, który Anglicy utworzyli jako państwo buforowe pomiędzy Indiami, perłą w koronie swojego imperium,  a terenami Azji Środkowej zajmowanymi przez Rosję. Grąbczewski był na tyle znany, otoczony legendą, budził respekt wśród swoich przeciwników, że stał się pierwowzorem bohaterów powieści Kiplinga i Verna. Potwierdziła się też moja intuicja - jego historia była inspiracją dla ... "Tomka na tropach Yeti" Alfreda Szklarskiego. Łza się w oku kręci! Gdyby nie te wszystkie książki, które na mnie czekają, to, kto wie, może sięgnęłabym ponownie po jedną z ulubionych powieści mojego dzieciństwa. Tego wszystkiego, a właściwie znacznie więcej, można dowiedzieć się z "Wielkiego gracza".

Max Cegielski próbuje zrozumieć, jak doszło do tego, że Grąbczewski został ucukrowany, ubrązowiony i stał się legendą. Pokazuje, że już on sam, kiedy wichry historii sprowadziły go do Warszawy, zaczął pewne fakty ze swojego życia przemilczać, a inne kolorować, przyczyniając się tym samym do stworzenia swojego mitu. Jak już pisałam, Cegielski jest Grąbczewskim zafascynowany, lubi swojego bohatera, co nie przeszkadza mu pokazywać i tego, co w jego biografii i charakterze niewygodne, niepiękne. Chociaż nie udało się autorowi zarazić mnie fascynacją dla wielkiego gracza, to jego książka podobała mi się bardzo. Nie tylko dlatego, że tyle się z niej dowiedziałam, że odkryła przede mną światy mi nieznane, ale może przede wszystkim dlatego, że jest to ten rodzaj lektury, który wciąga w głąb stwarzanego na oczach czytelnika uniwersum. Uniwersum bohatera i uniwersum reportera. Te dwie rzeczywistości przenikają się, są bardzo sugestywne i sensualne. Niemal czujemy zapachy, słyszymy dźwięki, podziwiamy krajobrazy, żyjemy życiem obu wędrowców. Dajemy się porwać i zapominamy o tym, co wokół. A na dokładkę jest jeszcze i mapa, no i zdjęcia Mikołaja Długosza. Do pełni szczęścia brakuje mapy historycznej, indeksu osób i kalendarium. Dajcie się porwać Maxowi Cegielskiemu i wyruszcie w podróż w czasie i w przestrzeni. Mam nadzieję, że, jak ja, nie pożałujecie.

niedziela, 29 maja 2016
Paweł Piotr Reszka "Diabeł i tabliczka czekolady"

Nie będę ukrywać, że po zbiór reportaży Pawła Piotra Reszki "Diabeł i tabliczka czekolady" (Wydawnictwo Agora 2015) sięgnęłam, kiedy okazało się, że to ta książka dostała tegoroczną Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Wcześniej chyba słyszałam o tym zbiorze reportaży, ale pominęłam. Pewnie dlatego, że z morza literatury non-fiction wybieram raczej te pozycje, które są  całością, a nie zbiorem luźnych tekstów w większości drukowanych wcześniej w prasie. Chociaż są przecież wyjątki. Do dziś pamiętam bardzo gorzką książkę Tochmana "Bóg zapłać" tak właśnie skonstruowaną. Albo zeszłorocznego laureata Michała Olszewskiego i jego "Najlepsze buty na świecie". Pewnie coś by się jeszcze znalazło. Cóż, prawdopodobnie "Diabeł i tabliczka czekolady" kiedyś mi się o uszy obiła, ale nie ma co ukrywać, że gdyby nie nagroda, pewnie bym tej książki nie przeczytała i ... popełniłabym wielki błąd. Bo te proste teksty, które czyta się jednym tchem, robią rzeczywiście duże wrażenie.

To historie zwykłych ludzi z małych miast, ze wsi, a jeśli z Lublina (Reszka jest dziennikarzem lubelskiego dodatku Gazety Wyborczej) to raczej z tych gorszych dzielnic. Wiele tu historii o biedzie, o bezradności. Jak to jest być biednym uczniem? Albo uczniem mieszkającym w komunalnej, zaniedbanej kamienicy w mieszkaniu bez łazienki? Oczy zrobiły mi się okrągłe jak spodki, kiedy czytałam reportaż o łazienkach, a właściwie o ich braku. Nie przyszło mi do głowy, że osiemnaście procent mieszkań na wsi i prawie pięć w miastach po prostu ich nie ma. Wstrząsający jest reportaż o kobiecie, która urodziła i zabiła pięcioro dzieci, a potem trzymała je w beczkach. To znana sprawa, wiele się o niej pisało i mówiło. Reszka oddaje jej głos. Opowieść budzi na przemian niedowierzanie, litość, trwogę i obrzydzenie. Oczywiście, że przerażające jest to, co zrobiła, ale może jeszcze bardziej dlaczego. Maltretowana przez męża, który nie życzył sobie więcej dzieci (mieli już trójkę), nie umiała szukać pomocy, pewnie nawet nie wiedziała, gdzie się może po nią zwrócić. A mężowi wygodnie było udawać, że o niczym nie wie.

Ale są i teksty krzepiące. O pewnym małżeństwie, które połączył rozsądek, a nie miłość. Teraz samodzielnie wychowują syna - roślinę. Krystian leży, nie połyka, nie odkrztusza, nie wiadomo, czy coś czuje, a oni nigdy, ku zdumieniu lekarzy i wszystkich dookoła, nie chcieli go oddać, chociaż przecież nie są ludźmi majętnymi. Niejedna miłość nie wytrzymuje takiej próby, oni nadal są razem, ze swoim synem, pełni pokory i ... pogody ducha. Albo inny reportaż - o rodzicach, prostych ludziach z małej miejscowości, którzy sami poprosili lekarza, aby pobrał od ich syna, który zginął w wypadku, narządy do przeszczepu. Kolejny to opowieść o ojcu, który raz w miesiącu oddaje krew, żeby podarować swoim dzieciom czekoladę. Ta czekolada jest ważna, ale, jak mówi, i bez niej robiłby to samo.

Porusza też Reszka problemy zupełnie innej natury. Bardzo ciekawy jest tekst o krzyżu w przestrzeni publicznej. Czym jest krzyż dla rozmówców reportera? Przeszkadza im czy ma znaczenie? Reportaże przeplatane są krótkimi tekstami, w których ludzie podpisani imieniem, czasem też nazwiskiem opowiadają autorowi, czym jest dla nich szczęście. Ktoś hoduje lwy (tak!), dla jakiejś kobiety szczęście to słuchanie radyjka, tak pieszczotliwie nazywa Radio Maryja, dla pewnej emerytki spełnienie marzenia o tańcu, dla kogoś pomaganie innym. Warto też zwrócić uwagę na język. Czasem jest to neutralny język reportera, innym razem autor udziela głosu swoim bohaterom, zachowując ich ekspresję językową.

Namawiam do sięgnięcia po tę książkę. Nie tylko dlatego, że ciekawa, poruszająca i świetnie napisana, ale także po to, aby przypomnieć sobie, że tuż obok nas, za ścianą albo za przysłowiową miedzą jest świat, o którym lubimy nie wiedzieć, a przecież znać go powinniśmy.

środa, 25 maja 2016
"Nasza młodsza siostra"

Kto mniej więcej rok temu obejrzał i zachwycił się japońskim filmem "Jak ojciec i syn" Hirokazu Koreedy, ten na pewno popędzi, albo już popędził, do kina na "Naszą młodszą siostrę" również w jego reżyserii. A kto nie zna ani pierwszego, ani drugiego, musi to koniecznie nadrobić. A okazja nadarzy się niebawem - Ale Kino w najbliższy czwartek (26 maja) przypomni ten pierwszy, a potem, jak zawsze, powtarzać go będzie wielokrotnie. Już się cieszę. Nie znam innych filmów uznanego japońskiego reżysera, nie wiem, czy coś jeszcze można było zobaczyć w naszych kinach, ale po obejrzeniu dwóch i pobieżnym przejrzeniu jego filmografii, chyba mogę napisać, że jego tematem jest rodzina, a szczególnie relacje między rodzeństwem, między dziećmi a rodzicami. To, jak się wydaje, interesuje go najbardziej. Tak jest i tym razem. Trzy dorosłe już siostry mieszkające samotnie w starym, dużym, drewnianym rodzinnym domu w nadmorskiej miejscowości dowiadują się o śmierci ojca, który piętnaście lat wcześniej opuścił rodzinę. Najmłodsza z nich właściwie go nie pamięta. Teraz okazuje się, że mają piętnastoletnią, przyrodnią siostrę. Już ich reakcja wprowadza w klimat filmu. Przyjmują obie wiadomości ze spokojem i jadą na pogrzeb, a potem, trochę pod wpływem impulsu, trochę z powodu litości, trochę z innych przyczyn proponują swojej młodszej siostrze, aby zamieszkała z nimi. Nie wiem, czy nie ulegam stereotypom, pisząc, że ta powściągliwość jest charakterystyczna dla Japończyków albo szerzej - ludzi Wschodu? Takie jednak mam zawsze wrażenie po obejrzeniu jakiegoś japońskiego filmu.

"Nasza młodsza siostra" to film, który jest obserwacją codzienności, delektuje się nią. Drobnymi radościami - dobrym posiłkiem (ileż w tym filmie się je!), kwitnącymi drzewami wiśni, myślą, że wkrótce w ogrodzie zakwitnie śliwa i będzie można jak co roku zrobić wino śliwkowe, podziwianiem pięknego krajobrazu, fajerwerkami, meczem piłki nożnej rozgrywanym przez szkolną drużynę, byciem ze sobą, rozmowami, spotkaniem z przyjaciółmi. Nawet człowiek śmiertelnie chory uważa, że dopóki potrafi cieszyć się myślą, że właśnie zakwitają drzewa wiśni, nie jest z nim jeszcze tak źle. Film ma wolne tempo, czasem radosny, czasem melancholijny nastrój, ale jest afirmacją życia, chociaż przecież twórcy mają świadomość, że niesie ono może więcej smutków, niespełnień, zawodów, straconych okazji, trudnych wyborów niż szczęścia. Tym bardziej cieszyć się trzeba każdą chwilą i swoim towarzystwem. Bo jest ten film także afirmacją rodziny i przyjaźni, a może jeszcze bardziej wspólnoty. Bo rodzina może być źródłem problemów, nieporozumień, wzajemnych urazów, przyczyną cierpienia, ale wspólne bycie, wspieranie się, rozmowy pomagają, dają siłę.

"Nasza młodsza siostra" jest jak dojrzewające wino. Im dłużej śledzimy codzienne bytowanie sióstr, tym bardziej na jaw wychodzą ich problemy. Rodzinne zadry, żale, pretensje, smutki. Ale wszystko opowiedziane zostało niezwykle subtelnie, delikatnie, w sposób zniuansowany. Życie nie jest proste, nie jest czarno-białe, najwięcej w nim szarości. Ta sama sytuacja dla jednej z sióstr to źródło bólu, dla drugiej radości. Wspomnienia najmłodszej o ojcu są jak najlepsze, chciałaby o nim mówić, ale nie chce ranić sióstr, które ten sam człowiek opuścił. Najstarsza myśli o nim tylko źle, bo to ją dotknęły największe konsekwencje rozpadu małżeństwa rodziców. Jak w tych okolicznościach nie ranić się? Jak się porozumieć? Film pokazuje też, jak powielamy błędy innych. Sami rozgrzeszamy się z tego, za co ich potępiamy. I jeszcze jedna myśl - ze zła może wyniknąć dobro. Historia, którą oglądamy na ekranie, to dziś niemal codzienność w naszym patchworkowym świecie.

"Nasza młodsza siostra" jest też opowieścią o dorastaniu i dojrzewaniu. Także o dojrzewaniu do wyboru drogi życiowej. Jej głównymi bohaterkami są najstarsza siostra i tytułowa najmłodsza, ale dwie pozostałe też sportretowane zostały interesująco.

Chociaż na mnie większe wrażenie wywarł poprzedni film Koreedy, pewnie za sprawą niezwykle poruszającej sytuacji, z której dobrego wyjścia nie było, to bardzo, bardzo polecam najnowszy. Nieczęsto zdarza się kino mądre, głębokie, a jednocześnie niosące nadzieję chociaż podszytą melancholią. Mnie "Nasza młodsza siostra" skojarzyła się ze znakomitą "Tokijską opowieścią", czarno-białym filmem Yasujiro Ozu z lat pięćdziesiątych, który pokazywany był w Polsce kilka lat temu (ostatnio pojawia się na jednym z kinowych kanałów - koniecznie!!!). Okazuje się, że słusznie. Jak czytam, Koreeda inspiruje się kinem Ozu. I na koniec jeszcze jedna dygresja. Kto ma ochotę na rodzinny dramat z optymistycznym zakończeniem, ale bardziej drapieżny, bardziej brudny, europejski, niech sobie przypomni, albo obejrzy po raz pierwszy, znakomity film Mike'a Leigh "Sekrety i kłamstwa" (też krąży ostatnio na Ale Kino). Trochę przypadkiem zrobiłam to tego samego dnia, kiedy zobaczyłam "Naszą młodszą siostrę". Zderzenie tych dwóch obrazów daje świetny efekt, wzmaga wrażenia, kumuluje je i dopełnia. Znakomita filmowa uczta. Polecam.

PS. A dla miłośników Mike'a Leigh dobra wiadomość - na Ale Kino i na CBS Europa pojawiają się jego kolejne filmy.

środa, 18 maja 2016
"Opiekun"
Nadrabiam kinowe zaległości. Majowy weekend i inne okoliczności sprawiły, że na kino trochę nie miałam ochoty, nic mnie też aż tak bardzo nie nęciło. Teraz, po długiej przerwie, apetyt na kino wrócił. Wybór padł na "Opiekuna", którego wcześniej nie brałam pod uwagę, ponieważ wydawało mi się, że to film w rodzaju "Nietykalnych", którzy mniej więcej dwa lata temu przebojem zdobyli polskie (chyba nie tylko) ekrany. Dopiero nieoceniony Tygodnik Kulturalny wyprowadził mnie z błędu i zachęcił. "Opiekun" to film jak najbardziej serio. Dostajemy opowieść o prywatnym pielęgniarzu opiekującym się ludźmi terminalnie chorymi. David robi to z wielką empatią, czułością, delikatnością i oddaniem. Jest jednocześnie zamknięty w sobie, wydaje się, że nie ma życia prywatnego, czasem zachowuje się trochę dziwnie. Poznamy jego tajemnicę, ale, czytelniku tej notki, jeśli oczekujesz sensacji, to nic z tego. Bo ten skromny, chłodny film opowiada o chorobie, cierpieniu i śmierci. Stawia ważne pytania o sens terapii, sens podtrzymywania życia na siłę. Pokazuje to, o czym wolimy nie pamiętać - fizjologię, brud, słabość, poniżenie. Nikt tego nie uniknie, w cierpieniu wszyscy jesteśmy równi, chociaż, nie ukrywajmy, zamożnym jest jednak łatwiej, bo stać ich na prywatnego pielęgniarza. Film pomimo chłodu i dystansu robi wrażenie. Każe zastanowić się nad sprawami, o których nie lubimy myśleć. Warto wybrać się na "Opiekuna", chociaż nie jest to propozycja optymistyczna. A kto był, wszak film już chyba od trzech tygodni gości na ekranach, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
niedziela, 15 maja 2016
Aleksandar Hemon "Dwa razy życie. Bośnia i Ameryka"

Bałkany to jedna z moich literackich fascynacji. Nic dziwnego, że postanowiłam przeczytać książkę Aleksandra Hemona "Dwa razy życie. Bośnia i Ameryka". Tym bardziej, że wydało ją założone przez Mariusza Szczygła i Wojciecha Tochmana wydawnictwo Dowody na Istnienie (2015; przełożył  Tomasz Bieroń). Wybitni reporterzy swoimi nazwiskami gwarantują staranny dobór wydawanych przez siebie książek. Niestety. Na nic zaklęcia Miljenko Jergovicia i Wojciecha Tochmana umieszczone na stronie wydawnictwa pod informacją o książce. Na nic ich zapewnienia, z jaką świetną literaturą mamy do czynienia. Na nic zwierzenia Tochmana, że kiedy zaczął czytać, to już nie mógł się oderwać, a potem nie zmrużył oka do rana. Ja niestety jestem zawiedziona, mam poczucie straconego czasu i nie potrafię podzielić zachwytu obu panów. Aleksandar Hemon, pisarz o ukraińskich korzeniach, urodzony w Sarajewie, od 1992 roku mieszkający w Chicago, jest autorem kilku powieści i esejów. Jak czytam na stronie wydawnictwa, laureat i finalista wielu literackich nagród. Być może jego powieści i eseje są bardzo dobre, niestety nie mogę tak powiedzieć o tym, co właśnie przeczytałam. Mam wrażenie, że tego, co rzeczywiście interesujące i przejmujące nie starczyło na całą książkę.

Decydując się sięgnąć  po "Dwa razy życie", myślałam, że jest to opowieść o losie emigranta, o wojnie w Bośni, o wykorzenieniu, tęsknocie i próbie ułożenia życia na nowo. I tak jest, ale tylko częściowo. Te fragmenty są rzeczywiście ciekawe i przejmujące. Najbardziej interesujący jest problem poczucia winy. Aleksandar Hemon wyjechał do Stanów na stypendium zimą 1992 roku. Jugosławia właśnie przestała istnieć, w Chorwacji toczyła się krwawa wojna, a wieści o niej docierały do Sarajewa, gdzie życie jeszcze toczyło się normalnie. Gdy opuszczał Bośnię, dla wszystkich było jasne, że wojna to tylko kwestia czasu. Kiedy wybuchła, kiedy Sarajewo zostało zamknięte w oblężeniu, zdecydował się nie wracać. Pisze o swoich wyrzutach sumienia, o przerażeniu, o strachu o los przyjaciół i wreszcie o niemożności prawdziwego zrozumienia tych wszystkich, którzy tę wojnę przeżywali na własnym grzbiecie. Choćby najbardziej im współczuł, choćby najbardziej się o nich bał, choćby nie wiem, jak bardzo był wstrząśnięty i przerażony, to jednak on był tu, w sytym i spokojnym świecie, a oni tam. To oni chowali się w piwnicach, głodowali, ginęli, byli bestialsko torturowani, to im bomby urywały ręce i nogi, to w ich domy trafiały pociski, to oni palili w piecach swoje meble i książki, aby przetrwać kolejną mroźną zimę. To prawda, że w nowym świecie nie był mile witany, mieszkał w złych dzielnicach i ledwo wiązał koniec z końcem, to prawda, że był samotny i tęsknił, że był obcy, wykorzeniony, pozbawiony wszystkiego, do czego się przywiązał, ale żył. Kiedy już po wojnie przyjeżdża z wizytą do Sarajewa, nie poznaje swojego miasta. Niby jest, ale okaleczone. Ale potem sytuacja nieoczekiwanie się odwróci. To jemu przyjdzie się zmierzyć z ciężkim życiowym doświadczeniem i tym razem on będzie miał poczucie, że świat dookoła, gdzie życie toczy się normalnie, nie przystaje do jego doświadczenia. Tak, te partie książki są rzeczywiście interesujące.

Rzecz w tym, że autor postanowił opowiedzieć o całym swoim życiu. I chociaż obfitowało w barwne i zwariowane momenty, czytając te fragmenty książki, miałam poczucie, że to opowieść jakich wiele. Mieszanina nostalgii, sentymentu, ironii, garść barwnych anegdot, trochę filozofowania. W czasie lektury często zadawałam sobie pytanie - Dlaczego właściwie mam czytać wynurzenia Aleksandra Hemona? Tylko dlatego, że jest pisarzem? Niedawno przez prasę literacką i audycje poświęcone literaturze przetoczyła się fala krytyki pod adresem Jacka Dehnela I Szczepana Twardocha, którzy wydali swoje dzienniki. Pisano i mówiono, że niewiele w nich interesującego, że to takie zapychacze w oczekiwaniu na kolejną powieść. I mam wrażenie, że książka Hemona to podobny przypadek. Całkiem możliwe, że jego życie to materiał do wykorzystania przez znakomitego reportera, wierzę, że dałoby się na podstawie jego doświadczeń napisać ciekawą, ważną, przejmującą powieść. Ale wspomnienia, które spisał, są w dużej części tylko kolejną historią. Czegoś tej opowieści brakuje. Czegoś, co wyniosłoby ją ponad przeciętność.

środa, 11 maja 2016
Richard Flanagan "Ścieżki północy"

Długo zwlekałam z zawarciem bliższej znajomości z prozą Richarda Flanagana. Szczerze mówiąc, książek tego, podobno, jednego z najwybitniejszych pisarzy australijskich nie miałam w swoich czytelniczych planach. Choć jest we mnie głód powieści, bardzo ostrożnie podchodzę do tego, co się ukazuje. A już szczególną ostrożność zachowuję przy wyborze prozy anglojęzycznej. Wiadomo, wszystko jest teraz naj. Najwybitniejsze, najpoczytniejsze, najważniejsze i jakie tam jeszcze. Wydawnictwo Literackie, które wydaje Flanagana, też gwarantem jakości nie jest, bo obok rzeczy ważnych czy wybitnych (dzięki za Rotha!!!) wydaje sporo książek wagi lżejszej. Nie ukrywam, że dopiero rozmowa o najnowszej powieści Flanagana w Tygodniku Kulturalnym, ochy i achy dyskutantów stały się dla mnie zachętą, aby ostatecznie jedną z jego powieści przeczytać. Postanowiłam zacząć od poprzedniej, czyli od "Ścieżek północy" (WL 2015; przełożył Maciej Świerkocki). Powieść reklamowana jest sloganem, że to australijska "Wojna i pokój" i wprawdzie to oczywiście przesada, nawet dodawać do tego stwierdzenia rytualnego moim zdaniem nie ma potrzeby, to jednak uczciwie muszę przyznać, że tym razem nie zawiodłam się i na pewno sięgnę (kiedy?) po najnowszą książkę Flanagana "Klaśnięcie jednej dłoni".

Już sam temat był dla mnie odkrywczy. Bo akcja w znacznej mierze rozgrywa się w czasie drugiej wojny na froncie azjatyckim. W naszej części świata to historia znacznie mniej znana, tymczasem równie okrutna. Młody australijski chirurg, Dorrigo Evans, trafia najpierw na front bliskowschodni, a potem do syjamskiej dżungli, gdzie z rozkazu japońskiego cesarza australijscy jeńcy wojenni mają dokonać niemożliwego - zbudować w ekspresowym tempie linię kolejową prowadzącą do Birmy. W nieludzkich warunkach, w dżungli, dziesiątkowani przez choroby, skrajnie niedożywieni wykonują katorżniczą pracę pod nadzorem okrutnych japońskich żołnierzy. Już kilka mil drogi z obozu do miejsca budowy, często w błocie, po skałach z niemal pustym żołądkiem (dwie łyżki papki ryżowej na śniadanie) to gehenna. A to tylko preludium do potwornej harówki - karczowania drzew, wysadzania skał, układania podkładów. No i wieczorem trzeba jeszcze dowlec się z powrotem do obozu. Japońscy inżynierowie stale podnoszą normy, a japońscy dowódcy nie zważając na nic, starają się sprostać tym wymaganiom, wszak tego chce cesarz, tego wymaga racja stanu. Flanagan nie szczędzi drastycznych szczegółów, bardzo drobiazgowo opisuje obozowe życie, zagłębia się w psychikę bohaterów. Dylemat jednego z żołnierzy - czy zjeść smażoną ryżową kulkę, którą jeńcy zabierają ze sobą na lunch (lunch nabiera w tym kontekście ironicznej wymowy), od razu na śniadanie, czy jednak zachować ją do południowej przerwy, a potem opis delektowania się tym paskudnym posiłkiem zajmuje kilka stron. Dzięki takiej szczegółowej narracji wchodzimy bardzo głęboko w obozowy świat.

Flanagan nie skupia się tylko na głównym bohaterze. Na to, co się dzieje, patrzymy z perspektywy różnych postaci. Dostajemy kilkanaście pełnokrwistych portretów. Także japońskich dowódców i koreańskich strażników. Poznajemy ich mentalność. Z jednej strony wzruszają się haiku, znają całe tomiki na pamięć, z drugiej są niewyobrażalnie okrutni. Dowiadujemy się, skąd bierze się ich  okrucieństwo i pogarda dla australijskich jeńców. Są ofiarami systemu, sposobu wychowania i myślenia. Bicie i policzkowanie to zwyczajna kara. Uczą się jej w wojsku. Sami z pokorą ją przyjmują, jeśli zawinią. Wszystko dla cesarza i dla ojczyzny. Właściwie każdy z nich jest też ofiarą. Szczególnie koreańscy strażnicy. Pochodzą z ubogich, wiejskich rodzin, do japońskiej armii wstępowali dla obiecanego żołdu, nie dla cesarza. Karnie poddawali się musztrze, licząc na awans społeczny i lepsze życie. Ich nadzieje nigdy nie miały się spełnić, zostawali strażnikami i nikim więcej. Po wojnie to ich amerykańskie sądy skazywały na śmierć (do celi śmierci też Flanagan nas zabiera). Japońskim dowódcom jakoś się udało. W końcu do głosu doszła wielka polityka i zbrodnie ulegały przedawnieniu.

Wojna nie oszczędza nikogo, ani ofiar, ani katów. Wyrywa ludzi z domów, łamie im życie, niszczy psychikę, demoluje rodziny, wpływa na relacje z bliskimi. Ale jednocześnie, o paradoksie, bywa najcenniejszym doświadczeniem. Tym bardziej, że nikt, kto przez to piekło nie przeszedł, nie jest w stanie naprawdę zrozumieć wojennych weteranów. Współczucie i żal dla ofiar siłą rzeczy nie wychodzą poza konwencję. Choćbyśmy się nie wiem jak starali, nie potrafimy wziąć na siebie cudzego cierpienia. To niemożliwe. Upływający czas spycha tamte wydarzenia na karty historii. Stają się notkami w encyklopediach i rozdziałami w podręcznikach zaczernionych suchymi faktami. Giną emocje. Może także dlatego, kiedy bohaterowie wrócą do domów, nie potrafią uporać się z pustką. Tylko literatura jest w stanie ocalić wojenne cierpienia i tych, którzy cierpieli. Pisząc i czytając, próbujemy zrozumieć, wejść w tamten świat.

To wojna, a gdzie miłość? Nie wiem, czy wypada przypominać, iż tołstojowska "Wojna i pokój" to także wielka historia miłosna. Uspokajam - jest i miłość. Szalona, niemożliwa, taka, która waży na całym życiu. Skupiam się jednak przede wszystkim na wątkach wojennych, bo one mnie bardziej poruszyły. No i chcąc pisać o miłości, musiałabym coś jednak zdradzić i odebrać przyjemność z czytania. A trzeba przyznać, że książka Flanagana sprawia przyjemność na tym najprostszym czytelniczym poziomie. Po prostu chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Autor potrafi trzymać w napięciu. I choć nie opowiada historii chronologicznie, skacze swobodnie przez czas, często zdradzając, co zdarzy się w życiu bohaterów, dystansuje się od nich, patrzy z perspektywy, oddala, to jednak pewne tajemnice rozwiązuje dopiero na końcu, nieźle zaskakując czytelnika. Do samego finału komplikuje i splata losy bohaterów swojej książki.

Są też "Ścieżki północy" opowieścią o Dorrigu Evansie. Kobieciarzu, trochę karierowiczu, człowieku pełnym ułomności i słabości. Jeśli go lubimy, to dlatego, że swój egzamin z człowieczeństwa zdał w jenieckim obozie. Był tam lekarzem w prymitywnym szpitalu i dowódcą australijskich jeńców. Dokonywał cudów, próbując leczyć chorych, operować rannych, łagodzić cierpienia umierających. Stał za swoimi żołnierzami murem. Położenie, w jakim się znalazł, zmuszało go do dokonywania wyborów nie do udźwignięcia. Jednocześnie musiał zmierzyć się z osobistą tragedią. To w czasie wojny Dorrigo stał się postacią tragiczną, rodem z antycznej tragedii. W czasach pokoju był człowiekiem miałkim. Gdzie jest prawda o nim?

Tak, "Ścieżki północy" to bardzo dobra powieść. Im więcej o niej myślę, tym bardziej się w tym utwierdzam.