Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 21 czerwca 2017
Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"

 Długo zastanawiałam się, czy kupić książkę "Wojna i terpentyna" napisaną przez niderlandzkiego (?) - w takim języku pisze, flamandzkiego (?) - tak stoi w brytyjskiej Wikipedii,  pisarza Stefana Hertmansa (Marginesy 2015; przełożyła Alicja Oczko). Boję się trochę ryzyka, jakie niesie za sobą lektura powieściopisarza debiutującego na naszym rynku. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi - wydawcy reklamują książki, jak się da. Każda jest znakomita, każda wybitna. Można srogo się zawieść. Trochę się o "Wojnie i terpentynie" mówiło, jakoś o niej usłyszałam, a ostatecznie postanowiłam zaryzykować, kiedy dowiedziałam się, że Hertmans jest cenionym poetą. Skoro poetą, to może i po jego powieść warto sięgnąć. A kiedy ostatnio Marginesy wydały jego kolejną pozycję, postanowiłam czym prędzej przeczytać tę, która czekała sobie na wirtualnej półce. No i nie żałuję.

Od razu napiszę, że to na pewno nie jest książka dla każdego. Celowo używam słowa książka, bo jednak trudno "Wojnę i terpentynę" zakwalifikować jako powieść, chociaż tak się o niej pisze. To skrzyżowanie eseju i opowieści o dziadku Hertmansa ze strony matki, Urbainie Martienie, urodzonym w 1891 roku, zmarłym w 1981. Kiedy był już dość sędziwym, siedemdziesięcioletnim człowiekiem (w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku o siedemdziesięciolatku można było śmiało tak powiedzieć, dziś byłaby to obelga dla człowieka w takim wieku), zaczął spisywać swoje wspomnienia. Powstały dwa zeszyty zapisków obejmujące okres dzieciństwa i czas pierwszej wojny światowej. Kilka miesięcy przed śmiercią podarował je swojemu trzydziestoletniemu wnukowi. Zanim Hertmans do nich zajrzał, minęło trzydzieści lat. Kolejne kilka zanim zaczął pracować nad książką, która ukazała się w roku 2013 tuż przed okrągłą, setną, rocznicą wybuchu pierwszej wojny.

Pisarz podąża tropami swojego zmarłego dziadka, robi to w czasie i w przestrzeni. Posiłkując się zapiskami, a potem wspomnieniami własnymi i członków rodziny, rekonstruuje na naszych oczach życie Urbaina Martiena. Chodzi po śladach dziadka, po miejscach z nim związanych, ze smutkiem rejestruje zmiany w krajobrazie. Tam, gdzie kiedyś były sielskie przedmieścia, kwitły łąki, zieleniły się sady, dziś po szosach szybkiego ruchu, po obwodnicach suną sznury samochodów pod ołowianym niebem (niebem o kolorze ścierki, jak lubi pisać Hertmans). Nie ma już wielu budynków, które odwiedzał dziadek w czasach swojej młodości, wiele miejsc straciło dawny urok, Gandawa nie jest już taka piękna jak niegdyś. Pewnie autor nieco idealizuje miasto z początku zeszłego wieku, przecież jego dziadek w czasach dzieciństwa mieszkał w ubogiej dzielnicy, gdzie najprawdopodobniej ścieki płynęły rynsztokami, ale trzeba mu przyznać, że robi to bardzo przekonująco. Oczami wyobraźni widzę te potworne drogi śmierdzące spalinami, te ohydne blokowiska i przyjazną, miłą, pełną uroku Gandawę sprzed lat.

Hertmans przegląda też stare zdjęcia, pamiątki, wspomina chwile spędzone z dziadkiem, sporo miejsca zajmuje analiza jego obrazów, bo Urbain Martien umiłował malarstwo, był malarzem amatorem, robił kopie i malował własne obrazy. Dziś tylko niektóre znajdują się w posiadaniu rodziny, inne rozsiane są nie wiadomo gdzie, bo dziadek obrazy rozdawał, nigdy nie sprzedawał. Kiedyś zdumiony wnuk odkrył jedną z jego prac na ścianie jakiegoś gandawskiego lokalu.

"Wojna i terpentyna"  skojarzyła mi się z "Austerlitz" Sebalda, jedyną jego książką, jaką na razie przeczytałam. Chodzi o sposób pisania i o temat - dziecko, wojna. O ile na Sebalda pozostałam  doskonale obojętna, o tyle Hertmans wciągnął mnie bez reszty do swojego świata i bardzo poruszył. Wiem, wiem krytycy literaccy pokiwaliby z politowaniem głowami  nad moimi literackimi gustami, no bo jak można  przedłożyć Hertmansa nad Sebalda. Ja jednak tak właśnie robię, mogę śmiało powiedzieć, że w książce tego pierwszego po prostu się zakochałam. Mam przed oczami małego Urbaina, który jako najstarszy z rodzeństwa musi pomagać matce. Widzę, jak zziębnięty błąka się po zaułkach Gandawy z ciężkim wiadrem i żebrze o węgiel, widzę, jak ciężko pracuje w odlewni, jak przesiaduje ze swoim ukochanym ojcem w kościołach, w których ten restauruje albo maluje freski, widzę, jak zachwyca się jego  pracą, jak sam z wielkim samozaparciem próbuje malować, jak się po wielekroć zniechęca i jak wraca do swojej pasji, widzę, jak się gorliwie modli przed obrazem Matki Boskiej Siedmiobolesnej. Przyglądam się jego silnemu związkowi z dumną matką, która kiedyś postawiła na swoim i wyszła za mąż za biednego malarza Franciscusa, popełniając mezalians, skazując się na ubogą egzystencję, na walkę o byt. Wreszcie widzę, jak jego młodość brutalnie przerywa wybuch pierwszej wojny. W tej części książki Hertmans oddaje głos dziadkowi, przywołuje zapiski, które od niego dostał.

To fragmenty jeszcze bardziej poruszające, momentami wstrząsające. Chaos i bezsens, zniszczenia, eksodus uciekających cywilów, płonące wioski, żołnierze wysyłani na pewną śmierć, jęki rannych i umierających, martwe zwierzęta, brud, choroby, głód, potworne zimno, błoto okopów, w których tygodniami tkwili walczący, smród odchodów, bezprzykładne bohaterstwo. Tylko po co? Żeby zdobyć kilka kilometrów ziemi? Pogarda oficerów, wśród których dominowali Walonowie, dla prostych żołnierzy, przede wszystkim Flamandów. I utrata złudzeń. Coś się w tych ludziach załamało, stracili spokój i młodzieńczy idealizm. Dawny świat runął, w każdym wymiarze - materialnym i duchowym. Nikt nie pomagał leczyć ich wojennych traum, nikt nie słyszał o stresie pourazowym. Tym bardziej przykro, kiedy Hertmans chodzi po miejscach, gdzie walczył dziadek, dziś zapomnianych, opuszczonych. Kto pamięta o tamtych wydarzeniach? To tylko nudne fakty z podręczników historii, daty, miejsca bitew, niewiele więcej. A za tym nudziarstwem kryje się ludzkie nieszczęście, ból, tragedia. Potem życie dziadka też układało się różnie - nieszczęśliwa miłość, mania prześladowcza, pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Szczęście dawało mu malowanie. Równowagę i spokój osiągnął dopiero na starość.

Warto sięgnąć po książkę Hertmansa, warto poświęcić jej czas i uwagę, zagłębić się w tamten bardzo zmysłowo odtworzony świat,  obcować z ludźmi sportretowanymi na jej kartach, warto zadumać się nad ich losem i światem.

środa, 14 czerwca 2017
Richard Flanagan "Klaśnięcie jednej dłoni"

Moje ostatnie lektury to przede wszystkim literatura faktu, bo postanowiłam przeczytać wszystkie książki nominowane w tym roku do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego znajdujące się  na mojej wirtualnej półce. A tak się wyjątkowo złożyło, że na tegorocznej liście znalazło się aż siedem reportaży (na dziesięć), które albo już czytałam, albo takich, które  czekają na swoją kolejkę. (Ten wpis powstał w marcu. Moje notki o nominowanych reportażach od dawna są na blogu.)  W pewnym momencie poczułam, że muszę zrobić przerwę, odetchnąć nieco od ciężkich tematów i sięgnąć po powieść. Wybór padł na "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Robert Sudół). Po przeczytaniu "Ścieżek północy" postanowiłam kontynuować znajomość z prozą tego australijskiego pisarza. Chciałam odetchnąć, tymczasem pogrążyłam się w mroku. Już dawno nie czytałam tak przerażająco smutnej książki. Tak, smutnej. Ten epitet chyba najlepiej oddaje charakter powieści Flanagana. Chociaż nie ma tu jak w "Ścieżkach północy" tak wiele okrucieństwa, to i bez tego powieść przygnębia. To rodzinna psychodrama. Historia słoweńskich imigrantów osiadłych na Tasmanii.

Dwa są źródła przytłaczającej atmosfery, atmosfery beznadziei. Pierwsze, chociaż nie ono jest głównym tematem książki, to obraz życia imigrantów z Europy. Byli wśród nich na pewno tacy, którym się z czasem udało. Wielu jednak prowadzi monotonne, beznadziejne życie pozbawione nadziei. Harują w fabrykach albo na budowach elektrowni wodnych. Mieszkają w podłych domkach, w nędznych osadach wzniesionych specjalnie dla robotników pracujących na budowie. Ich jedyną rozrywką jest piwo wypijane razem z innymi mężczyznami w miejscowym pubie. To tam zapominają o swoich smutkach, o zawiedzionych nadziejach, o rozczarowaniach, o pogardzie, jaką otaczają ich miejscowi. Dla nich są bambo. A przecież miało być inaczej. W świecie, który opuścili, coś znaczyli - byli profesorami, lekarzami, mieli rodziny, żyli wśród swoich. Tu wszystkie więzi zostały zerwane, nowe są płytkie, a dawny prestiż jest bez znaczenia, miejscowi mają ich za nic. Cała nadzieja w dzieciach. To im może się udać. Nawet przyroda jest niegościnna. Zimą szaleją śnieżyce, latem pożary pustoszą kraj. Żeby zbudować elektrownię, trzeba w pocie czoła karczować las, rozbijać skały. Natura, chociaż groźna, jest przynajmniej piękna. Natomiast wszystko, co stworzyła cywilizacja, odstręcza brzydotą. Takie są kolejne robotnicze osady, w których mieszka jeden z głównych bohaterów, Bojan Buloh, takie jest Hobart. Nie wiem, jak to miasto wygląda dziś. Opisane w książce - i to z lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, i to z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych - robi przygnębiające wrażenie.

Jeszcze bardziej ponura jest historia rodziny Bulohów, Marii i Bojana, słoweńskich imigrantów, którzy na początku lat pięćdziesiątych razem z kilkunastomiesięczną córeczką Sonją przybywają na Tasmanię. Czy to trudne warunki życia, wojenna trauma sprawiają, że Bojan chętniej spędza czas w pubie niż w domu z żoną i dzieckiem? Czy to dlatego Maria w pewien zimowy, śnieżny wieczór zostawi małą córeczkę samą w domu i już nigdy nie wróci? Jakże zrozpaczona, pogrążona w depresji musiała być, kiedy po raz ostatni przytuliwszy Sonję, pożegnała się z nią słowami mnie trzeba iść? Odtąd Bojan jeszcze więcej czasu spędza w pubie, próbując zagłuszyć ból. Co zrobić z dzieckiem? Jak ma je wychowywać samotny mężczyzna pracujący na budowie? Dlatego Sonją opiekują się obce rodziny. To zimny wychów. Kiedy jest starsza, musi im pomagać niczym Kopciuszek. Dziewczynka tęskni za ojcem, jest samotna, czeka, kiedy zabierze ją na weekend do domu, a zdarza się to bardzo rzadko, marzy, aby wspólnie zamieszkali. Ale kiedy się to wreszcie zdarzy, sielanki nie będzie. Bojan kocha córkę, ale zgnębiony samotnością, przytłoczony mizerią egzystencji, pogardą miejscowych, którą bardzo mocno odczuwa, coraz więcej pije. Coraz rzadziej okazuje jej swoje uczucia, coraz bardziej nienawidzi siebie. Alkoholowe libacje, fizyczna przemoc, bieda, domowe obowiązki, samotność - tak wygląda  dzieciństwo Sonji. A mimo to dziewczynka tęskni do ojca, który, kiedy jest trzeźwy, potrafi być wspaniałym człowiekiem. Wesołym, radosnym. Jednak coraz rzadsze są chwile, kiedy jest dobrze. Aby się ratować, Sonja opancerzy się, zobojętnieje na ból zadawany przez ojca, bo tylko tak może się bronić. Patrzymy na niego jej oczami. Nienawidzimy go i lubimy jednocześnie. Bo przecież potrafi być troskliwy, miły, dbać o dom, jest doskonałym stolarzem. Ale kiedy pije, staje się ordynarny, agresywny, cuchnie przetrawionym alkoholem.

Jaka może być przyszłość Sonji? Ratunkiem jest ucieczka i walka o siebie. I chociaż w końcu jakoś stanie na nogi, wydostanie się ze społecznych nizin, to będzie psychicznie okaleczona. Nie potrafi kochać, nie potrafi związać się z kimś na dłużej. A jednak z czasem w tej beznadziei zabłyśnie jakaś jaśniejsza barwa. To przyjaźń życzliwych ludzi, próba wybaczenia, zapomnienia, próba odbudowy więzi między ojcem a córką. No i jeszcze coś. Czy to się uda? Sonja nie ma złudzeń, wie, że to być może tylko na chwilę, więc się nią cieszy, nie zastanawia się już, co będzie w przyszłości. Teraz ma w sobie siłę, aby żyć.




środa, 31 maja 2017
Jakub Małecki "Dygot"

Kiedy w 2015 roku w wydawnictwie Sine Qua Non ukazała się powieść Jakuba Małeckiego "Dygot", mówiło się o niej dużo i bardzo dobrze. Zastanawiałam się nawet, czy nie przeczytać, ale dałam sobie spokój, bo na mojej opasłej liście książek, które chcę przeczytać były pilniejsze lektury. Potem wyszły "Ślady", chyba mniej entuzjastycznie przyjęte, ale teraz nominowane do Nike. Z czasem o książkach Małeckiego przestałam myśleć, bo wypychały je pozycje nowsze i nowsze. Do czasu. Bo nagle polecił mi je znajomy. Nie ma to jak osobista rekomendacja innego książkoholika, którego gustom literackim się wierzy. Kiedy nadarzyła się atrakcyjna promocja, kupiłam, a teraz jestem już po lekturze "Dygotu".

Trzeba przyznać, że powieść Małeckiego czyta się znakomicie. Wciąga, hipnotyzuje, trochę jak "Morfina" Twardocha. To dwutorowo prowadzona historia dwóch wiejskich rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Długo nic o sobie nie wiedzą, mieszkają w innych wsiach gdzieś w okolicy Koła. Szybko domyślamy się, że ich losy muszą się spleść i tak rzeczywiście się stanie. Historia zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, kończy w latach dziewięćdziesiątych. Co jakiś czas narrator zaznacza upływ czasu, przywołując jakieś istotne zdarzenia z dwudziestowiecznej historii, na przykład poznański czerwiec. Ale nie jest to powieść polityczna. Czemu służą te odwołania? Może przekornemu zakorzenieniu fabuły w świecie realnym? Chciałoby się napisać w tu i teraz, ale raczej należałoby powiedzieć w tam i wtedy. Użyłam słowa przekornemu, bo w powieści Małeckiego realizm łączy się z żywiołem metafizycznym. Nie wiem, czy można "Dygot" nazwać realizmem magicznym, nie bardzo się na tym znam. No może w takim potocznym znaczeniu tego pojęcia. Jedną z rodzin ściga klątwa, losy drugiej przepowiedział Cygan. Niby jest to opowieść mocno osadzona w wiejskiej i prowincjonalnej rzeczywistości - bohaterowie zmagają się z codziennymi problemami, pracują na gospodarce, prowadzą w mieście sklep warzywny, zmagają się z kłopotami finansowymi, posyłają dzieci do szkół, piją, łajdaczą się i tak dalej, i tak dalej. Sporo tu jednak dziwności. W rowie mieszka straszydło, człowiek - nieczłowiek, zwany przez jednego z bohaterów Strzępkiem. Syn Łabendowiczów  jest albinosem, wyrzutkiem, nieakceptowanym przez wiejską i małomiasteczkową społeczność. Na rzeczywistość patrzy w dziwny sposób, miewa wizje, świat mu się przelewa przed oczyma. Potem znajdzie się na to medyczne wytłumaczenie - albinosi mają problemy ze wzrokiem. Po wsi chodzi wiejska wariatka, Dojka, która wszystko widzi i wszystko wie. W domu mieszka oswojona sowa zwana Durną. W innym domu wybuchnie granat. Silne są tu związki z przyrodą - ze zwierzętami, z ziemią. A to przecież nie wszystko. Wiele tu dziwnych zbiegów okoliczności, a wszystkie przysłowiowe strzelby wybuchają.

Ale  najważniejszy jest pesymizm. Przekonanie, że choćby nie wiem jak się człowiek starał i tak dopadną go wszystkie nieszczęścia świata. Bo świat jest prawdziwym łez padołem. Na bohaterów czyha Historia, choroby, nawet zwykły ból zębów okaże się dopustem Bożym, cierpienia, niespełnione miłości, ścigają ich wyrzuty sumienia, które nie dają spać po nocy, sąsiedzi są gotowi wbić nóż w plecy, dzieci albo same sprowadzają na siebie nieszczęścia i schodzą na złą drogę, aby, gdy jest już za późno, cierpieć, albo rodzą się dziwne (Wiktor - albinos), albo ulegają nieszczęśliwym wypadkom. A na końcu i tak śmierć każdemu pisana. To  tragiczne spojrzenie na ludzką egzystencję symbolizuje tytułowy dygot. Strach przed ludźmi, przed losem, przed cierpieniem, przed nieznanym. Bo człowiek to tylko trzcinka na wietrze, igraszka w ręku mrocznych sił.

Jak wspomniałam, książkę pożera się jednym tchem. A jednak wyczuwam w niej jakiś fałsz. Chociaż podobnie patrzę na świat, chociaż jestem realistką do bólu, co niektórzy mylą z pesymizmem, to jednak nieobce mi są radości. To one chronią przed ostatecznym zwątpieniem. Tymczasem czytając "Dygot", miałam wrażenie, że bohaterów dosłownie ścigają nieszczęścia. Ta kondensacja wszystkiego, co ciemne, losy trzech, a właściwie czterech pokoleń, rozpisane są przecież na niecałych czterystu stronach, z jednej strony wywołuje pożądany efekt - przekonanie, że świat jest miejscem  strasznym, z drugiej po jakimś czasie miałam wrażenie przesytu, sztuczności. Jednym słowem czułam, że mam do czynienia z literackim konceptem. Zaczęłam widzieć szwy. Dlatego książkę, chociaż zgrabna, zręcznie napisana, momentami zniewalająca urodą języka, skończyłam czytać z niedosytem. Jeśli, czytelniku tej notki, musisz z braku czasu starannie wybierać lektury, to po pierwsze sięgnij Myśliwskiego, a po drugie "Skoruń" Macieja Płazy. Te książki są prawdziwe, nie ma w nich żadnej fałszywej nuty.

PS. Przywołałam akurat tych autorów, bo obaj piszą o wsi i o prowincji.


niedziela, 28 maja 2017
Ann Reid "Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015"

Po przeczytaniu zbioru reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz „Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje” rzuciłam się na inną książkę o Ukrainie, która od dawna leżała sobie na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie. Chodzi o „Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015” (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Wojciech Tyszka) napisaną przez brytyjską dziennikarkę i historyczkę Ann Reid. Pretekstem było szukanie odpowiedzi na pytanie, czy Ukraina to rzeczywiście kraj, w którym trudno żyć, bo rządzą nim przemoc i bezprawie. Właśnie taki obraz naszego wschodniego sąsiada wyłaniał się z mojej poprzedniej lektury. W gruncie rzeczy wiedziałam, że pełnej odpowiedzi nie dostanę, bo „Pogranicze” to połączenie współczesnego reportażu z książką historyczną. Dlatego między innymi kilka miesięcy temu je kupiłam, bo, wstyd się przyznać, ale o historii Ukrainy wiedziałam tyle, co nic.

Książka Ann Reid składa się z dwóch części. Pierwszej, znacznie dłuższej, która powstała w połowie lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy Ukraina odzyskała niepodległość. Autorka podróżując przez historię kraju, szuka jednocześnie odpowiedzi na pytanie, jaka będzie jego przyszłość. Jak sama pisze w przedmowie do polskiego wydania, niektóre jej prognozy nie sprawdziły się, inne okazały się trafione. Mam wrażenie, że w przyszłość patrzyła bardziej optymistycznie, chociaż dostrzegała problemy związane z Krymem, Donbasem, widziała, jak politycy marnują kolejne szanse. Najbardziej chwaliła mądrą politykę narodowościową, dzięki której łagodzono napięcia pomiędzy Ukraińcami a mieszkającymi na Ukrainie Rosjanami.

Druga część "Pogranicza" powstała specjalnie na potrzeby wydania polskiego. Trudno przecież było opublikowaną w roku 2016 książkę zakończyć w połowie lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory minęła cała epoka. Epoka rozczarowań, nadziei, dwóch rewolucji, epoka zakończona wojną domową. Ta część to już nie historia, a rzetelna opowieść o Pomarańczowej Rewolucji, Majdanie, utracie Krymu i wojnie w Donbasie. Kończy ją rozdział, w którym Ann Reid powtórnie stawia pytania  o przyszłość Ukrainy. Pisze, jak wiele zależy od Putina i Europy. Czy Unia zechce zrozumieć, że silna Ukraina jest naszemu kontynentowi potrzebna i dlatego trzeba ją wesprzeć? Żeby tak się stało, nie można patrzeć na ten kraj oczyma rosyjskich ekspertów, a dziś często tak się dzieje. Jednak najwięcej zależy od samych Ukraińców. Jeśli i tym razem z reform nic nie wyjdzie, kraj pogrąży się w marazmie albo w odmętach kolejnej rewolucji. Taką diagnozą kończy swoją książkę Ann Reid.

Równie ciekawa jest część pierwsza, do której teraz wrócę. To podróż przez historię Ukrainy. Podróż w sensie dosłownym. Autorka wędruje od miasta do miasta, a każde z nich jest pretekstem do przyjrzenia się kolejnej epoce z dziejów terenów, na których dziś znajduje się Ukraina. Napisałam to w sposób nieco zawikłany, ale inaczej się nie da. Bo stwierdzenie, że to kolejne etapy w dziejach Ukrainy byłoby po prostu nieprawdziwe. Fenomen tego kraju polega bowiem na tym, że właściwie go nie było. Jeśli się pojawiał, to dosłownie na chwilę, a pomiędzy krótkimi okresami państwowego bytu nie było żadnej ciągłości. Ukraińcy odwołują się do Rusi Kijowskiej, którą uważają za kolebkę swojej państwowości. Nie zgadzają się z tym oczywiście Rosjanie. Pytanie, kto jest spadkobiercą Rusi Kijowskiej, wśród historyków pozostaje otwarte. Tak czy inaczej Ukraina zawsze była czyjaś - polska, rosyjska, kozacka, habsburska, Krym, matecznik Tatarów Krymskich, związany był z Imperium Osmańskim. Inny był wschód, inny zachód, jeszcze inne południe. Historia tych ziem zmieniała się jak w kalejdoskopie. Do czego wobec tego może odwoływać się współczesna Ukraina, skoro ukraińska świadomość narodowa zaczęła się odradzać dopiero w XIX wieku? Do Rusi Kijowskiej? Spuścizny po Kozakach? Krótkiego okresu niepodległości w roku 1918? Bardzo to wszystko ciekawe. Wędrując po miastach, autorka przygląda się przeszłości, ale opisuje także dzień dzisiejszy.

Po książkę warto także sięgnąć z jeszcze jednego powodu. Ponieważ nasza historia splata się z historią Ukrainy, mamy okazję przyjrzeć się polskiej przeszłości obcymi oczami. Inne rozłożenie akcentów jest bardzo pouczające i ciekawe.



 

środa, 24 maja 2017
Małgorzata Czyńska "Kobro. Skok w przestrzeń"

Po obejrzeniu "Powidoków" Wajdy i spektaklu Teatru Telewizji pod tym samym tytułem, po przeczytaniu kilku artykułów i wysłuchaniu audycji radiowych postanowiłam sięgnąć po książkę Małgorzaty Czyńskiej "Kobro. Skok w przestrzeń" wydaną w 2015 roku przez wydawnictwo Czarne. Chociaż w galeriach malarstwa mogę spędzać godziny, to nie ma co czarować  - nie sztuka awangardowa mnie tam przyciąga. Nie rozumiem czarnych kwadratów na białym tle, przez sale z awangardą przemykam, omiatając obrazy tępym wzrokiem. Nie ukrywam, że Katarzyną Kobro zainteresowałam się nie z powodu jej twórczości. Moją ciekawość wzbudził film Wajdy i dyskusja wokół niego. Czuję się więc trochę jak podglądaczka, trochę jak czytelniczka plotkarskich pism czy portali, powiedzmy takich ambitniejszych. To nieco prowokacyjne zdanie oddaje mój stan ducha, w żadnym wypadku nie dotyczy książki, o której dziś piszę. Tu dygresja - dla porządku informuję, że ta notka powstała w lutym, niedługo po obejrzeniu "Powidoków".

Gdybym przyrównała biografię rzeźbiarki pióra Małgorzaty Czyńskiej do rzeczonych pisemek i portali, wyrządziłabym jej wielką krzywdę. Autorka zajmuje się przecież nie tylko prywatnym życiem Katarzyny Kobro. Bohaterka interesuje ją jako kobieta, żona, matka, ale przede wszystkim jako bezkompromisowa artystka oddana sztuce swojej i swojego męża, Władysława Strzemińskiego. W książce znajdziemy historię ich drogi artystycznej, obfite cytaty z artykułów, manifestów i wypowiedzi obojga artystów, ale także historyków sztuki, którzy zajmowali się ich twórczością. Czyńska pisze o niezrozumieniu ich twórczości, złych recenzjach, twórczej samotności i stopniowym zyskiwaniu uznania. Przyznaję, że chociaż czytając, bardzo się starałam, nadal pozostaję gdzieś obok tego, co tworzyli. Autorka mocno akcentuje ich pasję pedagogiczną i starania, aby w przedwojennej Łodzi stworzyć pierwszą w Polsce kolekcję sztuki awangardowej.

Sztuka sztuką, a życie życiem. Długo udawało im się nie dostrzegać uciążliwej codzienności. Potem coś pękło. Czyńska próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego  uwielbiany przez innych Strzemiński, nagle w domu zmienił się w potwora. Co się stało, że swoją żonę nazywał wściekłą Kobrą, chciał jej odebrać dziecko, uniemożliwił pracę na uczelni i znęcał się nad nią fizycznie. Dlaczego ta szczęśliwa kiedyś para zaczęła się tak bardzo nienawidzić, bo trzeba uczciwie przyznać, że i Katarzyna Kobro pisała o nim w niewybrednych słowach. Czyńska stawia tezę, że to konflikt na tle religijnym i drugi związany z tożsamością narodową stały się przyczyną nieszczęścia. Katarzyna Kobro była Rosjanką, być może o niemieckich korzeniach, przywiązaną do religii prawosławnej. W tajemnicy przed mężem ochrzciła córkę w cerkwi, w czasie wojny w Łodzi podpisała listę rosyjską, co w tym kontekście nie powinno dziwić. Podobnie zrobił Strzemiński, który też przecież urodził się w Rosji i mieszkał tam jeszcze po rewolucji. Z czasem stało się to przyczyną jego wyrzutów sumienia i doprowadziło go do obsesji na tym tle.

Osobną kwestią, która zajmuje Czyńską, jest obraz rodziców, jaki stworzyła w swojej książce i licznych innych wypowiedziach Nika Strzemińska, która stała się kustoszką  pamięci o nich. Z jednej strony walczyła o recepcję ich twórczości, o pamięć, z drugiej konfrontowała się z bolesną przeszłością. Autorka często przeciwstawia opowieść Niki opowieści najbliższych przyjaciół czy sąsiadów Strzemińskich. Często dostajemy dwie odmienne wersje, słowo przeciwko słowu. Czyńska stara się odpowiedzieć na pytanie, gdzie jest prawda. Wszak to Nika Strzemińska stworzyła białą i czarną legendę swoich rodziców.

Wiele jest niedopowiedzeń w dramatycznej historii Katarzyny Kobro. Bardzo to smutna opowieść. O trudnym życiu, zakrętach historii, niejasnej tożsamości narodowej, dramatycznych wyborach, artystycznej pasji, bezkompromisowości i samotności, o niedocenieniu, małżeństwie, które z sielanki zamieniło się w piekło, wreszcie o macierzyństwie. Kobro umiera w biedzie,  bardzo cierpiąc. W nieszczęściu wspiera ją Nika i grono oddanych przyjaciół. Warto przeczytać książkę Małgorzaty Czyńskiej, nie tylko po to, aby skonfrontować ją z filmem Andrzeja Wajdy.

środa, 17 maja 2017
Artur Domosławski "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary"

Do książki Artura Domosławskiego "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary" (Wielka Litera 2013; ostatnio ukazało się kolejne wydanie) przymierzałam się od dawna, ale wyszło jak zawsze. To, że ją w końcu kupiłam i przeczytałam, jest pokłosiem arcyciekawego spotkania z autorem, na którym byłam jesienią. Za jednym zamachem stałam się też posiadaczką "Wykluczonych", a po lekturze "Śmierci w Amazonii" na pewno sięgnę po "Gorączkę latynoamerykańską".

"Śmierć w Amazonii" to książka, której nie da się czytać spokojnie. Złość, przerażenie, bezsilność i poczucie, że nieświadomie prawdopodobnie i my uczestniczymy w tym paskudnym procederze. A co najgorsze, nie bardzo można tego uniknąć. No bo wytworzenie znacznej ilości rzeczy, w których jest choćby odrobina stali albo odrobina złota, zostało okupione krzywdą mieszkańców Ameryki Południowej. Najczęściej tych najbiedniejszych. Nie możemy też mieć pewności, że drewno, z którego zrobiono nasze meble czy podłogi, nie pochodzi przypadkiem z lasów Amazonii. Domosławski opowiada w swoim reportażu o nierównej walce, jaką toczą ludzie mieszkający w brazylijskiej części Amazonii, w okolicach peruwiańskiego miasta Cajamarca i w rejonie Lago Agrio w Ekwadorze. To walka z wielkimi koncernami wypłukującymi złoto ze skał (Peru), wydobywającymi ropę z dzikich niegdyś okolic (Ekwador), eksportującymi drewno, to także walka z wielkimi hutami wytapiającymi surówkę, z wytwórcami węgla drzewnego potrzebnego tym hutom, z hodowcami bydła (to wszystko brazylijska część Amazonii). W sukurs możnym tego świata idą skorumpowani politycy i policjanci, kuci na cztery nogi prawnicy i przestępcy, którzy za pieniądze gotowi są zastraszać, śledzić, pobić, torturować, a nawet zabić lokalnych liderów czy ekologów ośmielających się protestować.

Konsekwencją wycinania lasów, pozyskiwania złota czy wydobycia ropy jest oczywiście katastrofalne zniszczenie środowiska - zatrucie wody i gleby, dewastacja krajobrazu. Za tym idą choroby. A to nie koniec listy nieszczęść. Mieszkańcy tracą swoją ziemię, ogranicza im się dostęp do miejsc, z których wcześniej swobodnie korzystali. Wszystko w imię rozwoju kraju. I nawet jeśli na papierze wszystko się zgadza, tak było w Ekwadorze, który dzięki wydobywaniu ropy z okolic Lago Agrio przez amerykański koncern Texaco (potem Chevron) poprawił swoje ekonomiczne wskaźniki, to nijak nie przekłada się to na wzrost poziomu życia tych najbiedniejszych. Oczywiście nie chodzi o to, aby w ogóle nie wydobywać i nie produkować, ale żeby wielkie, ponadnarodowe koncerny stosowały takie same standardy, jakie stosują na przykład w Stanach, czyli nazywając rzecz po imieniu, dbały o środowisko. Tymczasem traktują kraje Ameryki Południowej jak kolonie. Za zgodą miejscowych polityków. Ale to wszystko nie jest oczywiście takie proste. Kiedy jedni się burzą, buntują, toczą nierówną walkę, inni w zamian za pracę, często niewolniczą, gotowi są nie zwracać uwagi na koszty. Dlatego ekolodzy, działacze NGS-ów, lokalni aktywiści nie przez wszystkich są popierani.

Domosławski operuje konkretami, opowiada o głośnych sprawach, które zbulwersowały opinię publiczną, pisze o ludziach. O zamordowanych Jose Claudio i Marii, ekologach z Praia Alta w Amazonii, o Marco i Mirth'cie z Cajamarci i wreszcie o Pablo z Lago Agrio. Szczególnie ta ostatnia historia jest niesamowita. To opowieść o chłopaku z ubogiej rodziny, który pracując, utrzymując młodszych braci, zdobywał jednocześnie wykształcenie, a potem, kiedy został prawnikiem, rzucił rękawicę amerykańskiemu koncernowi. Proces wygrał, ale walka o odszkodowanie jeszcze się nie zakończyła.

Książka Artura Domosławskiego mimo nutki optymizmu jest jednak bardzo przygnębiająca. Bo walka, nawet jeśli zwycięska, trwa latami, okupiona jest cierpieniem i morderczą pracą wielu ludzi, a wreszcie często bywa wygrana tylko na papierze.


środa, 10 maja 2017
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje"

Od czasu ogłoszenia długiej listy tytułów (długiej w tym wypadku oznacza dziesięć) nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego sięgałam do mojej wirtualnej półki książek oczekujących na przeczytanie po kolejną z nich, bo tak się w tym roku złożyło, że większość z nominowanych pozycji już na niej miałam a niektóre zdążyłam poznać wcześniej. Zbiór reportaży z Ukrainy autorstwa Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz zatytułowany „Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje” wydany przez Czarne (2016) zostawiłam na koniec. Teraz już wiem, że nie ma go na liście krótkiej (pięć pozycji), ale i tak postanowiłam go przeczytać.

Chociaż wyboru lektur dokonuję bardzo świadomie, chociaż ostateczną decyzję o zakupie podjęłam po wysłuchaniu wywiadu z autorką, to od tamtej pory trochę czasu upłynęło i pewnie dlatego przystępując do lektury, spodziewałam się czegoś nieco innego. Myślałam, że, jak to często bywa, dostanę mieszankę literatury faktu i refleksji historycznej, politycznej, społecznej. Tymczasem „Zabić smoka” to klasyczny zbiór reportaży, przynajmniej w części już gdzieś publikowanych. Ja na pewno czytałam jeden z nich, a pamiętam go tak dobrze, bo długo nie mogłam przestać o nim myśleć, co nieczęsto się zdarza w wypadku pojedynczych tekstów. To opowieść o Irynie Dowhań z Donbasu, nazwanej kobietą spod słupa. Uwięziona za pomoc ukraińskim żołnierzom walczącym z separatystami została pewnego dnia wyprowadzona do miasta, a gapiom pozwolono się nad nią znęcać, lżyć i poniżać. Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, kiedy to jakaś zwyczajna kobieta przechodząca obok z całej siły kopnęła ją w brzuch, co zresztą Irinę uratowało, bo zdjęcie zrobione w tym momencie przez zachodniego dziennikarza obiegło internet i przyczyniło się do jej uwolnienia. To, co tu przed chwilą napisałam o książce, nie jest w żadnym wypadku zarzutem, tylko stwierdzeniem faktu. Bo po reportaże Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz na pewno warto sięgnąć.

Czyta się te teksty znakomicie, chociaż słowo znakomicie nie pasuje do tych przygnębiających opowieści. Każdy z reportaży zebranych w tym zbiorze to historia człowieka, czasem bohaterów jest kilku, tak na przykład jest w reportażu o Majdanie. Zostały ułożone mniej więcej chronologicznie, od Pomarańczowej Rewolucji, która przyniosła Ukraińcom nadzieję, że nie będzie korupcji, bezprawia, rządów oligarchów, przez głęboki zawód, który w rezultacie doprowadził do wybuchu kolejnej rewolucji,  Majdanu, aż po wojnę w Donbasie. To, co w czasie lektury uderza jak obuchem, to, co sprawia, że otwierałam oczy ze zdumienia, że kręciłam głową z niedowierzaniem, że byłam przerażona, jest obraz świata.

Czytałam już niejedną książkę o Ukrainie, niejeden reportaż, ale chyba w żadnej to, co się tam działo i dzieje, nie był odmalowany tak czarnymi barwami. Korupcja, wszechwładza policji i polityków, tych większych i tych lokalnych, bezprawie, przemoc, chaos, cynizm dziennikarzy i speców od marketingu politycznego. To kraj, gdzie zwykły człowiek w nieszczęściu pozostawiony jest sam sobie. Kiedy dzieje mu się krzywda, nie ma co liczyć na policję i na powołane do tego instytucje. Nagle bez powodu może zostać pozbawiony wszystkiego przez bogatego biznesmena albo przez gangsterów, żeby nie powiedzieć mafię. Ale to jeszcze nie wszystko. Równie nagle może zostać oskarżony o nie swoje winy i wsadzony do więzienia, a na tam hulaj dusza, piekła nie ma. Policja zrobi wszystko, aby uwięziony przyznał się do nie swojej winy. Nie każdy ma w sobie taki hart ducha, tyle samozaparcia jak Bohdan Chmielnicki, bohater jednego z reportaży, aby to przetrwać, a potem skończyć prawo i pomagać innym znajdującym się w podobnej sytuacji. Sporo tu tekstów o zbrodniach, w które często zamieszani są policjanci, sporo o przemocy. Tylko jeden reportaż, o obronie odeskiej fabryki Stalkanat i jej właścicielu Wołodymyrze Nemyrowskim, jest jednoznacznie optymistyczny, ale i on w innym tekście znajduje pesymistyczne dopełnienie. Jeżeli coś niesie jakąś nutę nadziei w tym morzu korupcji, przemocy, bezprawia, to opowieści o ludziach, którzy nieszczęście, jakie ich dotknęło, potrafią przekuć w coś dobrego. Najczęściej jest to pomoc innym znajdującym się w podobnej sytuacji, czasem tylko, albo aż, wsparcie dla współtowarzyszy niedoli.

Kiedy czytałam te reportaże tak jednoznacznie czarne, przygnębiające, opowiadające o sprawach strasznych, jak zawsze w podobnej sytuacji zaczęłam się zastanawiać, na ile taki obraz świata jest prawdziwy. Oczywiście te historie zdarzyły się naprawdę i każda z nich jeży włos na głowie. Ale zebrane razem obezwładniają. Czy Ukraina rzeczywiście jest tylko taka? Czy tam się nie da żyć? Czy najlepszym rozwiązaniem jest ucieczka? Robi tak zresztą wielu, co słychać przecież na ulicach polskich miast. W moim język rosyjski czy ukraiński w autobusach, na ulicach, w okolicy, w której mieszkam, nie jest już niczym egzotycznym, nie dziwi. Dlatego, aby szukać odpowiedzi na dręczące mnie pytanie, po skończeniu książki Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz natychmiast rzuciłam się na kolejną, która leżała sobie na mojej wirtualnej półce. To „Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015” napisane przez brytyjską dziennikarkę i historyczkę Annę Reid. Ale o niej innym razem, bo jeszcze ją czytam.

 

środa, 19 kwietnia 2017
Philipp Meyer "Syn"

Zachęcona rozgłosem przeczytałam powieść amerykańskiego pisarza Philippa Meyera "Syn" (Czwarta Strona 2016; przełożył Jędrzej Polak). Poza Philipem Rothem rzadko dziś sięgam po literaturę amerykańską, zwłaszcza współczesną. Do Franzena ostatecznie się zniechęciłam, Cormaca McCarthiego nie czytałam, podobnie jak Dona DeLillo. Wszyscy oni uważani są za najważniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy, ale jakoś nie mam ochoty na ich prozę. Franzena porównywano nawet do Tołstoja, ale to jednak gruba przesada, żeby nie powiedzieć żart. Najwięksi apologeci Meyera zestawiają go z tą trójką, zwłaszcza z McCarthym. Tego zweryfikować oczywiście nie mogę, jednego jestem pewna - Philipa Rotha stawiam oczywiście wyżej. Ale na powieści Meyera nie zawiodłam się. To rzeczywiście kawał, wielki, bo ponad sześćset stron, literatury.

"Syn" to najprawdziwsza rodzinna saga osadzona na tle historii Stanów, a szczególnie Teksasu. Akcja zaczyna się w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, kończy chyba w 2011. Pisarz zastosował ciekawy zabieg - historii rodziny McCulloughów nie poznajemy po bożemu, chronologicznie. O wszystkim dowiadujemy się z trzech punktów widzenia - seniora rodu, Eliego, zwanego Pułkownikiem, jego syna Petera i prawnuczki Jeanne. Nawet narracja prowadzona jest różnie. Mamy tu i dziennik (Peter), i wspomnienia (Eli), i narrację trzecioosobową, w którą wpleciony został monolog wewnętrzny (Jeanne). Pod koniec pojawia się jeszcze nieoczekiwany głos czwarty, do kogo należy, nie zdradzę. Powieść łączy ciekawą akcję, niezwykle bogate portrety psychologiczne z historią przemian Teksasu i z refleksją historiozoficzną. Teza Meyera brzmi - każda potęga przemija, wszystko się zmienia, jest płynne. To oczywiście żadne odkrycie, ale autor w swojej powieści zgrabnie tę myśl czytelnikowi uświadamia. Przeminęła potęga indiańskich plemion, potęga Meksyku, który władał Teksasem, przeminęła potęga rodu Garciów, przemija potęga wielkiego rodu McCulloughów. Wszystko się zmienia, trochę na lepsze, wszak stale dokonuje się postęp, ale często na gorsze. Zielone, dzikie, bezkresne połacie Teksasu, przez które kiedyś swobodnie wędrowały stada mustangów i bizonów (dzięki nim mogła trwać potęga indiańskich plemion), stopniowo zostają zamienione na pastwiska należące do białych osadników. Indianie zostają zepchnięci do rezerwatów, a ci, którzy się na to nie godzą, krok po kroku wypierani są ze swoich terenów. Kurczą się tereny łowieckie, kurczą się stada bizonów, Indian czeka jeśli nie eksterminacja, to na pewno śmierć z głodu. Ale to nie koniec. Z czasem pastwiska zamienią się w pola naftowe. Przemiany obejmują też społeczność białych mieszkańców Teksasu. Trwa nieustanny konflikt z Meksykanami, Teksańczycy muszą ustąpić miejsca Jankesom, przybyszom ze starych Stanów, hodowcy bydła nafciarzom. Wszystko się miesza - stare rody zajmujące się dotąd hodowlą bydła wyprzedają resztki swego majątku i ruszają na północ do wielkich fabryk. Na ich miejsce przybywają inni, z pieniędzmi, gotowi zaryzykować poszukiwanie ropy, a potem opłacić jej wydobycie. Droga do sukcesu jest ciernista i długa. Te przemiany sprzyjają powstawaniu miast i to tam zaczyna toczyć  się życie, ale nie każdy potrafi się w nich odnaleźć.

Meyer demitologizuje legendę Dzikiego Zachodu. Życie tu zawsze  było okrutne, śmierć z ręki wroga czyhała na każdym kroku. Nikt nie był bez winy. Toczyła się walka o przetrwanie, o ziemię, o stada koni i bydła. Biali eksterminowali Indian, ale indiańskie plemiona od zawsze walczyły ze sobą, napadały też na Meksykanów i Teksańczyków, kradły, mordowały, gwałciły, skalpowały, uprowadzały jeńców. Takim jeńcem był nestor rodu, Eli, który,  kiedy po latach wrócił do białych, bardzo długo nie mógł przyzwyczaić się do życia wśród swoich. Pytanie, kto właściwie dla niego był swój - Komancze, wśród których spędził kilkanaście lat życia, których pokochał, czy biali. Nigdy nie pozbył się tej podwójnej tożsamości. Meyer przypomina też, że Teksańczycy byli stale skonfliktowani z Meksykanami. Pogranicze to teren dziki i bardzo niebezpieczny. Służba w Rangersach broniących granic i porządku to niemal wyrok śmierci. Niebywałe okrucieństwo było tu obecne na każdym kroku. Morderstwa, wyrafinowane tortury, samosądy, lincze, sąsiedzi mordowali sąsiadów, wystarczyło  podejrzenie o kradzież. Ginęli nie tylko winni, ale cała rodzina, także kobiety i dzieci. Meyer nie szczędzi krwawych opisów, przez które z trudem brnęłam. Na historię Teksasu nakłada się wielka historia, najpierw wojna secesyjna, potem obie światowe.

Jak każda ważna powieść "Syn" łączy refleksję ogólniejszej natury z historią osobistą. Mamy tu opowieść o rodzie McCulloughów, ich konflikcie z meksykańskim rodem Garciów. Na pierwszy plan wybijają się trzy postacie. Wspomniany Eli, legenda Teksasu, człowiek cieszący się autorytetem, twardy, okrutny. Jego syn Peter, niepasujący do rodziny, odmieniec, miękki, długo nie potrafi się zbuntować. Gardzi swoimi najbliższymi i im podobnymi, jest nieszczęśliwy, ale nie robi nic, aby się przeciwstawić. Wreszcie stawia na swoim. Dlaczego? Czym jest to swoje, tego nie zdradzę. Jest wreszcie Jeanne, wnuczka Petera, prawnuczka Eliego. Silna kobieta w męskim, patriarchalnym, szowinistycznym świecie. Umacnia potęgę rodu, długo udowadnia, ile jest warta. Jeanny, aby odnieść sukces, musi być jak taran, znieść wiele upokorzeń, upodobnić się do mężczyzn, w których towarzystwie się obraca. Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo głębokie i ciekawe. Nie sposób w tej notce pokazać ich złożoności. Tak jak nie sposób oddać bogactwa całej powieści, mnogości poruszanych tematów i wątków.

Na koniec dodam, że książka jest niezwykle ciekawa. I nie myślę tu tylko o historii rodziny i bohaterów. Odkrywcze były dla mnie partie związane z historią Teksasu, konfliktem meksykańsko-amerykańskim o ten stan, a wreszcie bardzo drobiazgowe opowieści o życiu i zwyczajach Indian. A już naprawdę na zakończenie łyżka, a właściwie łyga, dziegciu. Powieść miejscami jest fatalna językowo. I nie wiem, ile w tym winy tłumacza, sprawdziłam, Jędrzej Polak nie para się przekładem wielkiej literatury, a ile braku redakcji. W pewnym momencie zaczęłam wypisywać stylistyczne koszmarki, ale nie ma już miejsca na ich przytoczenie. Dziwi mnie tylko, że nikt na to nie zwrócił uwagi. Szkoda, bo panosząca się bezwstydnie bylejakość językowa, o interpunkcyjnej i ortograficznej nie ma co wspominać, odbiera przyjemność lektury nie tylko tej książki.

środa, 12 kwietnia 2017
Ed Vulliamy "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki"

Właśnie przeczytałam kolejną książkę nominowaną do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. To reportaż Eda Vulliamiego "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki" (Czarne 2016; przełożył Janusz Ochab). Autor już raz, w roku 2012, został laureatem tej nagrody za  "Ameksykę. Wojnę wzdłuż granicy", arcyciekawą opowieść o pograniczu meksykańsko-amerykańskim. Ciekawe, jak będzie w tym roku, konkurencja jak zwykle silna. Na razie jest w finałowej piątce. Cieszę się, że to nie ja muszę dokonywać wyboru. Książkę kupiłam już dawno, ale dopiero nominacja zmusiła mnie, żeby po nią teraz sięgnąć.

Nie będę udawać, napiszę wprost - to nie jest przyjemna lektura. Momentami wstrząsająca.  A jednak powinno się ją przeczytać. Wojna w byłej Jugosławii wydarzyła się przecież niemal na naszych oczach, tak niedawno, w latach dziewięćdziesiątych, tak blisko. Niby pamiętamy, niby wiemy, ale lata płyną i pamięć o tamtych wydarzeniach zaciera się z każdym rokiem. W powszechnej świadomości pozostaje jeszcze Sarajewo (O życiu w oblężonym mieście opowiada wydana przez Czarne książka Barbary Demick "W oblężeniu. Życie na sarajewskiej ulicy") i masowe egzekucje dokonane przez bośniackich Serbów w okolicy Srebrenicy. Umykają naszej pamięci inne miejscowości - Zvornik, Kozarac, Sanski Most, Vlasenica, Prijedor, a to nie koniec listy. Ale najwięcej miejsca poświęca Ed Vulliamy obozom koncentracyjnym utworzonym w roku 1992 w okolicy Prijedoru przez bośniackich Serbów dla bośniackich cywilów, Muzułmanów i Chorwatów. To Omarska, Keraterm, Trnopolje. To autor tej książki wraz z ekipą telewizyjną odkrył dla świata ich istnienie, nagłośnił sprawę, pisał o niej, utrzymywał kontakty z ocalonymi, a potem zdecydował się zeznawać w Hadze przed międzynarodowym trybunałem.

Autor bardzo świadomie używa nazwy obozy koncentracyjne i bardzo świadomie czyni nawiązania do Auschwitz. Aby być pewnym, że wolno mu to robić, konsultuje się ze znawcami zagadnienia z Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, wspólnie z nimi ustala, że serbskie obozy można określić mianem echa Auschwitz. Używając nazwy obozy koncentracyjne,  nawiązuje też do jej pierwotnego znaczenia jeszcze z czasów wojny burskiej. Koncentracyjne, bo służyły koncentracji wysiedlonej ludności. Tak było też i tu, jednak to, co działo się za ich bramami, przechodzi wszelkie pojęcie. Za każdym razem, kiedy zmagam się z książką o czystkach etnicznych, masowych mordach, ludobójstwie, wojnie (Rwanda, Kambodża, Syria, Holokaust, Ormianie), wydaje mi się, że już niczego bardziej okropnego nie przeczytam. A jednak. Chyba nie ma takiej okropności, której człowiek człowiekowi, sąsiad sąsiadowi nie byłby w stanie zrobić. Przecież strażnicy tych obozów i ich więźniowie doskonale się znali, mieszkali w tych samych miejscowościach, uczyli siebie, leczyli siebie, spotykali się, razem ucztowali, razem pili.  Ed Vulliamy pisze we wstępie do polskiego wydania, że nie będzie epatował okrucieństwem, ale to, o czym czytamy, i tak wystarczy. Na szczęście książka nie opowiada tylko o tym, co działo się za drutami obozów.

To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy przez obozy przeszli. O tym, jak ułożyli sobie życie na emigracji, o ich powrotach, na przekór wszystkiemu, do Republiki Serbskiej w Bośni, gdzie żyją otoczeni niemą wrogością, o budowaniu wszystkiego na nowo, o radzeniu sobie albo nieradzeniu z traumą. O ich żalu do świata, który nie chciał wiedzieć o nich wtedy i nie pamięta o nich dziś. O tym, że nie można przebaczyć, jeśli druga strona konsekwentnie zaprzecza zbrodniom, nie chce rozliczyć się, pokajać i przeprosić, nie pozwala upamiętniać miejsc kaźni, a sama buduje pomniki ku czci pomordowanych i poległych Serbów, a na koniec stawia się w roli ofiary. A wszystko to za przyzwoleniem świata, który pod dyktando Serbów zrównuje zbrodnie bośniackich Serbów ze zbrodniami bośniackich Muzułmanów i Chorwatów, umniejszając tym samym znaczenie tych pierwszych, chociaż przecież statystyki wyraźnie temu przeczą. Mało tego, wielu naukowców i lewicowych  intelektualistów (smutno to pisać), szczególnie brytyjskich, zaprzecza istnieniu tych obozów (wśród nich Noach Chomsky). Dlatego Ed Vulliamy spotkał się z krytyką swoich artykułów o wojnie w Bośni i książki, o której piszę. Wielu dziennikarzy potępiało też jego decyzję o zeznawaniu w Hadze. Autor nie kryje tego i tłumaczy, dlaczego się zdecydował, mimo że nie powinien. Są sytuacje, kiedy nie można stać z boku, nie można pozostać obojętnym w imię  zachowania zawodowej neutralności. Czasem trzeba nazwać rzeczy po imieniu, dać świadectwo prawdzie. Mnie przekonał. W imię takiej neutralności koncern Acellor Mittal, który kupił kopalnię w Omarskiej, na jej terenie był jeden z obozów koncentracyjnych, nie pozwala ocalałym i rodzinom ofiar postawić pomnika upamiętniającego więźniów i pomordowanych. A w pomieszczeniach, w których przebywali, w których ich poniżano, torturowano i zabijano, dziś stoją lśniące biurka i rzędy komputerów. Czy wyobrażasz sobie, czytelniku tej notki, coś takiego w Auschwitz?  Wiele miejsca autor poświęca procesom zbrodniarzy wojennych. Poddaje je krytycznej analizie, pisze o nieskuteczności, powolności i innych grzechach, ale przytacza też poważne argumenty na ich obronę. W każdym razie dotąd nie wymyślono niczego lepszego.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Jak zwykle w takich książkach obnażony zostaje cynizm polityków, którzy ze zbrodniarzami paktują, ściskają im dłonie, chronią ich i bronią  w imię rozmaitych interesów, wylewają krokodyle łzy nad losem niewinnych ofiar, ale niewiele robią, aby je ratować. Tak zawsze było, jest i pewnie jeszcze nie raz będzie. A Ed Vulliamy, Barbara Demick i inni pokazują, jak łatwo było tę wojnę skończyć.



środa, 05 kwietnia 2017
Katarzyna Boni "Ganbare! Warsztaty umierania"

I znowu było podobnie. Początkowo wcale nie miałam ochoty czytać najnowszego reportażu Katarzyny Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" (Agora 2016). Temat wydał mi się niespecjalnie interesujący - tsunami, katastrofa elektrowni atomowej w Fukushimie. To wszystko wydarzyło się dawno, sześć lat temu (w 2011), jest tyle innych ciekawszych tematów. Tak myślałam. O Japonii wiem niewiele, moja wiedza opiera się pewnie bardziej na  stereotypach niż prawdziwych informacjach, po co otwierać nowy krąg zainteresowań. Ale znakomite recenzje zrobiły swoje. Ostatecznie przekonał mnie Michał Nogaś, dla którego to jedna z ważniejszych książek ubiegłego roku. Trafiła się promocja, więc kupiłam. Może reportaż nadal przebywałby w czytelniczym czyśćcu, czyli na wirtualnej półce książek oczekujących, gdyby nie wiadomość, że "Ganbare!" znalazło się wśród dziesięciu książek nominowanych do tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (Dziś ogłoszono finałową listę, reportażu Katarzyny Boni na niej nie ma). Nie było na co czekać. I tu nadchodzi moment, którego bardzo nie lubię. Jak zgrabnie przejść do sedna? Jak niebanalnie poinformować, co myślę o książce? Nie da się, więc napiszę wprost - tak, reportaż rzeczywiście jest wart przeczytania. Bardzo ciekawy, bardzo poruszający i bardzo zaskakujący, szczególnie dla kogoś, kto o Kraju Kwitnącej Wiśni wie tak mało jak ja. Jakże się myliłam, myśląc, że temat przebrzmiały. To nie tylko rzecz o katastrofie z roku 2011, ale również opowieść o Japonii i jej mieszkańcach. Szczególnie o Japonii północnej, odmiennej od reszty kraju, uboższej, niedoinwestowanej, gorzej traktowanej.  A czy to rzeczywiście jedna z najważniejszych książek ubiegłego roku? Nie wiem.

Przede wszystkim ten reportaż mnie zaskoczył. Wiedziałam oczywiście, że w Japonii ziemia trzęsie się bardzo często, że lekkie wstrząsy są tam niemal codziennością, że Japończycy świetnie sobie radzą, wiedzą, jak postępować, jak reagować. Nie miałam jednak pojęcia, że tamto tsunami, konsekwencja trzęsienia ziemi, nie było pierwsze i nie będzie ostatnie. Takich, kiedy fala sięga kolan, nikt właściwie nie zauważa. Ale co kilkadziesiąt lat zdarza się żywioł wyjątkowo niszczycielski. O tym opowiada jeden z bohaterów książki, wiekowy pan Sato, który przeżył trzy, a czwarte zna z przekazów rodzinnych. Dlatego Japończycy żyją w cieniu śmierci. Przynajmniej tak wynika z reportażu Katarzyny Boni, która opowiada, jak radzą sobie z traumą, jak opłakują zmarłych, jak oswajają śmierć, jak sobie pomagają, jak odbudowują nowe życie na zgliszczach. Sposoby są różne. W ruinach wytrwale szukają ciał najbliższych, bo tylko pochówek gwarantuje duszy spokój. Szukają też zdjęć, pamiątek, szczątków domowych ołtarzy. To oczywiście nie dziwi, ale zaskakuje, że organizują seanse narzekania, płaczu albo śmiechu, a wreszcie warsztaty umierania, w których autorka wzięła udział. I tu rodzi się pytanie, które chętnie zadałabym Katarzynie Boni, gdybym tylko miała okazję. Na ile te wszystkie warsztaty i seanse są obecne w życiu Japończyków? Czy to raczej ciekawostka, rodzaj dziwactwa, który świetnie zagra w reportażu, czy też rzeczywiście coś powszechnego? Kiedyś byłam przekonana, że osławione japońskie hotele kapsułkowe to norma w tym kraju, tymczasem potem usłyszałam od osoby, która w Japonii była, że owszem są, ale jest ich niewiele. Do dziś nie wiem, jak jest rzeczywiście. Stąd moja podejrzliwość. Tym bardziej, że jakoś tak się przyjęło, że Japonia to kraj wielu odmiennych, żeby nie powiedzieć, dziwacznych, obyczajów. Prawda to czy stereotyp? Natomiast bez trudu wierzę, że Japończycy obcują z duchami zmarłych, że żywe są tam opowieści o duchach, bo taka jest Azja. O tym przekonałam się na własne oczy. Amulety, wróżby, przesądy, domki dla duchów są tam wszechobecne.

Kolejne zaskoczenie to opowieść o samym tsunami i zniszczeniach, których konsekwencje widoczne są do dziś. Niby coś o tym wiedziałam, niby potrafię sobie wyobrazić, jakie zagrożeniem jest  woda, a jednak to, co przeczytałam, przerosło moją wyobraźnię. Ponad dwudziestometrowa fala to żywioł, który porywa i niszczy wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Opisy katastrofy, potwornych zniszczeń, paraliżu tej części kraju tym są boleśniejsze, że  kontrastują z opowieścią o pięknie krajobrazu północnej Japonii.

Ale "Ganbare!" to nie tylko książka o tsunami. To także historia drugiej katastrofy, która jest konsekwencją tej pierwszej. Chodzi oczywiście o awarię elektrowni atomowej Fukushima. Pod wpływem tego, co zdarzyło się w Japonii, Niemcy postanowili zamknąć wszystkie swoje elektrownie atomowe. Wtedy ta decyzja wydawała mi się przesadą, teraz, kiedy przeczytałam książkę Katarzyny Boni, już tak nie myślę. Bo z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się katastrofa. Ale jeśli do niej dojdzie, to skutki są niewyobrażalne. A byłyby jeszcze większe, gdyby nie heroiczna postawa dyrektora elektrowni i podległych mu pracowników. Japończycy zmagają się ze skutkami tej awarii do dziś. Ogrom katastrofy uświadamiają suche opisy żmudnych i pracochłonnych sposobów oczyszczania budynków, roślin, ziemi, dróg. Na wielu terenach nadal nie wolno mieszkać, do innych można wracać na kilka godzin dziennie, są i takie miejsca, gdzie życie można budować na nowo. I tu pojawiają się dylematy. Czy warto? Niby teren został oczyszczony, ale przecież nie do końca, bo to ogromne koszty. Więc domy i ich najbliższe otoczenie są czyste, ale do lasu nadal wstęp jest zakazany i będzie tak długie lata, dopóki nie rozpadnie się cez-137. Czy wszyscy wrócą? Czy wrócą sąsiedzi? Czy wróci właściciel sklepiku, w którym robiło się zakupy? Katastrofa bezpowrotnie przerwała więzi między ludźmi, unicestwiła lokalne społeczności. To samo dotyczy miejsc dotkniętych przez tsunami. Napisałam, że z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się wielka awaria. Nie do końca tak jest. Z książki Katarzyny Boni dowiedziałam się, ile niebezpiecznych prac trzeba na co dzień wykonywać w elektrowni. A najbardziej zaskoczyło mnie, że wykonują je, narażając swoje zdrowie, ludzie z japońskich nizin społecznych skuszeni wysokimi zarobkami. Pracują za długo, często lekceważąc normy bezpieczeństwa, bo tak jest wygodniej. Przy cichej akceptacji zwierzchników. Takie rzeczy w bogatej Japonii? Taka fuszerka, takie wykorzystywanie ludzi? Tak, tak. I to jest zaskoczenie kolejne. A z nim związane jest jeszcze jedno. Bohaterowie reportażu Katarzyny Boni opowiadają o dezinformacji i bałaganie, jakie panowały długo po katastrofie. Bagatelizowano fakty, nie podejmowano odpowiednich decyzji. Władze TEPCO, firmy zawiadującej elektrowniami, nie zdawały sobie sprawy, albo nie chciały sobie zdawać, z rozmiarów kataklizmu. Lekceważyły głosy z Fukushimy i terenów dotkniętych awarią. Dlatego tak późno podjęto decyzję o ewakuacji.

Tyle zaskoczeń. Ale nad całą książką unosi się cień śmierci. Śmierci, z którą trzeba się pogodzić i próbować chociaż trochę ją oswoić.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27