Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 17 czerwca 2018
Carlo Emilio Gadda "Niezły pasztet na via Merulana"

Jakieś dwa lata temu w jednym z telewizyjnych programów o literaturze usłyszałam o wydanej właśnie wtedy powieści "Nasze dni wczorajsze" niemal nieznanej w Polsce, nieżyjącej już włoskiej pisarki Natalii Ginzburg. Przeczytałam i zachwyciłam się. To jedno z najlepszych moich czytelniczych odkryć, książka świetna, przejmująca. Kto nie słyszał, co wcale mnie nie dziwi, bo powieść wydało niszowe wydawnictwo Austeria i prawie się o niej nie mówiło, nie czytał, niech to zrobi koniecznie! Piszę o tym, bo między innymi echa tamtej lektury miały wpływ na to, że pod wpływem znakomitej recenzji Justyny Sobolewskiej nie tylko kupiłam, ale też niemal natychmiast przeczytałam powieść również niemal nieznanego w Polsce, również nieżyjącego Carlo Emilio Gaddy "Niezły pasztet na via Merulana" (PIW 2018; przełożyła Anna Wasilewska). Wprawdzie lekko się zawahałam, kiedy w krótkiej recenzji wyczytałam, że Gadda marzył podobno o napisaniu powieści realistycznej, ale pod jego piórem każda historia zaczyna pączkować - widzimy niesłychaną siłę języka, która rozsadza ramy historii i prowadzi czytelnika w nieznane. Mimo wszystko miałam nadzieję na wielką literacką przygodę. Cóż, z przykrością i lekkim ociąganiem przyznaję, że przez powieść brnęłam może nie tyle z trudem, ile bardziej ze znużeniem, zniecierpliwieniem i poczuciem, że to jednak rzecz dla bardzo wyrafinowanego czytelnika. Jakim cudem wydana w 1957 roku powieść ponad sześćdziesięcioletniego pisarza stała się we Włoszech bestsellerem, trudno mi dzisiaj zrozumieć. Gadda miał już za sobą wiele książek, ale dopiero właśnie ta przyniosła mu popularność, jednocześnie stając się zaczynem nowego we włoskiej literaturze. Cóż, czasy były inne, czytelnicy też, być może jest to też kwestia tego, że Włosi odnaleźli w tej powieści liczne aluzje i odniesienia do swojej  literatury, które w Polsce zrozumie tylko italianista albo ktoś bardzo obyty z włoską literaturą.

"Niezły pasztet przy via Merulana" to kryminał, ale tylko pozornie,  o czym od razu wiedziałam, więc nie to było przyczyną mojego rozczarowania, tym bardziej, że od dobrych kilku lat nie sięgam po ten rodzaj literatury, bo w nadmiarze lektur z czegoś trzeba zrezygnować. Zaczyna się od kradzieży klejnotów w kamienicy przy via Merulana, kilka dni później w tym samym miejscu dochodzi do brutalnego morderstwa i kolejnej kradzieży. Potem jest śledztwo, ale ono nie ma większego znaczenia. Najlepszym dowodem na to jest brak ostatecznego rozstrzygnięcia. Nie o zagadkę tu chodzi, ale o opowieść o świecie, który jest jak kłębek, gdzie plączą się liczne nitki, a wyciągnięcie jednej niewiele daje. Taki świat niełatwo zrozumieć, niełatwo dociec przyczyn tego, co się dzieje. Nie ma zresztą jednej przyczyny. Książka, jak już wspomniałam, jest pełna odniesień do włoskiej literatury, między innymi do Dantego, do filozofii. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się z posłowia tłumaczki, w którym pisze o autorze, o historii powieści, o jej interpretacji i trudnościach z przekładem. Przyznaję, że dla mnie ta erudycyjna sfera była całkowicie niedostępna.

Przyjemność wobec tego powinien stanowić język równie ważny w powieści Gaddy. Niestety jakoś nie dałam się uwieść. Trudność polega nie tylko na tym, że pisarz używa wielu dialektów, także w narracji, dość swobodnie nimi żonglując. Znacznie większym wyzwaniem są fragmenty naszpikowane nazwiskami, terminami, cytatami i słowami niezrozumiałymi. O ile nazwiska, terminy i cytaty objaśnione są w przypisach, o tyle słownictwo oczywiście nie. Trudno tego wymagać od wydawcy. Kolejnym problemem jest nieokiełznana wyobraźnia Gaddy, która stale sprowadza go na manowce. Wszystko, dosłownie wszystko może stać się zalążkiem nowej opowieści, a raczej opisu, dygresji, rozbudowanego porównania. Opowieść pączkuje, meandruje, odchodzi od głównego nurtu. Podążanie za wyobraźnią pisarza czasem sprawia przyjemność, czasem nuży. Trzeba czytać bardzo uważnie, aby się w tym nie pogubić i odczuć radość z lektury. Na dodatek mieszały mi się nazwiska, postacie, szczególnie prowadzący śledztwo policjanci. 

Na pewno jest to powieść dla wymagającego i wytrawnego czytelnika. Uczucia mam mieszane - czasem wydaje mi się, że mogłam sobie "Niezły pasztet przy via Merulana" darować, innym razem myślę, że mimo wszystko było warto.

PS. Niedawno, już po lekturze powieści, wysłuchałam w TOK FM pasjonującego wywiadu, jaki przeprowadził Paweł Sulik z tłumaczką książki. To nie zmienia jednak faktu, że książka niestety mnie pokonała.

 

środa, 06 czerwca 2018
Indyjskie lektury (III) - Arundhati Roy "Indie rozdarte"

Kolejna odsłona indyjskich lektur, na razie ostatnia, i raz jeszcze Arundhati Roy. Tym razem sięgnęłam po jej trzy eseje (?) wydane w Polsce pod tytułem "Indie rozdarte" (Wielka Litera 2014; przełożył Krzysztof Umiński). Chociaż książka ukazała się w serii Strefa Reportażu, to tylko środkowy tekst można tak zaklasyfikować, pierwszemu i trzeciemu zdecydowanie bliżej do eseju, ale w gruncie rzeczy nie ma o co kopii kruszyć. Temat i temperatura "Indii rozdartych" na tyle mnie zafrapowały, że poszukałam sobie wywiadów z pisarką. Okazuje się, że Arundhati Roy zabiera w swoim kraju głos w ważnych sprawach społecznych. Mówi i pisze głośno, co myśli, wsadza kij w mrowisko albo raczej, jak sama to określiła, rzuca granat i patrzy, co będzie. Jest dyskusja, ale jest też wrzawa, krytyka i wściekłość. U nas przypięto by jej łatkę lewaczki, które to określenie od jakiegoś czasu stało się w naszym kraju jedną z gorszych obelg. Tak, Arundhati Roy na pewno ma lewicowe poglądy, bo ujmuje się za tymi, o których się nie pamięta, nie mówi. A to ich kosztem odbywa się rozwój Indii. Tracąc wszystko, niestety nic nie zyskują. Jej teksty świetnie korespondują z tym, co w Polsce pisze Artur Domosławski w swoich reportażach o Ameryce Południowej i tych zamieszczonych w "Wykluczonych" (jeszcze nie czytałam, czekają w czytniku na swoją kolej!). Ciekawa jestem, czy są tam teksty o Indiach, z notki wydawcy wynika, że nie, a to także temat dla niego. O podobnych problemach pisał też w swojej znakomitej książce "Delhi. Stolica ze złota i snu" Rana Dasgupta. Te lektury, także obie powieści Arundhati Roy, sprawiają, że Indie przestały być dla mnie krajem z romantycznego snu, krajem, gdzie jedzie się, jak bohaterowie najnowszego reportażu Wojciecha Jagielskiego, w poszukiwaniu duchowego oczyszczenia i oświecenia, mityczną krainą Shangri-La.

O czym pisze Arundhati Roy? Tematem jej tekstów jest tragiczny los plemion żyjących w lasach i dżunglach w Indiach środkowych. Ponieważ ziemie te kryją mnóstwo cennych surowców naturalnych, ludzie ci wyrzucani są ze swoich wiosek, ze swojej ziemi, bo wielkie koncerny, międzynarodowe, ale także indyjskie, chcą te tereny eksploatować. Problem również w tym, że niektóre plemiona wierzą, że płaskie wzgórza, w których kryje się boksyt, to bogowie. Niszcząc je, dokonuje się zamachu na ich świętość. W obliczu wielkich pieniędzy nic się jednak nie liczy. Ważny jest wzrost, PKB i inne mierniki ekonomicznego rozwoju. Szkoda tylko, że rozwój nie przekłada się na poprawę losu najbiedniejszych, tych milionów wykluczonych. Prawo indyjskie, gdy w grę wchodzą bogactwa naturalne, pozwala zabierać ziemię. Można też bardzo łatwo,  podstępnie zdobyć ją, o czym również pisał Rana Dasgupta we wspomnianej już w tej notce książce.

Skoro za ludźmi wyrzucanymi ze swoich wiosek nikt się nie ujmuje, nic dziwnego, że lgną oni do maoistowskiej partyzantki, jedynej siły stającej w ich obronie, oferującej konkretną pomoc. To z kolei staje się wodą na młyn nie tylko rządzących, ale także mediów i intelektualistów. Nikt już nie dostrzega pierwotnego problemu, nie zadaje sobie pytania o przyczyny i skutki, bo problemem staje się walka z maoistowską partyzantką. Mieszkańców terenów, o które toczy się spór, okrzykuje się terrorystami, co daje rządzącym pretekst, aby powoli przekształcać Indie w państwo policyjne. Okrucieństwo policji, wojska i służb specjalnych, które pod pretekstem walki z terrorystami dopuszczają się pospolitych przestępstw, nie tylko torturują schwytanych, ale po prostu grabią i gwałcą kobiety, nakręca przemoc. I tak to się toczy. Krytycy Arundhati Roy, która nie kryje swojej sympatii dla mieszkańców terenów, po które rękę wyciąga biznes, ale jednocześnie trzeba jasno podkreślić, że nie zgadza się z poglądami głoszonymi przez maoistów, zarzucają jej, że akceptuje przemoc. Pytają, dlaczego wywłaszczani z ziemi chłopi nie sięgają po metody biernego oporu rozpropagowane przez Gandhiego. Pisarka zabija ich śmiechem. Kiedy wszyscy są obojętni, milczą albo akceptują to, co robi rząd, w zetknięciu z potężnym, wszechwładnym biznesem metody Gandhiego stają się po prostu nieskuteczne, żeby nie powiedzieć śmieszne.

Arundhati Roy nie kryje emocji, nie owija swoich poglądów w bawełnę, jasno opowiada się po stronie wykluczonych, uciskanych i ograbianych, pokazując całe skomplikowanie tej sprawy. Żeby zobaczyć, jak to wygląda od środka, spędziła kilka tygodni wśród partyzantów i mieszkańców wiosek, o które toczy się walka. I o tym opowiada środkowy tekst będący rzeczywiście reportażem. Bardzo to wszystko ciekawe i przerażające. Kto był w Indiach albo się tam wybiera, powinien książki, o których dziś wspominałam, przeczytać koniecznie, żeby w postrzeganiu tego kraju wznieść się ponad stereotypy.

PS. Arundhati Roy przyjedzie w tym roku do Krakowa na Festiwal Conrada.

środa, 30 maja 2018
Indyjskie lektury (II) - Wojciech Jagielski "Na wschód od zachodu"

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego "Na wschód od zachodu" (Znak 2018) pojawiła się w znakomitym dla mnie momencie. Byłam akurat po jednej książce Arundhati Roy a przed drugą, więc korespondując z nimi tematem, stała się znakomitym przerywnikiem. Już poprzedniej wiosny słyszałam, że Jagielski pisze rzecz o hipisach wędrujących w latach sześćdziesiątych z owego tytułowego Zachodu na wschód, czyli do Indii. Były to podróże drogą lądową przez Turcję, Iran, koniecznie Afganistan. Powiedziałabym, że przeczytałam "Na wschód od zachodu" jednym tchem, ale to nieprawda, bo okoliczności nie sprzyjały. Pochłaniałam ją kawałkami, ale za to intensywnie.

Książka składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy, najkrótszy, trochę osobny, jest czymś w rodzaju wprowadzenia w temat i sposób opowiadania. To zabawna historia kilku współczesnych obieżyświatów, naśladowców dzieci kwiatów,  na których Jagielski natknął się gdzieś w indyjskim Radżastanie. Właśnie wrócił z Afganistanu, odpoczywa i czeka na wiadomość od kogoś, aby z kimś innym się spotkać. Czas zabija między innymi rozmowami z nimi, a oni tak mu zazdroszczą tego Afganistanu, tak by chcieli tam pojechać. Afganistan, Jagielskiemu kojarzący się z wojnami, im jawi się jako fascynująca, niemal mityczna kraina. Jakby nie znali jego tragicznej historii. Dla ich poprzedników, prawdziwych dzieci kwiatów, był ważnym przystankiem w drodze do Indii. Ale ci, których pisarz spotkał w Radżastanie, są naiwni naiwnością ludzi Zachodu bezkrytycznie zafascynowanych Wschodem. Mnie wydają się nieco groteskowi, ale Jagielski traktuje ich z pobłażliwością i sympatią.

Już w tej części autor miesza czasy i opowieści. Historia spotkania przeplata się ze wspomnieniami reportera z miejsc, o których mówią jego młodzi znajomi, i z historiami miejscowych, właścicieli hotelików, sklepików, stad wielbłądów. Tak będzie i w części drugiej, najdłuższej, której bohaterem jest Święty. Hipis - weteran, dziś już siedemdziesięcioletni, który razem z poznanymi w Amsterdamie dziećmi kwiatami wyruszył niegdyś w długą podróż do Indii. Teraz obaj tkwią w Delhi odciętym od świata z powodu zamieszek w sąsiednim stanie, a zabijając czas, rozmawiają ze sobą. Święty został w Indiach na zawsze, uciekł od świata i ludzi odtąd dotąd, jak ich nazywali hipisi, ale czy znalazł to, czego szukał? Czy jest szczęśliwy? Czy uciekając, zyskał coś w zamian? Jakie znaczenie, jaką wartość ma to, co robił, jak żył? Właśnie znalazł się na zakręcie, uciekł z Goa, gdzie najczęściej mieszkał, bo zaszły tam za duże zmiany. Dawna portugalska kolonia stała się mekką zachodnich turystów pełną zgiełku, głośnej muzyki, śmieci, alkoholu i narkotyków. Zamiast rybackich wiosek, w których mieszkał, pojawiły się hotele i rzędy nadmorskich knajp. Historia Świętego to także opowieść o jego niespełnionej miłości do poznanej jeszcze w Amsterdamie Nancy, z którą razem wyruszył w drogę. On z miłości gotów był gdzieś osiąść, zostać z nią, ale ona była prawdziwym dzieckiem kwiatem, hołdowała wolnej miłości.

Czytałam "Na wschód od zachodu" z wielkim zainteresowaniem. Wszystko mnie w tej książce ciekawiło. I opowieści o hipisowskim ruchu, i wspomnienia Jagielskiego z jego podróży, czasem pamiętałam je już z jego książek, czasem nie, i historie jego hinduskich znajomych stanowiące często kontrapunkt dla historii hipisów, wreszcie same Indie, które też, trochę pośrednio, trochę przy okazji, są bohaterem tej książki. Jak zwykle pięknie to wszystko Jagielski opowiada, literacko podkręca. Świetna lektura, gatunkowo lżejsza od jego poprzednich reportaży.

Aż nastąpił rozdział trzeci. Opowieść o Kamal, Polce, córce dalekiej znajomej reportera, dziewczynie z tak zwanego dobrego domu, a nawet bardzo dobrego, która w latach dziewięćdziesiątych wyruszyła do Indii, zahaczyła nawet o ten mityczny Afganistan, zaginęła w nim, aby się odnaleźć, a potem została w Indiach. Została to mało powiedziane. Ona uciekła naprawdę - od Europy, od rodziny, od kariery, od dawnego życia, od przyszłości, zapewne odtąd dotąd. Uciekła i przeszła prawdziwe przeobrażenie, stała się hinduistką, ciągle w drodze z południa na północ, a potem z północy na południe, od aśramu do aśramu, od jednego bramina do drugiego, od jednego guru do drugiego. Ciągle w drodze niczym sadu. Pragnęła przejść wielką przemianę, doznać oświecenia, stać się wolna. Od trzynastu lat przemierza tę drogę z synem. To na nią czekał w Delhi Jagielski, to z nią chciał się spotkać. Jej historia jest i fascynująca, i zdumiewająca zarazem. To opowieść o kimś, kto całkowicie odrzucił swoją dawną tożsamość, zerwał wszystkie więzi, odszedł od cywilizacji, wyrzekł się wszelkich wygód, odstał od zdobyczy cywilizacji, skazał się na życie na marginesie, uwierzył, jak Hindusi, że Ganges, a właściwie Ganga, to bogini, której wody uzdrawiają, oczyszczają, przynoszą ukojenie. Ta historia skłania do postawienia istotnych pytań. Tym bardziej, że syn Kamal, wychowywany jak Hindus i nim w istocie będący, zaczyna dorastać i wybijać się na niepodległość. Chociaż matka chroni go przed tym, od czego sama uciekła, on coraz chętniej zerka w tamtą stronę. Zadaje pytania, ma żyłkę do interesów i świetnie radzi sobie ze smartfonem czy komputerem. Czy w imię wyznawanych ideałów Kamal pozwoli mu iść własną drogą, w stronę przeciwną niż ona? Przyznam, że mnie, podobnie jak Jagielskiemu, jej wybór trudno zrozumieć i zaakceptować. Czytałam ten rozdział z fascynacją i zdumieniem, chciałam wiedzieć, co będzie dalej i nadziwić się nie mogłam takiej życiowej drodze.

Ta historia napisana jest zupełnie inaczej. Bez dygresji, innym językiem, z punktu widzenia Kamal i jej syna. Przypomina opowiadanie bardziej niż część reportażu. Zaczęłam zastanawiać się nawet, czy Kamal istnieje naprawdę, czy nie została wymyślona. Dziennikarz staje się tu kimś z zewnątrz, obcym ciałem, natrętem, który mąci spokój, przeszkadza, niepokoi, jak niepokoją zmiany zachodzące w synu. I na koniec zaskoczenie, a jednocześnie rozwiązanie zagadki, skąd odmienność ostatniego rozdziału. Kto nie chce wiedzieć, niech w tym momencie przerwie czytanie. Zdradzam je, bo sam Jagielski o tym mówił w wywiadach udzielanych  przy okazji premiery książki, tłumaczył, skąd taki zabieg. Dlatego niby nie jest to już żadna niespodzianka, że autorką ostatniej części jest żona reportera, Grażyna Jagielska. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie została wymieniona jako współautorka na okładce, ale dopiero na końcu książki. To pewnie ich wspólna decyzja, dla mnie jednak niezrozumiała. To tak na marginesie.

środa, 23 maja 2018
Indyjskie lektury (I) - Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia"

Tak się złożyło, że ostatnio moje lektury krążyły wokół Indii i nie był to przypadek. Dzisiaj o pierwszej z nich - kolejnej wydanej w Polsce powieści Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" (Zysk i S-ka 2017; przełożył Jerzy Łoziński). Niedawno zachwycałam się tu jej "Bogiem rzeczy małych", który z niewiadomych dla mnie przyczyn umknął mi, kiedy wydano go po raz pierwszy, ale szczęśliwie w ubiegłym roku ukazało się wznowienie. Niestety ponieważ  od zakończenia lektury "Ministerstwa niezrównanego szczęścia" upłynęły już ponad dwa tygodnie, a ja nie mogłam o książce napisać od razu, z konieczności ta notka nie będzie pewnie mniej wnikliwa niż zazwyczaj, bo wrażenia już nie tak świeże. A więc zaczynajmy.

Od razu wyłożę swoje credo. Po pierwsze literacko znacznie wyżej oceniam "Boga rzeczy małych". Ale natychmiast dodaję po drugie -  najnowszą powieść Arundhati Roy oczywiście też należy przeczytać. Szczególnie jeśli ktoś ciekawy jest świata, a Indii przede wszystkim. Dla tych czytelników to lektura obowiązkowa.

Najpierw krócej odniosę się do pierwszego spostrzeżenia. Otóż "Ministerstwu niezrównanego szczęścia" brakuje takiego literackiego kunsztu jak poprzedniej powieści indyjskiej autorki. Nie będę się tu szczegółowo rozwodziła, na czym rzecz polegała, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Bogu rzeczy małych". W "Ministerstwie niezrównanego szczęścia" styl jest przejrzysty, prosty, zwyczajny. Musiałam nawet upewnić się, czy aby na pewno obie książki przetłumaczył Jerzy Łoziński. Oczywiście tak, więc to nie kwestia przekładu, ale autorki. Konsekwencja takiego wyboru jest taka, że lektura powieści nie nastręcza specjalnych trudności. Nie ma tu bariery, która mogła zniechęcać wielu czytelników do "Boga rzeczy małych". Natomiast tak jak poprzednio i tę historię poznajemy niechronologicznie. Narrator opowiadając dzieje bohaterów, cofa się w czasie, pozornie zbacza z tematu, snuje opowieści i dzieli się anegdotami, tworząc w ten sposób barwną mozaikę ludzkich historii.

Jak łatwo się domyślić, bohaterów jest tu wielu. Losy niektórych w pewnym momencie splatają się ze sobą, inni związani są bliskimi więzami - przyjacielskimi, a nawet miłosnymi. Początkowo wydaje się, że główną bohaterką będzie Andżun, hidźra. Hidźry są w Indiach uznawane za trzecią płeć, uważają się za kobiety. Nie zawsze są transseksualistami, czasem obojnakami albo eunuchami. Mają swoje miejsce w religii i kulturze. Żyją wspólnie, tworząc coś w rodzaju komun. Andżun też mieszka razem z innymi hidźrami w domu gdzieś w zaułkach starego Delhi, aż pod wpływem pewnych dramatycznych zdarzeń przenosi się na stary przyszpitalny cmentarz, gdzie początkowo żyje w byle jak skleconej budce, a z czasem między starymi grobowcami powstaje cały pałac będący przytuliskiem dla wszelkiej maści odmieńców i ludzi poturbowanych przez los. Jego mieszkańcem i przyjacielem Andżun staje się też młody mężczyzna, który przybrał sobie ksywkę Saddam Husajn. Potem jednak na pierwszy plan zaczyna wybijać się historia czworga przyjaciół - trzech mężczyzn i kobiety. Ich przyjaźń sięga czasów studenckich. Pochodzą z różnych środowisk i z różnych rejonów kraju, różnie też układają się ich losy. Dwaj robią karierę - jeden dziennikarską, drugi w tajnych służbach. Trzeci jest Kaszmirczykiem, co zdeterminowało jego los. A pomiędzy nimi ona, kobieta, nietuzinkowa, niezależna, o skomplikowanej biografii, trochę femme fatale, trochę kobieta dzielnie czekająca na swojego ukochanego, który daleko i oddany sprawie. Jak to wszystko razem się skleja, nie będę oczywiście opowiadać, na tym przecież polega przyjemność lektury.

A teraz czas wyjaśnić, dlaczego jest to książka dla ciekawych świata, a Indii w szczególności. Otóż czytając powieść Arundhati Roy, miałam wrażenie, że ta splątana mozaika ludzkich losów jest tylko pretekstem dla opowieści o kraju. O kraju wielu konfliktów -  religijnych, narodowych i ekonomicznych. I nie jest to opowieść wesoła. Już książka Rany Dasgupty "Delhi. Stolica ze złota i snów", którą przeczytałam kilka miesięcy temu, dała mi wiele do myślenia i jeszcze bardziej odarła Indie z romantycznej pozłotki, w jaką je opakowałam za sprawą młodzieńczych lektur. Arundhati Roy jeszcze wzmacnia ten czarny obraz. Dlaczego? Bo tłem swojej opowieści, a w gruncie rzeczy jej sednem, czyni konflikty, o których wspomniałam. Na pierwszy plan wysuwa się tu skazana pewnie na przegraną walka Kaszmirczyków o wolność, od Pakistanu i od Indii. Autorka szczególnie skupiła się na latach dziewięćdziesiątych, kiedy konflikt między Indiami i Kaszmirem eskalował przez długie lata. Wiedziałam oczywiście o nim, ale co innego coś tam wiedzieć, a co innego czytać o beznadziejnej, nierównej walce Kaszmirczyków, o najprzemyślniejszych torturach i szykanach stosowanych przez Hindusów. Ale Arundhati Roy pisze też o pogromach muzułmanów, do jakich doszło w roku 2002 w stanie Gudżarat, o maoistowskiej partyzantce działającej w lasach środkowych Indii i o rosnącym w siłę hinduskim nacjonalizmie. A o tym wszystkim nie wiedziałam albo tylko coś niecoś. Powieść pisana jest z pasją i trudno się nie zorientować, po której stronie opowiada się pisarka, co ją boli i przeraża. To wrażenie wzmacnia jeszcze moja trzecia indyjska lektura, którą teraz właśnie czytam, czyli trzy eseje (?), reportaże (?) zatytułowane "Indie rozdarte" oczywiście tej samej autorki. Gdyby powstała w Polsce podobna książka o naszych problemach, niektórzy natychmiast obwołaliby ją antypolską. A przecież nie tylko my mamy swoje trupy w szafie i nie tylko my o nich chcemy mówić.

Miało być krótko, a wyszło jak zazwyczaj. To tylko dowód na siłę tej powieści, która mimo upływu czasu tkwi we mnie tak mocno.

PS. Wszystkie książki Arundhati Roy to lektury sprzed paru miesięcy, ta notka powstała w lutym. Teraz czytam coś zupełnie innego.

 

 

 

środa, 16 maja 2018
Krzysztof Varga "Sonnenberg"

Moja literacka znajomość z Krzysztofem Vargą ogranicza się do jego felietonów, które lubię, ale  z powodu braku czasu (dylemat - książki czy gazety, skoro nie da się wszystkiego, rozstrzygam na korzyść tych pierwszych oczywiście) czytam raczej z doskoku, oraz do słynnego zbioru esejów  "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą". Za trzecią książkę z tego węgierskiego cyklu, "Langosz w jurcie", właśnie się zabieram. Natomiast nie czytałam wcześniej żadnej powieści Vargi. Dlaczego? Po pierwsze, bo kiedyś byłam na bakier z polską współczesną beletrystyką i została mi z tamtego okresu wielka czarna dziura. Po drugie, bo kiedy wreszcie przeprosiłam się z nią, jakoś nie ciągnęło mnie do męskiej prozy Vargi. Co zatem spowodowało, że sięgnęłam po jego najnowszą powieść "Sonnenberg" (Czarne 2018)? Dyskusja  w Tygodniku Kulturalnym i ... "Pamięć" Petera Nadasa. Mam w sobie dotąd atmosferę tamtej książki, której akcja w dużej części rozgrywała się w Budapeszcie, więc kiedy okazało się, że Krzysztof Varga postanowił napisać węgierską powieść, co pozwoli mi znowu zanurzyć się w podobnych klimatach, odbyć ponownie literacką podróż po mieście, które niespecjalnie znam i nawet w realu niespecjalnie lubię, nie zastanawiałam się ani chwili. Literackie pożądanie było tak ogromne, że natychmiast, mimo późnej pory i nie najniższej ceny, kupiłam "Sonnenberg" i jeszcze tego samego wieczoru, a właściwie nocy, rozpoczęłam lekturę. Jaki werdykt? Nie żałuję, że dałam się namówić. Książkę pochłonęłam jednym tchem i przynajmniej na razie wydaje mi się, że to taka powieść, która zostanie we mnie na dłużej. Ponieważ, jak już wspominałam, nie znam wcześniejszych powieści Vargi, nie obchodzi mnie, na ile autor się powtarza, pisząc w gruncie rzeczy jedną i tę samą książkę. Dla mnie liczy się ta i tylko ta.

"Sonnenberg" to dygresyjny monolog bohatera - Andrasa, literaturoznawcy zajmującego się prozą austriackich pisarzy, między innymi Brocha i Musila, powieściopisarza przed wiecznym debiutem. Jego powieść, o której zdążył już wszystkim opowiedzieć, jest ciągle na etapie wymyślania koncepcji. Trwa wiosna i lato 2016, a może 2015 roku, czas płynie Andrasowi na czekaniu. Od spotkania do spotkania z kochanką. Ich głęboko skrywany romans, który, jak się niespodziewanie okaże, kryje w sobie zaskakującą tajemnicę, trwa od lat, a on stale boi się, że pewnego dnia Agnes go porzuci. Czas pomiędzy spotkaniami upływa mu na wspominaniu, rozmyślaniach, spacerach po mieście, jedzeniu, no i piciu z przyjaciółmi. Andras w gruncie rzeczy jest bardzo samotny i ma świadomość, że znalazł się na jałowym torze. Poza miłością do kobiety i literatury nic się nie dzieje. Ale i tym miłościom wyraźnie brak już świeżości, popadły w powtarzalność i rutynę. Jakby coś się w życiu Andrasa zatrzymało, zacięło, a może nigdy nie rozpędziło na dobre? Może zawsze tylko żył z dnia na dzień, rozpamiętując przeszłość - dzieciństwo w nijakiej budapesztańskiej dzielnicy Zuglo, kolegów, rodzinny dom, babcię kalwinkę, ulubione potrawy, nagłe zniknięcie ojca. Dobrym pretekstem dla takiego dryfowania jest pewnie sytuacja polityczna na Węgrzech. Polityka stanowi tylko tło, ale jednak dość istotne. W Budapeszcie odbywają się akurat burzliwe demonstracje, ale Andras stoi z boku. Nie popiera ani Fideszu, ani Jobbiku, ale nie angażuje się, nie chodzi demonstrować, nawet narzekać nie ma już ochoty i siły, zrezygnowany udał się na wewnętrzną emigrację. Ma też świadomość upływającego czasu, przemijania, tego, że życie nieuchronnie zmierza do kresu, który może nadejść zupełnie nieoczekiwanie. Z tych wszystkich powodów powieść Vargi jest bardzo melancholijna, ale nie nazwałabym jej smutną. Pewnie dlatego, że przesyca ją ironia. Andras nie tylko na innych potrafi patrzeć ironicznie, złośliwie, z dystansem, podobnie spogląda na siebie, na swoje życie.

Drugim bohaterem tej książki jest Budapeszt. Bohater stale wędruje przez miasto, które jest mu bardzo bliskie. Żyć by bez niego nie umiał. Zrealizowane marzenie o wyjeździe do Portugalii okazało się niewypałem. Czytelnik wędruje po węgierskiej stolicy  razem z nim, poznając jej historię i topografię. Dzielnice brzydkie i piękne wzgórza Budy, centrum Pesztu oddane bezmyślnie we władanie hordom turystów, którzy jawią się tu jak współcześni barbarzyńcy. Varga drobiazgowo i pięknie opisuje miasto, jego zakamarki i zaułki, główne ulice, cmentarze, knajpy, a w nich jedzenie, sklepy, zieleń budańskich wzgórz, mosty i Dunaj. Nawet transport publiczny, bo Andras porusza się po mieście autobusami, tramwajami ewentualnie trolejbusami, tylko z rzadka metrem. Jestem pewna, że można by zwiedzać Budapeszt, wędrując śladami bohatera powieści.

Jeśli ktoś nie lubi takiej prozy, długie opisy go nużą, pożąda wartkiej akcji, niech po "Sonnenberg" nie sięga. Jest jeszcze drugi powód, dla którego  to nie powieść dla każdego. Nazwałam ją  dygresyjnym monologiem. Andras snując opowieść o swoim życiu, bez przerwy ucieka w dygresje. Wspomina, rozmyśla, rwie wątki, za nic ma chronologię. Chwilami, całkiem długimi chwilami, miałam wrażenie, że czytam kolejny węgierski esej Vargi. Mnie to nie przeszkadzało, przeciwnie, było wartością dodaną, sprawiało, że "Sonnenberg" to nie kolejny błahy romans, ale coś znacznie więcej. Myślę też, że znawcy Brocha i Musila znajdą w powieści kolejną warstwę, która mnie jest niestety niedostępna. Kiedyś czytałam wprawdzie "Lunatyków" Brocha, ale pozostało mi po nich mgliste wspomnienie, a po "Człowieka bez właściwości" Musila nigdy niestety nie sięgnęłam. Ale i bez znajomości austriackiej literatury "Sonnenberg" dostarcza wiele przyjemności podszytej melancholią. Teraz, kiedy zamknęłam już książkę, zastanawiam się, czy zachęcona lekturą najnowszej powieści Krzysztofa Vargi sięgnę po poprzednie? Gdyby nie morze innych literackich propozycji, pewnie tak bym uczyniła. Ale nie wykluczam, że przeczytam jedną dla porównania.

środa, 09 maja 2018
Mikołaj Grynberg "Księga wyjścia"

Są książki, które przeczytać po prostu trzeba. Tak jest z wydaną przez Czarne (2018) "Księgą wyjścia" Mikołaja Grynberga. Moje osobiste powody są przynajmniej dwa. Raz, że do dziś tkwi we mnie jego "Oskarżam Auschwitz", dwa, że "Księga wyjścia" to rzecz o Marcu, którego okrągłą, pięćdziesiątą, rocznicę właśnie obchodziliśmy. Dla Mikołaja Grynberga,  autor w swoich fotografiach, a od jakiegoś czasu przede wszystkim w książkach zajmuje się ocalonymi z Holokaustu oraz ich dziećmi i wnukami, antysemicka nagonka 68 roku, której skutkiem była masowa emigracja polskich Żydów albo Polaków pochodzenia żydowskiego (jak trudno zdefiniować ich tożsamość, można przekonać się w książce), była tematem naturalnym. Nic dziwnego, że się nim zajął.

"Księga wyjścia", podobnie jak "Oskarżam Auschwitz", składa się z samych rozmów. Rozmów z ludźmi, których wydarzenia marcowe  dotknęły osobiście, wywracając ich życie do góry nogami, pozbawiając złudzeń. Bohaterowie tej książki byli wtedy uczniami, studentami albo właśnie podjęli pracę. Ich rodzice, także ofiary antysemickiej nagonki, dziś już nie żyją. Tym dramatyczniejsze i smutniejsze to świadectwo. Dlaczego? Bo niektórzy z nich o tym, że są Żydami, usłyszeli właśnie w marcu 68 roku. Nie mieli dotąd pojęcia o pochodzeniu swoich rodziców. Co ciekawe, najczęściej okazywało się w takiej sytuacji, że inni doskonale wiedzieli. Możemy tylko spróbować sobie wyobrazić, co dla nich znaczyła świadomość, że są w Polsce piątą kolumną (tak nazwał ich Gomułka w swoim haniebnym przemówieniu, na wspomnienie którego do dziś cierpnie niektórym skóra).

Ale losy rozmówców Grynberga toczyły się oczywiście bardzo różnie. Różne były drogi dojścia do Marca i różne drogi wyjścia. Niektórzy od początku mieli świadomość swojego pochodzenia, rodzice niczego przed nimi nie ukrywali. Oni najczęściej żyli w swoim środowisku - chodzili do żydowskich szkół, jeździli na kolonie dla żydowskich dzieci organizowane przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, uczęszczali na spotkania do klubów wspomnianego Towarzystwa. Tylko obracanie się w swoim kręgu dawało im poczucie bezpieczeństwa. Często towarzyszyła im świadomość, że na pewno z Polski wyjadą. Mieli już krewnych albo znajomych za granicą, nie tylko w Izraelu, udzielało im się przeświadczenie rodziców, że Żydzi nigdy w Polsce nie będą bezpieczni. Byli też jeszcze inni, tacy pomiędzy. Dowiadywali się od obcych lub kolegów, że są Żydami, najczęściej była to oczywiście inwektywa, przezywano ich, rzucano w nich kamieniami, spluwano na ich widok, bito. Nie rozumieli, co to znaczy. Pytali rodziców, nieraz otrzymywali tylko krótkie potwierdzenie bez dalszych wyjaśnień, innym razem poznawali rodzinną historię. Ilu ludzi, tyle opowieści, jednak bardzo powszechne jest doświadczenie prześladowania jeszcze na długo przed Marcem. Do wyjątków należą ci, którzy żadnego nękania nie zaznali. Nie potrafię zrozumieć, skąd w ludziach brała się ta pasja tropienia żydowskich korzeni, jeszcze mniej gotowość do prześladowania.

Każda rozmowa oparta jest na podobnym schemacie. Najpierw Grynberg pyta o rodzinną historię, o życie przed, potem przychodzi kolej na wydarzenia marcowe, których przygrywką był czerwiec 1967 roku - wygrana wojna Izraela z Egiptem (do historii przeszła pod nazwą sześciodniowej). To jądro każdej rozmowy. Nie muszę pisać, jak przykre, smutne i tragiczne są te świadectwa. Najczęściej wszystko wyglądało dość podobnie - rodzice tracili pracę, a przynajmniej jedno z nich, studenci byli relegowani z uczelni, nowego zajęcia nie sposób było znaleźć ze względu na odgórne naciski, aby takich ludzi nie zatrudniać, zaczynało się nękanie, na przykład pojawiały się obelżywe napisy na drzwiach mieszkania, niektórzy lądowali w więzieniu, coraz mniej znajomych, bo polscy się odwracali, żydowscy powoli wyjeżdżali i rozterka - co robić. Zostać czy wyjechać? Decyzja na ogół nie była prosta. Często łączyła się z rozstaniem z rodzicami, którzy wyjeżdżać nie chcieli, z rodzeństwem, z kimś ukochanym. Bywało, że najpierw jechała część rodziny, po miesiącach lub latach dobijali pozostali. Czasem władza nie chciała dać komuś pozwolenia na wyjazd. To też bywał element nękania, szczególnie, jeśli ktoś z bliskich już wyjechał. A potem udręka likwidowania mieszkania. Towarzyszyła temu cała logistyka. I nadal drobne lub większe szykany, do samego końca. Jak wyjeżdżać ze świadomością, że to nie tylko na zawsze, ale że nie będzie można do Polski przyjechać nawet na chwilę? Jak zaczynać wszystko od nowa? O tym też są te rozmowy. I o dalszych losach, o tym, co im zabrał Marzec i kim się dziś czują. Odpowiedź na to ostatnie pytanie nie zawsze bywa prosta. Poszczególne rozdziały przeplatane są rozmową Mikołaja Grynberga z jego nieżyjącym już dzisiaj ojcem, Marianem. Autor chce wiedzieć między innymi, dlaczego jego rodzice nie zdecydowali się wyjechać.

Warto też dodać, że autor zachował indywidualny język i styl swoich rozmówców. Ten zabieg sprawia, że każdy jest tu kimś innym mimo wspólnoty doświadczeń.

Książkę kończy znakomite posłowie Polowanie na piątą kolumnę historyka profesora Piotra Osęki, który w skondensowanej formie daje jasny i zrozumiały wykład o Marcu, ale także o tym, jaka była jego geneza, a sięga do czasów tuż powojennych, i jakie były skutki tamtych wydarzeń. Statystyka, którą na końcu przytacza, jest przerażająca. Czytałam, i słuchałam, trochę na temat 68 roku w Polsce, szczególnie ostatnio, kiedy mamy okrągłą rocznicę, ale nie spotkałam się z tak klarownym przedstawieniem tego zagadnienia. Lektura całości obowiązkowa.

PS. Świetnym literackim uzupełnieniem książki Mikołaja Grynberga jest powieść "Tylko Lola" Jarosława Kamińskiego. W kontekście tych rozmów jeszcze bardziej ją doceniłam. To przejmujące literackie świadectwo tamtych ponurych czasów. Kto jeszcze nie czytał, musi to zrobić koniecznie.

środa, 02 maja 2018
Magdalena Tulli "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską"

Twórczość Magdaleny Tulli odkryłam dla siebie stosunkowo niedawno. Zaczęło się od "Szumu", którym zachwyciłam się ogromnie, dlatego nic dziwnego, że natychmiast rzuciłam się na "Włoskie szpilki". Taki sam zachwyt! Od tamtej pory czekam na nową książkę pisarki, no i bardzo chciałabym przeczytać poprzednie, co nie jest takie proste, bo nakłady już dawno się wyczerpały. A jeśli normalną drogą, czytaj w księgarni, nie można czegoś kupić, tylko trzeba zadać sobie trochę więcej trudu, to niestety czyta się to, co dostępne natychmiast. Mam całą listę książek, które chciałabym poznać, ale szukać ich trzeba w internecie albo w antykwariatach, a to już zawsze więcej zachodu. Najprostszym wyjściem byłaby biblioteka, ale należę do tych, którzy lubią książki mieć, mieć je zawsze pod ręką. Jednym słowem bardzo żałuję, że wcześniej nie sięgnęłam po twórczość Magdaleny Tulli. A powody były dwa. Po pierwsze to przez niezrozumiałą niechęć do polskiej literatury współczesnej, zmądrzałam - to już nieaktualne, a po drugie książki Magdaleny Tulli wydawały mi się niszowe i nie dla mnie. Proza pisarki funkcjonowała pod hasłem lingwistycznej, hermetycznej. Teraz wiem, że to nie tak. A jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu po lekturze jej rozmów z Justyną Dąbrowską opublikowanych w książce "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską" (Znak 2017).

Nie jest to ani wywiad-rzeka, ani żaden inny wywiad, tylko rzeczywiście rozmowy, w których główną rolę pełni oczywiście Magdalena Tulli. Całość podzielona została na rozdziały poświęcone sprawom dla pisarki istotnym. Zaczyna się od wychowania dzieci, potem jest o dźwiganiu ciężarów (zesłanych przez los oczywiście), szukaniu zawodu, o pisaniu, o muzyce, o książkach, jest rozdział o emocjach - smutku i gniewie, o wolności, przemocy, uchodźcach, wreszcie o miłości i na koniec o upływie czasu i śmierci. W jakimś sensie są te rozmowy tym samym, czym jest jej proza. Dają możliwość wejścia w głąb duszy pisarki (wiem, brzmi bardzo egzaltowanie, ale nadal nie znajduję lepszego sformułowania).  Odkrywa się w nich, dzieli swoimi poglądami, refleksjami, słabościami, uczuciami, lękami, ale przecież to samo robi pisarz w swoich powieściach, też się odsłania i wystawia na osąd.

Magdalena Tulli jawi się dzięki tym rozmowom jako postać nietuzinkowa, fascynująca i osobna. Skomplikowana i niepospolita, refleksyjna, zadająca sobie pytania i szukająca odpowiedzi. Naznaczona trudnym dzieciństwem, którego efektem były kłopoty w kontaktach z ludźmi i problemy szkolne, takie zupełnie podstawowe z pisaniem, czytaniem, liczeniem. Przebyła długą i żmudną drogę, aby to zmienić. Żeby kontakty z ludźmi stały się możliwe, żeby, jak mówi, ręka nadążała za umysłem. Bardzo ciekawe są jej opowieści o tym, jak sobie radziła w dzieciństwie, nie tylko w szkole, jakie strategie przetrwania obierała. Równie ciekawie mówi  o drodze pisarskiej pełnej wahań, nieporozumień, porażek i sukcesów. Najbardziej boli ją niezrozumienie jej wczesnych książek przez krytyków, nadanie im etykietek, które według autorki były niesprawiedliwe, bo nie dotykały tego, o czym rzeczywiście była jej proza. Mocno dostaje się recenzentom i ludziom zawodowo zajmującym się literaturą. Tulli mówi o tym, jak w gruncie rzeczy boją się o swoją pozycję, o to, że się wychylą i narażą na śmieszność i krytykę ze strony środowiska. I rzeczywiście, kiedy zastanowić się nad tym, kiedy przyjrzeć się, jak ocenia się pisarzy i książki, jak najczęściej podobne są oceny, jak często unika się w recenzjach tego, co trudne, trudno nie przyznać racji pisarce. To samo, zauważyłam, dotyczy filmu, a zwłaszcza teatru. Ileż razy jako widz szukałam w recenzjach teatralnych objaśnienia czegoś trudnego, niejasnego, na ogół nadaremnie.

Magdalena Tulli mówi też o swoich lękach egzystencjalnych wynikających z kondycji świata i Polski. Nie jest optymistką. I tu w pełni się z nią zgadzam. Jej obawy, niepokój, przekonanie, że wszystko raczej zmierza w złą niż w dobrą stronę, jej przekonanie, że nie ma łatwych rozwiązań, jeśli w ogóle, są mi bardzo bliskie. Dlatego pewnie mówi wprost i bardzo mocno o sytuacji w kraju, nie robi uników, nie kryje się ze swoimi poglądami. Zwierza się, jak bardzo przeżywa stopniowe ograniczanie wolności, jak bardzo nie zgadza się z takim urządzaniem świata, gdzie wszyscy mają być tacy sami, identycznie myśleć, podporządkować się karnie rozmaitym instytucjom. Tego właśnie nie mogła znieść w czasach swojej młodości, dlatego przeraża ją to, co dzieje się teraz. Bardzo ciekawy jest rozdział poświęcony uchodźcom. Chociaż Magdalena Tulli jednoznacznie opowiada się za ich przyjmowaniem, to mówi też o swoich obawach i trudnościach. Tak bardzo po ludzku. Na przykład zastanawia się, czy potrafiłaby podzielić się swoim mieszkaniem. No bo skoro powiedziało się a, to może konsekwencją tego powinno być powiedzenie b. Przyznam, że i tym razem bardzo bliskie mi są jej przemyślenia na ten temat. Równie ciekawy jest rozdział o roli, jaką odgrywa muzyka w jej życiu i wcale nie jest to tylko opowieść o ulubionych kompozytorach czy o tym, czego słucha. Nie, to znacznie więcej. To również próby nauczenia się gry na instrumencie, śpiewanie w chórze mimo braku warunków, a przynajmniej tak o sobie myślała.

Czytając rozmowy z pisarką, nabrałam przekonania, że może w pewnym sensie jej ograniczenia stały się dla niej błogosławieństwem, bo nauczyły ją uważności, wytrwałości i poświęcania się czemuś całkowicie i dogłębnie. Skupiania się na jednej sprawie. Raz będzie to muzyka, innym razem czytana książka, pisanie, zabawa z dziećmi albo naprawianie jakiegoś przedmiotu.

Na koniec łyżeczka dziegciu. Nie wszystko zainteresowało mnie w równym stopniu. Niektóre rozdziały lekko nudziły, a nawet irytowały. To te, w których Magdalena Tulli za bardzo zmierza w stronę psychologii, w dodatku robi to w taki poradnikowy sposób. Tego nie lubię, ale to na szczęście (dla mnie) drobny ułamek tych rozmów. Dla kogo wobec tego jest ta książka? W pierwszym rzędzie oczywiście dla miłośników jej twórczości. Dla nich to lektura obowiązkowa. Ale śmiało mogą sięgnąć po te rozmowy wszyscy ci, którzy chcą spotkać ciekawego, fascynującego człowieka. Jeśli takiego czytelnika znudzi rozdział o pisaniu, może go przecież pominąć. A jeśli jednak przeczyta, być może sięgnie po książki pisarki.

 

 

 

 

21:00, czytamogladam , Literatura
Link Komentarze (1) »
środa, 25 kwietnia 2018
Joanna Czeczott "Petersburg. Miasto snu"

Książkę "Petersburg. Miasto snu" Joanny Czeczott (Czarne 2017) kupiłam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zmobilizowana faktem, że znalazła się w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, przeczytałam. Kto przynajmniej od czasu do czasu sięga po literaturę rosyjską, temu temat - opowieść o Petersburgu, podobnie jak autorce, musi wydać się interesujący. Już w samym wyobrażeniu miasta nad Newą jest coś ekscytującego, a jeśli kiedyś było się w dawnej stolicy Rosji i pamięta się choćby mglisty obraz, tym bardziej chce się, przynajmniej dzięki lekturze, odbyć kolejną, tym razem wirtualną, podróż. Byłam w Petersburgu w dzieciństwie, jeszcze z rodzicami. Wygrzebuję z pamięci obrazy długich ulic, pałaców, kanałów, ogrodów, Aurory, ruchomych schodów zwożących pasażerów w czeluście najgłębszego metra (zapamiętałam ludzi czytających książki), białych nocy, bo odwiedziliśmy Petersburg na przełomie czerwca i lipca. Czy rzeczywiście pamiętam? Czy tylko sobie wyobrażam?

Myślałam, że "Petersburg. Miasto snu" to po prostu jeszcze jeden zbiór reportaży, jakich wiele czytałam. Tymczasem, jaka miła niespodzianka, ta książka jest czymś więcej. To połączenie literatury faktu z esejem, szczególnie w części pierwszej. Może dlatego, że wzięła się z młodzieńczej fascynacji miastem założonym przez Piotra I. Ta fascynacja wzmocniona szkolną wycieczką zaprowadziła autorkę na studia do Petersburga. Oczywiście nie każdy, kto w jakimś mieście mieszka, nawet długo, jest w stanie coś ciekawego o nim napisać, ale Joannie Czeczott ta sztuka się udała. Co w takim razie sprawia, że nie jest to zwyczajny zbiór reportaży drukowanych wcześniej w prasie? (Tylko ostatni ukazał się przed kilku laty  w jednym z kolejnych wcieleń Przekroju) Autorka wybiera to, co z Petersburgiem się kojarzy i zajmuje się tym w kolejnych rozdziałach. Czasem są to skojarzenia oczywiste, których oczekujemy - powstanie miasta założonego na bagnach przez Piotra I, rewolucja październikowa, blokada Leningradu w czasie drugiej wojny. Innym razem czytając kolejny reportaż, miałam ochotę krzyknąć - no tak, jasne, dlaczego sama na to nie wpadłam. Tak było na przykład w wypadku opowieści o wielkim stalinowskim terrorze i czystkach lat trzydziestych, balecie, ludziach handlujących w metrze (no jasne, metro, pomyślałam sobie) czy potomkach arystokracji. Są wreszcie tematy, którymi czytelnik zostaje całkowicie zaskoczony. Chyba największym odkryciem jest rozdział pierwszy, w którym autorka opowiada o tym, co było na tych ziemiach przed założeniem Petersburga. Legenda głosi, że Piotr I zbudował miasto na bagnach, w pustce. A to nieprawda! Kto słyszał o Ingrii, o jej rdzennych mieszkańcach - Wodach i Iżorach, o twierdzy Nienszanc? Kto pamięta z lekcji historii, że te tereny należały niegdyś do Szwecji? Jeszcze wtedy, kiedy car zakładał tam nową stolicę? Takich zaskoczeń jest więcej. Ale nawet rozdziały, których spodziewamy się w książce o Petersburgu, zaskakują i czyta się je z wypiekami na twarzy. Choćby niezwykle fascynująca historia powstawania miasta albo rozdział o powodziach. Niby wiadomo, że zalewały miasto, ale aż tyle? 308 powodzi przez 308 lat? Niektóre katastrofalne w skutkach. A jakie były ich przyczyny? Jak wreszcie okiełznano żywioł? I kiedy? Nie miałam pojęcia, albo sobie nie uświadamiałam, że Petersburg od początku zawsze żył w cieniu katastrofy. Autorka, podpierając się znawcami tematu, pisze o tym, że w mieście od zawsze toczyła się swoista walka kultury z naturą, nazywa to wręcz, chyba za kimś,  konfliktem kulturalno-eschatologicznym, który z jednej strony odbiera radość, z drugiej staje się napędem dla twórców. To dlatego żyło tu tylu pisarzy. Takich erudycyjnych wstawek jest w książce więcej, zwłaszcza w pierwszej części. Choćby zderzenie opowieści o powstaniu miasta z tekstem scenariusza spektaklu Krystiana Lupy "Miasto snu" wystawionego kilka lat temu w TRWarszawa. Innym ciekawym zabiegiem jest mieszanie opowieści o dzisiejszym obliczu miasta z jego przeszłością. Kiedy Joanna Czeczott pisze o rewolucji lutowej i październikowej, zaczyna rozdział zatytułowany Czekając na rewolucję od portretu współczesnych komunistów, przede wszystkim od dość groteskowej partii Komuniści Petersburga i Obwodu Leningradzkiego, która jako jedyna ze sporą regularnością gości w mediach zachodnich. Dlaczego? Tego już nie zdradzę.

Książka jest swoistym przewodnikiem po mieście i jego historii. Dlatego autorka opowiada chronologicznie - zaczyna od reportażu o Wodach i Iżorach, potem pisze o pomyśle Piotra I, aby tam właśnie u ujścia Newy założyć miasto, o jego powstawaniu, a kończy całość portretem młodego pokolenia, rocznikiem 80-tym. Jak to w przewodniku każdy rozdział zaczyna się od spisu miejsc związanych z tematem. Joanna Czeczott przekonuje w swojej książce, że Petersburg to miejsce szczególne, niezwykłe, tacy sami są jego mieszkańcy. Gdyby dla opisu miasta można  użyć przymiotnika charyzmatyczne, to właśnie tak należałoby o Petersburgu powiedzieć. Lektura obowiązkowa.

niedziela, 22 kwietnia 2018
Wiesław Łuka "Nie oświadczam się"

Pewnie nigdy nie sięgnęłabym po reportaż Wiesława Łuki "Nie oświadczam się" (Dowody na Istnienie 2014), gdybym nie obejrzała spektaklu Agaty Dudy-Gracz "Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk" z poznańskiego Teatru Nowego. Inspiracją dla przedstawienia była właśnie wspomniana książka. Chciałam się przekonać, ile w teatralnej opowieści było z reportażu, co zmieniono i jak rzecz miała się naprawdę. Reporterska książka Wiesława Łuki przed kilku laty zainaugurowała działalność wydawnictwa Dowody na Istnienie założonego przez uznanych reporterów Wojciecha Tochmana i Mariusza Szczygła. Wydana została w jednej z trzech serii - Faktyczny Dom Kultury, w której ukazują się reportaże sprzed lat, polskie i zagraniczne, klasyki gatunku, głośne, czasem zapomniane, a wszystkie warte przypomnienia. I taką zapomnianą książką jest właśnie "Nie oświadczam się".

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, pod tym tytułem nie kryje się żadna historia miłosna. Przeciwnie. To cykl kilkunastu reportaży sądowych relacjonujących głośną wtedy sprawę morderstwa, do jakiego doszło w wigilijną noc na drodze między wsią Zrębin a Połańcem. Wtedy, czyli w roku 1976. Zamordowane zostały trzy osoby, młode małżeństwo Łukaszków, kobieta była w ciąży, i brat żony, kilkunastoletni chłopak. Powodem był drobny zatarg - oskarżenie o kradzież wędlin i mięsa w czasie wesela Łukaszków, które odbyło się kilka miesięcy wcześniej. Długo uważano, że to wypadek, dopiero potem zmieniono kwalifikację czynu. Zbrodnia była przerażająca nie tylko dlatego, że powód tak nieistotny, tak nieadekwatny do zemsty, jakiej dokonano, ale także dlatego, że okrutna i przeprowadzona z zimną krwią, z rozmysłem, drobiazgowo zaplanowana. Ale jeszcze straszniejsze było to, co zdarzyło się w trakcie morderstwa, bezpośrednio po nim  i to, co działo się potem. Otóż świadkiem zbrodni byli pasażerowie autobusu, którym rozjechano ofiary. Nikt nie protestował, nikt nie próbował powstrzymać zbrodniarzy. Jeden z morderców, mózg całej operacji, sterroryzował nie tylko ich,  pieniędzmi i przysięgą przypieczętowaną własną krwią zmuszając do milczenia, ale i całą wieś. Długo wszyscy poza jedną, najbiedniejszą rodziną, która nie dała się przekupić, milczeli, mataczyli, składali fałszywe zeznania.

Wiesław Łuka  przez pięć lat dla jednej z gazet, chyba dla Prawa i Życia, w pewnym momencie pada ta nazwa, relacjonował proces, jeździł do Zrębina i do Połańca, rozmawiał ze świadkami, krewnymi ofiar, z oskarżonymi o zbrodnię i ich rodzinami. Książka składa się z materiałów procesowych, między innymi ze stenogramów fragmentów kilku rozpraw, ale przede wszystkim z rozmów. Reporter kryje się w cieniu, oddaje głos swoim rozmówcom i dokumentom. Zachowuje ich język, co pozwala się przenieść w tamten czas i tamto miejsce.

Obraz, jaki wyłania się z tej książki, jest tyleż nieprawdopodobny, co wstrząsający. To portret zamkniętej, wiejskiej społeczności zdominowanej i zastraszonej przez morderców. Jeden z nich, mózg całej operacji, cieszył się w Zrębinie wielkim autorytetem, chociaż nie był, to uchodził za człowieka wykształconego, który zna się niemal na wszystkim i zna wszystkich ważnych w okolicy, a może nawet w samej Warszawie. Nieprzypadkowo nazywano go królem Zrębina. To społeczność targana podskórnymi konfliktami sięgającymi w przeszłość, gdzie niczego się nie zapomina. Strach, ale i umniejszanie zbrodni, przejście nad nią do porządku dziennego, brak rozeznania, co dobre, co złe powodowały, że niemal wszyscy mieszkańcy zgodnie milczeli i mataczyli. Do tego alkohol, religijność, ale co to za religijność. Tłem zbrodni jest pasterka, niektórzy mordercy i świadkowie  po złożeniu przysięgi milczenia wracają do kościoła, aby mieć alibi. Modlą się, śpiewają, przekazują sobie znak pokoju, jakby nic się nie stało. Może idą do komunii. Przysięga złożona zostaje na krzyż, a druga na medaliki przywiezione przez głównego sprawcę z Częstochowy. Potem, kiedy powoli pęka zmowa milczenia i świadkowie jeden po drugim zaczynają mówić, jak było, rodzi się strach, że krewni zbrodniarzy będą się mścić. Przecież rodziny zamordowanych i morderców, świadkowie muszą nadal mieszkać razem w jednej wsi. Przypomina to liczne sytuacje z tych wszystkich obszarów świata, w których doszło do wielkich konfliktów, rzezi czy ludobójstwa. Kiedy, jak to po każdej wojnie, ktoś musi posprzątać, wszyscy jakoś próbują posklejać rzeczywistość i żyć razem, bo inaczej się nie da. Pisząc to, myślę choćby o Irlandii Północnej, Ruandzie czy Bałkanach. W Zrębinie mamy apokalipsę w skali mikro. Mechanizmy trochę podobne. A oprócz tego polski bałagan. Nieudolnie prowadzone śledztwo, błędy procesowe i relikt tamtych czasów - orzeczona i wykonana kara śmierci, która mimo przerażającego czynu budzi grozę i mój sprzeciw.

Po trzydziestu pięciu latach Wiesław Łuka wraca do Zrębina i nie jest to powrót budujący. Zbrodnia sprzed lat nadal jest tu żywa, podziały również, nikt nikogo nie próbował przeprosić, do pojednania nie doszło, a alkohol leje się szerokim strumieniem.

środa, 11 kwietnia 2018
Maciej Płaza "Robinson w Bolechowie"

Kiedy jakoś tak późnym latem usłyszałam, że jesienią wyjdzie druga powieść Macieja Płazy, ucieszyłam się ogromnie, bo tak bardzo zachwyciłam się jego debiutanckim "Skoruniem". I właśnie skończyłam czytać "Robinsona w Bolechowie" (W.A.B. 2017), emocje jeszcze świeże, refleksje też, a zachwyt? Taki sam jak poprzednio! Powieść gęsta, mięsista i pięknie napisana. Nawet gdyby najnowsza książka Macieja Płazy była o niczym, oczywiście jest o czymś, to i tak nie żałowałabym lektury, bo wystarczyłaby mi już tylko przyjemność  obcowania z tą niezwykle napisaną prozą. Kto zna "Skorunia", ten wie, o czym piszę, kto nie zna, powinien spróbować, chociaż z bólem serca przyznaję, że nie jest to rzecz dla każdego. Na pewno wymaga skupienia, uważnej lektury, rozsmakowania się w kunsztownym, barokowym języku pełnym metafor, porównań, niezwykłych skojarzeń, neologizmów i czego tam jeszcze! Kto nie lubi opisów, długich i dokładnych, ale jakich niezwykłych, kto nie lubi introspekcji, kto musi mieć dialogi zapisane, jak Bóg przykazał, i narrację prowadzoną prosto, najlepiej chronologicznie, bez żadnych czasowych zapętleń, przeskoków, bez niedomówień i zagadek, niech się za "Robinsona w Bolechowie" nie zabiera. Niestety. Jeśli dla kogoś to wszystko nie stanowi przeszkody, namawiam gorąco.

W drugiej powieści Macieja Płazy znajdziemy pewne motywy znane z poprzedniej, ale poza tym wszystko jest inne. To, co już oswojone, to wieś - Bolechów, gdzieś nad Wisłą, na jej stromym brzegu, gdzieś w okolicy Sandomierza. Chociaż ziemie też żyzne, chociaż jest i sad, to wieś jednak inna. Bo są wprawdzie chałupy, gospodarstwa otoczone malowniczymi sadami właśnie, ale jest też szpecący okolicę PGR, szczególnie, kiedy zostanie zamknięty i popadnie w ruinę, jest wreszcie pałac należący niegdyś do hrabiego, który zginął w czasie wojny. Potem utworzono w nim muzeum. I ten kontrast wieś - pałac bardzo mocno w powieści wybrzmiewa. Nie tylko w czasach przedwojennych, kiedy żył jeszcze hrabia, ale ta dominacja, ta wielkopańskość trwa nadal - i w czasach komunistycznych, i po transformacji. Nie ma już hrabiego, pałac upaństwowiono, powstało w nim muzeum, ale jego długoletni kustosz - Stefan, syn dawnego ogrodnika, od dziecka zafascynowany pałacowym światem, ma w sobie coś jaśniepańskiego. Człowiek, który swoją zawodową karierę, wykształcenie zawdzięcza historycznej zawierusze, który gdyby nie wojna, gdyby nie zmiana ustroju, pewnie zostałby jak ojciec pałacowym ogrodnikiem,  zachowuje się jak pan na włościach. Gwoli sprawiedliwości dodajmy jednak, że jak dobry, oświecony pan. Jeszcze lepszą panią okaże się jego córka, Łucja, która zgodnie z wolą ojca będzie kontynuowała jego misję.

Na drugim biegunie jest wieś. A tam kamieniarz Franciszek, mistrz w swoim fachu, ale odludek, milczek, gbur, gwałtownik, człowiek o pogmatwanej przeszłości. Począwszy od drugiego rozdziału, naprzemiennie śledzimy losy Stefana i Franciszka. Bardzo mocną dominantą jest tu wojna oglądana oczami dzieci - kilkunastoletniego Stefana i kilkuletniego zaledwie Franciszka. Szczególnie jego perspektywa jest niezwykła, bo nie rozumie, co się wokół niego dzieje, więc i my w taki sposób, niekonkretny, niedomówiony, zawoalowany, nie wprost poznajemy historię wołyńskiej rzezi, bo to na Wołyniu urodził się Franciszek. Temu podporządkowany jest też oczywiście język - enigmatyczny, nasączony strachem. Tym strachem nasiąknie Franciszek, co położy się cieniem na jego życiu. Będzie odmieńcem, dziwakiem, czarcim pomiotem.

Ale powieść Macieja Płazy jest niezwykle zwodnicza, i to kolejna z jej zalet, bo odnosiłam wrażenie, że co jakiś czas zaczyna się od nowa. Zmienia się temat, inny bohater staje się najważniejszy. Niby to naturalne w rodzinnych sagach, a tym w pewnym sensie jest "Robinson w Bolechowie", ale tu poprowadzone to zostało jakoś inaczej. Na tyle zwiodła mnie historia Stefana i Franciszka, że zupełnie straciłam z oczu pierwszy rozdział, który przecież dyskretnie wprowadzał głównego bohatera i najważniejszy temat powieści. Kto nim jest? Robert, wnuk Stefana, syn Łucji. Wychowany w pałacu, oczko w głowie dziadka, to słowo do Stefana bardzo nie pasuje, kolejny odmieniec. Paniczyk, malarzyk, jak o nim mówią. Jest łącznikiem pomiędzy pałacem a wsią, z którą wiążą go rozmaite więzy. Od dziecka maluje, rysuje, włóczy się po okolicy ze szkicownikiem i pudełkiem po czekoladkach, w którym trzyma ołówki i inne przybory potrzebne mu do szkicowania i rysowania. Pudełko to nie byle jakie, Stefan dostał je jeszcze od hrabiego i przechował jak najcenniejszą pamiątkę. Wiele tu takich śladów łączących powojennych mieszkańców pałacu z jego dawnym właścicielem.

Druga część powieści skupia się przede wszystkim na dorosłym już Robercie. To z jego perspektywy patrzymy na Bolechów i jego mieszkańców. Swoje życie rozpiął pomiędzy rodzinną wsią a Poznaniem, gdzie skończył studia na ASP i gdzie zamieszkał. Wątek poznański jest równie fascynujący jak ten bolechowski. Poszerza perspektywę historyczną, społeczną, bardzo ciekawy jest obraz środowiska artystycznego. Nieco zmienia się też w tych partiach język. Jest prostszy, bardziej narracyjny, chociaż nadal niepozbawiony barokowych ozdób, ale tu są nieco dyskretniejsze, mniej liczne. Robert robi karierę, także finansową, jego obrazy są kupowane, wystawiane w Polsce i na świecie, ale jest też związany z artystami z kolektywu Zakład zajmującymi się sztuką krytyczną i po sąsiedzku z anarchistami mieszkającymi w squacie Rozbrat (taki squat rzeczywiście w Poznaniu istnieje, sprawdziłam). Tak jak w Bolechowie jego życie oscylowało między pałacem a wsią, tak tu rozpięte jest między drogim loftem, w którym zamieszkał, a artystycznym kolektywem i squatem, z którym łączą go więzy nie tylko towarzyskie. Ale teraz przebywa odwrotną drogę - z lochu, jak mówi Julia, do drogiego, wypasionego loftu.

Bo jest to powieść o artyście. Maciej Płaza portretuje proces twórczy - wiele tu fascynujących, pięknych opisów obrazów i szkiców malowanych i rysowanych przez Roberta. Autor stawia ważne pytania dotyczące kondycji artysty i pokazuje przejmujące dylematy, przed którymi staje Robert. Co jest miarą sukcesu? Od czego sukces zależy? Co jest źródłem inspiracji? Kim jestem? Jakie maski przybieram? Kiedy jestem sobą? Jaką cenę płacę za sukces? I kiedy czuję, że coś ze mną nie w porządku? Jest też zdrada, ale nie taka, o jakiej pewnie w tej chwili myślisz, czytelniku tej notki, i twórczy kryzys. Maciej Płaza inspirował się malarstwem amerykańskiego malarza Andrew Wyetha. Przyznam się, że o nim nie słyszałam, ale w trakcie lektury obejrzałam sobie reprodukcje jego obrazów. Okładki "Skorunia" i "Robinsona w Bolechowie" zdobią dwa z nich. Jeden z ważnych wątków w powieści inspirowany jest pewnym zdarzeniem z życia malarza. Warto o tym wiedzieć, czytając powieść. Jest w niej też dużo odniesień do prozy Schulza, poezji Leśmiana, może jeszcze do innych autorów, ale nie będę się wymądrzać i udawać, że je odkryłam, bo niestety nie jestem aż taką erudytką. Jednak zapewniam, że i bez tego powieść sprawia ogromną przyjemność i daje niezwykłą satysfakcję. Bo jest też zagadka, tajemnica i czytelnik ma ogromne pole do snucia własnych domysłów nie tylko tych związanych ze wspomnianą przed chwilą tajemnicą. I na koniec jeszcze jedno. Mimo że głównym bohaterem jest mężczyzna, to bardzo istotne i ciekawie sportretowane są też postacie kobiece - wspomniane już Łucja, Julia, ale przede wszystkim Urszula, córka Franciszka.

To niezwykła powieść. Tyle w niej jest - i rodzinna saga, i kawał historii, i bohaterowie z krwi i kości, i portret środowiska artystycznego, i inne wątki, o których nie dałam rady albo nie mogłam w tej notce wspomnieć. Kiedy czytam takie książki jak "Robinson w Bolechowie" Macieja Płazy, to wiem, że obcuję z prawdziwą literaturą, a nie wyrobem literaturopodobnym, literackim produktem skrojonym pod czytelnicze gusta.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32