Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 14 lutego 2018
Claudia de Pineiro "Czwartkowe wdowy"

Z literaturą iberyjską jakoś mi nie po drodze. Klasykę iberoamerykańską znam słabo, hiszpańską jeszcze słabiej, współczesnej prawie nie czytam, a jeśli już próbowałam, to albo trafiałam na czytadło, albo jeszcze gorzej. Wyjątkiem jest powieść „We mgle czasów” Antonia Muńoza Moliny, która zrobiła na mnie wrażenie, ale już „Zima w Lizbonie” tego samego autora znacznie mniejsze. Tak się złożyło, że latem gościem Literackiego Sopotu była właśnie literatura iberyjska, więc sporo się o niej mówiło, a ja pilnie słuchałam i czytałam. Dlatego zdecydowałam się wybrać jedną z powieści Claudii de Pineiro, gościa festiwalu. Postanowiłam sięgnąć po „Czwartkowe wdowy” (Sonia Draga 2015; przełożył Tomasz Pindel). Argentyńską pisarkę uparcie przedstawia się u nas jako autorkę kryminałów. Nie wiem jak inne jej książki, ale ta to na pewno nie kryminał. Owszem jest trup, a nawet trzy, ale nie ma śledztwa i pytanie, kto zabił, nie stanowi istoty "Czwartkowych wdów". Mówiąc szczerze, bardzo szybko znika z pola zainteresowania czytelnika, a właściwa akcja toczy się w retrospekcji. Wprawdzie w zakończeniu poznamy rozwiązanie zagadki i będzie ono sporym zaskoczeniem, ale mimo tego nadal upieram się, że „Czwartkowe wdowy” kryminałem nie są, co mi zresztą zupełnie nie przeszkadza, bo sięgnęłam po nie tylko z powodu tła społecznego, jakie w powieściach Claudii de Pineiro, jak słyszałam, jest najistotniejsze. I to rzeczywiście prawda.

Bohaterami książki są mieszkańcy zamkniętego osiedla znajdującego się w okolicach jakiegoś dużego argentyńskiego miasta. Słowo osiedle jest w tym wypadku mylące, bo polski czytelnik na pewno wyobrazi sobie dobrze mu znane z autopsji grodzone osiedla. Tymczasem Altos de la Cascada to właściwie osobne miasto otoczone murem, pilnie strzeżone, zbudowane na dwustu hektarach. Dostać się tu komuś z zewnątrz nie jest łatwo, obowiązują przepustki i kontrola przy wjeździe. Takie osiedla-miasta nie są w Ameryce Południowej rzadkością. Kiedyś widziałam film, tytułu nie pamiętam, którego akcja toczyła się między innymi w takim miejscu. Osiedle jest samowystarczalne, ma wszystko, co potrzebne do życia, ale niełatwo tu zamieszkać, nie każdy kupi tu dom, nawet wtedy, kiedy go na to stać. Niemile widziani są na przykład Żydzi. Oczywiście mieszkańcy oficjalnie odżegnują się od antysemityzmu, ale w prywatnych rozmowach z kimś, komu ufają, poinformują, jakby to miało znaczenie, czyja żona jest Żydówką, kto ma żydowskie korzenie. Na osiedlu obowiązują ścisłe reguły dotyczące aranżacji przestrzeni, organizacji życia. Jest pięknie, czysto, estetycznie, bezpiecznie. Mieszkańcy niechętnie angażują w swoje sprawy kogoś z zewnątrz, nawet policja jest niemile widziana, wszystkie problemy załatwia rada osiedla, a kiedy trzeba, sprawy zamiata się pod dywan.

W Altos de la Cascada toczy się idealne życie. Wszyscy są piękni i bogaci. Kobiety nie pracują, a ponieważ o ich domy dba służba, mogą oddawać się się przyjemnościom. Spotykają się, uczestniczą w rozmaitych kursach i zajęciach, na przykład uczą się malarstwa pod okiem fachowca. A ponieważ są dobre i na sercu leży im los ubogich, zajmują się też działalnością charytatywną. W dobrym tonie jest organizowanie rozmaitych loterii czy wyprzedaży, z których dochód przeznacza się na kuchnię dla ubogich prowadzoną przez najaktywniejsze z pań. Mężczyźni zarabiają pieniądze, uprawiają sport, grają w tenisa i golfa. Na osiedlu jest przecież dla ich wygody i kort tenisowy, i pole golfowe. Ich dzieci chodzą do najlepszych szkół. Oczywiście prywatnych. Tyle teoria. Świat idealny nie istnieje. Kiedy dzięki kilku różnym narratorkom poznajemy prawdziwe życie mieszkańców osiedla, tracimy złudzenia. W gruncie rzeczy obraz jest przerażający. Odizolowani od świata ludzie mają mnóstwo problemów. Takich jak wszędzie. Przemoc domowa, kłopoty z dziećmi, depresje, a kryzys finansowy daje się coraz bardziej we znaki mężczyznom, którzy tracą pracę, co godzi w ich męską dumę. Wiele wysiłku kosztuje utrzymanie się na powierzchni, życie na takim poziomie, posyłanie niewdzięcznych dzieci do drogich szkół. Tu nie można odstawać, trzeba żyć jak inni, a jeśli coś się dzieje, najlepiej, póki się da, udawać, że wszystko jest, jak było. Życie w Altos de la Cascada to wieczna szarpanina i stres. Targowisko próżności. Ale naprawdę przerażający jest brak więzi. Tu wszyscy żyją pozorami, oddaleni od siebie. Ze świecą można szukać szczęśliwego małżeństwa i szczęśliwej rodziny. Wszyscy są samotni. Nikt się nikomu nie zwierza ze swoich problemów. Rolą kobiety jest być pięknym dodatkiem do mężczyzny, jego własnością, dziecko ma spełniać oczekiwania rodziców, zadanie mężczyzny to zarabianie pieniędzy. Kiedy wszystko się sypie, nikt nie potrafi przyznać się do porażki. Mężowie nie kochają swoich żon, żony nie kochają mężów, rodzice dzieci. Nie ma mowy o szczerych rozmowach, nikt nikogo nie przytuli. Nawet życie seksualne toczy się przed ekranem monitora. Ale wszyscy grają swoje role i udają, że jest cudownie. Ci ludzie żyjący za ogrodzeniem, w swoim country, jeżdżący drogimi samochodami nie potrafią odnaleźć się w normalnym świecie, nie potrafią się po nim poruszać. Jak długo będą mogli żyć w luksusowej bańce? Dopóki nie przegna ich stamtąd kryzys albo nie zmiecie bunt rozwścieczonych biedaków ze slamsów.

Kiedy czyta się powieść Claudii de Pineiro, można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z dystopią. Wydaje się, że taki świat jest nieprawdziwy, wykreowany. To wrażenie pogłębia spojrzenie z dystansu. Czasem patrzymy ze środka, ale równie często z zewnątrz, jakbyśmy przyglądali się jakiemuś modelowi świata. Nawet do bohaterek trudno się przywiązać, tyle ich jest, że się mylą, jakby nie była ważna ich indywidualność. Są modelowymi okazami mieszkanek. A jednak podobne osiedla istnieją. I tacy ludzie, puści, pozbawieni skrupułów i zasad, też. Powieść Claudii de Pineiro nie jest na pewno wybitna, ale na tyle ciekawa, że postanowiłam przeczytać kolejną.

 

niedziela, 28 stycznia 2018
Miljenko Jergovic "Psy nad jeziorem"

Bałkańskiego pisarza Miljenka Jergovicia wielbię za dwie powieści. To "Ruta Tannenbaum" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". Za tę drugą dostał kilka lat temu Angelusa, pierwsza, według mnie jeszcze lepsza, była do nagrody kiedyś nominowana, ale chyba nie znalazła się w ścisłym finale. Bardzo lubię też i cenię esej "Ojciec", historię rodzinną pisarza. Wysoko stawiam zbiór opowiadań "Drugi pocałunek Gity Danon". Ale dwie jego samochodowe opowieści już mnie tak nie zachwyciły, szczególnie "Buick Riviera", "Wołga, Wołga" jest znacznie lepsza, ale jednak to nie powieść klasy dwóch pierwszych wymienionych przeze mnie. O wszystkich pisałam. Na lekturę czeka jeszcze "Wilimowski" i "Freelander", trzecia z serii samochodowej. Teorię mam taką, że najlepiej wychodzą Jergovicowi powieści grube.

No a teraz sięgnęłam wreszcie po "Psy nad jeziorem" (Czarne 2017; przełożyła Magdalena Petryńska). Tłumaczka dopięła swego i doprowadziła do wydania kolejnej powieści pisarza, a wiem, bo miałam okazję chwilę z nią rozmawiać  po spotkaniu z Jergoviciem, które współprowadziła, że nie było to takie proste. Jeśli ktoś nie zetknął się dotąd z prozą bałkańskiego pisarza, a chciałby spróbować, to namawiam go koniecznie na "Rutę Tannenbaum" i "Srdę". Wzięcie na pierwszy ogień "Psów nad jeziorem" może nie okazać się tak fascynujące, bo nie ma co kryć, to książka nie jest książka klasy tamtych dwóch. Ja oczywiście nie żałuję, że ją przeczytałam, znalazłam tu to, co cenię u pisarza najbardziej, czyli żywioł nieskrępowanej opowieści, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, aby "Psy nad jeziorem" wywarły na mnie większe wrażenie. Mam też poczucie, że być może jakaś warstwa powieści jest dla mnie niedostępna, a to dlatego, że, jak pisze autor w krótkiej odautorskiej nocie, "Psy nad jeziorem" to ćwiczenie stylistyczne na marginesie serialu telewizyjnego "Zagubieni" i powieści Roberta Bolano "Dzicy detektywi". Tak, słusznie w tym momencie domyślasz się czytelniku tej notki - serialu nie widziałam, Roberta Bolano nie czytałam w ogóle. Zostawiam więc ten wątek i przyznaję, że pewnie ktoś, kto obie pozycje zna, będzie miał z "Psów nad jeziorem" więcej satysfakcji.

A co zostało dla czytelnika takiego jak ja? Żywioł opowieści i poczucie, że świat jest jednym wielkim chaosem i padołem łez. Tyle tu bólu, zbrodni, bezsensownej przemocy, wojen, chorób i śmierci. Jako realistka, co niektórzy mylą z pesymizmem, i pilna obserwatorka przeszłej i obecnej rzeczywistości zgadzam się z taką diagnozą, ale ... Ale mam takie wrażenie, że albo autor pisze pod tezę, albo wyrzucił z siebie całą złość i całe przerażenie złem, jakie pleniło się i pleni na świecie. Raczej stawiałabym na to drugie. Niemal wszystkie opowieści, jakie snuje dwóch bohaterów, jeden, pogrążony w śpiączce bałkański pisarz, i drugi, recepcjonista z belgradzkiego hotelu, który go znalazł, dotykają wojennych zbrodni, śmierci, choroby, przemocy. Jergovic w swojej powieści stale wraca do historii Bałkanów, do drugiej wojny, czasów komunizmu, najnowszych wojen. Jest dosadny i ironiczny, w lapidarny sposób wyrzuca światu niepamięć i obojętność. Jego bohaterowie nie są w stanie uniknąć śmierci, nawet jeśli bardzo przed nią uciekają. Za to zbrodniarze często kary unikają i dożywają swych dni gdzieś w Ameryce Południowej jako szanowani obywatele. Nawet dzieciństwo kryje mroczne tajemnice.  Wszystkie opowiadane historie, a jest tu ich kilka, podporządkowane są kanonom gawędy. Recepcjonista wymyśla historię swojej kuzynki, ale snuje ją w miarę logicznie i składnie, od początku do końca. Inaczej jest z opowieściami pisarza pogrążonego w śpiączce. Jego historie są chaotyczne, skacze od jednej do drugiej, nie wiadomo, co jest prawdą, co sennym majakiem. Trzeba się tym gawędom podporządkować, poddać, pozwolić uwieść, poczuć przyjemność, jaka płynie z opowiadania. Czasem nawet jest śmiesznie, bo tak to u Jergovicia bywa, śmiech miesza się z trwogą. 

 

środa, 24 stycznia 2018
Jarosław Kamiński "Tylko Lola"

Po książkę Jarosława Kamińskiego „Tylko Lola” (W.A.B. 2017) sięgnęłam, bo usłyszałam entuzjastyczną recenzję Justyny Sobolewskiej. Szczerze mówiąc, byłam pewna, że to debiut - wyznaję ze wstydem, wcześniej o autorze nie słyszałam. Tymczasem, jak się okazuje, ma na koncie dwie powieści, ta jest trzecia. Wszystkie wydane w tym samym wydawnictwie. Nie tylko Justyna Sobolewska wysoko ocenia kolejną powieść Kamińskiego, jak się zorientowałam, „Tylko Lola” zbiera pozytywne recenzje, chociaż jakiegoś wielkiego publicity nie ma. Na próżno szukałam wywiadu z autorem. Jak widać, akcja promocyjna na pstrym koniu jeździ. Czasem pisarz ze swą książką wyskakuje z przysłowiowej lodówki, innym razem głucha cisza. Ale do rzeczy. Nie będę tu robić podchodów, efektownych wstępów, tylko napiszę od razu, że książka spełniła moje oczekiwania. To znakomita lektura, która daje czytelnikowi satysfakcję, jaką sprawia czytanie świetnie skonstruowanej opowieści i świadomość, że oprócz trzymającej w napięciu story dostajemy znacznie więcej.

„Tylko Lola” to historia dwóch kobiet. Lidii, urodzonej gdzieś około roku 1918, wywodzącej się z nizin społecznych, i Niny, młodszej od niej o dwadzieścia lat, kobiety wykształconej, z dobrego domu. Narracja prowadzona jest dwutorowo – na przemian dostajemy opowieść jednej albo drugiej. Każdy rozdział będący fragmentem ich uzupełniających się wspomnień opatrzony jest datą i miejscem. Jądrem wydarzeń jest rok 1967 i atmosfera, jaka poprzedziła marzec 68 roku. Ale akcja cofa się w przedwojenną przeszłość, zahacza nawet o wojnę domową w Hiszpanii, i wybiega w przyszłość, kończy się zasadniczo w roku 1988, kiedy komunizm w Polsce powoli dogorywa.

Co łączy prostą, z gruba ciosaną, chociaż wrażliwą Lidię, która swoją zawodową karierę w rodzącej się dopiero telewizji zawdzięcza partii, z żywiołową, błyskotliwą, nowoczesną, zanurzoną w świecie sztuki Niną? Początkowo praca w telewizji, potem dziwna przyjaźń, w rzeczywistości u źródeł ich znajomości stoi przeszłość. To z przeszłości wyłania się tytułowa, tajemnicza Lola, kuzynka Michała, ojca Niny, i wielka miłość Lidii. Wszystko, co robi Lidia dla Niny na prośbę jej ojca, robi w gruncie rzeczy z powodu Loli, bo tylko kiedy jest blisko jej krewnych, kiedy się z nimi spotyka, ukochana wraca do niej z przeszłości.

Zasadniczy konflikt w powieści związany jest z antysemicką nagonką, jaka rozpętała się w Polsce w wyniku partyjnych rozgrywek w roku 1967. Jego kulminacją były wydarzenia znane w historii jako marzec 68. Zwalnianie z pracy ludzi o żydowskich korzeniach, kreowanie atmosfery, która zmusiła wielu z nich do wyjazdu z Polski. Bardzo szybko dostawali potrzebne dokumenty – paszport, wizy, ale była to dla nich droga w jedną stronę. Sprzedawali wszystko, czego nie dało się zabrać, kupowali na czarnym rynku dolary i złoto. Dorobek życia okazywał się równowartością kilkuset zielonych, bo taki był ich czarnorynkowy kurs, i dwóch złotych obrączek. Jak zacząć wszystko od nowa ze stu dwudziestoma dolarami i jedną obrączką, bo drugą skonfiskowali celnicy? Nie chcę odnosić się więcej do treści książki, bo w historii Niny, jej ojca, Lidii i Loli jest wiele zagadek, które stopniowo odkrywamy, byłoby więc niewybaczalną zbrodnią pozbawianie kogoś, kto powieści nie czytał, przyjemności lektury.

O czym jest powieść Jarosława Kamińskiego? Jak już wspominałam, jedna jej warstwa dotyka historii Polski. Autor świetnie oddaje atmosferę i realia lat przedwojennych, ale szczególnie okres zgrzebnego, polskiego komunizmu. Czasem tylko szkicuje, robi to jednak w takim stopniu, że czytelnik może zanurzyć się w tamten świat, innym razem kreuje przeszłość dokładniej. Opisuje mieszkania, ulice, atmosferę w pracy, życie towarzyskie. Naradom przy powstawaniu nowego programu towarzyszą kłęby papierosowego dymu wydmuchiwane przez bohaterów, którzy palą jak smoki. Kto w tamtych czasach myślał o tym, że palenie szkodzi? Czasem Lidia i Nina wpadają do słynnego warszawskiego SPATIF-u, gdzie nie żałują sobie alkoholu. Ta pierwsza, która mimo stanowiska w telewizji pozostaje mieszkanką warszawskiej Pragi, w chwilach kryzysów wpada na melinę, gdzie daje się sponiewierać wódce i przygodnym mężczyznom.

Powieść stawia ważne pytania i prezentuje różne postawy. Mnie najistotniejszy wydał się problem tożsamości i związany z tym wybór drogi życiowej. Nina nieświadomie powiela gest swojego ojca z czasów młodości. Tak jak on ucieka, buduje swoje życie na nowo. Michał uciekając z żydowskiego sztetla, odcinając się od ojcowskiego sklepiku ze śledziami, małego, ciemnego i cuchnącego, zbudował sobie polską tożsamość, która stała się dla niego wybawieniem i pułapką. Ponieważ głównymi bohaterkami są kobiety, bardziej domyślamy się niż wiemy, że ojciec Niny powielił los tych Żydów, którzy się zasymilowali. Nie był ani stamtąd, ani do końca stąd. Jedni go odrzucili, inni nie do końca przyjęli. Niby wszystko było w porządku, ale kiedy demony odżyły, okazało się, że jest niczyj. Przeszłość już nie istniała, rozwiała się w dymie wydobywającym się z krematoryjnych kominów, a Polacy uznali, że tak naprawdę nie jest jednym z nich. Rozczarowany, poraniony, zrozpaczony nie potrafiłby rozpocząć po raz drugi nowego życia. Wciąż na nowo rachowałby się ze swoją polskością, powielałby polskie rytuały, które z czasem stałyby się tylko śmiesznym, nic nieznaczącym gestem. W otchłań polskości pociągnąłby za sobą córkę. Zostając, stał się postacią tragiczną, gdyby wyjechał, osunąłby się w groteskę. Gdziekolwiek by się znalazł, stałby się Polakiem rodem z gombrowiczowskiego „Transatlantyku”. A Nina chciała inaczej. Wyjazd był dla niej szansą. Mogła uciec od polskiego kotła, od wiecznego babrania się w przeszłości, mogła stać się każdym, zamieszkać gdziekolwiek i najważniejsze -  wreszcie sama decydować o sobie. Sobie zawdzięczać sukcesy i samodzielnie odpowiadać za porażki.

Inne ważne pytanie dotyczy tego, czy wolno ratować kogoś, pogrążając przy okazji innych? Na jak daleko idące kompromisy można iść? Czy można je zawierać z siłą iście diabelską? Z ludźmi, którzy grają nieczysto? Czy można być tak naiwnym? Chociaż dylemat postawiony przed Lidią wykańcza ją psychicznie, mnie odpowiedź w tych okolicznościach wydaje się oczywista – w końcu tym razem nie chodziło o ludzkie życie.

Powieść Kamińskiego jest też studium samotności. Nina, jej ojciec, Lidia są przeraźliwie samotni. Nie potrafią sobie pomóc, rozmawiać szczerze, ukrywają to, co najważniejsze, nie umieją o tym mówić. Pogrążają się w depresji, topią rozpacz w alkoholu, w ramionach przygodnych mężczyzn, zwijają się w kłębek na kanapie, ich ciała rozrywa ból. Kiedy noga im się powinie, świat robi się wrogi, nikt ich nie zauważa, stają się przezroczyści. Czytając, miałam wrażenie, że ich życie spowija mrok.

Ale „Tylko Lola” to przede wszystkim pełnokrwisty, pełnowymiarowy portret dwóch kobiet, Niny i Lidii. Budowany także poprzez język. Inaczej opowiada Nina, innego języka używa Lidia. I tu moja pierwsza wątpliwość – chociaż doceniam kunszt językowy autora, to jednak wydaje mi się, że nie jest to język takiej kobiety jak Lidia, prostej, z gruba ciosanej. Dostrzegam tu raczej echa znane mi ze sztuk Pawła Demirskiego, z „Pawia królowej” albo „Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku” Masłowskiej. Ale może jestem w błędzie, bo nie mam niestety ucha do języka. A skoro o wątpliwościach mowa, to muszę napisać o jeszcze jednej. Otóż zupełnie nie rozumiem, dlaczego w epilogu autor postanowił wyłożyć czytelnikowi interpretację swojej powieści. Expresis verbis. Dlaczego nie zaufał jego inteligencji? Ponieważ bardzo mnie to zirytowało, celowo pominęłam w moich rozważaniach ten wątek interpretacyjny.

 

środa, 17 stycznia 2018
Renata Lis "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu"

Od dawna zbierałam się, aby przeczytać książkę Renaty Lis „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu” (Sic! 2015), która w 2016 roku zdobyła nominacje do dwóch ważnych nagród literackich, Nike i Gryfii. Dużo się o niej wówczas mówiło, a że wcześniej zachwyciłam się „Późną godziną” - emigracyjnymi opowiadaniami Bunina i fragmentami jego dziennika z czasów rewolucji (trochę mniej) w tłumaczeniu i opracowaniu właśnie Renaty Lis, zatem nic dziwnego, że chciałam sięgnąć po książkę o ich autorze. Celowo nie używam słowa biografia, bo „W lodach Prowansji” biografią nie jest. Po pierwsze autorka śledzi życie Bunina przede wszystkim w latach 1940-1944, kiedy mieszkał w Grasse na południu Francji, sięga też trochę wstecz i wybiega do przodu (śmierć pisarza), ale zajmuje się tylko okresem, kiedy przebywał już na emigracji, nie wraca do lat spędzonych w Rosji. Po drugie ta książka jest czymś więcej niż fragmentem biografii, jeśli by takie założenie przyjąć. Bo Renata Lis ucieka w liczne dygresje, nawet współczesne dotyczące dzisiejszej Rosji, najczęściej bardzo ciekawe. Kiedy na przykład opowiada o ucieczce Bunina i jego świty z Grasse zaraz po zajęciu Francji przez Niemcy, przywołuje obficie fragmenty „Szkiców piórkiem” Bobkowskiego z tego samego okresu. Stara się porównać ich doświadczenia, zastanawia się, czy mogli się spotkać gdzieś na drogach Francji ogarniętej paniką. Kilkakrotnie pisze o swoich wizytach w miejscach związanych z Buninem albo jego twórczością. Raz będzie to Grasse, innym razem klasztor Marty i Marii w Moskwie pojawiający się w jednym z opowiadań emigracyjnych, które w różnych ilościach i zestawieniach funkcjonują pod tytułem „Ciemne aleje”, a których wybór (czternaście) stanowi pierwszą część wspomnianej „Późnej godziny”. Jednak przede wszystkim główny temat książki to Bunin - pisarz emigrant. Ale siłą rzeczy jest to też opowieść o rosyjskiej emigracji, bo w takim środowisku niemal wyłącznie obracał się pisarz. Bo chociaż mieszkał we Francji, w Paryżu albo w Grasse, żył życiem rosyjskim. Mentalnie dawnej Rosji nigdy nie opuścił. Nie interesowała go Francja ani Francuzi. Tęsknił za Rosją, ale za Rosją sprzed rewolucji. Jego słowa o tym, że chciałby wrócić do domu, narobiły wiele szumu. Interpretowano je jako chęć powrotu do ojczyzny. Trzeba wiedzieć, że sowieckie władze robiły wiele, aby ściągnąć do kraju z emigracji znanych pisarzy, także jego. Renata Lis twierdzi, posiłkując się odpowiednią argumentacją, że Bunin nigdy nie miał takiego zamiaru.

Wątek emigracyjny wpisuje się w dzisiejszą dyskusję o uchodźcach i imigrantach. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że życie Bunina, jego najbliższych, jego znajomych i innych rosyjskich emigrantów było usłane różami, to srodze się myli. Najpierw poniewierka w Turcji, kwarantanny, obozy przejściowe, straszne warunki, życie w barakach, w ścisku, bez miejsca na intymność, samotność. A potem we Francji ciągła walka o pieniądze. Raz było lepiej, raz gorzej. Nic dziwnego, że od jakiegoś czasu każdej jesieni Bunin i jego żona Wiera wyczekiwali werdyktu noblowskiej akademii, bo nazwisko pisarza pojawiało się w spekulacjach. Nie bez podstaw, bo zabiegano o nagrodę dla niego. Nobel ustawiłby go finansowo, zdjął odium proszalnika, bo tak często to wyglądało – pisarz zabiegał o pożyczki. Jak wiadomo Bunin Nobla dostał w roku 1933 i przez chwilę był królem życia, chociaż używał materialnych rozkoszy też na kredyt - a konto przyszłego czeku. Trwało to jednak krótko, korona szwedzka stała wówczas słabo, pieniądze rozchodziły się szybko, zainteresowanie wywołane nagrodą minęło, po jakimś czasie znowu miał problemy z wydawaniem swoich książek, a w latach 1940-1941, których przede wszystkim dotyczy książka Renaty Lis, po pieniądzach nie zostało nawet wspomnienie. To czas wyjątkowo dla mieszkańców graskiej Żanety, tak nazywała się willa, w której mieszkali, trudny. Drożyzna, brak jedzenia, srogie zimy. Bunin albo jego bliscy w rozmaitych zachowanych wspomnieniach czy listach piszą o trudnościach ze zdobyciem jedzenia na kartki, bo na czarnorynkowe nie było ich stać, o monotonnej diecie, o przeraźliwym zimnie panującym w domu. Do tego wojenny strach o siebie, o innych rozsianych po Europie, samotność, tęsknota. Takie to było życie. Zapomniany pisarz zmagający się z trudami codzienności. Do tego dochodził paniczny lęk przed śmiercią, o której myślał nie tylko w czasie wojny, ale i wcześniej, i później. Renata Lis próbuje dociec, z czego ta obsesja wynikała. Ostatni rozdział swojej książki poświęca autorka śmierci pisarza i temu, co się z nią wiązało.

Ale czasy wojenne są dla pisarza bolesne z jeszcze jednego powodu – ostatecznie opuściła Żanetę jego ukochana, Galina. Co prawda ich związek rozpadł się w roku 1933, kiedy poznała śpiewaczkę Margę i dla niej rzuciła Bunina, ale w ciągu tych lat często mieszkały z pisarzem, jego żoną Wierą i innymi rezydentami pod dachem Żanety. To też było dla niego bolesne, ale miał ją przynajmniej blisko. Renata Lis próbuje zrozumieć sytuację, w jakiej przez lata znajdowali się Bunin, jego żona Wiera i Galina. Szczególnie stara wczuć się w położenie Wiery, którą mąż postawił niegdyś przed faktem dokonanym i oświadczył, że zamieszka z nimi Galina. Co innego wiedzieć o romansie męża, co innego mieszkać z jego ukochaną w jednym mieszkaniu czy domu na oczach świata. Wiera pozornie pogodziła się z sytuacją, przynajmniej taką twarz pokazywała światu, ale jak dowodzi autorka, musiała cierpieć. Kochała go, a i on ją kochał. Niektórym trudno to zrozumieć, ale z uczuciami się nie dyskutuje. Tak było, tak żyli. Renata Lis tropi podobne trójkąty w opowiadaniach pisarza i znajduje ich sporo. Widać, że było to dla Bunina ważne. Niewiele jednak wiemy o tym, co czuli, jak to przeżywali. Bunin spalił dzienniki z tego okresu, a w swoich „Graskich dziennikach” Galina była bardzo dyskretna. Starannie wypreparowała ten temat.

Wiele miejsca poświęca autorka książki analizie emigracyjnych opowiadań Bunina. Dostrzega w nich to, czego zwyczajny czytelnik raczej nie ma szans zauważyć. Dopiero dysponując taką erudycją, wiedzą, znajomością języka, takim analitycznym okiem, można wynieść z ich lektury to, co dla zwykłego mola książkowego niedostępne. Szkoda. Jeszcze bardziej zmartwiła mnie informacja, że czytając Bunina w przekładzie, tracimy wiele. Pisarz operował ogromnym bogactwem językowym na polski trudno przekładalnym. To, co po rosyjsku brzmi niebanalnie, dojmująco, intrygująco, po polsku często zamienia się w kicz. Dlatego na pewno warto sięgnąć po „Późną godzinę” w tłumaczeniu Renaty Lis.

Oprócz spraw poważnych, analiz, erudycyjnych dociekań, dygresji, znajdziemy w książce Renaty Lis wiele ciekawostek z życia codziennego w Żanecie. Te drobiazgi ubrane są w formę czasem zabawnych, czasem smutnych miniatur. Dopełniają one portret Bunina. Zastanawiam się, czy go polubiłam. Nie wiem, ale na pewno mu współczułam.

Kto zna Bunina, kto lubi rosyjską literaturę, kto literaturę traktuje poważnie, powinien koniecznie sięgnąć po książkę Renaty Lis. A wcześniej, a może lepiej potem, koniecznie należy przeczytać „Późną godzinę” i delektować się opowiadaniami pisarza, które mnie jakiś czas temu zachwyciły. Chociaż na pewno nie wydobyłam z nich tyle, ile ich tłumaczka i popularyzatorka, to i tak lektura sprawiła mi wielką radość.

 

niedziela, 14 stycznia 2018
Ludwika Włodek "Cztery sztandary, jeden adres"

Miłośników odkrywania białych plam, zwiedzania terra incognita, dowiadywania się czegoś nieoczywistego o czymś, co wydawało się dotąd oczywiste i nieskomplikowane, namawiam, aby koniecznie sięgnęli po reporterską książkę Ludwiki Włodek „Cztery sztandary, jeden adres” (Wydawnictwo Literackie 2017). Ponieważ, jak to czasem bywa, nie od razu po skończeniu lektury udało mi się, coś o niej napisać, z konieczności, bo pamięć i emocje już nie tak świeże, wpis będzie krótki i może trochę powierzchowny. Mimo wszystko chciałam koniecznie zwrócić na ten reportaż uwagę.

Autorka zaprasza czytelnika do zgłębienia skomplikowanej historii Spisza, poznania jego mieszkańców i ich kultury, ale przede wszystkim próbuje odpowiedzieć na kilka pytań. Czyj jest Spisz – polski czy słowacki? Kim są Spiszacy – Polakami, Słowakami, a może Rusinami? A gdzie Węgrzy i Cyganie? A Niemcy sprowadzeni tam w XIII wieku? A Wołosi, którzy osiedlali się na Spiszu dwa  wieki później? A Żydzi, którzy do drugiej wojny też tam żyli? Ktoś taki jak ja, dla kogo nazwy Niedzica, Jurgów, Frydman, Łapsze, Kieżmark, Lubowla, Lewocza i Spisz niekoniecznie oznaczały jedno, dzięki książce Ludwiki Włodek otworzy oczy ze zdumienia i będzie miał poczucie, że wkracza na zupełnie nieznany dla siebie teren.

Skomplikowana historia powodowała, że Spisz kilkakrotnie w ciągu wieków zmieniał przynależność państwową, był dzielony pomiędzy różne państwa, wielokrotnie dokonywano korekty granic. To wszystko sprawiło, że ci, którzy tam mieszkali, a to ulegali madziaryzacji, a to słowakizacji albo musieli dokonywać wyboru, gdzie chcą mieszkać – w Polsce czy na Słowacji, co niekoniecznie oznaczało, że czuli się Polakami lub Słowakami. Szczególnie zmiany granic po pierwszej i drugiej wojnie światowej sprawiały, że dzielono gospodarstwa i rodziny. Autorka pokazuje, jak wszystko jest ulotne, jak często decyduje przypadek. To, kim Spiszak się czuł, zależało choćby od wyboru szkoły, w której uczono albo po węgiersku, albo po słowacku, albo po polsku. Dlatego dzieliły się rodziny, bywało, że jeden syn czuł się Słowakiem, drugi Polakiem. Potrzeba określania swojej narodowości zaczęła pojawiać się dopiero w dziewiętnastym wieku i później wraz z procesami, jakie toczyły się w całej Europie. Na Spisz przybywali tak zwani budziciele, którzy krzewili wśród miejscowych polskość albo słowackość czy węgierskość. Ludwika Włodek sporo miejsca poświęca najnowszej historii i pokazuje walkę o Spisz Polaków i Słowaków. Nie ucieka od niezbyt chlubnych kart naszej przeszłości, pisze o wykorzystaniu przez Polskę sytuacji i zajęciu części spornych terenów po traktacie monachijskim w 1938 roku. Pokazuje, jak na ziemiach przygranicznych niesnaski narodowościowe są żywe do dziś.

Ale „Cztery sztandary, jeden adres” to nie podręcznik do historii. Ta książka jest przede wszystkim opowieścią o ludziach, niezwykle barwną i zajmującą. Poznamy między innymi historię rodzin, które były właścicielami zamków w Lubowli i w Niedzicy oraz wielu innych ciekawych postaci związanych ze Spiszem. Ludwika Włodek pisze też o tym, jak dziejowe zawieruchy burzyły spokojne życie zwyczajnych ludzi. Opowiada o Żydach, którzy kiedyś żyli na Spiszu, a których już tu nie ma, i o Niemcach wysiedlanych po drugiej wojnie. O zsyłkach na Syberię po wkroczeniu Armii Czerwonej i prześladowaniach w komunistycznej Słowacji. Próbuje dociec, jakim cudem na Spiszu zachowała się do dziś jedna niemiecka wieś. Sporo miejsca poświęca Cyganom mieszkającym na Słowacji w miejscach, których nie da się nazwać inaczej niż getta. Pisze o księżach, którzy z nimi pracują, i o skomplikowanych problemach społecznych.

Po prostu jest to książka pasjonująca i naprawdę warto po nią sięgnąć.

 

środa, 10 stycznia 2018
Anna Bikont "Sendlerowa. W ukryciu"

Od kiedy tylko pojawiły się wieści, że Anna Bikont pracuje dla Czarnego nad książką o Irenie Sendlerowej, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. Biografia miała się ukazać znacznie wcześniej, datę wydania przesuwano, w końcu "Sendlerowa. W ukryciu" (Czarne 2017) wyszła jesienią. Nie dziwi mnie, że książka powstawała tak długo - jestem pełna podziwu dla ogromu drobiazgowej pracy, jaki wykonała autorka. Przekopanie się przez tysiące dokumentów i wiele książek to robota iście benedyktyńska. Świadectwem tego są obszerne przypisy i pokaźna bibliografia. Myślę sobie, że mnie niestety nie starczyłoby cierpliwości, także talentu i determinacji, co stwierdzam z żalem. Dlatego nie ja piszę takie książki, tylko dzielę się refleksjami o nich. Cóż, pozostaje odrobina zazdrości i podziw dla tych, którzy to robią, no i oczywiście czytanie efektów ich mrówczej pracy.

Kiedy słuchałam o planach wydawniczych, a nawet kiedy książka się ukazała, nie miałam pojęcia, że narobi tyle szumu. Dlaczego? Bo sama byłam ignorantką, bo sama uległam mitowi Ireny Sendlerowej, która uratowała dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci, osobiście wyprowadzała je z warszawskiego getta przez gmachy sądów na Lesznie, ich nazwiska zapisała na bibułkach i ukryła w słoiku zakopanym pod jabłonką, po wojnie żyła w zapomnieniu, niedoceniana, a w czasach stalinowskich prześladowana. Polska i świat o niej zapomnieli i byłoby tak po wiek wieków, gdyby nie kilka amerykańskich uczennic, które natknęły się na jej historię i w ramach szkolnego projektu przygotowały sztukę teatralną o Irenie Sendlerowej, i szczęśliwym zbiegiem okoliczności przypomniały ją światu. Prawda, że piękne i wzruszające? Łzy same cisną się do oczu. Tymczasem, jak się okazuje, gdzieś dzwonią, ale nie w tym kościele, nie rozdają rowerów, tylko kradną. Anna Bikont pokazuje, jak było naprawdę i naraża się na krytykę, bo nic tak dobrze nie robi na dobre samopoczucie jak piękny mit. Niektórzy twierdzą, że nie należało go burzyć. Jak mówiła sama Sendlerowa, kiedy dzięki amerykańskim uczennicom pod koniec życia eksplodowała jej sława, stała się doskonałym antidotum na "Sąsiadów" Grossa. Przyznam, że nie rozumiem zarzutów kierowanych pod adresem książki Anny Bikont, nie zgadzam się z nimi. Bo po pierwsze nie ma co dyskutować z faktami, a po drugie te fakty niczego Irenie Sendlerowej nie ujmują, przeciwnie dopiero teraz jest postacią z krwi i kości, a przez swoją wielkość i słabość, przez swoje wybory życiowe, przez swoje skomplikowane życie osobiste fascynującą.

Co w takim razie jest prawdą, a co miejską legendą stworzoną częściowo przez samą Sendlerową? Tak, ratowała żydowskie dzieci i nie tylko dzieci, robiła to, pracując w Wydziale Opieki, najpierw trochę na własną rękę, potem działając w Żegocie. Ale nie wyprowadzała ich osobiście, nie było ich aż dwa i pół tysiąca, nie ma też żadnej listy zakopanej w słoiku pod jabłonką. Irena Sendlerowa zajmowała się logistyką całego przedsięwzięcia. Szukała miejsc, gdzie dzieci można było ukryć, przekazywała na ten cel pieniądze, nieraz zawoziła je osobiście pod wyszukany adres. Takich kobiet jak ona, pracujących w tym samym Wydziale Opieki i współpracujących z Żegotą, kiedy powstała, było kilkanaście. Współdziałały ze sobą, przyjaźniły się, tworzyły całą siatkę pomocy. Jeśli chodzi o te mityczne dwa i pół tysiąca, to Anna Bikont udowadnia, że to po prostu niemożliwe. Wystarczy uświadomić sobie, że z miliona żydowskich dzieci wojnę  przeżyło pięć tysięcy. To dane szacunkowe, ile było ich dokładnie, nie wiadomo. Autorka próbuje dociec, kiedy i w jakich okolicznościach pojawiła się ta powielana potem liczba, w którą bezmyślnie wierzyliśmy. Czy to Irenie Sendlerowej coś ujmuje? Uratowanie jednego Żyda, jednej żydowskiej rodziny, to bohaterstwo, dzięki jej systemowej działalności i innych dzielnych kobiet ocalało ich kilkadziesiąt. To mało, żeby uznać kogoś za bohatera? A że nie wyprowadzała ich osobiście? Te sądy na Lesznie i inne sposoby tak działają na wyobraźnię! Tymczasem wyprowadzić, nie było taką sztuką, za to ocalić po aryjskiej stronie było rzeczywiście i sztuką, i bohaterstwem. I o tym też bardzo szeroko pisze Anna Bikont w swojej książce.

Co jeszcze jest mitem w opowieści o Irenie Sendlerowej? Jej historia powojenna. To, że nie była doceniana, zanim nie odkryły jej historii amerykańskie uczennice. Anna Bikont bardzo skrupulatnie przytacza dowody na to, że mówiono o niej, pisano, odznaczano. Faktem jest natomiast, że rzeczywiście dzięki amerykańskim uczennicom wybuchła na jej punkcie histeria. To wtedy powstał i utrwalił się jej mit, którego częścią było komunistyczne prześladowanie, co akurat nie jest prawdą. Drzwi do jej mieszkania, a potem do jej pokoju w domu opieki nie zamykały się, tylu przychodziło gości. Pisano o niej, przeprowadzano wywiady, kręcono filmy, odznaczano. Ba, została nawet zgłoszona do pokojowego Nobla, czym wyrządzono jej niezwykłą krzywdę. Dlaczego? Po szczegóły odsyłam do książki. Irena Sendlerowa w tamtych czasach sama przyczyniła się do powstania swojej legendy. Skrupulatnie czuwała nad piarem na swój temat, czego przykładem jest pełna nieścisłości i przekłamań poprzednia jej biografia pióra Anny Mieszkowskiej. Dlaczego to robiła? Nad tym też zastanawia się Anna Bikont i próbuje zrozumieć.

Tymczasem prawdziwa Irena Sendlerowa jest postacią fascynującą nie tylko ze względu na to, czego dokonała w czasie okupacji, ale także dlatego, że była kobietą skomplikowaną, pełną sprzeczności, dokonywała wyborów, które budzą sprzeciw. Żeby ją zrozumieć, trzeba sięgnąć do jej młodości. Otóż jej działalność wojenna i powojenny akces do nowych władz (z partii, czytaj z PZPR-u, nie wystąpiła nigdy, czego dowodzi Bikont), to efekt lewicowych poglądów. Tak, Sendlerowa już przed wojną była człowiekiem lewicy, dlatego zajmowała się opieką społeczną, dlatego w czasie wojny pomagała Żydom, dlatego po wojnie w komunistycznym państwie dalej robiła to, na czym znała się najlepiej i co było jej bliskie. Dopiero po latach w liście do jednej z żydowskich przyjaciółek pisze krytycznie o swoich powojennych wyborach. Trzeba też przyznać, że w czasie antysemickiej kampanii 68 roku zachowywała się bardzo przyzwoicie, co oczywiste w kontekście jej biografii. Równie skomplikowane, a przez to niepasujące do mitu, było jej nieudane życie osobiste. Bikont w swojej książce odkłamuje mity, odkrywa prawdziwą Sendlerową i stara się ją zrozumieć. Naprawdę niczego jej to nie odbiera.

Ale ta książka jest czymś znacznie więcej niż biografią tej konkretnej osoby. To także opowieść o polskim antysemityzmie, o tym, jak właśnie z tego powodu trudno było pomagać Żydom. Wrogiem Żydów i tych, którzy starali się ich ratować, byli niestety sami Polacy. Nie tylko szmalcownicy, ale ta milcząca większość, która szeptała między sobą, wskazywała, roznosiła plotki. To przez takich ludzi zlatywali się później szmalcownicy. To Polak był wrogiem i Polaka, i Żyda. A wystarczyłoby, żeby nie szeptali, żeby nie przeszkadzali. Opowiadając konkretne historie uratowanych przez Sendlerową dzieci, Bikont pokazuje, jak trudne było samo pomaganie i jak potworny był los ratowanych. Jak żyły w ciągłym lęku przenoszone z miejsca na miejsce, osamotnione, oddzielone od rodziców, wśród niekoniecznie życzliwych ludzi. Jak musiały udawać, że są kimś innym, często wielokrotnie zmieniając tożsamość, jak musiały wysłuchiwać antysemickich uwag, zapomnieć, kim są. Już sama decyzja o przekazaniu dziecka na aryjską stronę była nieprawdopodobną tragedią. No i tragedie powojenne. Co robić? Oddawać dzieci ich ocalałym krewnym, czy zostawić w rodzinie, która pokochała, albo u sióstr w klasztorze? Dziś te decyzje mogą wydawać się proste, ale trzeba pamiętać o niepewnych czasach, w jakich je podejmowano, i pozostałych okolicznościach.

Jest wreszcie książka Anny Bikont opowieścią o dzielnych ludziach, głównie kobietach, z Wydziału Opieki i z Żegoty, co często szło ze sobą w parze, które ratowały Żydów. I o innych, bywa, że bezimiennych, którzy im pomagali. Lektura obowiązkowa!!!!!!!

środa, 20 grudnia 2017
Wojciech Jagielski "Dobre miejsce do umierania"

Kiedy tylko skończyłam czytać „Wszystkie wojny Lary” Wojciecha Jagielskiego, pomyślałam, że dobrze będzie przypomnieć sobie, co działo się w Gruzji w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. To właśnie na ten czas przypadła młodość Lary, dzieciństwo jej synów. Jak pisałam w poprzedniej notce poświęconej tamtej książce, historia bohaterki opowiadana przez nią pozbawiona była (celowo) wszelkich szczegółów politycznych. Kiedy Lara mówiła o wojnie, trzeba się było domyślać, o którą konkretnie chodzi. Dlatego z przepastnych czeluści czytnika wydobyłam kolejną książkę Wojciecha Jagielskiego „Dobre miejsce do umierania” (wznowienie Znak 2013, wydanie pierwsze W.A.B. 2005). Sięgając po nią, byłam pewna, że to reportaż z Gruzji. Tymczasem gdybym kupując książkę, uważniej przeczytała notkę, wiedziałabym, że składają się na nią historie z całego Kaukazu – także z Armenii, Azerbejdżanu, Osetii Południowej, Inguszetii, a jeden nawet z rosyjskiego Astrachania. Oczywiście nie ma to specjalnego znaczenia i tak bym po nią sięgnęła.

Czytana dziś książka Jagielskiego jest zapisem historycznym. Autor w swoich reportażach uchwycił czas przełomu, kiedy rozpadał się Związek Radziecki a dawne republiki kaukaskie wybijały się na niepodległość, i czas pierwszych bardzo gwałtownych lat budowania nowych państw. Jeśli ktoś powie, że w takim razie nie warto dziś tej książki czytać, bo to zamierzchła przeszłość, a świat idzie do przodu i obraz Zakaukazia zapisany na kartach „Dobrego miejsca do umierania” jest już nieaktualny, to stanowczo zaprotestuję. Rzeczywiście dzisiejszą Gruzją, Armenią, Azerbejdżanem nie wstrząsają już rewolty i wojny, nie ma już tam takiej biedy i korupcji, o jakich opowiada Jagielski, ba, Gruzja przeżywa od kilku lat turystyczny boom, do Armenii też się podróżuje, najmniej atrakcyjny wydaje się Azerbejdżan, ale i tam turysta może wjechać, znam takich, którzy odwiedzili nawet Górski Karabach. Zawsze jednak warto wiedzieć, jak było. Także po to, aby zrozumieć, co dzieje się w tym zakątku świata dzisiaj i co zdarzyć się może. Przykład pierwszy z brzegu - nie pojmiemy, dlaczego Armenia poddała się i nie zdecydowała się ostatecznie podpisać umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, nie znając jej bolesnej historii. Opowieść o ormiańskim poecie Rubiku jest jedną z najsmutniejszych, jakie czytałam. Rubik tak jak inni mieszkańcy Erywania i innych ormiańskich miast nieustająco marznie, aby ogrzać pokój, pali ukochanymi książkami w zdobytym za ostatnie pieniądze piecyku. Naprawdę miałam łzy w oczach, kiedy wyobraziłam sobie, jak siedzi i wybiera, co spalić najpierw, chociaż wie, że i tak ogień pochłonie wszystko, jak siedzi i po raz ostatni przegląda książkę, która zaraz skończy w piecu. Głodny, w dziurawych butach, bo na nowe musi dopiero odłożyć pieniądze, brnąc w mokrym śniegu, przemierzając ciemne ulice, wraca z pracy do domu. Pieszo, bo komunikacja właściwie nie istnieje. Nie ma prądu, nie ma wody. Naprawdę niewiele różni się ten obraz od tego, co w książce Barbary Demick  czytałam o oblężonym Sarajewie. Rubik nie jest wyjątkiem, tak żyje większość Ormian, bo kraj znajduje się w morderczych kleszczach blokady i dlatego właściwie nie istnieje. Czy można się dziwić, że mając taką historię w pamięci, Ormianie wolą nie zadzierać ze swoim jedynym protektorem, Rosją? Reszta świata za Armenię umierać nie będzie.

Właściwie książka Jagielskiego składa się tylko ze smutnych historii. Początkowy entuzjazm, jaki towarzyszył odzyskaniu niepodległości okupionej mniejszymi lub większymi ofiarami, wiarę, że odtąd będzie już tylko dobrze, szybko zastępowała beznadziejna rzeczywistość. Reportaże Jagielskiego to obraz wojen, pogromów, korupcji, bezprawia i biedy. Nie bardzo już dziś pamiętamy, że Gruzja lat dziewięćdziesiątych to właściwie państwo upadłe. Konflikty zbrojne z Osetią Południową i przede wszystkim z Abchazją, walki na ulicach Tbilisi, których efektem było zrujnowanie reprezentacyjnej ulicy Rustawelego, polityczne morderstwa, prywatne milicje, armie niemal, porwania dla okupu, rozzuchwalona policja, rabunki na drogach, napady, korupcja i bieda. Armenia i Azerbejdżan to z kolei, poza innymi plagami, stale tlący się konflikt o Górski Karabach zakończony krwawą wojną. A Inguszetia brutalnie spacyfikowana przez Osetię? Z ciężkim sercem czyta się historie ludzi, którzy musieli uciekać przed wojną i pogromami, zostawiając niemal cały dorobek życia. Dramatyczne są opowieści ze zdobytego przez Abchazów Suchumi, grabionego przez trzy dni przez najemników z Kaukazu, dzięki którym Abchazi pokonali Gruzinów. Równie ponura jest historia pacyfikacji wsi w niewielkiej Inguszetii. I tak dalej, i tak dalej. Długo bym mogła jeszcze wymieniać. Jagielski nie pisze podręcznika do historii, ale reportaż, dlatego opowiada konkretnie. Te opowieści zawsze mają bohatera, człowieka, nie kolejną liczbę w statystyce zabitych, wypędzonych, przesiedlonych. Pełne są detali, drobnych obserwacji, tym większe robią wrażenie.

Dlaczego Kaukaz jest od wieków beczką prochu? Bo żyje tam sto narodów różniących się religią, językiem, obyczajami, kulturą. A każdy z nich dumny, przekonany o swojej wyższości i o tym, że sąsiad knuje przeciwko niemu. Dlatego kaukaskie narody nigdy nie potrafiły się zjednoczyć, przeciwstawić wrogowi, który nieustannie pustoszył te tereny. Kolejne wojny nie pozwalały wybrzmieć konfliktom, zamrażały je, a kiedy kurz bitewny opadł, wszystko zaczynało się od nowa. Dlatego tam czas nie ma znaczenia, konflikt sprzed wieków i sprzed dziesięciu lat są tak samo ważne. Jak pisze Jagielski, dramat kaukaskich narodów polegał na tym, że miały jeden dylemat do rozstrzygnięcia – któremu wrogowi oddać się w niewolę. O wolności mowy nie było. Czy dzisiejsza niepodległość Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu to tylko epizod w dziejach? Czy Armenia naprawdę jest niepodległa?

„Dobre miejsce do umierania” to bardzo ciekawa i świetnie napisana książka. Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że spośród  reportaży Jagielskiego, które dotąd przeczytałam, ten jest najmniej literacko wysmakowany. To po prostu zbiór tekstów połączonych tematem, zebranych w jedną całość. Być może część z nich w identycznej lub trochę innej formie ukazywała się niegdyś w gazetach. To nie umniejsza wagi tej książki. Jest stwierdzeniem faktu, bo swoimi kolejnymi książkami autor przyzwyczaił mnie do przemyślanej, kunsztownej kompozycji i literackiego języka. Warto pamiętać, że ta książka była debiutem Jagielskiego. Sprawdzając to, znalazłam informację, że jej pierwsze wydanie to rok 1994, a nie 2005, jak pierwotnie myślałam.

Najnowsze kończy się epizodem, którego z oczywistych względów nie było w poprzednich. Opowieść o kilkudniowej wojnie Gruzji z Rosją o Osetię Południową z roku 2008. To jeden z tych zamrożonych konfliktów, który po latach odżył. Może warto  zadać smutne pytanie – czy inne zahibernowane konflikty też przypomną światu o sobie za jakiś czas? A jest ich na Kaukazie sporo. Trudno uwierzyć, aby ten rejon świata od zawsze wstrząsany wojnami miał już na zawsze zostać stabilny.

 

środa, 06 grudnia 2017
Wojciech Jagielski "Wszystkie wojny Lary"

Dopiero teraz przeczytałam głośną książkę Wojciecha Jagielskiego „Wszystkie wojny Lary” (Znak 2015) nominowaną do rozmaitych nagród. Sama się zdziwiłam, że to już dwa lata mijają od jej wydania. Chociaż czytam na okrągło, głównie nowości, to i tak większość z nich przestaje już być świeżynką, kiedy po nie sięgam. A gdzie klasyka? Gdzie nieoczekiwane odkrycia? A przecież czasem chciałoby się do czegoś wrócić. Ot tak dla przyjemności czy żeby zrewidować dawne opinie. Pozostaje mi westchnąć – ciężki jest los nałogowego czytelnika! A po „Wszystkie wojny Lary” chciałam sięgnąć nie tylko dlatego, że głośne, ale przede wszystkim z powodu autora. Stosunkowo późno odkryłam Wojciecha Jagielskiego – pisarza, bo dziennikarza oczywiście czytałam, ale za to od pierwszej jego książki, jaką poznałam, a było to „Wypalanie traw”,  wiedziałam, że muszę nadrobić zaległości i czytać na bieżąco to, co jeszcze napisze.

„Wszystkie wojny Lary” czyta się jednym tchem. Forma zbliża tę książkę do powieści, ale to jednak reportaż. Historia Lary, mieszkanki gruzińskiej Doliny Pankisi znajdującej się na granicy z Czeczenią, której dwaj synowie wyruszyli do Syrii na wojnę, jest prawdziwa. Tylko spotkania z Larą w McDonaldzie były dwa, a potem jeszcze kilka przez skype. Jak mówił autor w wywiadach udzielanych po opublikowaniu książki, jego bohaterka opowiadała bardzo plastycznie, miała świetną pamięć. Pamiętała sytuacje i ich okoliczności. I tak ze szczegółami, z detalami snuła swoją smutną historię. Może dlatego Wojciech Jagielski wybrał taką właśnie formę – monolog Lary tylko z rzadka przerywany narracją reportera. Monolog nacechowany indywidualnym stylem, językiem prostej, trochę sentymentalnej kobiety – zgnębionej matki, która dzieląc się swoją historią, próbuje zrozumieć, kiedy popełniła błąd. Teraz gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że Lara wpisuje się w ikoniczny obraz matki-pacyfistki albo matki antywojennej (może lepiej byłoby powiedzieć: matki protestującej przeciwko wojnie?), która cierpi, bo wojna zabrała jej synów, która jest gotowa zrobić wszystko, by wyrwać ich z jej bezlitosnych szponów. Jej monolog to lament, z którego ma płynąć ostrzeżenie. Gdyby Lara nie mieszkała w zapomnianej przez ludzi Dolinie Pankisi, być może jej protest przybrałby inne formy. Może uczestniczyłaby w antywojennych manifestacjach albo działała w jakiejś organizacji na rzecz ofiar wojny.

Kiedy czytałam jej opowieść, miałam jeszcze jedno bardzo silne skojarzenie – z baśnią. Tak, sposób narracji jest nieco baśniowy. W takim klimacie utrzymana jest też opowieść narratora o historii Doliny Pankisi i większość partii narracyjnych. Tylko naprawdę bardzo rzadko, może dwa, trzy razy, głos zabiera reporter - rzeczowo, konkretnie, krótko komentując zdarzenia, trochę na zasadzie przypisu. Skojarzenie z baśnią potęguje brak dat i nazwisk polityków na przykład obalonego w wyniku rewolucji róż prezydenta Gruzji Eduarda Szewardnadzego czy prezydenta Czeczenii Dudajewa. Oczywiście czytelnik albo pamięta historyczne zdarzenia, albo może je bez trudu sprawdzić. Dzięki takim zabiegom historia osadzona w bardzo konkretnym czasie, wpisana w wielką Historię staje się jednocześnie uniwersalna i ponadczasowa. Dopiero na końcu w osobnym rozdziale zatytułowanym Niespokojne czasy przełomu wieków znajdziemy kalendarium wydarzeń na świecie od roku 1991 do roku 2014. Podkreślam – na świecie. To z kolei uświadamia czytelnikowi szerszą perspektywę. Pokazuje, w jakim stopniu wojny czeczeńskie i wojna w Syrii są częścią szerszego procesu dziejowego, którym sterują światowe mocarstwa i państwa Zachodu. Bo po drodze jest jeszcze Afganistan, wojna w Zatoce, Irak, arabska wiosna. To wszystko jedna układanka. Los Lary, mieszkanki zapomnianej, nieco baśniowej Doliny Pankisi, nie zależy tylko od niej. Staje się częścią globalnych procesów. Jakby nie było dla niej ratunku. Chcąc chronić synów przed wojną, ucieka z Czeczenii, wraca do domu do doliny, potem wysyła ich do ojca do Europy. Na nic jej trud i tak nie przechytrzy losu – po paru latach jej synowie pojadą  na wojnę w Syrii. Lara ma do siebie pretensje – zaczyna żałować, że wywiozła ich z Czeczenii, bo gdyby doświadczyli wojny, zyskaliby na nią odporność. Zadziałałaby niczym szczepionka. Ale niepotrzebnie czyni sobie wyrzuty – znając globalne procesy, z dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że jej synów i tak opętałby demon dżihadu. Dlatego Lara jest postacią tragiczną, nie tylko z powodu wielkiego cierpienia. Jest jak postać z greckiej tragedii – każdy jej wybór był skazany na klęskę. Nie mogła uciec przed przeznaczeniem.

A właściwie mogła. W świecie idealnym. A może tylko (aż?) mądrze rządzonym. Puśćmy wodze fantazji. Stańmy się na chwilę idealistycznie naiwni. Najpierw globalnie. Gdyby nie wojny w Afganistanie i Iraku. Gdyby Rosja pozwoliła Czeczenii na niepodległość. Gdyby niepodległa Czeczenia była mądrze rządzonym, zamożnym krajem. Gdyby nie wojna w Syrii. Gdyby wszyscy międzynarodowi gracze mieli wolę ją skończyć. Gdyby w Gruzji nie było wojen domowych. A teraz bardziej przyziemnie. Gdyby w Dolinie Pankisi była praca i perspektywy dla młodych. Albo chociaż w Telawi, w Tbilisi czy w innych gruzińskich miastach. Gdyby Gruzini nie pogardzali Kistami (w Dolinie Pankisi obok prawosławnych Gruzinów mieszkają muzułmańscy Kistowie, czyli Czeczeni; Lara jest Kistką, nie Gruzinką), traktowali ich na równi ze sobą, dawali im takie same szanse na pracę, na awans. Gdyby Europejczycy, kiedy już przyjmą do siebie imigrantów, też dbali o ich równe szanse,  nie spychali do odrębnych dzielnic, skazując na kiszenie się we własnym sosie, frustrację i radykalizację nastrojów. Gdyby nie religijny fanatyzm. Wreszcie gdyby nie męskie uwielbienie wojny, fascynacja nią. Gdyby faceci nie traktowali jej jak męskiej przygody. Gdyby świat nie był taki męskocentryczny. Gdyby, gdyby, gdyby. Niestety. Świat tak nie wygląda. Dlatego Lara w pojedynkę prawdopodobnie nie miała szans. Nawet gdyby nie zlekceważyła zmiany w zachowaniu synów. Czy udałoby się jej odciągnąć ich od salafickiego meczetu, który powstał w sąsiedztwie jej wioski, w Duisi? Tam stale się coś działo, było tak atrakcyjnie! Czy potrafiłaby odizolować ich od partyzantów opowiadających przy ognisku o swoich wyczynach w czasie czeczeńskiej wojny? Przecież te opowieści były takie fascynujące! Słuchali ich z wypiekami na twarzy! Historia synów Lary to modelowy przykład religijnej radykalizacji młodych mężczyzn. Niby wiadomo, co można zrobić, a jednak nikt tego nie robi. Dlatego „Wszystkie wojny Lary” to książka smutna i pesymistyczna na wielu płaszczyznach. Tej osobistej i tej uniwersalnej.

 

poniedziałek, 27 listopada 2017
Katarzyna Kobylarczyk "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty"

Kiedy skończyłam czytać reportaż Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca", o którym pisałam ostatnio, przypomniałam sobie, że w czeluściach mojego czytnika mam jeszcze jedną książkę o Hiszpanii. To „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” (Czarne 2013, ale książka jest dostępna, przynajmniej ebook) Katarzyny Kobylarczyk. Chcąc pozostać w hiszpańskich klimatach, natychmiast po nią sięgnęłam, a że książeczka jest niedużych rozmiarów, pochłonęłam ją jednym tchem.

To rzecz zupełnie odmienna, ale też wyrastająca z miłości do Hiszpanii. Autorka nie zajmuje się problemami społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi. Zafascynowana jest fiestami i małymi osadami. Przemierza spalony słońcem hiszpański interior  i odwiedza malutkie miasteczka i wioski. Czasem nie dzieje się nic, czasem opowiada o jakiejś lokalnej osobliwości, legendzie, sięga do przeszłości, ale najczęściej opisuje zwariowane fiesty, jakie trudno nam sobie wyobrazić. Najbardziej znaną jest fiesta w Pampelunie. Słynne gonitwy byków i szaleństwo, które się tam odbywa, rozsławił Hemingway między innymi w powieści ”Słońce też wschodzi”. Nie miałam pojęcia, że to on sprawił, iż ta lokalna fiesta, jakich wiele w całej Hiszpanii, stała się taka słynna i dzisiaj to prawdziwy szał. Nie ukrywam, że i ja, zarażona przez Hemingwaya, marzyłam o Pampelunie, ale kiedy wreszcie dwa lata temu zrealizowałam ten plan, z wielu powodów przyjechałam do miasta w kilka dni po zakończonym szaleństwie. Pampeluna jeszcze lizała rany i doprowadzała się do porządku. Inna słynna fiesta to obchody Wielkiego Tygodnia w Sewilli. Podobne odbywają się w wielu hiszpańskich miejscowościach. Ale najrozmaitszych, przedziwnych fiest są w Hiszpanii tysiące. To bieganie z ogromnymi figurami świętych albo z figurą Chrystusa w szklanej trumnie, wyścigi koni pod stromą górę z uczepionymi do ich grzbietów czterema śmiałkami, obrzucanie się najrozmaitszymi przedmiotami, walenie w bębny i wiele innych.Często nikt dziś już nie zna ich rodowodu.

Wielką zaletą książki Katarzyny Kobylarczyk jest piękny język. Czytanie jej to niezwykła przyjemność. Kiedy pisze o fiestach, znakomicie oddaje szaleństwo i trans, w jaki popadają miejscowi, i bezradność turysty, który zawsze będzie tylko turystą, kimś z zewnątrz. Kiedy opisuje miasteczka, wioski, hiszpański interior, robi to w sposób poetycki, niebanalny, bardzo sensualny. To książka do smakowania. Niewielki drobiazg, ale naprawdę bardzo pyszny. Odtrutka na codzienność i coraz niższe temperatury. Można ją połknąć na raz, ja tak zrobiłam, albo smakować po kawałku, żeby starczyło na dłużej. Żadne moje gadanie, a właściwie pisanie, nie odda istoty rzeczy. Po prostu trzeba przeczytać. Zimą jak znalazł.

niedziela, 19 listopada 2017
Remigiusz Ryziński "Foucault w Warszawie"

Po książkę Remigiusza Ryzińskiego "Foucault w Warszawie" (Dowody na Istnienie 2017) pewnie bym nie sięgnęła, gdyby nie świetne recenzje, jakich się doczekała. Mechanizm w podobnych sytuacjach jest zawsze taki sam - temat wydaje mi się nieciekawy, nieistotny, nie dla mnie, a potem tyle się dobrego o książce mówi, że postanawiam jednak przeczytać. Najczęściej rzeczywiście okazuje się, że warto było i coś by mnie ominęło. Tak stało się i tym razem. Śledzę ofertę Dowodów na Istnienie i planuję sobie, co kupię, jednak na reportaż Ryzińskiego nie zwróciłam uwagi, bo cóż mnie niby obchodzi fakt, że słynny francuski filozof Michel Foucault przebywał pod koniec lat pięćdziesiątych zeszłego wieku w Warszawie, gdzie był dyrektorem Centrum Francuskiego przy Uniwersytecie Warszawskim. To miejsce niezwykle ważne na mapie kulturalnej miasta, okno na wielki świat w siermiężnej komunistycznej rzeczywistości. W Warszawie pisał też swój doktorat. A jednak reportaż Ryzińskiego okazał się fascynujący, świetnie napisany. Czyta się go niemal jak powieść szpiegowską. Okazał się wyprawą w przeszłość, do Warszawy ciemnych lat komunizmu, epoki "Złego" Tyrmanda.

Wokół pobytu francuskiego filozofa narosła w Warszawie miejska legenda. Podobno miał tu kochanka, Jurka. Wyjechał zmuszony przez SB w atmosferze skandalu. I śladami tej legendy rusza autor. Chociaż Foucault na pewno był w czasie swojego pobytu inwigilowany, więc powinny zachować się jakieś teczki, nie było łatwo wpaść na jego trop. A jednak udało się. Ryziński spotyka się z mężczyznami, którzy go znali, którzy się z nim wtedy spotykali. Wówczas najczęściej młodzi, w wieku okołostudenckim, dziś poważni panowie. Próbuje dociec, kim był tajemniczy Jurek, czy w ogóle był. Opowiada o ich życiu, często barwnym, nietuzinkowym. Jedzie do Paryża, aby spotkać się z wieloletnim partnerem filozofa, żeby sprawdzić, na ile pobyt w Warszawie był ważny w jego życiu. Jakie ślady pozostawił w papierach, notesie, na fotografiach. Każe się zadumać, jak niewiele zostaje z dawnych pragnień, namiętności, zachwytów, z codziennego życia. Wszystko wyparowuje, znika. Lata mijają, coraz mniej śladów, coraz mniej wspomnień. A przecież tamte uczucia, spotkania, tamto życie były takie  intensywne.

Rozmowy z polskimi znajomymi Foucault są pretekstem do opowieści o  Warszawie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, przede wszystkim o Warszawie gejowskiej. Oczywiście nikt wtedy nie używał słowa gej, co najwyżej homoseksualista albo homo. W powszechnym obiegu funkcjonowały cioty, pederaści. Ryziński opowiada o tym, jak żyli, jak się spotykali, jak nawiązywali znajomości w czasach, kiedy ich życie toczyło się właściwie  w podziemiu. Kiedy byli wykluczeni. Maluje też obraz Warszawy. Bardzo drobiazgowy. Nie tylko z detalami opisuje miasto, na przykład odtwarza wnętrza popularnych wtedy lokali, nieistniejących dziś łaźni miejskich, ale też podaje masę innych  szczegółów, na przykład ceny.

Ale w reportażu Ryzińskiego najbardziej poruszyło mnie coś innego - powszechna wtedy inwigilacja środowiska homoseksualistów. Były to działania zakrojone na równie szeroką skalę, jak akcja Hiacynt z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Autor obficie cytuje donosy i materiały z teczek. Czasem trudno powstrzymać się od śmiechu, zdumiewa też fakt, o jakich bzdurach donoszono i pisano. Po co to wszystko? Żeby mieć haki, które można wykorzystać. Do czego? Do inwigilowania kolejnych osób. W ten sposób tworzyła się cała sieć obserwowanych i donosicieli. Tak  autorytarne państwo sprawowało kontrolę nad życiem niemal każdego człowieka. Tak rodziły się strach i nieufność. Teczki zakładano też oczywiście cudzoziemcom, dlatego Foucault był obserwowany i jako homoseksualista, i jako cudzoziemiec. Z dzisiejszej perspektywy to wszystko może się wydawać absurdalne i śmieszne, wtedy łamano ludziom życie, poniżano ich.

Ale jest też książka Ryzińskiego rodzajem manifestu, który szczególnie mocno wybrzmiewa w zakończeniu. Przypomnieniem ciemnych kart historii i poczuciem ulgi, że tamte czasy minęły. Oddaniem sprawiedliwości homoseksualistom, przez lata wykluczanym. Dziś wychodzą z szaf, żeby się nie bać, żeby móc kochać i żeby być sobą. Żeby móc zwyczajnie żyć. Czy to tak dużo?

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30