Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 14 maja 2017
"Mali mężczyźni"

Kiedy zobaczyłam zapowiedź "Małych mężczyzn", pomyślałam, to nie dla mnie, bo nie lubię filmów o dzieciach. Ale po raz kolejny dałam się przekonać dyskutantom z Tygodnika Kulturalnego i poszłam do kina, chociaż nie miałam tego w planach. Nie zawsze się z nimi zgadzam, bywa, że nasze gusta rozjeżdżają się zupełnie, ale tym razem mieli rację. To film mądry i jednocześnie taki, który bardzo dobrze się ogląda. Świetnie pasuje do niego określenie, ładny. Ładne miasto, ładne wnętrza, ładni bohaterowie. Żadnych brudów, chropowatości. Ładnie o ważnych sprawach, można by powiedzieć. A te ważne sprawy to dorastanie, szczerość w relacjach rodzinnych, trudne finansowe decyzje, gentryfikacja miasta. Dlatego da się "Małych mężczyzn" bez obawy polecić na weekend tym wszystkim, którzy nie lubią z kina wychodzić przygnębi. No może odrobinę się zasmucą i zadumają, ale na pewno nie zdołują. Dla mnie to oczywiście nie ma znaczenia, nie wybieram filmów, kierując się takimi kryteriami, ale znam wielu, którzy w kinie szukają mądrej przyjemności, a już szczególnie w weekend. A na koniec dla porządku krótko, o czym "Mali mężczyźni" są. To opowieść o dwóch kilkunastolatkach, Jake'u i Tonim, których dość przypadkowo zetknął los. Pochodzą z różnych środowisk - matka Toniego, chilijska imigrantka, krawcowa, prowadzi niewielki butik z odzieżą w domu, który odziedziczyli rodzice Jake'a, aktor i lekarka. Tak rodzi się przyjaźń między chłopcami, ale kiedy rodzice skonfliktują się, nie pozostanie to bez wpływu na ich znajomość. W żadnym razie nie jest to sentymentalna opowiastka. Tyle we wstępie, a ciąg dalszy dla tych, którzy film już widzieli. Zapraszam.

środa, 03 maja 2017
Filmowe remanenty - "Zud", "Porto"

Wygłodniała kina wybrałam się na kolejne filmy. Pierwszy to „Zud” fabularny debiut dokumentalistki Marty Minorowicz. Słyszałam o nim już wcześniej, bo pokazywany był w ramach jednej z sekcji zeszłorocznego Berlinale, dostał też wyróżnienie w Gdyni w konkursie Inne Spojrzenie. Wtedy myślałam, że to propozycja nie dla mnie. Mongolia, życie koczowników, chłopiec przygotowujący się do konnego wyścigu – to nudne, nieatrakcyjne, niszowe, festiwalowe kino. Niszowe i festiwalowe na pewno, a czy nudne i nieatrakcyjne? Nie ma się co oszukiwać, dla wielu tak. Wielkiej frekwencji „Zud” się na pewno nie doczeka. Trzeba wiedzieć, co nas w kinie spotka i zdecydować się na ryzyko. Ja, zachęcona głosami recenzentów, podjęłam wyzwanie i nie żałuję. Kiedy już poddałam się powolnemu rytmowi tego surowego, prawie pozbawionego dialogów filmu, który przypomina raczej dokument niż fabułę, kiedy weszłam w jego świat, nie pozostałam obojętna. „Zud” zmusza do namysłu, refleksji, stawia pytania, a przede wszystkim wywołuje ciekawość. Mongolia, która zawsze wydawała mi się krajem nieatrakcyjnym, nudnym, nieinteresującym, nagle za sprawą tego filmu przynajmniej na chwilę przyciągnęła moje zainteresowanie. Dlatego potem przeczytałam bardzo interesujący wywiad z Martą Minorowicz na portalu Gazeta.pl, który jest znakomitym uzupełnieniem filmu. Bo „Zud” to przecież filmowa impresja dająca asumpt do dalszych poszukiwań. Opowieść o rodzinie mongolskich koczowników żyjących w stepie, hodowców owiec i innych zwierząt. Role w rodzinie są ściśle podzielone, matka zajmuje się domem i dziećmi, ojciec dogląda gospodarstwa, starszy syn, kilkunastoletni Sukhbat, pomaga mu. A praca jest bardzo ciężka, efekty niepewne, uzależnione od kaprysów przyrody. Tytułowy zud to zimny wiatr sprawiający spadek temperatury i zwierzęta, dla których z braku pieniędzy nie buduje się krytych zagród, giną, a hodowcy wpadają w finansowe tarapaty. To właśnie spotyka rodzinę Sukhbata. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzi ojciec, jest udział syna w konnych wyścigach dla dzieci masowo organizowanych w Mongolii, dodajmy nielegalnych. Jeśli wygra, uratuje byt rodziny, jeśli noga mu się powinie, prawdopodobnie będą musieli przenieść się do miasta, zasilić rzesze ubogich mieszkańców żyjących w jurtowych slumsach. „Zud” to opowieść o potędze przyrody, kruchości ludzkiego losu, wzajemnej zależności człowieka i zwierzęcia, które w tych warunkach traktowane jest użytkowo, bo musi człowiekowi służyć, a wreszcie to opowieść o dziecku, które w tej kulturze szybko staje się dorosłe i współuczestniczy w życiu rodziny, jest za nią współodpowiedzialne. Kiedy Sukhbat musi pomagać ojcu, kiedy przygotowuje się do wyścigu, nie chodzi do szkoły, chociaż chciałby. Jedyne chwile dziecięcej beztroski to spotkania z kolegą, rozmowy, pięknie fotografowane. Jedna z takich scen budzi skojarzenia  z obrazami Józefa Chełmońskiego. Praca przy zwierzętach i przygotowania do wyścigu są bardzo ciężkie. Chłopiec musi okiełznać konia, oswoić się z nim, a potem trenować i trenować, a wynik przecież niepewny. Na dziecku spoczywa ogromna odpowiedzialność. Film nie jest oskarżeniem rodziców. Po prostu tak tam się żyje, ci ludzie nie widzą innego rozwiązania, nikt im nie pomaga, radzą sobie, jak potrafią. Pociechy nie przynosi nawet krajobraz, surowy, bardziej brzydki niż piękny. To oczywiście moje spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto spodziewał się zniewalająco pięknego stepu. Jego mieszkańcy pewnie inaczej postrzegają miejsce, w którym żyją.

Drugim filmem, na który się wybrałam, jest „Porto”, debiut filmowy Gabe'a Klingera. Na marginesie dodam, że większość źródeł podaje informację, że to brazylijski krytyk i dokumentalista, ale według recenzenta z portalu miesięcznika Kino Gabe Klinger to kobieta. Chyba jednak ta pierwsza wersja jest prawdziwa. Zostawmy to jednak, a wróćmy do filmu. Już sam tytuł przywodzący na myśl piękne portugalskie miasto, ewentualnie produkowany tam alkohol o tej samej nazwie, wywołał dreszcz emocji i sprawił, że miałam ochotę obdarzyć film kredytem zaufania i wybrać się do kina bez względu na wszystko. A i sam temat kusił. To opowieść o Jake'u i Mati. On, dziwak, samotnik i outsider, Amerykanin, syn dyplomatów, który postanowił zostać w Portugalii na zawsze. Chwyta się dorywczych prac, żyje z dnia na dzień. Ona, Francuzka, archeolożka, kiedyś związana z portugalskim profesorem, pracuje na miejscowym uniwersytecie. Spotykają się na wykopaliskach, potem przypadkowo w pociągu i w kawiarni, wpadają sobie w oko i przeżywają przygodę na jedną noc. Takich historii kino pokazywało już wiele, więc aby widza po raz kolejny nią skusić, trzeba mieć jakiś pomysł. I Gabe Klinger miał. Historię poznajemy z dwóch punktów widzenia, raz Jake'a, raz Mati, albo patrzymy na nią obiektywnie, a może lepiej powiedzieć z boku, z dystansu, nie ich oczyma. Kiedy punkt widzenia zawęża się do jednego z bohaterów, zwęża się też ekran, kiedy perspektywa jest neutralna, obraz wraca do normalnych rozmiarów. Historii kochanków na jedną noc nie poznajemy też chronologicznie. Dlatego kilkakrotnie wracają te same sceny, te same dialogi, te same obrazy. Za każdym razem jednak dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach, o ich uczuciach, motywacjach, dzięki temu jesteśmy zaskakiwani. Kiedy już wydaje się, że wszystko wiemy, nagle okazuje się, że to nie tak. Czym jest ich krótki związek, ta przygoda jednej nocy? Miłością od pierwszego wejrzenia? Początkiem dłuższej relacji? A może tylko zatraceniem, jak mówi jedno z nich. I czy dla każdego jest tym samym? Ale największą zaletą filmu jest jego klimat. Smutny, melancholijny, nostalgiczny. Dużo tu scen kręconych nocą, we mgle, ekran chwilami staje się brudny, ziarnisty, obraz nieostry. Czy to jawa, czy sen? Czy naprawdę to przeżyli, czy tylko sobie wyobrazili? Dlatego kupiłam tę historię, poddałam się jej klimatowi, dlatego mogłabym obejrzeć ten film jeszcze raz. No i Porto rzeczywiście jest trzecim bohaterem. Na szczęście to nie miasto z widokówek, ale prawdziwe, tajemnicze, nieco oczywiście podkręcone, chropawo piękne. Na koniec łyżeczka dziegciu – dialogi chwilami rażą pretensjonalnością, są sztuczne, papierowe. Na szczęście tylko chwilami.

 

środa, 26 kwietnia 2017
"Klient"

Wreszcie w kinie! Nie, nigdzie nie wyjeżdżałam, nic się też specjalnego nie działo, po prostu filmowa posucha. Albo nie miałam ochoty, bo nie moje klimaty, albo jeśli już coś brałam pod uwagę, to recenzje były tak beznadziejne, że rezygnowałam. Dlatego tym bardziej z utęsknieniem czekałam na najnowszy film Asghara Farhadiego. Kto wielbi jego poprzednie obrazy, "Co wiesz o Eli", "Rozstanie", "Przeszłość", ten mnie zrozumie, kto nie potrafił docenić tamtych filmów, niech daruje sobie i ten. Bo w "Kliencie" znajdziemy to wszystko, za co kochamy kino Farhadiego. Kameralną historię rozpisaną na kilku aktorów, dramatyczne zdarzenia burzące spokój bohaterów, nagłe zwroty akcji, które sprawiają, że na wszystko zaczynamy patrzeć inaczej, dylematy moralne, trudne wybory, fascynujące rozmowy. Chociaż to nie kino akcji, film ogląda się z zapartym tchem, a im dalej, tym większa konfuzja - trudno jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, po czyjej stronie jest racja, jak powinni postąpić bohaterowie. Mnóstwo tu też tajemnic, przemilczeń, półprawd. "Klientowi" najbliżej do "Rozstania" i wcale nie dlatego, że oba zostały nagrodzone Oskarem. Nie mogę we wstępie napisać więcej, bo nie da się o tym filmie rozmawiać bez spojlerowania. Dlatego jeszcze raz z całą mocą podkreślę, że na "Klienta" trzeba wybrać się koniecznie, a więcej refleksji w drugiej części. Kto film już widział, niech czyta.

środa, 08 marca 2017
"Moonlight"
Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie obejrzałam "Moonlight". Nieoczekiwanie, bo chociaż jeszcze przed Oskarem wiedziałam, że powinnam, bo znakomity, świetny, poruszający, to jakoś nie miałam na niego ochoty. Raz, że nabrałam przekonania, iż to kino do bólu festiwalowe, mówiąc precyzyjniej takie spod znaku Nowych Horyzontów. Jednym słowem tak bardzo artystyczne, tak bardzo poszukujące nowego języka, że nawet dla wyrobionego, chociaż zwyczajnego, kinomana nie do oglądania. Drugi powód mojej niechęci to temat. Nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o brudach życia. Cóż, czasem mi się nie chce. W końcu jednak wybrałam się na "Moonlight" do kina, a to dlatego, że mimo szczerego zamiaru nie wybrałam się na film o Marii Skłodowskiej-Curie, bo go tak schlastano. A że bardzo chciało mi się kina, poszłam na "Moonlight", który nabrał chyba pooskarowego rozpędu. Żeby usiąść na przyzwoitym miejscu w moim ulubionym kinie, bilet musiałam zarezerwować, sala była pełna, nikt nie wyszedł. A ileż to razy siedzę na pustawej widowni. Poszłam i teraz wiem, że byłam głupia, bo niewiele brakowało, a przegapiłabym naprawdę piękny, poruszający i mądry film. Dlatego piszę, żeby zachęcić, odczarować. Ta składająca się z trzech wyraźnie zaznaczonych części opowieść o czarnoskórym Chironie mieszkającym w jednej z gorszych dzielnic Miami to zwyczajny film, żadnego przerostu formy nad treścią. "Moonlight" łączy w sobie wątek społeczny, obraz życia ubogiej, wykluczonej czarnej społeczności, opowieść o człowieku wyobcowanym, nieprzystosowanym, wrażliwym, pogubionym, samotnym, poezję i zadumę. To kino, gdzie wiele dzieje się gdzieś pomiędzy. Ważne są gesty, spojrzenia, obraz. Takie też jest zakończenie, które przynosi katharsis, ale niczego jednoznacznie nie rozstrzyga. Piękny, mądry, poruszający film. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
środa, 01 marca 2017
"Pokot"

"Pokot" Agnieszki Holland to jeden z tych filmów, na które niecierpliwie czekałam. O tym, że reżyserka wzięła się za ekranizację powieści Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", było wiadomo od dawna choćby dlatego, że z głównej roli zrezygnowała Stanisława Celińska, która swoje dotychczasowe aktorskie życie usiane w znakomitej większości rolami bardzo trudnymi postanowiła zamienić na żywot pieśniarki. Z sukcesem. Dlatego główną bohaterkę, emerytowaną panią inżynier dorabiającą uczeniem angielskiego, Janinę Duszejko zagrała nieznana szerszej publiczności Agnieszka Mandat. Napisałam nieznana szerszej publiczności, ale doskonale kojarzona przez miłośników teatru z ról w krakowskim Starym Teatrze, między innymi w spektaklach Krystiana Lupy.

Kiedy "Pokot" trafił do głównego konkursu tegorocznego Berlinale, zrobiło się o nim bardzo głośno, po pierwszych pokazach szum był jeszcze większy, a Srebrny Niedźwiedź zrobił swoje. Jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, najpierw medialny hałas układa się w jednobrzmiący pochwalny hymn, dopiero po premierze daje się z niego wyłowić głosy krytyczne. Co o tym myślę, teraz, kiedy "Pokot" już obejrzałam? Mam wrażenie, że to taki film, który albo kupuje się w całości, mimo że po seansie, a nawet w trakcie, widzi się jego wady, albo nie idzie się w ogóle za filmową opowieścią i wtedy wszystkie niedomagania tym bardziej kłują w oczy. Ja dałam się uwieść, mimo że nie jestem bezkrytyczną miłośniczką kina Agnieszki Holland. Co mnie uwiodło?

Przede wszystkim atmosfera, klimat, nastrój. To zasługa cudownych zdjęć Doliny Kłodzkiej autorstwa Jolanty Dylewskiej i Rafała Paradowskiego. Tak pięknych, magicznych, że natychmiast uległam złudzeniu, iż mogłabym zamieszkać w tym pięknym, poniemieckim domu na odludziu, gdzieś na zboczach kotliny, w miejscu, do którego zimą trudno dotrzeć. Ja, człowiek miasta, który musi mieć sąsiada za ścianą. Tak działa magia filmu! Przecież w rzeczywistości nie wytrzymałabym tam tygodnia, a w tym samotnym domu umarłabym ze strachu na dźwięk pierwszego lepszego szelestu. Znakomita jest też muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza. Świetnie buduje nastrój grozy, niepokoju, tajemniczości.

Równie istotny jest dla mnie przekaz filmu, który broni lekceważonych i dyskryminowanych słabszych - przede wszystkim zwierząt, ale też kobiet, ludzi starych czy wszelkiej maści dziwaków. Główna bohaterka, Janina Duszejko, a właściwie Duszejko, bo, jak mówi, ignoruje swoje imię, jest tak właśnie traktowana przez otoczenie - stara wariatka, nie ma chłopa, dlatego oszalała na punkcie zwierząt. Uprzykrza tylko życie miejscowym myśliwym, wśród których jest władza, biznesmeni, ksiądz. Składa skargi, doniesienia, które można skutecznie lekceważyć, no bo co nam zrobi. Przecież szkodliwość czynu znikoma, sprawcy i tak się nie wykryje, a każdy każdego tu zna, ręka rękę myje. I nawet ksiądz mówi, że mamy czynić sobie ziemię poddaną, a przykazanie nie zabijaj dotyczy ludzi, nie zwierząt. Kto by się przejmował tą starą, siwą kobietą, która wygląda czasem jak czarownica. A przecież ona nie jest stara! A że nie farbuje swoich długich włosów? Jej sprawa. Na ekranie  Agnieszka Mandat czasem rzeczywiście przypomina czarownicę, wiejską babę, innym razem jest piękna. Trudno też pozostać obojętnym na bardzo sugestywne obrazy ściganych, zabijanych zwierząt, lisów więzionych w klatkach, hodowanych na futra. Temat jest mi bliski od dawna, od lat śledzę to, co się wokół polowań dzieje, a wydaje się, że teraz znalazło to wszystko jakąś potworną kulminację. Projekty zmian w prawie łowieckim, jeszcze gorsze niż do tej pory, choć trudno to sobie wyobrazić, masowa wycinka drzew, smog, który nie pojawił się tej zimy, chociaż można odnieść takie wrażenie, no bo wreszcie zaczęto bardzo głośno o nim mówić. Tak, "Pokot" idealnie wstrzelił się w czas, ale przecież te problemy istniały od dawna, kto chciał słyszeć, ten słyszał. Nie przypadkiem książka Olgi Tokarczuk została wydana kilka lat temu (2009). A i Agnieszka Holland pracowała nad swoim filmem nie od wczoraj.

Uwiedziona bliskim mi przekazem i sugestywną atmosferą, dostrzegam mielizny filmu. Mniej przeszkadzają mi czarno-biali bohaterowie, którzy w większości są tu albo jednoznacznie dobrzy, albo jednoznacznie odpychający, wstrętni, bezwzględni, źli. Nawet próba zniuansowania wypada mało przekonująco (dziewczyna zwana przez Duszejko Dobrą Nowiną). Podobnie ma się rzecz z pewnymi rozwiązaniami fabularnymi, które z realizmem niewiele mają wspólnego (poszukiwanie zaginionych psów w lesie nocą razem z uczniami - przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy to nie sen). Taka jest konwencja "Pokotu", który stanowi mieszankę baśni, ballady  (natura bierze odwet na złym człowieku), chyba komiksu (trochę gapowaty, trochę superbohater Dyzio grany przez Jakuba Gierszała), thrillera i kryminału. No i właśnie kryminał wypada tu najsłabiej, i o to mam największe pretensje. Dojście do prawdy pokazane jest bardzo nieprzekonująco, pojawia się trochę jak deus ex machina, nie wiadomo skąd. Dlatego nie wszystko jest jasne. Nie wiem, jak to wygląda w powieściowym oryginale, bo go nie znam, ale teraz mam na to coraz większą ochotę. Ciekawa też jestem, na ile w powieści zniuansowani są bohaterowie. Cóż, trzeba przeczytać.

A o filmie mimo tych zastrzeżeń nadal myślę. Tak właśnie  lubię.

środa, 22 lutego 2017
Filmowe remanenty - "Manchester by the Sea", "Toni Erdmann"
Już dawno nie pisałam o filmach, a to z tej prostej przyczyny, że wyjechałam na trochę. A właśnie wtedy do kin wchodziło kilka głośnych premier. Po powrocie musiałam zaczekać na weekend, aby nadrobić zaległości. Obejrzenie wszystkiego, co przepadło, nie było możliwe, dlatego podparłam się moim ulubionym Tygodnikiem Kulturalnym. O dziwo okazało się, że wszyscy zgodnie zachwycają się amerykańskim filmem "Manchester by the Sea", za to "Toni Erdmann" wzbudził mieszane uczucia, od akceptacji do totalnej krytyki, co mnie zdziwiło, bo wydawało się, że to pewniak. Najgorzej potraktowano biografię Michaliny Wisłockiej, o "Amerykańskiej sielance" nie wspomniano, ale skądinąd słyszałam, że do literackiego pierwowzoru ma się nijak. Od początku czułam, że to nie mogło się udać. Dlatego czym prędzej pobiegłam na "Manchester", a na "Toni Erdmann" wybrałam się z wahaniem. Takie filmy nazywam ładnymi. Ładni bohaterowie, ładne krajobrazy, ładne wnętrza, żadnego brudu świata. To sprawia, że bardzo dobrze się je ogląda, mimo że opowiadają o całkiem poważnych problemach. Szczególnie "Manchester by the Sea" okazał się całkiem innym filmem, niż mogłam się spodziewać, czytając informację dystrybutora (historia mężczyzny, który po śmierci brata musi zaopiekować się jego nastoletnim synem). Niespieszny, subtelny i na szczęście mało amerykański. Ja się wzruszyłam i jestem całkowicie na tak. Zastrzeżenia mam za to do "Toni Erdmann", reklamowanej jako komedia, która opowiada o relacji córki pracoholiczki i ojca podchodzącego do życia na luzie. Ten film jest po prostu za długi. Z czasem żarty ojca głównej bohaterki przestają bawić, stają się monotonne, całość osiada na mieliźnie, brnie w groteskowo-metaforyczne sceny. Dopiero zakończenie przywraca początkowy ton powagi. Mimo tych zastrzeżeń nie żałuję, że "Toni Erdmann" obejrzałam. A szczegółowe refleksje dla tych, którzy filmy już widzieli, w drugiej części. Zapraszam.
środa, 25 stycznia 2017
"Powidoki"

Z tygodniowym opóźnieniem wybrałam się na "Powidoki", ostatni film Andrzeja Wajdy. W domu zatrzymało mnie podstępne przeziębienie, więc zamiast pójść do kina, weekend spędziłam pod kocem. Czekałam na ten film bardzo, ciekawa mojego odbioru. Chciałoby się, aby ostatni obraz wielkiego reżysera był dziełem spełnionym, tymczasem głosy były różne. Najwięcej chyba takich - film nie do końca udany, ale mimo tego przejmuje i wzrusza, nie tym łatwym sentymentalnym, czułostkowym wzruszeniem, ale mądrym i głębokim. Wajda Strzemińskim interesował się od dawna, przymierzał się do filmu o nim długo, zmieniał koncepcję, w końcu zdecydował się opowiedzieć o artyście niezłomnym, niszczonym przez ideologię. Dlatego na ekranie nie zobaczymy żony Strzemińskiego, wielkiej rzeźbiarki Katarzyny Kobro. Jak mówił reżyser jeszcze w trakcie realizacji filmu, jej obecność czujemy dzięki córce artystów, kilkunastoletniej Nice. Gdyby Kobro była jedną z bohaterek, musiałby powstać film inny, wielowątkowy, już nie tylko o niezłomnym artyście, ale i o jego skomplikowanym życiu osobistym.

I w tym miejscu zaczynają się moje wątpliwości. Bo co zobaczy na ekranie ktoś, kto o Strzemińskim wie niewiele albo zgoła nic? Że to niemożliwe? Otóż wbrew pozorom tacy widzowie też są i pewnie nie należą do wyjątków. Nie ma co czarować, ja też zaczęłam czytać o Strzemińskim przy okazji premiery filmu, wcześniej wiedziałam niewiele. Obejrzałam sobie też przejmujący spektakl Teatru Telewizji również pod tytułem "Powidoki" według scenariusza i w reżyserii Macieja Wojtyszki. I być może to mnie zgubiło, bo bardzo wpłynęło na odbiór filmu. Co dostajemy? Opowieść o wielkim artyście, teoretyku sztuki, uwielbianym przez studentów, zniszczonym przez system i polityków, którzy z pozycji ideologicznych zwalczają twórców niepasujących do narzucanych przez przez nich kanonów tworzenia. Twórców, którzy nie chcą iść na kompromisy, którzy chcą być wolni, bo sztuka ma być wolna. Artyści awangardowi nie mieszczą się w takim politycznym kanonie w sposób szczególny. I jest to rzeczywiście obraz przejmujący. Strzemiński wyrzucony z uczelni popada w coraz większą nędzę, jest gotów podjąć się każdej pracy, każdą po kolei traci, bo system niszczy go konsekwentnie, jego obrazy trafiają do muzealnych magazynów, dobrze, że nie zostały zniszczone. Coraz bardziej samotny, bezradny, martwi się o córkę. W końcu wielki artysta umiera samotnie, niezauważony przez nikogo. To scena symboliczna, która pozostanie. Linda gra człowieka, który się nie poddaje, jest niezłomny, ale w końcu zrezygnowany godzi się ze swoim losem, znosi upokorzenia, samotność, chce chronić innych, więc tym bardziej odsuwa się od ludzi, bo wie, że jest politycznie trędowaty. Przejmująca jest samotność artysty. Taki obraz wpisuje się w twórczość Wajdy, w ludzi z marmuru, z żelaza, z nadziei. Ta historia jest oczywiście prawdziwa. Niestety tak pokazany Strzemiński to człowiek niemal bez skazy. Tymczasem ten sam człowiek niszczył wcześniej swoją żonę, Katarzynę Kobro, uniemożliwił jej pracę na uczelni, kiedy sam tam jeszcze pracował. Kiedy on pławił się w uwielbieniu studentów, ona utrzymywała siebie i córkę, szyjąc zabawki. A to nie wszystko, nękał ją i na inne sposoby. Powie ktoś, są takie głosy, to nie film o życiu osobistym Strzemińskiego, to film o artyście w czasach pogardy. Prawda, tyle, że rugując Kobro ze swojego dzieła, Wajda popełnił błąd założycielski - stworzył portret człowieka niezłomnego, wychodząc z fałszywych przesłanek. Po prostu Strzemiński z całym swoim skomplikowanym życiem osobistym nie nadaje się na takiego bohatera, bo jest człowiekiem o dwóch obliczach. Że nie tylko ja tak myślę, przekonałam się, słuchając bardzo ciekawej rozmowy Wojciecha Orlińskiego z krytyczką sztuki Dorotą Jarecką i Małgorzatą Czyńską, autorką książki o Katarzynie Kobro (można odsłuchać w podcastach radia TOK FM - Salon-Piąteczek). Co ciekawe, obie panie broniły zamysłu Wajdy, Orliński miał takie wątpliwości jak ja.

Film oczywiście trzeba zobaczyć. Klimat epoki oddany jest bardzo dobrze, świetne są ponure zdjęcia Pawła Edelmana, podobała mi się też Zofia Wichłacz grająca Hanię, studentkę zakochaną w Strzemińskim (historia prawdziwa, on nawet się jej oświadczył, nie mówiąc, że jeszcze oficjalnie rozwiedziony nie jest). Zupełnie nie rozumiałam zachwytów dla jej roli w "Mieście 44", tu była całkiem inna. No i bardzo przejmujący jest wątek córki Strzemińskiego i Kobro, Niki. Dziewczynki rozdartej między rodzicami, z konieczności dorosłej, mierzącej się z dramatycznymi przeżyciami.

środa, 11 stycznia 2017
Filmowe remanenty - "Honorowy obywatel", "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"

I znowu premiera goni premierę. Mimo koszmarnych mrozów wybrałam się do kina aż na dwa filmy pięciogwiazdkowe (pięć gwiazdek w Co Jest Grane).

Pierwszy to argentyński kandydat do Oskara, "Honorowy obywatel". Oskarem się zupełnie nie przejmuję, natomiast oprócz wspomnianych gwiazdek do wyjścia z domu zachęciła mnie recenzja Tadeusza Sobolewskiego, której oczywiście jeszcze nie przeczytałam. Wystarczył sam fakt, wszak Sobolewski o byle czym nie pisze. No i kino argentyńskie. Jeśli już trafiają do nas filmy z Ameryki Południowej, są najczęściej warte uwagi. "Honorowy obywatel" to opowieść o argentyńskim pisarzu światowej sławy, laureacie Nagrody Nobla, który z powodu znużenia obowiązkami pisarza światowej sławy, powodowany impulsem postanawia przyjąć nieoczekiwane zaproszenie od burmistrza argentyńskiego miasteczka Salas, w którym urodził się i wychował. Mimo że opuścił je przed czterdziestu laty, mimo że od dawna mieszka w Hiszpanii, cały czas jest ono inspiracją jego twórczości. To tam toczy się akcja jego powieści i opowiadań, to stamtąd czerpie. Ta podróż ma w założeniu być pewnie sentymentalna, miło połechtać próżność pisarza światowej sławy, przecież odbierze tytuł Honorowego Obywatela, przyjmie hołdy, spotka się z czytelnikami dumnymi, że laureat literackiego Nobla pochodzi z ich miasteczka. Oczywiście rzeczywistość okaże się inna. Pisarz światowej sławy szybko zrozumie, że słusznie zrobił czmychając z Salas. Zderza się z rzeczywistością, której nie akceptuje i nie rozumie. To kompletnie inny świat. Jest wyobcowany, nie na swoim miejscu, najczęściej towarzyszy mu poczucie zażenowania. Honory okazują się pozorami, burmistrz ma swoje do ugrania, większość mieszkańców miasteczka nie interesuje się nim, inni traktują go jak swego rodzaju atrakcję. Ci, którzy jego książki znają, albo czegoś od niego oczekują, albo go nienawidzą, bo własne gniazdo śmie kalać. A jak tu nie kalać, kiedy ci ludzie są rzeczywiście straszni. Sam pisarz światowej sławy też zresztą nie zrobił na mnie sympatycznego wrażenia. Jest bufonowaty, zamknięty w wieży z kości słoniowej. Film opowiada o tym wszystkim w dyskretny sposób komediowy, z czasem coraz bardziej skręca w kierunku groteski. Ma rację Tadeusz Sobolewski, twierdząc, że akcja "Honorowego obywatela" mogłaby się dziać w Polsce (to z leadu). Pewnie także w Stanach, we Francji, pewnie niemal wszędzie. Film jest ciekawy, oglądałam go z zainteresowaniem, ale już po paru godzinach emocje zblakły. Tu podzielę się pewną refleksją. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że każda przeczytana książka we mnie zostaje. Nawet jeśli nie pamiętam jej tytułu, zapomniałam nazwiska autora, kojarzę treść. Z filmami jest inaczej. Kiedy czasem przeglądam te notki, łapię się na tym, że spora część tytułów filmów nic mi nie mówi. Żeby je jakoś umiejscowić, muszę zajrzeć do moich zapisków. I "Honorowy obywatel" jest właśnie takim filmem. Dziś wydaje się ciekawy i ważny, po kilku miesiącach nie będę miała o nim bladego pojęcia.

Podobnie pewnie będzie z drugim filmem, jaki obejrzałam, czyli z włoskim "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie", ale tu pretensji mieć nie będę, bo z góry wiedziałam, że idę na elegancką włoską komedię. I z czystym sumieniem mogę polecić ją każdemu. Trzy zaprzyjaźnione pary oraz jeden singiel spotykają się na kolacji. Nagle jedna z bohaterek proponuje zabawę - każdy wykłada swoją komórkę na stół, czytane są wszystkie przychodzące sms-y a wszystkie rozmowy przełączane na tryb głośnomówiący. Wiadomo, jak to się musi skończyć. Jest naprawdę śmiesznie, tym bardziej, że dochodzi do nieoczekiwanego nieporozumienia, jednak z czasem robi się coraz straszniej. To oczywiście było do przewidzenia, ale przecież tak ma właśnie być, "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" jest przecież kinem gatunkowym. Oprócz zdrad i tajemnic małżeńskich mniejszego kalibru, które wyjdą na jaw (niczego nie spojleruję, przecież właśnie tego się spodziewamy), pojawi się też problem całkiem poważny. Bo w miłym towarzystwie nie tylko dobrze się kłamie, ale też nie trzeba zachowywać politycznej poprawności, można czuć się swobodnie. No i z przyjaźni nici. Film jest śmieszny, elegancki (ładni ludzie, ładne wnętrze), ma świetne dialogi, mimo konwencji kilka razy zaskakuje, a przy okazji może niejednego wpędzić w poczucie winy. Bo któż z nas czegoś nie ukrywa? Czy zawsze warto wszystko wiedzieć? Gdzie jest ta granica? I jeszcze jedno. W filmie gra Polka, Kasia Smutniak, niegdyś modelka, teraz włoska aktorka. Jak usłyszałam w poważnej filmowej audycji, bardzo we Włoszech ceniona i popularna. Dzięki mądrej decyzji i pracy (nauka języka) dziś we włoskich filmach nie musi grać cudzoziemek. Miłe.

środa, 04 stycznia 2017
"Paterson"

Nie mam jakiejś wielkiej atencji dla Jima Jarmuscha. To na pewno nie jest reżyser, którego gotowa jestem oglądać w ciemno. Jeśli temat filmu zdecydowanie nie jest dla mnie, nie idę. Dlatego widziałam tylko kilka tytułów z jego dorobku. Najbardziej zapadły mi w pamięć "Broken Flowers". Ale na "Patersona" poszłam z wielkimi oczekiwaniami, można powiedzieć, że na niego czekałam. Wszyscy się zachwycali, że film roku, że taki skromny, a wybitny. No jednym słowem powinien zachwycać. Powinien, ale niestety nie zachwyca. Przynajmniej mnie.

Zgadzam się, to dobry film, obejrzałam go z przyjemnością, chociaż nie ukrywam, że w pewnym momencie zerknęłam na zegarek - opowieść o kierowcy autobusu, Patersonie z miasta Paterson, o spokojnej, nieprzeniknionej twarzy, stała się nieco nużąca. Nie oszukujmy się, podejrzewam, że najnowsze dzieło Jarmuscha znudzi niejednego wolnym tempem i monotonią. To opowieść o życiu. Tydzień z życia Patersona, jego żony, jego psa, jego znajomych i przyjaciół. Tydzień z życia niewielkiego, sennego miasta. Ale inaczej niż w filmie Jerzego Stuhra, do którego zrobiłam aluzję ("Tydzień z życia mężczyzny"), to nie będzie jakoś szczególnie przełomowy okres. I, czytelniku tej notki, nie daj się zwieść ostatniemu zdaniu z opisu dystrybutora - "Jednak na skutek zabawnego zbiegu okoliczności stoicki spokój bohatera zostanie poddany próbie.". Jeśli w nie uwierzysz, srogo się zawiedziesz. Ja na szczęście przeczytałam je przed chwilą, z niemałym zdumieniem. Bo to coś, co na chwilę zburzy stoicki spokój bohatera, nie jest w żadnym razie punktem wyjścia, kołem zamachowym akcji.

Życie Patersona jest do bólu przewidywalne. Kiedy patrzyłam, jak rozpoczyna każdy kolejny dzień, przypomniałam sobie "Dzień świstaka". Tyle że bohater tamtego filmu, grany przez Billa Murray'a, wpadł w pułapkę pętli czasu, tymczasem sposób życia Patersona jest jego wyborem. To czerpanie szczęścia, spokoju, zadowolenia z codziennych rytuałów, z drobnych spraw, jakie składają się na egzystencję większości z nas. Pochwała codzienności. Tym, co wynosi ją na wyższy poziom, jest sztuka, taka zwyczajna, dostępna każdemu. Paterson pisze wiersze, jest artystą. Ale nie tylko on. Jego żona jest artystką totalną, jego kumpel aktorem, dla którego sceną jest życie. Wiersze pisze przypadkowo spotkana dziewczynka i przypadkowo spotkany japoński turysta. Każdy może być artystą, każdy może czerpać ze sztuki, sztuka łączy. Oczywiście nie sposób nie zgodzić się z taką konstatacją. Gdyby nie książki, film, teatr, muzyka, malarstwo, życie byłoby nie do zniesienia. No może trochę przesadziłam, ale tylko trochę. Piękne są w filmie Jarmuscha zdjęcia, zabawni i charakterystyczni bohaterowie, kilku oryginalnych dziwaków,  zabawne są niektóre sytuacje, no i zabawny jest pies Patersona i jego żony. Problem w tym, że mnie to wszystko jakoś nie rusza. Na poziomie rozumu wszystko się zgadza. No tak, cieszmy się drobiazgami, szukajmy piękna w codzienności, bądźmy artystami na swoją miarę, czytajmy, oglądajmy, słuchajmy. To daje szczęście, nie trzeba za nim gonić nie wiadomo gdzie. Też tak próbuję. Niestety na poziomie emocji jest gorzej. Oglądam tę historię na chłodno, coś mnie od niej oddziela.

No więc tak, to dobry film, ale wybitny? Bez przesady. Po wyjściu z kina i zmierzeniu się z prawdą, że jednak nie zachwyca, chociaż przecież powinien, znowu zaczęłam się obwiniać o niedostatek uwagi i wrażliwości. Ale kiedy skonfrontowałam swoją opinię z przyjaciółką, okazało się, że tym razem myślimy podobnie. To mnie nieco uspokoiło, bo moja przyjaciółka jest widzem i czytelnikiem niezwykle wnikliwym i osobą niezwykle wrażliwą. No więc może nie jest ze mną tak źle.

środa, 14 grudnia 2016
Filmowe remanenty - "Nieznajoma dziewczyna", "Komunia"
Dziś będę przekonywać przekonanych, bo jakoś nie wierzę, że filmy, o których napiszę, zainteresują większą widownię. Kto zechce obejrzeć surowy, kręcony niemal jak dokument najnowszy film braci Dardenne "Nieznajoma dziewczyna"? Pewnie tylko ci, którzy ich kino znają, i bywalcy małych salek w małych kinach studyjnych, czytaj miłośnicy kina europejskiego, niszowego. Tym razem nie zagrała ani Marion Cotillard, ani żadna inna gwiazda jak w poprzednim filmie braci "Dwa dni, jedna noc", a oparcie akcji na wątku sensacyjnym jest przecież tylko pretekstem. Bo historię młodej lekarki dręczonej wyrzutami sumienia i dlatego chcącej poznać tożsamość ciemnoskórej dziewczyny, której nie udzieliła pomocy, trudno przecież uznać za kryminał. Drugi film to "Komunia" Anny Zameckiej, polski dokument, o którym ostatnio głośno. Historia czternastoletniej Oli, która za wszelką cenę chce przygotować swojego autystycznego brata Nikodema do komunii, mnie bardzo przygnębiła, chociaż słyszę, że niektórzy odnajdują w tym filmie ciepło i nadzieję. Ciepło, miłość tak, ale czy nadzieja? Mimo że niewesołe, oba filmy bardzo mnie poruszyły. Moim zdaniem warto je zobaczyć. A jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21