Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 18 października 2017
Egon Hostovsky "Zaginiony"

Ostatnio kupiłam kilka interesująco zapowiadających się powieści i systematycznie po nie sięgam, przeplatając literaturą faktu. Zwykle bywa odwrotnie – to literaturę faktu przeplatam powieścią, ale widocznie minione już lato sprawiło, że poczułam głód beletrystyki. Wśród moich zakupów znalazła się książka czeskiego pisarza Egona Hostovskiego „Zaginiony” (Książkowe Klimaty 2016; przełożył Andrzej Jagodziński). Autor od końca lat czterdziestych zeszłego wieku przebywał na emigracji w Stanach, a i wojnę tam spędził, uciekając przed Holocaustem. Zmarł w roku 1973. Uważany jest za jednego z ważniejszych czeskich pisarzy, na naszym rynku wydawniczym został dopiero odkryty dzięki Książkowym Klimatom. Czy za „Zaginionym” pójdą jego kolejne powieści, tego nie wiem. Nasze wydawnictwa bywają kapryśne, niektórzy autorzy pojawiają się jedną książką jak efemerydy, inni wydawani są od deski do deski.

Akcja powieści rozgrywa się w Pradze zimą roku 1948. A rok to bardzo ważny w historii powojennej Czechosłowacji, z czego oczywiście nie zdajemy sobie sprawy. Uczciwie przyznaję, że i ja nic na ten temat nie wiedziałam. Na szczęście polskie wydanie rozpoczyna się klarownym wstępem Andrzeja Jagodzińskiego, który wprowadza czytelnika w meandry roku 1948. Dla potrzeb tej notki wspomnę tylko krótko, że to właśnie w lutym tego roku ostatecznie przesądzony został los Czechosłowacji. To wtedy w wyniku zamachu stanu ostatecznie całą władzę przejęła Komunistyczna Partia Czechosłowacji, prezydentem został Klement Gottwald, rozpoczęły się polityczne czystki, prześladowania, w tajemniczych okolicznościach zginął minister spraw zagranicznych Jan Masaryk, a tysiące osób udało się na emigrację. I właśnie w czasie tych mrocznych miesięcy rozgrywa się akcja „Zaginionego”.

Myślę, że powieść Egona Hostovskiego zadowoli każdego czytelnika. Z jednej strony opowiada o sprawach bardzo istotnych i uniwersalnych – o przyjaźni, niespełnionej, zawiedzionej miłości, wierności ludziom i własnym poglądom, zaufaniu i jego braku. Jest w tej książce kilka takich rozmów, kiedy czytelnik ma wrażenie, że odkryte zostają mu sprawy najważniejsze, że zbliża się do zrozumienia istoty, że odkrywa tajemnicę ludzkiej egzystencji. Wiem, brzmi bardzo górnolotnie, ale nic na to nie poradzę, że czytając, takie właśnie miałam wrażenie. Tak było, kiedy śledziłam rozmowę Olgi, żony jednego z głównych bohaterów, Erika, kobiety nieszczęśliwej, zrezygnowanej, ale szlachetnej, z dziennikarzem Borkiem. Mówili o ostrożności, braku zaufania i zemście. Straszne czasy, w których żyli, wymuszały stałą ostrożność, bo nie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Kto przyjaciel, a kto wróg, a i przyjaciel ze strachu albo z wyrachowania może stać się wrogiem. Wieczna czujność sprawiała, że wszyscy żyli jak obłąkani, zniknęła spontaniczność, zniknęły ludzkie odruchy. Bohaterowie spotykają się potajemnie, mówią szeptem, stale kalkulują, a i tak na końcu okazuje się, że ktoś doniósł, bo był szpiclem. Olga mówi też o zemście, która dotyka nie tylko tego, kto zawinił, ale i jego bliskich, bo dostają rykoszetem. Druga rozmowa, która zrobiła na mnie wrażenie, to spotkanie księdza, ze spokojem czekającego na aresztowanie, z kominiarzem, szczerym komunistą. Dlaczego tacy ludzie jak ów kominiarz, porządni, przyzwoici, popierają komunistyczny zamach stanu? Bo nie dostrzegaliście głodnych, powie. Tak, ale to nie głodni robią tę rewolucję, odpowie ksiądz. Nie o głodnych tu chodzi, on już to rozumie, jego adwersarz być może pojmie wkrótce. To rozmowa o dwóch źródłach zła – głodzie i nienawiści. I chociaż została napisana w innych czasach i w innym kontekście, to zabrzmiała mi bardzo współcześnie. W ogóle „Zaginiony” to powieść gadana. Z drugiej strony dużo się tu dzieje, akcja gna, zaskakuje, a autor buduje napięcie, co chwilę zostawiając czytelnika w niepewności. Bo ta ważna książka została wtłoczona w schemat powieści szpiegowskiej. To dlatego napisałam, że zadowoli każdego czytelnika.

Bohaterowie, a jest ich tu kilku równie ważnych, trudno powiedzieć, kto jest tym najważniejszym, zostają wplątani w grę dwóch politycznych machin – czeskiej i amerykańskiej. I nie pozostanie to bez wpływu na ich życie. To kolejny temat powieści – czy zawsze możemy decydować o swoim losie? Jaki mamy wpływ na bieg wydarzeń? Ile od nas zależy? A sprawa jest w gruncie rzeczy banalna, a w każdym razie taka byłaby w normalnym świecie, ale trwa zimna wojna, więc obie strony zastanawiają się, czy pozwolić wyjechać do Stanów jednemu z bohaterów, Pavlowi Kralovi. I Czesi i Amerykanie chcą go ewentualnie wykorzystać do swoich celów, i jedni, i drudzy zastanawiają się, kim naprawdę jest. Pavel Kral staje się zakładnikiem, pionkiem w grze, a wraz z nim jego przyjaciele i urzędnicy mimowolnie zaplątani w tę sprawę. Napisałam, że jest jednym z bohaterów powieści, ale on sam na jej kartach nigdy się nie pojawi. Dlatego stale obecne jest pytanie – kim jest naprawdę? Jakie ma intencje? Czy to szlachetny człowiek, który chce zrobić coś dobrego, czy też sprytnie umie się ustawić, wykorzystując swoich przyjaciół i krzywdząc ich przy okazji?

Egon Hostovsky w swojej powieści miesza klimaty. Z jednej strony książka jest śmieszna, dowcipna, lekka. Wiele tu zabawnych zdarzeń i postaci, bohaterowie próbują jakoś z wdziękiem iść przez życie, jakoś się w nim ustawić, czerpać z niego to, co najlepsze, nie narażając się nikomu. Lubią proste przyjemności, wieczorne spotkania z przyjaciółmi w knajpie, gdzie kelner doskonale ich zna i nie musi pytać, co zamawiają. Oni nie chcą być bohaterami, nie chcą dokonywać rzeczy wielkich, nie chcą mieszać się do polityki. Nawet kiedy zostają do tego zmuszeni, próbują ratować się fortelem. Ale przecież nie zawsze się tak da. Nie wszystkim się uda. Niektórzy poznają smak emigracyjnej poniewierki i rozstania. Tragiczne nuty, których w „Zaginionym” nie brakuje, przełamane zostają lekką konwencją i śmiechem. Ale nad całością dominuje jednak czarny klimat i klaustrofobiczna atmosfera podejrzeń i nieufności. Nieprzypadkowo bohaterowie przemykają szarymi, zimowymi ulicami, spotykają się w ciasnych, ciemnych, brzydkich wnętrzach, często nocą.

Bardzo ciekawa powieść. Kto ją przeczyta, może sięgnie po inną, trochę bardziej wymagającą, wznowioną niedawno, nagrodzoną kilka lat temu Angelusem. Myślę o „Przypadkach inżyniera ludzkich dusz” Josefa Skvoreckiego, też czeskiego emigranta. Ja kilka lat temu zachwyciłam się nią ogromnie.



 

środa, 11 października 2017
Dionisios Sturis "Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji."

O tym, że Dionis Sturis pisze książkę o greckich imigrantach, których pod koniec lat czterdziestych i później w czasie greckiej wojny domowej i po jej zakończeniu przyjęła Polska oraz inne kraje komunistyczne, wiedziałam od dawna. Nic więc dziwnego, że nie tylko szybko ją kupiłam, ale i szybko przeczytałam. Piszę Dionis, a nie Dionisios, bo autora znam z radia, a tam używa skróconej wersji swojego imienia, więc jakoś do tej dłuższej nie bardzo umiem się przyzwyczaić. No ale trudno, teraz musi być oficjalnie – książka, o której dziś napiszę, to „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji” Dionisiosia Sturisa (W.A.B. 2017). Kto wcześniej nie zetknął się z twórczością autora, dziennikarską i reporterską, ten pewnie z pewnością domyśli się, że musi mieć jakieś greckie korzenie. I tak jest rzeczywiście. Sturis pisał już o tym w swoim pierwszym reportażu „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, która był opowieścią o Grecji, jej najnowszej historii, kryzysie ekonomicznym i politycznym, a także o rodzinie autora. Jego ojciec to jedno z dzieci, które w roku 1947 w czasie krwawej greckiej wojny domowej przyjęła Polska. Matka autora, Polka, była jego drugą żoną, i po rozwodzie, który nastąpił dość szybko, wróciła z Salonik do Polski. I jak to w takich sytuacjach bywa, Dionis Sturis tracił swoje greckie korzenie, aby po latach zacząć je odzyskiwać. Nic dziwnego, że postanowił zająć się tematem nieistniejącym w powszechnej świadomości. No bo z ręką na sercu, kto zastanawia się, skąd się wzięli w Polsce Jorgos Skolias, Antymos Apostolis, Milo Kurtis, Eleni? Przecież są Polakami, mówią po polsku, a że mają dziwne imiona i nazwiska? Nie zastanawiamy się nad tym. Ja pewnie też żyłabym w błogiej nieświadomości, gdyby jedna z moich dalszych ciotek nie miała przyjaciółki Greczynki, o której często wspominała. I lubiła przy tym dodawać, że jest z tych Greków, którzy po wojnie przyjechali do Polski. I tyle mojej wiedzy. Przyjmowałam to jako fakt, nie zastanawiając się nad nim głębiej. Jacy Grecy? Dlaczego? Dopiero z pierwszej książki Sturisa dowiedziałam się trochę, a teraz dzięki „Nowemu życiu” poznałam ten zapomniany epizod z polskiej i greckiej historii jeszcze lepiej.

Choćby tylko z tego jednego powodu po ten reportaż powinno się sięgnąć obowiązkowo. Ale są i inne przyczyny. Najprostsza – jest po prostu niezwykle ciekawa, świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Ale jest i powód ważniejszy – w czasach kiedy odwracamy się od ludzkiego nieszczęścia, kiedy odsuwamy od siebie jak najdalej myśl o uchodźcach szturmujących bramy Europy, kiedy zagubiliśmy gdzieś naszą wrażliwość, o solidarności nie ma co wspominać, warto przyjrzeć się tamtej historii. Mimo powojennej biedy przyjmowaliśmy najpierw greckie dzieci, potem rannych i chorych, aby po zakończonej wojnie przywitać uchodźców politycznych, którym w ich ojczyźnie groziło więzienie, tortury, może śmierć. Dionis Sturis nie ukrywa, że początkowo zainteresował się tematem ze względu na swoją rodzinną historię, potem jednak w miarę narastania kryzysu uchodźczego jego motywacja rozszerzyła się. Podkreśla to wyraźnie w wywiadach, których udzielił przy okazji promocji książki. Dlatego zadedykował ją uchodźcom. Oczywiście powie ktoś, że sytuacja nie jest symetryczna. Bo tamci uchodźcy byli bliżsi nam kulturowo, trafiali do nas na mocy tajnych decyzji politycznych, długo cała operacja była trzymana w tajemnicy (dlaczego, o tym w książce). Dopiero po zakończeniu wojny domowej Polska i inne kraje komunistyczne zaangażowały się w pomoc uchodźcom oficjalnie. To prawda. Niemniej jednak należy docenić fakt, a może nawet spojrzeć nań z podziwem, że powojenna biedna Polska, która sama dźwigała się z ruin, wysupłała na tę operację pieniądze, a przede wszystkim zdobyła się na organizacyjny wysiłek. A i potem, kiedy uchodźcy greccy zamieszkali w miastach czy na wsiach, spotkali się z życzliwym przyjęciem i szybko integrowali z Polakami. Oczywiście jak zawsze najłatwiej przychodziło to dzieciom. Wiele w książce Sturisa świadectw na ten temat – rozmów z tamtymi uchodźcami, którzy dziś są już ludźmi sędziwymi, i ich dziećmi.

Ale w „Nowym życiu” znajdziemy oczywiście nie tylko rozmowy i opowieści o losach bohaterów książki, ich potomków czy Polaków, którzy organizowali tu na miejscu nowe życie dla uchodźców. Autor posiłkując się literaturą przedmiotu, sięga do źródeł tego, co się stało, a więc do czasów drugiej wojny, opowiada o historii greckiej wojny domowej, o niechlubnej roli wielkich mocarstw w tym konflikcie, szczególnie Stanów i Wielkiej Brytanii (Grecja na mocy porozumienia z ZSRR znalazła się w brytyjskiej strefie wpływów), które bojąc się zwycięstwa greckich komunistów, poparły ich przeciwników, wśród nich też tych, którzy w czasie wojny kolaborowali z nazistami. Ironia losu polega na tym, że to przecież greccy komuniści stawiali opór Niemcom. To bardzo gorzkie fragmenty książki. Kolejne świadectwo tego, jak bezduszna i cyniczna potrafi być wielka polityka. Warto wspomnieć, że do dziś ci, którzy prześladowali politycznych przeciwników, nie zostali rozliczeni.  Pewnie to, że greccy uchodźcy byli w sporej części ideowymi komunistami, jest powodem, że  polscy badacze raczej unikają tego tematu.

Książka Sturisa jest bardzo klarownie skonstruowana – autor chronologicznie prowadzi czytelnika przez meandry historii. Jak wspomniałam, zaczyna od źródeł, potem opowiada o przyjmowaniu uchodźców, pierwszych latach w nowej ojczyźnie, potem pisze o skomplikowanej, ciągnącej się latami, operacji łączenia rodzin (ponieważ ewakuowano najpierw dzieci, potem rannych, a na końcu pozostałych, rodziny trafiały często do różnych krajów), na którą zdecydowano się dopiero wtedy, kiedy ze względu na sytuację polityczną w Grecji stało się jasne, że uchodźcy być może nigdy tam nie wrócą. Aż wreszcie, kiedy wymarzony powrót stał się możliwy, dowiadujemy się o dylematach polskich Greków – wracać, bo wreszcie można, czy zostać, bo przecież nowe życie w wytęsknionej ojczyźnie to wielka niewiadoma, a tu już się człowiek dawno zdążył zadomowić. Jedni wracali, inni postanowili zostać, znowu dzieliły się rodziny. Sturis kończy swoją książkę opowieścią o dniu dzisiejszym polskich Greków. O nieuchronnym procesie asymilacji potomków tych, którzy w Polsce zostali. Zastanawia się też, co daje i co odbiera taka podwójna tożsamość. Nie ucieka też od trudnych pytań. Najważniejszym jest to o ewakuację greckich dzieci. Czy była przymusowa, czy dobrowolna? Czy dobrze, że była? Dzieci wyrwano z rodzin, odbyły długą, niewiarygodnie niebezpieczną i potwornie męczącą drogę, znalazły się w nowym kraju, o którym nie miały pojęcia, same, bez rodziców, dziadków, często bez rodzeństwa, nie wiadomo, jak długo miało trwać to rozstanie. Co dostały w zamian? Wytchnienie, spokój, obfitość jedzenia, czyste łóżko, możliwość nauki. Oczywiście nie tylko greckie dzieci ewakuowano w czasie wojny. Ratunku szukano dla dzieci żydowskich, Anglicy masowo wysyłali swoje dzieci na północ kraju w obawie przed bombardowaniami. To wojna jest przyczyną takich dylematów i takich tragedii. Banalne, ale niestety prawdziwe. I to też uświadamia książka Dionisa Sturisa.

 

środa, 04 października 2017
Andrea Tompa "Dom kata"

Książkowe Klimaty to jedno z tych wydawnictw, których ofertę pilnie śledzę. Wydają literatury niszowe, między innymi węgierską, grecką, słowacką, bułgarską, rumuńską. Od czasu do czasu coś sobie z ich katalogu wybieram. To dzięki nim na polskim rynku ukazała się znakomita powieść Varujana Vosganiana „Księga szeptów” nagrodzona w zeszłym roku Angelusem. Ten sam laur kilka lat wcześniej zdobyła książka „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)” Pavla Rankova. W tym wypadku nagroda wydała mi się grubą przesadą. Zresztą odkąd Książkowe Klimaty pojawiły się na naszym rynku wydawniczym, nie ma roku, aby ich książki nie znalazły się przynajmniej w półfinale Angelusa. Tak jest i tym razem. Nominowano dwie, wśród nich „Dom kata” Andrei Tompy (2016; przełożyła Anna Butrym). Teraz, kiedy poprawiam tę notkę, wiadomo, że książka węgierskiej pisarki jest w finałowej siódemce. To właśnie na nią oddałam swój głos w plebiscycie czytelników. Kupiłam ją dość dawno, ale stale odkładałam lekturę, bojąc się ciężaru gatunkowego opowieści. Tymczasem niesłusznie. Chociaż akcja w znakomitej większości rozgrywa się w czasach dyktatury Ceausescu, chociaż wiele tu smutnych, a nawet tragicznych zdarzeń, to jednak całość nie robi bardzo przygnębiającego wrażenia. Czy sprawiają to zabawne historie, których też przecież nie brakuje? Czy barwne, nietuzinkowe postacie? Czy może główna bohaterka, zwana dziewczynką albo dziewczyną? Jej energia, wigor, ciekawość świata, artystyczne towarzystwo, w jakim się obraca? A może fakt, że „Dom kata” to po prostu rodzinna saga? Bo chociaż ujęta w niebanalną formę, tym właśnie jest ta powieść.

Muszę uczciwie przyznać, że formy troszkę się na początku przestraszyłam. Kiedy w krótkim wstępie tłumaczki przeczytałam, że każdy rozdział to rodzaj pełnego dygresji i wątków pobocznych monologu pisanego długimi, a właściwie długaśnymi, zdaniami, w których interpunkcja traktowana jest swobodnie, a wszystko między innymi po to, aby pojawił się alternatywny zapis mowy zależnej i monologi wewnętrzne, westchnęłam. Pomyślałam, że nie chce mi się męczyć nad lekturą. Że znowu przerost formy nad treścią. Jakże się myliłam! Po dwóch stronach przywykłam do  chaotycznego strumienia myśli, a opowieść natychmiast mnie wciągnęła. Zatopiłam się w świecie wykreowanym przez autorkę. Mało tego, po kilku napisanych po bożemu powieściach, które ostatnio przeczytałam, a nawet pochłonęłam, „Dom kata” wydał mi się czymś ożywczym. Doszłam też do wniosku, że to właśnie forma wynosi tę książkę ponad poziom kolejnej rodzinnej sagi. A że lektura wymaga skupienia, bo w dygresjach łatwo się pogubić i czasem trzeba wrócić drugi raz do jakiegoś fragmentu? Nie szkodzi. Zanurzenie się w powieściowym świecie w pełni wynagradza trud.

Można się zastanawiać, czy „Dom kata” jest rzeczywiście powieścią, czy też zbiorem opowiadań, które łączą bohaterowie. Ja jednak skłaniam się ku pierwszej wersji. Rzeczywiście każdy rozdział stanowi odrębną całość, znajdziemy w nim opowieść skupioną wokół jakiegoś tematu. To może być zdarzenie, fragment rodzinnej historii, człowiek, przedmiot, dom, ogród, a nawet miasto. Te anegdoty pojawiają się jak króliki wyjmowane z kapelusza, trochę na chybił trafił. Co się wyciągnie, co się przypomni. Każda historia rozwija się, opleciona zostaje dygresjami, owymi wątkami pobocznymi, o których wspominała tłumaczka, ucieka od swojego początku, aby na koniec do niego wrócić. A jednak z tych pozornie chaotycznych fragmentów powoli składamy całość. Poszczególne kawałki puzzli zaczynają do siebie pasować i oczom czytelnika ukazuje się pełny obraz - skomplikowana rodzinna historia na tle równie pokomplikowanej historii Siedmiogrodu, Rumunii i Węgier. Ale może przede wszystkim jest to opowieść o dziewczynce - dziewczynie, historia  dojrzewania, relacji z ojcem, matką, siostrą, dziadkami, przyjaciółmi. Ten okres jej życia przypadł na siermiężne, ubogie, tragiczne, smutne i beznadziejne lata dyktatury Ceausescu. To jej oczami patrzymy na świat. I nawet jeśli pozornie znika z jakiegoś rozdziału, to i tak miałam wrażenie, że to jej opowieść. I jeszcze jeden dowód na to, że „Dom kata” jest powieścią - zaczyna się i kończy w grudniu 1989 w momencie obalenia dyktatora. Finał to szalona radość, ulga i nadzieja, jakie niesie ze sobą każdy przełom, każda świeżo odzyskana wolność. Bo przecież teraz wszystko musi być już inaczej. Jak? Nie wiadomo, nikt się jeszcze nad tym nie zastanawia. Na pewno lepiej. W takich momentach nikt nie myśli, że może jednak wcale nie będzie łatwo. Ciąg dalszy znamy, ale spuśćmy na niego zasłonę milczenia. Po co goryczą psuć sobie radość zakończenia.

Ale powieść Andrei Tompy jest też bardzo ciekawa, bo opowiada historię mało nam znaną. Akcja rozgrywa się w Siedmiogrodzie w Kolożwarze, dziś to po rumuńsku Cluj-Napoca (Kluż-Napoka). Bohaterami są zamieszkujący od wieków te tereny Węgrzy, a właściwie Szeklerzy. Ich węgierska tożsamość jest tu bardzo istotna. Bezduszna i okrutna historia sprawiła, że Siedmiogród stał się w wyniku traktatu z Trianon częścią Rumunii. Potem tylko na kilka wojennych lat znowu był węgierski. Dlatego jest to opowieść o utracie. Utracie ojczyzny, kultury, języka, praw przynależnych mniejszości narodowej, wreszcie o stracie przyjaciół. Węgierscy bohaterowie powieści stale są z czegoś odzierani – likwiduje się węgierski teatr, klasy z językiem węgierskim, coraz trudniej dostać paszport, coraz trudniej spotkać się z krewnymi mieszkającymi na Węgrzech. No i stale ktoś emigruje. Likwiduje swoje mieszkanie, rozsprzedaje sprzęty, ukochane książki, bo w taką podróż wolno wziąć tylko niewielką ilość bagażu. Kto decyduje się na wyjazd, najpierw przechodzi drogę przez mękę – czeka na paszport, traci pracę, musi zadowolić się byle jaką. Bywa, że czekanie trwa latami. Utracie nieodłącznie towarzyszy zmiana. Bo skoro zamyka się granice, skoro znikają ludzie, skoro o swoją tożsamość trzeba walczyć, to nic już nie będzie takie samo. Ale zmienia się też miasto. Na stare dzielnice napierają brzydkie, bezduszne, szare osiedla z wielkiej płyty. Bezpowrotnie giną ulice, przy których stały domy otoczone ogrodami. Jeśli gdzieś nieoczekiwanie ocaleją, to dlatego, że pewnie mieszka tam ktoś. Dziadkowie dziewczynki-dziewczyny żyją w wiecznej niepewności. Od lat nie remontują swojego domu, bo przecież zaraz będą burzyć. Na ich ulicy żaden ktoś przecież nie mieszka.

Jest to też opowieść o komunistycznej Rumunii. Nazwisko Ceausescu nie pada chyba ani razu, jakby bohaterowie bali się je  wymawiać. Ale duch dyktatora stale jest obecny w ich życiu, rzuca na nie cień. Łamie życiorysy, staje się przyczyną tragedii. Chyba najtragiczniejszą postacią jest ojciec dziewczynki-dziewczyny. Chociaż przyczyn jego nieszczęśliwej drogi trzeba też szukać w historii rodzinnej. Często rumuńska, komunistyczna rzeczywistość, kult wodza narodu przybiera groteskowe formy, ale zaraz na powrót robi się strasznie. Ratunkiem jest rodzina i sztuka, bardzo ważna w życiu bohaterów. Bo przecież jakby okropnie nie było, to jakoś żyć trzeba. To stwierdzenie dotyczy starszego pokolenia – dziadków, rodziców. Oni próbują się dostosować, radzić sobie w niełatwej, beznadziejnej, szarej rzeczywistości. Ale dziewczynka-dziewczyna inny świat zna tylko z rodzinnego przekazu. Żyje tu i teraz, dorasta, marzy, planuje, jest łapczywa na życie. Może dlatego, na przekór czasom, z powieści bije energia. To ona jest jej źródłem, chociaż i jej nie omijają tragedie.

Rozpisałam się, a mam poczucie, że ledwie nadgryzłam temat. Tak jest zawsze, kiedy piszę o książce, która jest czymś więcej, niż tylko przyjemną lekturą. Gorąco namawiam, aby sięgnąć po powieść Andrei Tompy i nie należy zrażać się formą. Po chwili okazuje się wartością dodaną, a nie balastem.



 

środa, 06 września 2017
Sabri Louatah "Dzikusy. Francuskie wesele" (tom I)

Skuszona szumem medialnym w poważnej prasie sięgnęłam po książkę francuskiego pisarza Sabriego Louataha „Dzikusy. Francuskie wesele” tom I (W.A.B. 2017; przełożyła Beata Geppert). Gdyby nie wywiad w Gazecie Wyborczej o autorze nie  wiedzielibyśmy wiele, nawet na stronie wydawnictwa nie ma żadnej (!) informacji, co uważam za skandal. Nie dowiemy się również z rzeczonej strony, ile tomów liczy całość. Dopiero w Wikipedii i wspomnianym wywiadzie znalazłam, że cztery. W tym miejscu muszę pozwolić sobie na złośliwość, na którą od dawna mam ochotę – odkąd W.A.B. stało się częścią Grupy Wydawniczej Foksal, ich strona internetowa jest po prostu beznadziejna! Ale wróćmy na chwilę do autora – Francuz kabylskiego pochodzenia, mieszka w Stanach i do Francji nie zamierza wracać, „Dzikusy” to jego debiut. Kolejną powieść pisze już po angielsku.

Kim są Kabylowie? Przyznam, że nie miałam pojęcia, ale od czegóż internet. Jest to jeden z narodów berberyjskich zamieszkujący między innymi tereny północno-wschodniej Algierii. Warto dodać, że Kabylowie nie są Arabami i uważa się ich za rasę białą. Często to blondyni o niebieskich oczach. Oczywiście dla Francuzów ten fakt nie ma znaczenia, w powszechnej świadomości są kimś gorszym, skoro pochodzą z Algierii. Wrzuca się ich do jednego worka z Arabami albo wręcz z nimi myli. O tym opowiada Louatah we wspomnianym wywiadzie, o tym jest powieść. Bo jej bohaterami są przede wszystkim właśnie Kabylowie – kabylski ród Narruszów.

Akcja pierwszego tomu rozgrywa się w ciągu jednej sobotnio-niedzielnej doby głównie w Saint-Etienne, robotniczym mieście w centralnej Francji, potem w Paryżu. Atmosfera jest niezwykle gorąca, dla rodu Narruszów podwójnie – przygotowują się do wesela jednego z kuzynów, a w niedzielę odbywa się druga tura wyborów prezydenckich. Wyborów historycznych, bo zmierzą się w nich Sarkozy i Szawisz, reprezentujący centrolewicę kandydat pochodzenia algierskiego, ściślej kabylskiego właśnie, oczywiście postać fikcyjna. Nic dziwnego, że cała Francja oszalała. W niedzielę na ulice wylegną tłumy jego zwolenników, aby na żywo albo na telebimach śledzić poczynania swojego kandydata. Do lokali wyborczych ustawią się długie kolejki. Podobno to właśnie Louatah, a nie Houellebecq, wpadł pierwszy na pomysł, aby kandydatem na prezydenta Francji uczynić muzułmanina, nierodowitego Francuza. Chociaż Szawisz muzułmaninem jest raczej z tradycji. Skończył najlepszą francuską uczelnię, jest ateistą. Czy ostatecznie wybory wygra, tego z pierwszego tomu się nie dowiemy.

Trzeba przyznać, że powieść znakomicie się czyta. Na pewno wpływ na to ma filmowa konstrukcja. Naprzemiennie śledzimy różne wątki, przyglądamy się różnym bohaterom. Nie od razu wiemy, kto jest kim, co go łączy z rodem Narruszów, ale domyślamy się, że losy wszystkich splotą się ze sobą w odpowiednim momencie. Sceny zmieniają się szybko, jak w kalejdoskopie. Napięcie podbija jeszcze to, że niemal każdy rozdział zaczyna się od podania dokładnego czasu. Od razu czujemy, że coś się musi zdarzyć. Przyjemność sprawia też podglądanie członków rodu. A rodzina to rozległa. Na jej czele stoi seniorka – babka. Potem są jej liczne dzieci i wnuki. To właśnie jeden z nich, Slim, żeni się z arabską dziewczyną, której rodzina pochodzi z Algierii. Między Kabylami i Arabami nie ma zgody. Obie nacje za sobą nie przepadają, co ma wpływ na weselną atmosferę. Każda z rodzin gardzi tą drugą. Nie podobają się stroje, muzyka, kuchnia. Rodzina panny młodej, która przygotowuje uroczystość, złośliwie sadza Narruszów przy stołach znajdujących się z boku. Dla nich to oczywiście despekt. Didżej gra tylko arabskie piosenki, zapominając o kabylskich. To też nie może się podobać.

Losy członków rodu Narruszów układają się różnie. Pokolenie rodziców wykonuje najczęściej proste prace - to kierowcy autobusów, robotnicy, opiekunki w żłobku. Nie skończyli studiów, mieszkają w gorszych dzielnicach, nie są zamożni, ale trudno ich nazwać biednymi. Wielkie znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, trzymają się razem, ale nie są specjalnie religijni. Inaczej wygląda sytuacja ich dzieci. W tym pokoleniu są już studenci, biznesmeni, a jeden z kuzynów został aktorem – gra główną rolę w popularnym telewizyjnym serialu. Jednym z ważniejszych bohaterów jest Karim, kuzyn pana młodego. To o nim dowiadujemy się najwięcej, jego portret jest najgłębszy. Chodzi jeszcze do szkoły. Nie ma łatwego charakteru. Prowadzi jakieś podejrzane interesy, nie stroni od narkotyków, przysparza matkę o ból głowy. W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwym chłopakiem. Ma słuch absolutny, ale porzucił muzykę. Na jego życiu położyły się cieniem dwa zdarzenia – śmierć ojca i zawód miłosny. Zakochał się w niewłaściwej dziewczynie – z bogatego, francuskiego domu. Za wysokie progi - Karim mógł być jej kumplem, ale nie obiektem miłosnych uniesień. Przyznam, że jego portret wydał mi się dość stereotypowy, przewidywalny. I taka jest cała powieść, a właściwie pierwszy tom – sprawnie napisany, ale trudno powiedzieć, aby diagnoza francuskiego społeczeństwa była jakoś szczególnie odkrywcza. Znacznie więcej interesujących spostrzeżeń znalazłam w wywiadzie, do którego już  kilkakrotnie się odwoływałam. Zresztą autor nie ukrywa, że zależało mu na komercyjnym sukcesie. Nie należy jednak zapominać, że to dopiero część pierwsza. Może kolejne wyjdą poza stereotypy. Oczywiście czekam na ciąg dalszy. Nie ukrywam, że bardzo jestem ciekawa, co się wydarzy.

PS. Tak się dziwnie złożyło, że kiedy przeczytałam powieść, ze zdumieniem odkryłam, że w moim mieście w Muzeum Etnograficznym jest wystawa poświęcona ... Kabylom. Czym prędzej pobiegłam. Chociaż niewielka, to bardzo ciekawa.

 

środa, 30 sierpnia 2017
Rana Dasgupta "Delhi. Stolica ze złota i snu"

Z różnych powodów dopiero teraz sięgnęłam po książkę laureatkę tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Chodzi oczywiście o „Delhi. Stolicę ze złota i snu” Rany Dasgupty (Czarne 2016; przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska). Dla miłośników reportażu to lektura obowiązkowa, ale nie tylko dla nich. Powinni ją także przeczytać ci wszyscy, których interesują Indie, Azja. Ale po co zawężać – ten reportaż jest dla wszystkich ciekawych świata, historii, procesów społecznych, gospodarczych, politycznych. Bo wbrew tytułowi to książka nie tylko o Delhi, ale także o Indiach i współczesnym świecie. Bardzo ciekawa, świetnie napisana. Niestety  pesymistyczna.

Indie to moja pierwsza egzotyczna, światowa miłość. U swego zarania bardzo romantyczna, zbudowana na fundamencie literackim, potem też filmowym. Nie było tych lektur i filmów jakoś specjalnie dużo, ale odcisnęły znaczące piętno na mojej wyobraźni. Cztery tomy Paula Scotta nazwane Kwartetem angloindyjskim (w oryginale brzmi to lepiej - Raj Quartet), potem odkryłam, że jest też znacznie krótsza, uzupełniająca część piąta - „Ci, co pozostali”. „Droga do Indii” E.M.Forstera znana także z filmowej adaptacji w reżyserii Davida Leana (niedawno przypomniała ją któraś telewizja, pewnie będą powtórki), oczywiście „Dzieci Północy” Salmana Rushdiego, potem „Przedział dla pań” Anity Nair i „Brzemię rzeczy utraconych” Kirian Desai. Szczególnie te pierwsze lektury, angielskich autorów, czytane pewnie bezkrytycznie rozbudziły we mnie romantyczne uczucie do Indii. Marzyłam o podróży niemożliwej, a potem, kiedy była już w zasięgu ręki, jakoś mi przeszła ochota nie tylko na Indie, ale i na inne egzotyczne wyprawy. Do czasu. Teraz miałabym ochotę wrócić przynajmniej do niektórych z wymienionych powieści, ale napór nowości i innych literackich zaległości nie pozwala. Może to błąd. A niektóre obrazy, opisywane miejsca i zdarzenia wryły mi się w pamięć bardzo mocno.

Gdybym nadal pozostawała wierna tej romantycznej wizji Indii, jaką zawdzięczam tamtym lekturom, książka Rany Dasgupty byłaby niczym zimny prysznic, ba, nawet lodowaty! Ale od dawna nie jestem już naiwną dziewczyną, więc szoku nie przeżyłam, za to dowiedziałam się wiele interesującego. Dlaczego reportaż Dasgupty nazwałam pesymistycznym? Bo wynika z niego, że Indie nie udźwignęły niepodległości. Powstało państwo niewydolne, które postanowiło zapomnieć o milionach swoich najuboższych obywateli, odgrodzić się od nich niewidzialnym murem, wypchnąć ich poza margines życia. Państwo, które niewiele więcej oferuje także pozostałym. Radź sobie, jak potrafisz - tak można by odczytać jego dewizę, oczywiście nigdzie niewypowiedzianą. Państwo kilkakrotnie w przeszłości wstrząsane politycznymi tragediami i społecznymi niepokojami prowadzącymi do krwawych rozruchów na wielką skalę. Państwo, na którym cieniem położył się Podział.

Tak, tak, to nie pomyłka, to nie błąd - Podział pisany z dużej litery. Chodzi oczywiście o moment odzyskania niepodległości w roku 1947 i związane z tym powstanie dwóch państw – muzułmańskiego Pakistanu i hinduistycznych Indii. To rzecz jasna uproszczenie, bo Indie nie są jednolite religijnie. Chociaż hinduizm jest religią dominującą, to żyją tu również sikhowie, muzułmanie, buddyści i chrześcijanie. Efektem Podziału były nie tylko olbrzymie migracje ludności, miliony ludzi musiało porzucić swoje domy, swoje miasta i rozpocząć życie gdzie indziej, nie tylko nieprawdopodobnie krwawe, dzikie rzezie, słynne są pociągi, które docierały do stacji końcowych ociekające krwią, pełne trupów, ale przede wszystkim nastąpiło brutalne odcięcie od przeszłości, od języka, a co za tym idzie od kultury. W sposób szczególny dotknęło to Delhi i północne Indie, gdzie przez wieki wytworzyła się swoista kultura tworzona przez elity muzułmańskie i hinduistyczne, oparta na języku urdu. I nagle muzułmanie znikają, znika ich kultura, powstaje nowy, początkowo sztuczny, język, hindi, znika urdu. Z czasem cała  stworzona w nim literatura staje się niedostępna dla przeciętnego Hindusa, ginie. Zanim zostaną napisane nowe książki, powstaje pustka. Jak pisze Dasgupta, Podział jest brzemieniem dźwiganym przez Indie do dziś. Jego echa odnajdziemy w literaturze - u Paula Scotta, a przede wszystkim w „Dzieciach Północy”.

Ale „Delhi. Stolica ze złota i snu” jest nie tylko opowieścią o historii Indii, to przede wszystkim portret miasta i państwa po okresie transformacji, który przypada mniej więcej na taki sam czas jak w Polsce. Wcześniej, głównie za sprawą polityki Nehru zafascynowanego Związkiem Radzieckim, Indie były krajem zamkniętym, opartym na gospodarce planowej. Co zrozumiałe ten eksperyment nie mógł się powieść. Aż w końcu nie było wyboru, rządzący musieli otworzyć kraj na świat, na międzynarodowy kapitał i jego pieniądze. Efekty? W teorii świetne. Indie cieszą się dziś dużym wzrostem gospodarczym. Kiedy Chiny dostają coraz większej zadyszki, one wciąż gnają do przodu. Gdy myślimy o współczesnych Indiach, to mamy w głowie hinduskich informatyków, hinduską Dolinę Krzemową, firmy outsourcingowe, ale też ludzi pracujących za grosze, żyjących na ulicy, żebraków. I taki obraz Delhi i Indii wyłania się z książki Dasgupty, który przyjechał do ojczyzny swoich rodziców na chwilę, a postanowił w niej zostać, bo zachłysnął się swobodą artystyczną, obyczajową panującą w stolicy na początku lat dziewięćdziesiątych. Dziś z tamtych romantycznych lat niewiele zostało, za to mnożą się problemy. Autor opowiada o mieście i kraju, pokazując losy jego mieszkańców. Rozmawia z ludźmi bajecznie bogatymi, żyjącymi za murami swych ogromnych rezydencji, dla których częste w Indiach przerwy w dostawie energii elektrycznej nie są problemem, bo mają swoje generatory. Oni nie zastanawiają się, skąd w ich domach woda, której też w kraju brakuje. Jednocześnie ci sami ludzie mieli i mają szalone, fantastyczne wizje biznesowe. Niektóre z nich okazują się chybione, ale inne udaje się zrealizować i przynoszą nieprawdopodobne pieniądze. Tak powstała jedna z nowoczesnych biznesowych i mieszkaniowych dzielnic Delhi - Gurgaon, właściwie osobne miasto. Kiedy jej twórca krok po kroku, cierpliwie kupował ziemię na pustkowiu, wszyscy pukali się w głowę.

Ale Dasgupta rozmawia też z parą, która pracuje na kolei i stara się nie brać łapówek. To niemal niemożliwe. Korupcja to rak na gospodarczym i społecznym organizmie Indii. Jest niewyobrażalna, dotyczy każdej dziedziny życia. Kolejny problem to klasa polityczna uwikłana w intrygi, korupcję, spleciona z biznesem w śmiertelnym uścisku. Do tego olbrzymi przyrost naturalny, skomplikowane prawo własnościowe, a właściwie jego brak, co sprawia, że miliony ludzi można bezkarnie wyrzucać z ich ziemi, którą przejmują deweloperzy i wielki biznes. Te miliony zasilają miasta, które rozdymają się do nieprawdopodobnych rozmiarów, żyją w slamsach, nie mają pracy albo wykonują ją za grosze. Jeszcze w latach siedemdziesiątych w Delhi w dzielnicach nędzy mieszkało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, dziś  wegetują tam miliony! To wszystko sprawia, że państwo staje się niesterowne, oddaje najistotniejsze pola walkowerem, abdykuje, a ludzie radzą sobie, jak potrafią. Nie ma energii, więc kupują agregaty, jest niebezpiecznie, więc żyją w zamkniętych osiedlach albo w pałacach, szkolnictwo i służba zdrowia są niewydolne, więc posyłają dzieci do prywatnych szkół, leczą się w prywatnych klinikach, a gdzie nic już się nie da zrobić, tam dają łapówki. I tak koło się zamyka, bo skoro ludzie radzą sobie sami, to dlaczego państwo ma im w tym przeszkadzać? Niestety masy biedaków nie znikają w cudowny sposób jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Problemy nie rozwiązują się same. Najbardziej chyba z książki Dasgupty utkwiło mi w pamięci zdanie mówiące o tym, że klasy średnia i wyższa nie zdają sobie sprawy, ile wysiłku wkładają władze Delhi, aby odciąć je niemal kordonem, odseparować od tych wszystkich biedaków żyjących w slamsach, na obrzeżach miasta. A to wszystko po to, żeby nie trzeba było patrzeć, jak żyją, żeby nie trzeba było zastanawiać się, jak sobie radzą. Jednocześnie ci sami ludzie korzystają z ich pracy, wykorzystując ich przy tym haniebnie. Ale problemy dotykają w coraz większym stopniu także klasę średnią. Co roku w Indiach na rynek pracy trafia około dwadzieścia milionów wykształconych młodych ludzi, dla których nie ma pracy. Co z nimi począć? Nawet emigracja nie jest dla nich rozwiązaniem, bo świat też ich nie wchłonie!

Smutna książka. Nie tylko dlatego, że każe zadać sobie pytanie, czy tak ludnym państwem da się w ogóle dobrze rządzić? Czy można to robić lepiej, czy też wysiłki z góry skazane są na klęskę, więc najlepszym wyborem jest ten, jakiego klasa rządząca w Indiach dokonała? Drugi powód pesymizmu jest taki, że procesy pokazywane przez Dasguptę są przecież globalne. Tak zaczyna wyglądać świat, a mury, i te prawdziwe, i te wirtualne, rosną wszędzie. Mamy je na wyciągnięcie ręki.

 

środa, 23 sierpnia 2017
Katarzyna Tubylewicz "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie"

Zainteresowana tematem i zachęcona wywiadami z Katarzyną Tubylewicz kupiłam, i prawie natychmiast przeczytałam, jej książkę „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”. Autorkę, dziennikarkę, pisarkę i tłumaczkę, która w Szwecji mieszka od, chyba, siedemnastu lat, znam z radiowych rozmów, gdzie czasem komentuje szwedzkie sprawy, i z artykułów prasowych. Lubię jej słuchać, lubię ją czytać. Jej najnowsza książka też spełniła nadzieje, jakie w niej pokładałam. Połknęłam ją jednym tchem.

Zachwyciła mnie już sama konstrukcja - bardzo precyzyjna i przemyślana. Całość składa się z rozdziałów ściśle podporządkowanych takim zagadnieniom jak solidarność, prawa kobiet i feminizm, dobroć, człowieczeństwo i tolerancja, równość i integracja, wolność. W każdej z części znajdziemy kilka bardzo ciekawych wywiadów z różnymi osobami poprzedzonych wprowadzeniem do tematu, w którym autorka albo kreśli krótki rys historyczny związany z zagadnieniem, albo stawia ważne pytania, albo przytacza opinie innych, albo robi to wszystko jednocześnie. Co ważne, mimo że wywiady powstawały w różnym czasie i niektóre były już wcześniej publikowane, całość nie robi wrażenia zlepku przypadkowych tekstów, jak to często bywa w podobnych przypadkach, kiedy mamy wrażenie, że autor wydaje zbiór wcześniej drukowanych felietonów czy reportaży, dyskontując swoją dziennikarską pozycję. W wypadku "Moralistów" po prostu dostajemy spójną całość, nie zbiór wolnych elektronów. Jest to książka osobista, autorka nie kryje swojego zdania,  feministycznej i lewicowej perspektywy, nie stara się być neutralna, pisze o swoich sympatiach, wątpliwościach i zwątpieniach. Katarzyna Tubylewicz pokazuje nam Szwecję przefiltrowaną przez własną wrażliwość.

Szwecja jest dla Polaków mitem – lubimy myśleć o niej jak o ucieleśnieniu raju, w którym panuje sprawiedliwość społeczna, egalitaryzm, nie ma wielkich różnic społecznych, państwo nie zostawia obywatela samego, infrastruktura działa znakomicie, jednocześnie panuje równość, tolerancja, prawa kobiet są przestrzegane i tak dalej, i tak dalej. Krytycy pokazują skazy na tym sielankowym obrazie. Państwo wtrąca się za bardzo w życie człowieka, czego koronnym przykładem są prawa dzieci doprowadzone zdaniem tych krytyków do aberracji, parytety też doprowadzono do absurdu, właściwie niby wolno wszystko, ale tak naprawdę nic, bo w imię wolności wolność jest ograniczana. Liberałowie będą krzywić się na horrendalnie wysokie podatki, bo przecież ten socjalny raj z czegoś trzeba finansować. Konserwatyści z powodów obyczajowych swobód też na Szwecji nie zostawią suchej nitki. Katarzyna Tubylewicz chciała pokazać, jak jest naprawdę, na ile Szwecja jest rzeczywiście tym idealnym socjaldemokratycznym krajem, na ile Szwedzi są otwartym, tolerancyjnym społeczeństwem. Taki był zamysł, ale rzeczywistość go nieco zmodyfikowała. Bo na  zagadnienia, o których Tubylewicz miała pisać, nałożył się jeden najpilniejszy problem - imigranci. Bo Szwecja dwa lata temu w czasie szczytu kryzysu imigracyjnego w Europie przyjęła najwięcej uchodźców w przeliczeniu na głowę mieszkańca. To tak, jakby Polska przyjęła ich pół miliona! I nie byłoby w tym nic złego ani niepokojącego, gdyby nie tempo, w jakim to wszystko się zdarzyło. Po prostu państwo nie nadążało. Autorka zastanawia się, dlaczego Szwedzi zdecydowali się na ten krok, jakie konsekwencje  niesie on dla ich życia, jakie są zagrożenia, jakie korzyści, jakie problemy i gdzie jest ich źródło. Ale najważniejsze jest jedno – Szwedzi nie chowają głowy w piasek, nie próbują robić uników, tylko mierzą się z problemem i zaczynają dyskutować. Otwarcie, próbując uniknąć lewicowej poprawności politycznej i prawicowych lęków.

Ta książka w Polsce mogłaby się stać znakomitym punktem wyjścia do rozmowy, bo na tacy zostały nam podane problemy i błędy, jakie przez lata Szwedzi popełnili, i oczywiście gotowe, sprawdzone, dobre rozwiązania. Tymczasem u nas każdy okopał się na swoich pozycjach, żadnej dyskusji się nie prowadzi, zamiast tego jest walenie cepem w adwersarza, a właściwie lepiej by było napisać w przeciwnika, a problemu prawdopodobnie w perspektywie lat (kilku? kilkunastu?) i tak nie unikniemy, chyba że otoczymy się szczelnym murem i wypiszemy z Europy. Zamiast rozmawiać, rozbrajać lęki, przekonywać, politycy wolą na tych obawach grać i je potęgować. A po nas choćby potop. Nasza chata z kraja, co nas to wszystko obchodzi - ci biedni ludzie, te tysiące ofiar, dla których zbiorową mogiłą jest Morze Śródziemne. Jacy oni biedni, żyją sobie w obozach dla uchodźców, dach nad głową mają, jedzenie i picie też, wczasy po prostu na koszt tych naiwnych Włochów czy Greków, którzy sami sobie winni. A w ogóle po co wyjeżdżali? Tak, tak, trzeba pomagać, ale tam, na miejscu, jak mantrę powtarzają politycy. Szkoda gadać, złość, bezsilność i wstyd. Koniec z dygresją, wracam do książki. W tym miejscu muszę bardzo mocno podkreślić, że wbrew temu, co przez chwilę mogłoby się wydawać, „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz są naprawdę opowieścią o Szwecji i Szwedach, a nie o problemie imigrantów napierających na Europę.

Ponieważ się rozpisałam, postaram się w skrócie zwrócić uwagę na najważniejsze zagadnienia, jakie autorka porusza w swojej książce. Przede wszystkim pisze o tym, że Szwedzi bardzo świadomie po drugiej wojnie światowej, próbując uciec od niezbyt chlubnej przeszłości, budowali sobie markę kraju i społeczeństwa otwartego, tolerancyjnego, solidarnego, po prostu dobrego. I Szwedzi rzeczywiście tacy są - pomaganie innym, nieobojętność na cudze nieszczęście mają wdrukowane w swoje dusze i umysły. Dlatego niosą pomoc - z przekonania, z dobrego serca, nie z przymusu. Ale jednocześnie są społeczeństwem dość hermetycznym, w pewnym sensie zamkniętym, co rodzi problemy. Przykład? Mimo że angielski jest ich drugim językiem, aby w Szwecji pracować, trzeba nauczyć się szwedzkiego. To jedna z barier. Kolejnym problemem jest to, że za wszelką cenę próbują unikać konfliktów, dlatego dopóki się da, udają, że sprawy nie ma. Innym jest polityczna poprawność, nadmierna opiekuńczość, która z kolei każe im niańczyć imigrantów, co sprawia, że ci stają się bierni, no bo skoro wszystko mają podane na tacy, to po co się wysilać. Ta sama polityczna poprawność, uważność i tolerancja sprawiają, że przyjmują imigrantów z dobrodziejstwem inwentarza, co rodzi kolejne problemy. Bo mimo że Szwedzi przywiązują wielką wagę do równości i praw kobiet, to imigrantom pozwala się na obrzezanie dziewczynek, na kulturę honoru i kultywowanie ich obyczajów niezależnie od tego, czy są zgodne, czy sprzeczne ze szwedzkim prawem. Może nie tyle pozwala się, ile nie ingeruje. Dlatego na wagę złota są tacy ludzie jak pewien pochodzący z Afganistanu szwedzki policjant, który wziął roczny urlop, aby spotykać się z afgańskimi imigrantami, chłopcami i mężczyznami, tłumaczyć im zawiłości szwedzkiej kultury, obyczajów i własnym przykładem zaświadczyć, co można osiągnąć. Te wszystkie, i inne, problemy, o których tu  wspomniałam, powodują, że wśród Szwedów rośnie obawa o wynik kolejnych wyborów, chyba w roku 2018. Co będzie, jeśli  wygra je ksenofobiczna partia Narodowych Demokratów? I znowu, czytelniku tej notki, możesz odnieść wrażenie, że książka Katarzyny Tubylewicz dotyczy tylko  problemu imigrantów. A przecież to nieprawda. Są tu arcyciekawe rozmowy z artystami, dziennikarzami, z Polakami mieszkającymi w Szwecji, z pastorką lesbijką, która jest biskupem, z tęczowymi rodzicami (To w Szwecji nikogo oczywiście nie szokuje, państwo ich wspiera specjalnymi programami.), z feministkami i wieloma innymi ludźmi. Tubylewicz rozmawia też o śmierci, o żałobie, o prawie artystów do własnej wypowiedzi i jeszcze kilku innych zagadnieniach. Wniosek z tego taki, że książkę trzeba przeczytać koniecznie. A najważniejsza konkluzja? Społeczeństwo da się świadomie kształtować, zmieniać jego postawy. Otwartym, solidarnym i tolerancyjnym można się stać (Szwedzi jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku byli społeczeństwem homofobicznym!). Kiedy to napisałam, brzmi banalnie, ale tak jest. I jeszcze jedno – w tym momencie uświadomiłam sobie rzecz równie oczywistą - kształtować społeczeństwo można przecież w każdą stronę, czego liczne przykłady w przeszłości i dziś też bez trudu odnajdziemy. I tym niewesołym wnioskiem skończę.

 

 

środa, 16 sierpnia 2017
Anna Pamuła "Polacos. Chajka płynie do Kostaryki"

Nie miałam zamiaru sięgać po reportaż „Polacos. Chajka płynie do Kostaryki” napisany przez nieznaną mi Annę Pamułę. Wprawdzie wydało go moje ukochane Czarne (2017), ale przecież nie kupuję każdej książki, która się u nich ukazuje. Jednak, jak to często bywa, wysłuchałam rozmowy z autorką i zachęcona postanowiłam przeczytać. No i nie żałuję. Trzeba przyznać, że Anna Pamuła trafiła na bardzo ciekawy i słabo istniejący w powszechnej świadomości, albo wręcz nieznany, temat. Opowiada historię kostarykańskich Polacos. Czytelnik, który uważnie przeczytał tytuł, być może domyślił się, że chodzi o polskich Żydów. Tak rzeczywiście jest. To słowo do dziś oznacza w Kostaryce  Żyda i ... obwoźnego handlarza, ponieważ większość żydowskich imigrantów przybywających do tego albo do innego kraju Ameryki Południowej na początku imała się takiego właśnie zajęcia. Byli klapperami. A praca to niewdzięczna, ciężka i nieprzynosząca kokosów. Trzeba było sporego samozaparcia, żeby pracować tak kilka dobrych lat. Wędrowali po prowincjonalnych drogach objuczeni wypełnionymi towarem ciężkimi walizami, często brodząc w błocie. Budzili niechęć miejscowych, bo odbierali im zajęcie i radzili sobie lepiej niż oni. Dlatego w roku 1941 powstał pomysł, aby, kiedy skończy się wojna, zmusić Żydów do opuszczenia Kostaryki. Nigdy do tego nie doszło dzięki determinacji jednego z nich, Romana Rowińskiego, który zaalarmował dyplomację polską i amerykańską. Dlaczego zatem harowali tak ciężko? Łatwo zgadnąć - aby uciułać dolary potrzebne do sprowadzenia żon i dzieci pozostawionych w Polsce. Z czasem niektórzy dorabiali się na tyle, że mogli założyć niewielki sklep w mieście, zwykle w San Jose, stolicy Kostaryki. Zawsze to lepsze niż bycie klapperem, chociaż też żadne kokosy. Nadal mieszkali w biedniejszych dzielnicach, gdzie osiedlali się tacy jak oni.

Czas wreszcie odpowiedzieć na pytanie - skąd polscy Żydzi wzięli się w Kostaryce? W kraju, o którym wiedzieli niewiele albo zgoła nic. Odpowiedź z jednej strony jest oczywista, z drugiej niekoniecznie. Oczywista, bo stanowili przecież część wielomilionowej żydowskiej emigracji do Ameryki, która rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku. Pisał o tym zjawisku Martin Pollack w swojej znakomitej książce „Cesarz Ameryki”, której tematem był eksodus z Galicji. No dobrze, ale dlaczego do Kostaryki, kraju niewielkiego, o którego istnieniu, jak wspomniałam, na ogół nie mieli pojęcia? Pierwszy, Max Fischel, zjawił się tam w roku 1892 przez przypadek – kiedy wracał z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał razem z rodzicami, którzy przed laty opuścili rodzinny Będzin, zachorował na żółtą febrę. Musiał opuścić statek, a przypadek sprawił, że stało się to właśnie w  Kostaryce. Max nigdy nie zajmował się handlem obwoźnym, w Stanach skończył studia medyczne, był dentystą. Potem w swojej nowej ojczyźnie stworzył istniejącą do dziś sieć aptek. Następni przybyli dużo później, w latach dwudziestych zeszłego wieku. Docierali do Kostaryki, ale także do Gwatemali, Panamy, Paragwaju, Kolumbii, na Kubę, ponieważ w roku 1921 Stany Zjednoczone wprowadziły kwoty dla imigrantów, w roku 1930 to samo zrobiła Argentyna, w której już od początku wieku narastały nastroje antysemickie i antyimigranckie, dochodziło nawet do zamieszek i pogromów. Przybyszów obwiniano o brak pracy, rosnącą przestępczość i spadek moralności. Żydów dodatkowo utożsamiano z anarchistami i bolszewikami. Wielu docierających do Kostaryki padało ofiarą nieuczciwych naganiaczy, którzy wmawiali im, że stamtąd do Ameryki, czytaj Stanów, dostaną się bez trudu pieszo przez zieloną granicę. Niezorientowani stawali się łatwym celem oszustów. Kolejna fala żydowskich emigrantów to lata powojenne. Trafiali tu  ocaleni z Zagłady. Jedna z bohaterek książki nazywa ich smutną emigracją. Obie grupy, przedwojenna i powojenna, żyły osobnym życiem. Ci pierwsi patrzyli na tych drugich z góry, bo nie orientowali się w miejscowych warunkach. Często mieli też wyrzuty sumienia, że nie sprowadzili w odpowiednim czasie całej rodziny, a tylko żonę i dzieci. Czasem dlatego, bo tylko dla nich starczyło pieniędzy na bilet, ale czasem z innych przyczyn, na przykład z powodu rodzinnych animozji. W takim przypadku tym bardziej gryzło ich sumienie.

Pisze też Anna Pamuła w swojej książce o sprawach przykrych. O  antysemityzmie, który wypychał Żydów z Polski, o świadomej polityce państwa, które w żadnym przypadku nie utrudniało takich wyjazdów, a właściwie nawet do nich zachęcało, szczególnie na terenach, gdzie Żydzi dominowali. Robiono za to wszystko, aby w kraju zatrzymać Polaków. Autorka wspomina również o dzisiejszej niepamięci o naszych żydowskich sąsiadach i powolnym procesie odzyskiwania ich historii. Wiele w tym reportażu opowieści niesamowitych, losy niektórych bohaterów to materiał na fascynującą powieść albo na filmowy scenariusz. Czyta się takie historie jednym tchem.

Nie sposób uciec oczywiście od bardzo aktualnych refleksji. W trakcie lektury tej książki, widać jak na dłoni, że historia się powtarza. Zjawisko emigracji jest stare jak świat. I od zawsze towarzyszą mu te same lęki, obawy, ta sama niechęć do imigrantów. Że odbiorą pracę, że wzrośnie przestępczość, bo przybywają samotni mężczyźni, że będą agitować za bolszewizmem i anarchizmem (teraz miejsce bolszewików i anarchistów zajęli islamiści), a potem podkładać bomby (o tym ostatnim zjawisku pisze Martin Pollack w swojej książce). Dziś krzyczymy, nie przyjmujmy imigrantów zarobkowych, tylko uchodźców. A kim byli tamci imigranci? Owszem, uciekali przed antysemityzmem, ale przede wszystkim przed biedą. Wierzyli, że gdzieś  w dalekim świecie będzie im łatwiej i lepiej. Nie było, szczególnie na początku. Czekała na nich trudna podróż, mozolna, ciężka praca, nieznany, egzotyczny kraj, w którym niełatwo było się odnaleźć. Dziś podobny los jest udziałem imigrantów z Afryki, którzy często uciekają przed biedą. Naiwnie wierzą, że Europa to raj. Nie zdają sobie sprawy z trudów podróży, nie myślą o tym, że mogą jej nie przeżyć. Wielu twierdzi, że gdyby wiedzieli, jak jest naprawdę, nie zdecydowaliby się na wyjazd. Bohaterom reportażu Anny Pamuły było chyba jednak łatwiej. Przynajmniej sama podróż nie stwarzała aż takiego ryzyka. Z wywiadu z autorką wiem, że książka powstawała kilka dobrych lat, ale wydana teraz wstrzeliła się w swój czas.

 

środa, 02 sierpnia 2017
Ziemowit Szczerek "Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową"

Ucieszyłam się bardzo, kiedy gruchnęła wieść, że Ziemowit Szczerek wydaje kolejną książkę. Tym razem to „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” (Czarne, Agora 2017). Zachwyciłam się przecież najpierw „Tatuażem z tryzubem”, a potem jego pierwszą książką „Przyjdzie Mordor i nas zje”. Nie ja jedna, obie miały świetne recenzje, potwierdzeniem były liczne nominacje do rozmaitych nagród, a wreszcie Paszport Polityki w roku 2013. Dlatego teraz też obiecywałam sobie bardzo dużo. I chociaż czytało mi się najnowszą książkę Szczerka świetnie, to refleksje mam mieszane.

Po początkowym zachwycie spowodowanym poczuciem, że wchodzę w literacki świat doskonale mi znany, zaczęłam mieć wątpliwości. Drażniło mnie skakanie z tematu na temat, czasem wydawało mi się, że autor pisze o niczym, czasem, że niektóre teksty, te najnowsze, są po prostu niedopracowane. Miałam wrażenie, że brakuje im tej lekkości, tego poczucia humoru, tej zadumy, tego  językowego wyrafinowania połączonego z luzem, które znałam z dwóch poprzednich książek. Wtedy, nawet jeśli pisał pozornie o niczym, jeśli chwytał drobne, nieistotne szczegóły dnia codziennego, byłam zachwycona. Ale to, co w tamtych książkach zachwycało, tu drażniło, robiło wrażenie nachalnej powtórki. Te wszystkie szyldozy, tynkozy, plastikozy, dobudozy, nadformia, Poniemiecje (na wzór Poradziecji, która kiedyś wydawała mi się taka odkrywcza), te wszystkie przekleństwa, ten wykoncypowany językowy luz. To, co piszę, jest oczywiście bardzo subiektywne, ale przecież takie jest każde odczytanie książki. Może po prostu „Międzymorze” trafiło na mój zły moment, może takie pisanie już mi się przejadło, a może rzeczywiście nie ma w nim tamtej finezji? Czy gdybym teraz sięgnęła choćby do fragmentów poprzednich reportaży Szczerka, też by mnie irytowały?

A jednak sporo się z jego najnowszej książki dowiedziałam. Wstyd przyznać, ale ja tego tytułowego Międzymorza, które autor przemierza od lat z takim zachwytem, po prostu nie znam. Mnie ciągną inne klimaty, dlatego te zapiski z podróży, bo tak każe je Szczerek traktować, pozwoliły mi odbyć przynajmniej podróż zapośredniczoną. Najbardziej przykuły moją uwagę te fragmenty, w których autor skupia się dłużej na jednym kraju – na Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii, Łużycach. Kiedy dorzuci coś z przeszłości, napisze o problemach współczesnych, doda jakąś smaczną scenkę (chociaż z tymi scenkami jest właśnie najgorzej, niektóre bywają niestety po prostu banalne), puści wodze fantazji i snuje historię alternatywną. Ale w żadnym wypadku nie jest to wykład historyczny, bardziej gawęda. Tu mu się coś przypomni, tam coś innego, więc rzuci garść historycznych informacji podanych kolokwialnym językiem. A wszystko niezobowiązująco. Trudno też peregrynacje Szczerka osadzić jednoznacznie w czasie, bo to bardziej wspomnienia niż dziennik podróży, dlatego nie padają żadne daty, tylko czasem z kontekstu możemy domyślić się, jakiego okresu opowieść dotyczy.

A całość podporządkowana jest jednemu zamysłowi – Szczerek przykłada do tego wyimaginowanego Międzymorza lupę i zastanawia się, czy taka wyobrażona wspólnota w ogóle istnieje, jak chcieliby politycy. Co łączy te wszystkie kraje od Niemiec po Ukrainę, od Serbii po Estonię? Kiedy mija się granice, które autora tak bardzo fascynują, długo nic się nie zmienia, ani krajobraz, ani architektura, mogłoby się wydawać, że one nie istnieją, że ustanowiono je sztucznie. Dlaczego akurat w tym miejscu, a nie trzy kilometry dalej? A jednak różnice są, nawet wielka słowiańska rodzina narodów jest mitem. Serbowie, prawosławni, znać tam wpływy tureckie, Chorwaci, katolicy,  ciągną w stronę Zachodu. Na jednym miejscu bardziej odcisnęło się piętno niemieckie - to Czechy (Jakie one słowiańskie? - wątpi Szczerek), a z kolei Słowacja jest wiejska, katolicka i bardziej wschodnia. Jeszcze inne są Węgry. A Rumunia? A co dopiero mówić o krajach bałtyckich. Przecież i one nie stanowią jedności. Estończycy śmieją się z Łotyszów, lgną do Skandynawii. Nawet jednej Litwy nie ma!

Wiele w pisaninie Szczerka ciekawego, a szczególnie opowieści o przeszłości, o tym, jak się wszystko ze sobą mieszało, jak na siebie oddziaływało. Na te dociekania nakłada Szczerek spostrzeżenia najnowsze. Patrzy na Międzymorze w momencie buntu. Buntu peryferii przeciwko europejskiemu centrum. Co nam tam jakaś Europa będzie mówiła, jak mamy żyć, jak się urządzać. My mamy swoje reguły, swoje zasady, co nie przeszkadza nam tę Europę finansowo doić. I tak bawimy się z nią, naiwną, w kotka i myszkę. I tak ją ogrywamy, żeby nie powiedzieć dosadniej, co by w tym miejscu pewnie lepiej pasowało. I tak z demokracji krok po kroku zostaje nam tylko wydmuszka. Ale i w takiej postawie nie ma jedności, na szczęście, bo na przykład państwa bałtyckie, patrzą na Polskę z politowaniem i próbują przeczekać, aż nam to szaleństwo minie.

Mimo wielu wątpliwości, jakim tu dałam wyraz, nie żałuję, że „Międzymorze” przeczytałam. Sporo dzięki tej zapośredniczonej podróży odkryłam.

 

środa, 26 lipca 2017
Martin Pollack "Skażone krajobrazy", "Topografia pamięci"

Od dawna zamierzałam wrócić do książek Martina Pollacka, austriackiego reportera, dziennikarza, pisarza, eseisty, od czasu studiów slawistycznych bardzo mocno związanego z Polską. Po raz pierwszy usłyszałam o nim, kiedy wydana została jego książka „Śmierć w bunkrze”, w której w bezkompromisowy sposób zmierzył się z przeszłością swojej rodziny, a szczególnie swojego ojca, członka gestapo, zbrodniarza wojennego. Zginął, kiedy próbował nielegalnie przekroczyć granicę, aby uciec do Ameryki Południowej. Potem czytałam jego artykuły i książki, „Po Galicji” i „Cesarza Ameryki”. Obie znakomite, a druga, opowieść o zjawisku masowej zarobkowej emigracji z Galicji na przełomie wieku XIX i XX, to lektura obowiązkowa. Galicja jest tematem szczególnie bliskim Pollackowi. Od jakiegoś czasu na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie istniały sobie dwie kolejne - najpierw pojawiły się „Skażone krajobrazy” (Czarne 2014; przełożyła Karolina Niedenthal), stosunkowo niedawno (2017) w tym samym wydawnictwie w tym samym tłumaczeniu „Topografia pamięci”. Spotkanie autorskie z Martinem Pollackiem ostatecznie zmobilizowało mnie, aby spośród wielu książek cierpliwie czekających na swój czas wybrać właśnie te dwie. Przeczytałam je jedna po drugiej i był to bardzo dobry pomysł, bo obie ze sobą korespondują. Pierwsza, dłuższy esej, mogłaby równie dobrze być częścią "Topografii pamięci", zbioru tekstów Pollacka ukazujących się przez ostatnie lata w prasie. Niektóre z nich nawiązują do tematu „Skażonych krajobrazów”.

W tym eseju Martin Pollack wydobywa na wierzch zapomniany albo zamieciony pod dywan fakt, że ziemie Europy Środkowej pełne są masowych, bezimiennych grobów, skrzętnie i celowo ukrytych przez tych, którzy dokonywali egzekucji i mordów. To groby z czasów pierwszej i przede wszystkim drugiej wojny światowej. O niektórych wiemy, to sprawy głośne - Katyń, Babi Jar, Treblinka, Bełżec, fakt istnienia innych znany jest tylko w najbliższej okolicy, o jeszcze innych już prawie nikt nie pamięta. Umierają ostatni świadkowie, którzy i tak niechętnie dzielili się swoją wiedzą. Dla mnie odkryciem był fakt, że pełna masowych grobów jest Słowenia, gdzie w gęstych lasach, w jaskiniach, w skalnych rozpadlinach znajduje się ponad sześćset takich miejsc. Także Austria. Co to znaczy w tym wypadku masowy? Kim były ofiary? Kim sprawcy? Masowy to na przykład nawet sto tysięcy ciał albo ponad dziewięćdziesiąt (tysięcy) w pięćdziesięciu siedmiu dołach w lesie Lisinice pod Lwowem, który dziś jest miejskim parkiem. Jak głęboki musiał być taki dół? Jak szeroki? Jak trzeba było dobrać miejsce, aby potem je sprytnie zamaskować? Kto go kopał? Często ofiary albo miejscowa ludność, której los w takim wypadku też był już przesądzony. A ofiary? Żydzi, odpowiemy. Tak, ale nie tylko. Także polscy oficerowie (Katyń), Białorusini, Słoweńcy, Cyganie i wielu innych. A mordercy? Faszyści, odpowiemy. Tak, ale też nie tylko. Nie zapominajmy, że niektóre z tych masowych grobów to czas pierwszej wojny światowej. W innych leżą ludzie zamordowani przez partyzantów Tity. Oskarżono ich o kolaborację z Niemcami. Ale nie każdy leżący w takim dole rzeczywiście był sympatykiem hitlerowców. Nikt się nad tym nie zastanawiał, nie dzielił włosa na czworo, stosowano odpowiedzialność zbiorową. Takimi bezimiennymi, masowymi grobami bywały rzeki, na przykład Dunaj, gdzie faszyści wrzucali zwłoki mordowanych Żydów.

Dlaczego Martin Pollack od lat zajmuje się tym tematem, często prowadząc prywatne śledztwa? Chce przywrócić symboliczną pamięć zapomnianym ofiarom i uświadomić tym, którzy go czytają i słuchają, że piękny krajobraz kryje często straszne tajemnice. Stąd to tytułowe skażenie. Za tym idzie kolejne pytanie – jak żyć w takim miejscu? Nie ma dobrej odpowiedzi. Większość tych grobów już pewnie nigdy nie zostanie odkryta, a my często nie uświadamiamy sobie, że chodzimy po cmentarzysku.

Druga książka, jak napisałam, znakomicie korespondująca ze „Skażonymi krajobrazami”, to zbiór rozmaitych tekstów połączonych wspólnym mianownikiem – pamięcią. Wydobyte z pamięci, można by powiedzieć, albo jak w tytule „Topografia pamięci”. Martina Pollack krąży wokół swoich ulubionych tematów – Galicji, wojen, historii rodzinnej, kolejny raz pisze o swoim ojcu. Dzieciństwo, które chociaż przypadło na czas drugiej wojny i surowe lata tuż po jej zakończeniu, we wspomnieniach autora jawi się jako sielskie, fascynujące. Autor opowiada o sąsiadach z Linzu, o wędrówkach z ukochanym dziadkiem. Dopiero jako dorosły dowiedział się, że, jak cała jego rodzina, także ten ukochany dziadek był fanatycznym wyznawcą ideologii faszystowskiej. Poznał też prawdę o swoich sąsiadach, którzy niczym nie różnili się od jego krewnych. Porządne austriackie mieszczaństwo, które nic złego nie widziało w ideologii faszystowskiej, w prześladowaniu Żydów. Na piękną pamięć nakłada się straszna prawda. Jak to połączyć? Jak się z tym zmierzyć? Czy jedno unieważnia drugie? Ale przecież jako mały chłopiec był zachwycony opowieściami dziadka o polowaniach, o wędrówkach po dzikich ostępach, uwielbiał z nim wędrować. Martin Pollack od lat stawia sobie te niewygodne pytania. Czy można pisać ukochany dziadek, ukochana babcia? A przecież ich kochał i do dziś żałuje, że nie zdążył pożegnać się z umierającą babcią, z którą w młodości, kiedy odkrył prawdę, w sposób bezkompromisowy zerwał kontakty.

Punktem wyjścia do kilku esejów są stare zdjęcia. To ulubiona metoda autora. Patrząc bardzo uważnie, tak jak ja niestety nie potrafię, analizuje je, docieka, zastanawia się, jaką scenę przedstawiają, kim byli sfotografowani. To zawsze pretekst do opowiedzenia o szerszym zjawisku. Refleksję o austriackim antysemityzmie wywołują dwa zdjęcia. Jedno, na którym elegancko ubrani Żydzi na klęczkach wśród obojętnego albo zachwyconego tłumu wymazują jakieś napisy z wiedeńskiej ulicy. Drugie to sielski obrazek, na którym troje odświętnie ubranych dzieci, pozując do fotografii, wznosi ręce w geście faszystowskiego pozdrowienia. Inne zdjęcie z czasów pierwszej wojny światowej staje się pretekstem do przypomnienia jej okrucieństwa, o czym w tej części Europy często zapominamy i niewiele wiemy. Niesłusznie. Jeszcze inne eseje są próbą przywrócenia pamięci o zapomnianych ofiarach wojny, na przykład Romach zamordowanych w jakiejś austriackiej wsi.

Wszystkie teksty Pollacka skłaniają do zadumy, do refleksji, zmuszają do myślenia. Niektóre mają być swoistym memento. Pamiętajcie, zło zawsze zaczyna się niewinnie, pełznie podstępnie. Nikt nie wierzy w najczarniejsze scenariusze. To jednostkowe przypadki, mówimy. Nic złego się nie dzieje. Zawsze tak mówiono.

 

środa, 19 lipca 2017
Mo Yan "Żaby"

Chociaż Chiny interesują mnie bardzo i sporo na ten temat czytałam, to nigdy dotąd nie sięgnęłam po prozę chińskiego noblisty Mo Yana, a to dlatego, że, jak słyszałam, jego książki to chiński realizm magiczny, a ja od realizmu magicznego raczej trzymam się z daleka. Tymczasem do lektury jego powieści namówili mnie znajomi zdziwieni moją opinią. Nasza znajomość zaczęła się od książek, także chińskich. Czytałam wtedy „Złotego chłopaka, szmaragdową dziewczynę” Yiyun Li, okazało się, że oni też ją znają i tak od słowa do słowa przegadaliśmy kilka godzin o naszych gustach czytelniczych. To oni polecili mi Mo Yana, szczególnie „Klan czerwonego sorga” i „Żaby”. No i właśnie teraz przeczytałam tę ostatnią powieść (W.A.B. 2014; przełożyła Małgorzata Religa), a za jakiś czas na pewno sięgnę po kolejną.

„Żaby” czyta się znakomicie. To trochę sagi rodzinnej, trochę opowieści o losach przyjaciół wywodzących się z jednej wioski, trochę obraz przemian społecznych. Ale główną bohaterką jest ciotka narratora, Wana Nogi, zwanego też Kijanką. Wan Noga był niegdyś wojskowym kucharzem, potem został dramatopisarzem o pseudonimie Kijanka. Chyba nie osiągnął sukcesu, bo nikt nie wystawia jego sztuk. Jemu zdaje się to nie przeszkadzać. Pragnie napisać dramat o swojej słynnej ciotce, o której opowiada w  listach pewnemu japońskiemu pisarzowi. Nazywa go mistrzem i darzy wielkim szacunkiem. I tak w miarę rozwoju korespondencji poznajemy historię ciotki, samego Wana Nogi, jego rodziny i przyjaciół, a to wszystko na tle historii Chin, od czasów inwazji japońskiej do czasów współczesnych.  Całość kończy sztuka teatralna napisana przez Kijankę zatytułowana „Żaby”. O ile listy, zasadnicza część powieści, jest realistyczna, o tyle dramat ma też elementy fantastyczne, oniryczne. Muszę uczciwie przyznać, że ten ostatni fragment będący komentarzem do opowiedzianych wydarzeń najmniej mi się spodobał.

Kim jest ta ciotka, która tak fascynuje narratora? To słynna na całą okolicę znakomita położna, przez jednych szanowana i uwielbiana, przez innych znienawidzona. Bo położna w Chinach nie tylko przyjmuje porody, ale też  odpowiada za wdrażanie w życie i pilnowanie polityki jednego dziecka, szczególnie jeżeli jest tak wierna partii komunistycznej jak ciotka, która nigdy nie kryła się ze swoimi poglądami, głosiła je z dumą i nawet w czasach rewolucji kulturalnej, poddana seansowi nienawiści, lżona i poniżana, oskarżana o zdradę i szpiegostwo, swoich sympatii do partii się nie wyrzekła. Zasadniczym tematem powieści Mo Yana jest właśnie polityka jednego dziecka. I trzeba przyznać, że  to opowieść fascynująca i przerażająca zarazem. Jak wspomniałam, przeczytałam kilka książek o Chinach, reportaży i esejów, ale w żadnym, poza ogólnikami, autorzy nie poruszali tej tematyki. Dlatego „Żaby” to dla mnie odkrycie kolejnej terra incognita.

No bo co w praktyce kryło się pod pojęciem polityki jednego dziecka? Niby wiadomo, ale jak ten nakaz  egzekwowano? O tym właśnie opowiada powieść Mo Yana. Najpierw jest nawet zabawnie. Takie właśnie są sceny, kiedy ciotka wraz ze swoją ekipą, płynie po rzece łodzią (Wsie, w których toczy się akcja, położone są  nad rzeką.) i nagle z megafonu słychać jej mocny głos apelujący do obywateli, aby pamiętali o polityce jednego dziecka. Ale przecież na apelach się nie kończy. Mężczyzn mimo oporu poddaje się wazektomii, kobietom, też wbrew ich woli, zakłada się spirale. To wszystko prowadzi do licznych tragedii. Dziś konsumpcyjnie nastawione chińskie młode pokolenie, szczególnie mieszkańcy miast, łatwiej godzi się z taką polityką, już zresztą złagodzoną, ale kiedyś, zwłaszcza na wsi, te nakazy budziły opór. Nie tylko chodziło o to, aby mieć więcej dzieci, najważniejsze było posiadanie syna, bo tylko on zapewnia kontynuację rodu. Na wszelkie sposoby próbowano obejść obowiązujące prawo, a jeśli się komuś udało, do akcji znowu wkraczała bezwzględna ciotka i jej pomocnicy. Robili wszystko, aby kobietę zmusić do aborcji. W każdy możliwy sposób - szantażem, groźbą, siłą. Ciotka, dzięki której na świat przyszły tysiące dzieci, jednocześnie tyle samo albo więcej unicestwiła, najczęściej wbrew woli ich matek, czasem też ojców. Dlatego im starsza, tym ma większe wyrzuty sumienia. To, co robiła, zaczyna ją prześladować. Nieurodzone dzieci wracają do niej w różny sposób. Szuka potwierdzenia słuszności swojej życiowej drogi, no bo co by było z Chinami, gdyby nie polityka jednego dziecka? Co by było z Ziemią? Jak zawsze w takich sytuacjach, nie ma dobrej odpowiedzi – to, co dobre w skali makro, niekoniecznie jest dobre dla pojedynczego człowieka.

Ale „Żaby” mają więcej bohaterów. To także opowieść o życiu narratora, Kijanki, i jego szkolnych przyjaciół. Jednym się udało, osiągnęli sukces, stali się biznesmenami, wysłali dzieci na studia, nawet zagraniczne, inni są życiowymi rozbitkami. A w tle historia Chin – wielki głód, rewolucja kulturalna, powolne przemiany, wreszcie Chiny współczesne, tak inne od tych dawnych. Obraz tego co dziś nie jest wcale optymistyczny. Wioska zmieniła się w wielkie miasto, w którym buduje się nowoczesne osiedla, często to atrapy miast europejskich, nierzadko w dużej części puste, rzekę uregulowano, wszędzie turystyczny gwar, komercja, nawet religia się temu poddaje. Ludzie gonią za pieniędzmi, wdają się w nieuczciwe biznesy, liczy się blichtr i konsumpcja, warczą na siebie, są agresywni, nieżyczliwi. Ten niewesoły obraz współczesności i tragiczne wydarzenia z przeszłości łagodzone są gawędziarskim, lekkim tonem, jakim Kijanka snuje swoją opowieść. Dlatego czasy wielkiego głodu czy rewolucji kulturalnej nie przerażają jakoś specjalnie. To, co czytałam na ten temat w innych książkach, było niewyobrażalnie dramatyczne. Czy to cena, jaką płaci Mo Yan za to, że publikuje swoje powieści w Chinach? Przez niektórych nazywany jest wszak reżimowym pisarzem.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28