Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 25 września 2016
"Plan Maggie"

Miałam się wybrać na inny film, a "Planu Maggie" zupełnie nie brałam pod uwagę, ponieważ reklamowano go jako komedię romantyczną. W głowie, jak często, namieszali mi dyskutanci Tygodnika Kulturalnego. Okazało się, że to wcale nie komedia romantyczna, że film z ducha allenowski (z czasów, kiedy Woody Allen był starym, dobrym Woodym Allenem), że gadany, że inteligentny i przede wszystkim pogodny. A ponieważ kocham starego, dobrego Woody Allena, nie odstraszają mnie filmy gadane, lubię kino inteligentne (kto się przyzna, że nie lubi) i jak kania dżdżu łaknę czegoś pogodnego w tych niepogodnych czasach, zmieniłam plany i poszłam obejrzeć "Plan Maggie".

Przyznaję, że to przyjemny, fajnie się oglądający film na poziomie. Taki z gatunku miłych dla oka, bo to i Nowy Jork ładnie filmowany, i zabawne, przytulne wnętrza, i kolorowi bohaterowie. Inteligentnie, błyskotliwie śmieszny, skłaniający nie do rechotu, a do uśmiechu. Z przyjemnością ogląda się aktorów, szczególnie zimną, wyniosłą, złośliwą Julianne Moore, zabawną, kolorową, nieco zakręconą Gretę Gerwig, która bardzo przypomina tu bohaterkę, jaką grała we "Frances Ha". No i oczywiście nie mogę pominąć  egocentrycznego, inteligencko rozmemłanego Ethana Hawke'a w roli faceta, z powodu którego całe to zamieszanie. Wiele tu smakowitych scen, czasem chyba będących aluzjami do innych filmów (przynajmniej ja miałam takie skojarzenie, może niesłuszne). A, i jeszcze jedno - akcja  nawiązuje do "Snu nocy letniej" Szekspira.

A na koniec łyżka dziegciu. Po pierwsze "Planowi Maggie" daleko jednak do Woody Allena z czasów jego świetności. Ale to zarzut mniej istotny, bo przecież nie byłam tak naiwna, żeby sądzić, że ta sztuka komuś się udała. Po drugie, i to pretensja poważniejsza, uważam, że przeszarżowano - zbyt dużo tu dialogów wyrafinowanie, a właściwie na siłę, śmiesznych, będących kpiną z pseudo naukowego i pseudo artystycznego bełkotu. Właściwie bohaterowie rzadko rozmawiają normalnie. Po jakimś czasie to zaczyna nużyć, bo w końcu ile można! A i śmieszne być przestaje.

Cóż, bądźmy szczerzy, "Plan Maggie" to miła zapchajdziura w oczekiwaniu na prawdziwe rarytasy, "Ostatnią rodzinę", która rozbiła bank z nagrodami w Gdyni, i "Wołyń" Smarzowskiego. Ja nie mogę się doczekać. Na szczęście oba filmy tuż, tuż.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015
W. Somerset Maugham "Malowany welon"

"Malowany welon" W.Somerseta Maughama (Świat Książki 2007; przełożyła Franciszka Arnsztajnowa) kupiłam kilka lat temu, kiedy do kin wchodziła ekranizacja powieści. Ostatecznie na film się nie wybrałam, bo miał marne recenzje, a po książkę też nie sięgnęłam, w końcu chyba zapomniałam, że ją mam. Aż niedawno (niedawno to w tym wypadku trzy lata temu; gdzieś mi się ten wpis zawieruszył) trzeba było wziąć jakąś lekturę do podróży ze świadomością, że na miejscu na czytanie pewnie nie będzie czasu, ale w drodze jak najbardziej, bo droga długa. I wtedy ją odnalazłam. Leżała sobie zapomniana, smutna odrobinę na dnie regału wśród innych dzielących jej los, wydawało się, że świetnie sprawdzi się w roli lektury wagonowej. Nie myliłam się.

Powieść angielskiego pisarza z przełomu wieku dziewiętnastego i dwudziestego, raczej pierwszorzędnego wśród drugorzędnych, czyta się znakomicie. Akcja rozgrywa się w latach dwudziestych poprzedniego wieku w chińskiej prowincji podległej Anglikom. Jej bohaterką jest młoda Angielka, Kitty, produkt swojej epoki, która tak długo przebierała w kandydatach na męża, aż w końcu wyszła za mąż pospiesznie, tylko dlatego, aby nie wyprzedziła jej młodsza siostra. Był jeszcze drugi powód: utyskująca matka, która od dawna marzyła o tym, aby wreszcie pozbyć się córki z domu (wtedy marzenie dość powszechne). Znudzona mężem i bezproduktywnym życiem ulega urokowi tego trzeciego. Niczego nie zdradzam, bo miłosną schadzką tych dwojga powieść się zaczyna. Schadzką pechową, bo odkrytą przez męża. Jeśli, czytelniku tej notki, wydaje ci się, że dalszy ciąg bez problemu przewidzisz, zapewniam cię, że jesteś w błędzie. Na tym polega owa pierwszorzędność tej powieści wśród drugorzędnych. Bo wbrew oczekiwaniom nie jest to typowy romans, powiem więcej: nie jest to romans w ogóle. To historia duchowej przemiany, dorastania do życia świadomego, historia nieoczekiwanego poszukiwania sensu. Ale i upadków, kłębiących się w człowieku zaskakujących, niechcianych emocji, z którymi nie sposób sobie poradzić. Ten ostatni wątek jest niezwykle prawdziwy, w kontrze do czytelniczych oczekiwań. Mamy tu też krytykę tradycyjnego wychowywania dziewcząt prowadzącego do hodowania istot pustych, bezmyślnych, oddających się tylko salonowym rozrywkom. Dlatego można przy odrobinie dobrej woli uznać tę powieść za feministyczną, mimo że napisał ją mężczyzna.

Z takiego materiału pisarz tej miary jak na przykład Henry James, stworzyłby arcydzieło. Maugham napisał po prostu mądrą, dobrą książkę, momentami nieco drażniącą zbytnią łopatologią (szczególnie w zakończeniu). Polecam, niekoniecznie tylko do wagonu czy na plażę, gdzie też sprawdzi się znakomicie.

niedziela, 11 stycznia 2015
"Dzikie historie"

Z tygodniowym opóźnieniem obejrzałam "Dzikie historie" wyprodukowane przez Pedro Almodovara. Jest to debiut reżyserski urodzonego w Argentynie Damiana Szifrona. Właściwie nie wybierałam się na ten film, bo zawsze po zaliczeniu filmowej wpadki (tym razem"Pani z przedszkola") przez jakiś czas dziesięć razy się zastanawiam, zanim pójdę do kina. Poza tym pogoda nie sprzyjała (zima, zima, brrr!). No ale jako nałogowa kinoholiczka długo bez używki nie wytrzymam, więc obłaskawiona zachęcającymi głosami dyskutantów w moim ulubionym Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura ostatecznie poszłam. 

"Dzikie historie" to trzymający poziom film przypominający trochę Almodovara z najlepszych czasów, ale oczywiście do oryginału mu daleko. (Podobno jeszcze bardziej jest w stylu Bunuela, nie będę jednak udawała, że go znam.) Składa się z  sześciu zgrabnych nowel, które opowiadają o tym, co dzieje się z ludźmi, kiedy mają już naprawdę dość. A powody frustracji czy gniewu są bardzo różne, czasem niezwykle poważne (oszustwo, zdrada), czasem kompletnie idiotyczne (męska pycha), innym razem to dokuczliwa codzienność (bezduszność biurokracji i przepisów). Kiedy zostanie przekroczona masa krytyczna, bohaterowie wybuchają, dochodzi do głosu ich dzika, zwierzęca natura. Ileż to razy bezradni i wściekli dajemy upust swojej wyobraźni, ogłaszając światu, co byśmy najchętniej zrobili. Szifron właśnie takie sytuacje pokazuje, doprowadzając je do absurdu. Film opiera się na czarnym humorze, momentami bywa bardzo śmieszny, groteskowy, nie przekracza jednak granic dobrego smaku. Nowele, co nieuniknione, podobnie jak opowiadania zebrane w jednej książce, są odrobinę nierówne. Mnie najbardziej podobały się trzy: o kelnerce obsługującej oszusta, który doprowadził do ruiny jej rodzinę, o inżynierze zmagającym się z bezduszną machiną biurokracji (doskonale znamy uśmiechniętych, służbowo miłych urzędników lub pracowników infolinii, którzy jak mantrę powtarzają wyuczone formułki, nic nie mogą, a ich szef jest dla nas niedostępny) i o milionerze zmuszonym do wyciągnięcia syna z kłopotów. Pozostaje pytanie, czy upust gniewu cokolwiek poza zemstą czy wyrównaniem rachunków załatwia? Przynosi ulgę? Pocieszenie? Czyni świat lepszym? Otóż skutki są różne, nie zawsze takie, jakbyśmy oczekiwali. Najczęściej gniew prowadzi na manowce.

Czas na ostateczną konkluzję. Dobry, zabawny film. Miła propozycja weekendowa, tylko tyle albo aż tyle, zależy od punktu widzenia. Ja jednak stale czekam na coś, co koniecznie trzeba będzie zobaczyć! Film wagi ciężkiej, nie deserowej! Od "Lewiatana" nic takiego się nie pojawiło. Czy będzie to najnowszy film mojego ulubionego Gonzalesa Inarritu ("Amores perros", "21 gramów", "Babel")? Czy włoskie "Cuda" nagrodzone w Cannes? Czy "Hiszpanka" Łukasza Barczyka? Czy jeszcze coś innego? Bo pewnie jednak nie "Fotograf" Krzystka, na którego wybieram się w przyszłym tygodniu.

środa, 31 grudnia 2014
"Pani z przedszkola"

Wiedziałam, że Marcin Krzyształowicz, twórca nagradzanej "Obławy", która i mnie zachwyciła, kręci tym razem film współczesny. Zdziwiłam się, że "Pani z przedszkola" nie przeszła selekcji gdyńskiego festiwalu. Potem, kiedy zbliżała się data premiery, dowiedziałam się, że to komedia. Ta wiadomość zaskoczyła mnie jeszcze bardziej, bo nie tego spodziewałam się po reżyserze "Obławy". Ale właściwie skąd moje zdziwienie? Czy to nie myślenie stereotypami? Czy twórca nie ma prawa do takiej wolty? Im bliżej premiery, tym więcej głosów przychylnych, a na dodatek od znajomych usłyszałam, że dawno tak się nie bawili w kinie. Szłam na "Panią z przedszkola" z nadzieją, że zobaczę lekki, śmieszny, inteligentny film z wybitnymi aktorami. Niestety srodze się zawiodłam. Już po mniej więcej piętnastu minutach zaczęłam się niecierpliwić, ale jeszcze dawałam "Pani z przedszkola" kredyt zaufania, jeszcze miałam nadzieję, że się rozkręci. Nic z tego, tak już było do końca.

Zacznę może przewrotnie od zalet. Najważniejsza to zaskoczenie. Akcja rozwija się zupełnie nieoczekiwanie, a to w kinie lubię bardzo. Po raz kolejny powtórzę, nie ma nic gorszego niż przewidywalność. Druga zaleta to aktorstwo. Ja wyróżniłabym Woronowicza i świetnie grającego chłopca (India Dudek; to nie żart, takim ekscentrycznym imieniem zostało obdarzone to dziecko), który wciela się w małego narratora filmowej opowieści. Tym bardziej niezwykła to rola, że niema. Dziecko gra mimiką i gestem i robi to świetnie. Na pozostałych aktorów też miło popatrzeć, chociaż, powiedzmy sobie szczerze, niczym nie zaskakują. Trzecia, i ostatnia, zaleta to odtworzenie klimatu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku. Ale to w pewnym sensie samograj. Wiadomo, że spodoba się na fali nostalgii za czasami słusznie minionymi. Dorzuciłabym może jeszcze na dokładkę kilka dowcipnych, ironicznych, inteligentnych dialogów. Ale kilka na cały film to chyba jednak za mało.

Skąd w takim razie moje rozczarowanie? Największą wadą filmu Krzyształowicza jest nadmiar. "Panią z przedszkola" rozsadzają pomysły. Za dużo tu wszystkiego. Gry z pamięcią, zmienianie biegu wydarzeń, mieszanie planów czasowych, kilkakrotne powracanie do niektórych zdarzeń, rozegranie paru scen w komiksowej konwencji, dodawanie graficznych ozdobników (niekonsekwentne, bo w pewnym momencie reżyser porzuca ten zabieg) to wszystko sprawiło, że zaczęłam zadawać sobie pytanie, o co w tym szaleństwie chodzi. Podobnie jest w warstwie treściowej. Czego tu nie mamy! I żale do ojca, i nieodcięta pępowina, i zazdrość, i kłopoty z męskością, i kpiny z psychoterapii, i problemy małżeńskie, i wredną teściową, i ... No właśnie i ten zaskakujący wątek, którego tu nie mogę zdradzić. A właśnie ta problematyka byłaby być może najciekawsza. Bo przewrotna, bo prowokująca. A wyszło trochę tak, jakby Krzyształowicz i chciał, i bał się, więc utopił ten temat w morzu innych. Nic dziwnego, że nie wybrzmiewa należycie. Dlatego właściwie cały czas w trakcie seansu zadawałam sobie pytanie: właściwie o czym jest ten film? I jeszcze drugie, mocniejsze. Pytanie, które kiedyś na jednym ze słabszych gdyńskich festiwali zadała swoim koleżankom i kolegom Agnieszka Holland: po co nakręciliście te wszystkie filmy? O to samo mogłabym zapytać Krzyształowicza: po co nakręcił pan ten film? Tylko dla zabawy? Rzecz w tym, że to też nie wyszło. Po jakimś czasie efekciarstwo i tematyczne pomieszanie sprawiają, że "Pani z przedszkola" zaczyna nużyć i obojętnieć. Obojętność to słowo chyba najlepiej oddaje mój stosunek do najnowszego obrazu twórcy "Obławy". Mogłam go sobie darować. A taka konkluzja zawsze bardzo mnie złości, bo nic gorszego niż świadomość zmarnowanego czasu.

PS. Nie mogę wykluczyć, że będą tacy, niekoniecznie nieliczni, którym "Pani z przedszkola" jednak się spodoba.

sobota, 16 sierpnia 2014
"Bardzo poszukiwany człowiek"

Wakacje to w polskich kinach marny czas. Nie od dziś wiadomo, że króluje głównie rozrywkowy repertuar. Mam jednak wrażenie, że tego lata jest wyjątkowo monotonnie i nieciekawie. W dodatku z powodu wyjazdów albo zbyt długiego wybierania się przepadły mi aż trzy niewakacyjne filmy. Chwilowo mój blog powinien chyba zmienić nazwę, bo tylko czytam, a oglądam niewiele. Mam nadzieję, że zbliżająca się wielkimi krokami jesień przyniesie zmianę repertuaru. Tymczasem wybrałam się na "Bardzo poszukiwanego człowieka", szpiegowski thriller nakręcony na podstawie powieści mistrza gatunku Johna le Carre. Mam jeszcze w pamięci inną ekranizację jego prozy, znakomitego "Szpiega". Ale już wcześniejszy "Wierny ogrodnik" wydał mi się  nazbyt sentymentalny i jakoś przewidywalny. Pamiętam, że wyszłam z kina rozczarowana. Ponieważ nie czytałam ani jednej powieści le Carre (może kiedyś nadrobię ten brak), trudno mi powiedzieć, na ile to słabość scenariusza, a na ile literackiego oryginału (pewnie to pierwsze, skoro autor uważany jest za mistrza w szpiegowskiej odmianie pisarskiego fachu). "Bardzo poszukiwanego człowieka" stawiam pośrodku. Jest bez wątpienia lepszy od "Wiernego ogrodnika", ale "Szpiegowi" nie dorównuje. 

Tym razem to historia współczesna osnuta wokół walki wywiadów z islamskim terroryzmem. Gdzieś w tle pojawia się bardzo aktualne pytanie o to, czy wywiadowi wolno działać poza prawem w imię szlachetnego celu, jakim jest bezpieczny świat. Ale problem został ledwo dotknięty, a szkoda. Jakoś nie wybrzmiewa z należytą mocą. I taki właśnie jest ten film. Dość powierzchowny, nazbyt przewidywalny, a jakby tego jeszcze było mało, postacie są jednowymiarowe. Niby domyślamy się, że główny bohater, agent kontrwywiadu grany przez Philipa Seymoura Hoffmana, niejedno przeszedł i mrok ma w duszy, ale bardziej w to wierzymy niż czujemy. Dlatego jest mi w zasadzie doskonale obojętny, żadnych emocji nie rozpala. Podobnie jest z Annabel, młodą, szlachetną prawniczką czy Issą, tajemniczym przybyszem z Czeczenii. Zbyt szybko rozwiewają się wątpliwości związane z tym bohaterem, właściwie nie wiadomo na jakiej podstawie, a przecież to wokół niego osnuta została szpiegowska intryga. Trudno też zrozumieć motywy decyzji, jakie podejmuje. A już oponenci agenta granego przez Hoffmana są postaciami nakreślonymi bardzo grubą kreską. Żadnego cieniowania racji, żadnych wątpliwości, z góry wiemy, kto tu będzie dobrym, a kto złym policjantem. I jeszcze jeden kamyczek do tego ogródka. Otóż mimo że akcja filmu toczy się w Hamburgu, wszyscy bohaterowie niezależnie od tego, kim są, mówią po angielsku. Taki zabieg, stosowany przez producentów w trosce o wyższą frekwencję, powoduje, że film trąci sztucznością. Marudzę i marudzę, ale przecież nie skreślam "Bardzo poszukiwanego człowieka". To uczciwa, filmowa robota, taka na czwórkę. Ogląda się ją bardzo dobrze, w jakimś napięciu, no i dwa razy (tylko? aż?) zostałam zaskoczona. Raczej gorzki to film, ale tylko raczej, a szkoda, bo zmarnowano potencjał na bardzo mroczne kino.

środa, 23 lipca 2014
Filmowe lato: "Pożądanie" i "Więzy krwi"

Mam wrażenie, że tegoroczne wakacje obfitują tylko w repertuar rozrywkowy. W poprzednich latach zawsze udawało mi się wyłowić coś ambitniejszego. W tym roku królują filmy miłosne, szeroko rozumiane sensacyjne, ewentualnie komedie. Takie też są zapowiedzi na dalszą część lata. Prawdziwy sezon ogórkowy. No chyba że nagle, niczym królik z kapelusza, wyskoczy coś innego. Nie mogę odżałować, że z powodu wakacyjnego wyjazdu przepadł mi irański film "Rękopisy nie płoną". Jak to możliwe, że w moim całkiem sporym przecież mieście, gdzie kin studyjnych jest kilka, grano go tak krótko i to tylko w jednym, moim ulubionym, kinie? Cóż, na bezrybiu i rak ryba, więc sposród filmów lekkich, łatwych i przyjemnych wybrałam dwa. Jeden romansowy, czyli francuskie "Pożądanie" z piękną Sophie Marceau oraz z Francoisem Cluzet, drugi sensacyjny, francusko-amerykańskie "Więzy krwi" z Marion Cotillard. Wyboru nie żałuję, oba bardzo dobrze się ogląda, chociaż na pewno tę stawkę w cuglach wygrywają "Więzy krwi". Możliwości, jakie daje kino sensacyjne, są po prostu większe niż te, którymi dysponuje kino spod znaku amora.

Tu o wiele trudniej wyjść poza schemat, chociaż reżyserka, scenarzystka i zarazem odtwórczyni jednej z ról, Lisa Azuelos, bardzo się stara. Ożywieniem kliszy ma być gra z widzem: czy to, co oglądamy na ekranie, jest prawdą, czy tylko fantazją jednego z bohaterów? Niczego tu nie zdradzam, bo kto widział zwiastun filmu, ten wie, że na takich zabiegach film jest oparty. A poza tym? Uwodzicielska i czarująca Sophie Marceau w roli wziętej, świeżo samotnej pisarki (ale z trojgiem dzieci), dla której żonaty mężczyzna jest tabu (cytat z pamięci), i interesujący Francois Cluzet w roli wziętego, żonatego i też dzieciatego prawnika, który w młodości się wyszumiał, a teraz docenia uroki statecznego życia rodzinnego. Wiadomo, że się spotkają, wiadomo, że zaiskrzy, pozostaje pytanie, czy złamią swoje zasady. Kto ciekaw, niech wybierze się do kina, tym bardziej, że film ma wszelkie zalety przynależne lekkiemu gatunkowi. Jest chwilami zabawny i dowcipny, po francusku lekki jak pianka i elegancki, ładny (przez ładność w takich razach rozumiem pięknych aktorów w pięknych strojach, piękne miasto, takież wnętrza, jednym słowem piękny świat, który w takiej formie nie występuje), trochę ironicznych obserwacji na temat szczęśliwego  małżeństwa z odpowiednim stażem. To tyle. Czy ktoś się wzruszy? Nie wiem, ja się nie wzruszyłam. Same zalety? Nie, aż tak dobrze nie jest. Lojalnie uprzedzam, że w końcu to wszystko zaczęło nieco nużyć a niektóre sceny zbyt ociekały uczuciowym lukrem. Poza sezonem wakacyjnym, szczególnie w okresie obfitości ciekawych premier, pewnie bym się na "Pożądanie" nie wybrała, ale w zaistniałych letnich okolicznościach nie żałuję.

A "Więzy krwi"? Tu przyczepić się nie ma do czego. Przyzwoity, a może nawet więcej, film sensacyjny. Trzy kobiety i trzech mężczyzn, zagadki, namiętności stare i nowe. Ale najważniejsi są  dwaj bracia. Ten dobry, młodszy, Frank - gliniarz, i ten zły, Chris, który właśnie wyszedł z więzienia i próbuje zacząć wszystko od nowa. Frank chce mu w tym pomóc,  a to stoi w konflikcie z jego zawodowymi obowiązkami. Co wybierze: zawodową czy rodzinną lojalność? Oczywiście wiadomo, że za braćmi wlecze się wspólna przeszłość, zadawnione urazy, niechęci, rywalizacja, kompleksy. I Chris, i Frank to postacie niejednoznaczne, szczególnie ten pierwszy raz budzi sympatię, innym razem odpycha. Rozegrane jest to ciekawie i zaskakująco. No i bardzo dobrze zagrane (Clive Owen i Billy Crudup). Film trzyma w napięciu, akcja stale skręca, wszystko jest tu z sobą misternie zaplecione, więc oglądać należy uważnie, bo drobne szczegóły okazują się ważne. Nawet pościg samochodowy się znalazł. A dodatkowym bonusem, być może dla niektórych najważniejszym, jest osadzenie akcji w latach siedemdziesiątych i wierne oddanie realiów epoki. I tu moja pretensja do dystrybutora: nie rozumiem, dlaczego polskie tłumaczenie nie szanuje tego i kilkakrotnie razi użyciem słów z językowego topu (wybacz, czytelniku tej notki, że nie podam przykładów, cóż, pamięć mnie zawiodła). To oczywiście drobiazg w morzu zalet, więc konkluzja jest jednoznaczna: "Więzy krwi" to film nie tylko na lato.

niedziela, 11 maja 2014
"Casanova po przejściach"

Dawno tak się nie dałam nabrać. Pewnie nie ja jedna. A nabiera oczywiście dystrybutor filmu, licząc na to, że wystarczy posłużyć się wdzięcznym cytatem z recenzji ("Woody Allen w najlepszej formie!"), aby każdy (no prawie każdy) czytający te słowa, automatycznie przyjął, że "Casanova po przejściach" to kolejny film Woody Allena. Tymczasem on zagrał tu tylko jedną z dwóch głównych ról, a reżyserem i autorem scenariusza jest John Turturro. Ale tego wszystkiego dowiedziałam się, kupując bilet na seans w moim ulubionym kinie. Jakżeż było mi wstyd, ja, kinomaniaczka, tak się pomyliłam. Cóż, za gapiostwo się płaci. Jeśli ktoś widział  zwiastuny filmu, mógł się poczuć oszukany podwójnie (ale kto wierzy zwiastunom?). Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo lubię być w kinie zaskakiwana. Otóż "Casanova po przejściach" (w roli tytułowej melancholijny i smutny John Turturro) wcale nie jest pikantną opowieścią o podstarzałym żigolaku, który namówiony przez przyjaciela (to Woody Allen), zaczyna za pieniądze spełniać erotyczne fantazje bogatych i zblazowanych kobiet. A ściślej rzecz biorąc, tak się wszystko zaczyna, aby nagle przeobrazić się w ... Tego oczywiście nie zdradzę, w każdym razie całość podryfowała w zupełnie innym kierunku.

Przyznam, że mam kłopot z tym filmem. Jest nieco dziwaczny dziwnością trochę rodem z baśni, nieco nielogiczny, banalny, miejscami odrobinę nudnawy. Jeśli ktoś liczy na komedię, też może się poczuć rozczarowany, najwyżej lekko się uśmiechnie, na pewno brzuch go ze śmiechu nie rozboli. Ale mimo tych zastrzeżeń ogląda się go nieźle. Ot, mile spędzony czas. Woody Allen gra swojego bohatera (raczej takiego jak w "Drobnych cwaniaczkach" niż intelektualistę), chociaż materiału na rolę nie ma tu zbyt wiele. Sympatię może budzić melancholijny i smutny Turturro. Zresztą prawie wszystkich bohaterów da się lubić.

Uczciwie muszę stwierdzić, że film ma bardzo różne recenzje. Pięć gwiazdek od Pawła T. Felisa z Wyborczej (nie wiem dlaczego, bo nie czytałam; moim zdaniem to gruba przesada), ale fatalne oceny w Tygodniku Kulturalnym w TVP Kultura (gdybym wysłuchała tych uwag wcześniej, pewnie nie wybrałabym się do kina; ja aż taka surowa dla "Casanovy po przejściach" nie jestem). Cóż, nic wielkiego, można zobaczyć, można sobie darować. Dziury w niebie nie będzie.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Katarzyna Pawlak "Za Chiny Ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka"

Książka Katarzyny Pawlak "Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka" (carta blanca 2013) to moja kolejna chińska lektura. Na pewno najlżejsza i najbardziej naskórkowa. Autorka, która w Chinach spędziła dwa lata, studiując na szanghajskiej a potem pekińskiej uczelni, z góry uprzedza, że nie towarzyszył jej żaden ambitny zamysł. Książka nie miała być, jak pisze, "obrazem kompletnym" ani "portretem", ani "społeczeństwa", ani "w obliczu", ani "u progu". U jej źródła są blogowe zapiski pisane dla przyjaciół, znajomych i rodziny, zamiast mejli czy telefonów, jak to często dzisiaj bywa.

Całość składa się z dwóch części: pierwsza to obrazki z chińskiej codzienności, druga zapiski i refleksje z kilkunastu podróży po Państwie Środka, najczęściej na tereny przygraniczne, najchętniej tam, gdzie jak najmniej turystów, gdzie można spotkać jeszcze autentyzm a nie turystyczną wydmuszkę pozbawioną życia. A to wszystko w krótkich, klarownych rozdziałach. Ot taki zbiór ciekawostek znakomity dla kogoś, kto się do Chin wybiera albo po prostu Chinami się interesuje, jak ja. Znajdziemy tu opowieść o chińskich fryzjerach, refleksje o tym, jak to jest być cudzoziemcem w Chinach, uwagi o wychowaniu małych Chińczyków, zadumę nad szalonym konsumpcjonizmem, wybrzydzanie na chiński internet nieprzyjazny dla cudzoziemca, obraz chińskiej popkultury i mnóstwo innych obrazków z życia wziętych. Jedne bardzo ciekawe, inne mniej, jedne poważniejsze, kuszące się o socjologiczną, najczęściej, refleksję, inne lżejsze, ot sympatyczne błahostki.  A wszystkiemu towarzyszy refleksja o zmianach dokonujących się w szaleńczym tempie w imię często bezmyślnego postępu i otwartości. Kto Chinami się interesuje, kto czytał inne książki o tej tematyce, ten tą konstatacją nie będzie zdziwiony. Pisze o tym i Pomfret ("Lekcje chińskiego"), i Hessler ("Przez drogi i bezdroża").

Autorka zupełnie nie zajmuje się przeszłością, a już szczególnie dwudziestowieczną, dlatego jest to pierwsza książka o Chinach z tych, które przeczytałam, lekka, łatwa i przyjemna. Świetna do pociągu, niekonieczna w formie tradycyjnej, papierowej, wystarczy na czytniku (nie wiem, czy jest w wersji elektronicznej; póki co jeszcze się na czytnik nie zdecydowałam). Wyznam jednak szczerze, że z czasem trochę zaczęła mnie nużyć, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne. I jeszcze jedno, niestety książce przydałaby się porządna obróbka. Nie jest to zarzut pod adresem autorki, ale kamyczek do ogródka wydawnictwa. Redakcyjna niestaranność tym bardziej dziwi, że carta blanca jest jakąś odnogą PWN-u.

poniedziałek, 27 stycznia 2014
"Sierpień w hrabstwie Osage"

Do kina szłam podszyta nieufnością zmieszaną z ciekawością. Czym okaże się "Sierpień w hrabstwie Osage"? Film ze znakomitą obsadą, obsypany nominacjami do Złotych Globów dla Meryl Streep i Julii Roberts (nawet nie wiem, czy dostały) i do Oskarów. Rodzinna psychodrama porównywana do Czechowa. "Czechow w Oklahomie" krzyczy tytuł recenzji, nietypowa komedia, śmiech więźnie w gardle, to z lidu do tego samego tekstu. Czym więc będzie ten film? Amerykańskim dobrze skrojonym produktem na miarę, eleganckim, ale przewidywalnym, czy może czymś więcej? Bliżej mu do produkcji z Hollywoodu czy do duńskiego "Festen"? Tak sobie myślałam, zmierzając w mroźne sobotnie przedpołudnie przez opustoszałe miasto do mojego ulubionego kina. No cóż, teraz już wiem. Tak w gruncie rzeczy przypuszczałam. "Sierpień w hrabstwie Osage" to sprawnie zrobiony film ze znakomitą obsadą, przyjemny w oglądaniu, ale do bólu przewidywalny. Jest jak te piosenki, które lubimy, bo doskonale znamy. Z Czechowem łączy go tyle tylko, że bohaterkami są matka i trzy siostry, a rzecz rozgrywa się na prowincji, amerykańskiej rzecz jasna. Całą resztę można sobie dośpiewać. Spotkanie matki z córkami, zięciami i innymi krewnymi prowokuje rodzinne piekiełko. Wybuchają zadawnione konflikty i pretensje, na wierzch wychodzą rozmaite urazy, traumy, toksyczne więzi i oczywiście tajemnice. Mogłabym tu stworzyć długą listę tychże, z których, czytelniku tej notki, mógłbyś dowolnie wybierać, bawiąc się w zgadywanie. Mogłabym też pewnie po prostu je wymienić bez większej szkody, wszak są tak dobrze znane. Toposy, którymi karmi się kino popularne i seriale. Owszem, ogląda się z przyjemnością, podobną do tej, jaką czerpiemy z wizyty w teatrze na wystawionej po bożemu, solidnej sztuce, która daje znakomitej obsadzie duże pole do aktorskiego popisu. Nieprzypadkowo odwołuję się do takiego skojarzenia. Scenariusz bowiem powstał na podstawie nagradzanej sztuki Tracy'ego Lettsa. I tę teatralność na ekranie widać. Z wyżej wymienionych powodów nie żałuję, że w kinie byłam. Świetne aktorstwo, sarkastyczne dialogi, rodzinne tajemnice to czasem wystarcza. Ale jeśli, czytelniku tej notki, szkoda ci pieniędzy na taką elegancką błyskotkę albo nie bardzo masz czas na wyprawę do kina, możesz ją sobie spokojnie darować. I tak w pół godziny po seansie zapomnisz. To nie film z pazurem, prowokacyjny, poruszający, ostry. Ot, miłe, eleganckie, może nieco wzruszające dwie godziny w kinie, tylko tyle albo aż tyle. Zależy od punktu widzenia.

poniedziałek, 18 listopada 2013
"Historie rodzinne"

Warto wybrać się do kina na dokument Sary Polley "Historie rodzinne". Być może, czytelniku tej notki, kojarzysz tę kanadyjską aktorkę i reżyserkę, z  filmów Isabel Coixet "Życie ukryte w słowach" i "Moje życie beze mnie", w których grała główne role. Jest też prawdopodobne, że oglądałeś jej film "Take This Waltz", który gościł na naszych ekranach mniej więcej rok temu. Miał bardzo dobre recenzje, ale ja nie do końca podzielałam entuzjazm recenzentów, czemu dałam wyraz w swojej notce. To nie zniechęciło mnie jednak do obejrzenia "Historii rodzinnych".

Sara Polley opowiada tu historię swojej rodziny. Rozmawiając z ojcem, rodzeństwem i znajomymi rodziców, odkrywa rodzinną przeszłość, ale bohaterką jej filmu jest przede wszystkim  matka. Reżyserka przystępując do swojej pracy, zna już tajemnice sprzed lat i stopniowo, krok po kroku, odkrywa je teraz przed widzem. Jej matka, aktorka i reżyserka castingów, to kobieta niezwykle ciekawa o nietuzinkowym podejściu do życia. Ta historia mogłaby się stać tematem powieści czy filmu fabularnego. Ja odnajduję ślady jej osobowości w bohaterce  "Take This Waltz". Obie mają podobne podejście do życia i związków.

Dokument Sary Polley ogląda się z zapartym tchem. To, co dla mnie najciekawsze, oprócz samej historii, to stosunek do tego, co się wydarzyło. Przeszłość, odkryte tajemnice nie są tu powodem traum (a przecież mogłyby być). Chociaż przeszłość skrywa osobiste dramaty, wszyscy zamieszani w tę historię potrafili z czasem pogodzić się z tym, co się stało, i wyciągnąć z tej sytuacji to, co dobre. A główną bohaterkę próbują zrozumieć. Jej stosunek do życia, jej wybory. Nie oskarżają, ale dostrzegają także swoje błędy i zaniechania.

"Historie rodzinne" to również film o pamięci. Co i jak zapamiętujemy? Czy da się dojść do prawdy? Czy można opowiedzieć przeszłość obiektywnie? I jeszcze jedna refleksja, od której film się zaczyna. Opowieść tworzy się z dystansu, początkowo jest chaos dziania się, dopiero po latach można go przekuć w story. To, na naszych oczach, robi Sara Polley.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5