Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 03 grudnia 2017
"Serce miłości"

Wybrałam się na film Łukasza Rondudy "Serce miłości" z powodów czysto filmowych. Wyznaję szczerze, że dopóki o filmie nie zrobiło się głośno, o jego bohaterach, Wojciechu Bąkowskim i Zuzannie Bartoszek, nie wiedziałam nic, a to z tej prostej przyczyny, że sztuki wizualne, a właściwie sztuka współczesna, i muzyka alternatywna to nie moja bajka. Nie jestem w tym osamotniona, bo, jak powiedział Jacek Poniedziałek w radiowym wywiadzie, który odsłuchałam po obejrzeniu filmu, sztuka współczesna się w Polsce nie przyjęła. Podobno nie bez winy samego środowiska, które jest bardzo hermetyczne. Ale nie będę się więcej wymądrzać, bo w gruncie rzeczy nic na ten temat nie wiem. Właściwie dopiero po wyjściu z kina, kiedy wróciłam do domu, zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu jakichś materiałów o artystach, którzy stali się bohaterami i współtwórcami filmu (razem ze scenarzystą Robertem Bolestą napisali dialogi). Znalazłam sporo ciekawych treści - obszerny materiał o Wojciechu Bąkowskim na stronie Culture.pl, bardzo interesujący wywiad z nim przeprowadzony przez Tadeusza Sobolewskiego i portret Zuzanny Bartoszek pióra Pauliny Reiter w Wysokich Obcasach. Również wart przeczytania. Piszę o tym, bo moje poszukiwania to dowód na inspirującą moc filmu. Tak, naprawdę warto wybrać się do kina, nawet jeżeli tak jak ja niewiele się wie o bohaterach "Serca miłości".

Dlaczego ktoś postanawia opowiedzieć o życiu Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek? To nie przypadek. Łukasz Ronduda jest jednym z kuratorów Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, wykładowcą akademickim. Od lat dla muzeum kręcił filmy o artystach, a "Serce miłości", tytuł wymyśliła Zuzanna Bartoszek, jest jego drugim obrazem kinowym.  To wierna opowieść o wspólnym życiu artystów, w którym symbiotyczny związek, burzliwa, wybuchowa miłość i sztuka splatają się w jedno. Ich bytowanie to nie sielanka. Zazdrość o siebie, o sztukę, oskarżenia o kradzież pomysłów, rywalizacja, ale i wzajemne napędzanie, czerpanie z siebie. Nawet fizycznie tworzą niemal jeden organizm, są do siebie podobni. Przyciągają się i odpychają, kochają i ranią, kłócą. Żyją sztuką i dla sztuki, w sztuce są zanurzeni, sztuka jest treścią ich życia. A inspiracją do tworzenia jest wszystko. Sen, wizyta w galerii handlowej, bezmyślnie powtarzane zdanie, codzienność.

Jest całkiem możliwe, że dla takiego laika i ignoranta jak ja  filmowa opowieść nie byłaby tak fascynująca, gdyby nie para aktorów wcielająca się w Wojciecha Bąkowskiego i Zuzannę Bartoszek. Jego gra Jacek Poniedziałek, ją rewelacyjna Justyna Wasilewska. Oboje są świetni, ale ona wręcz rewelacyjna. Po prostu magnetyczna. Szczupła, z powodu choroby swojej bohaterki łysa, androgyniczna, ale fascynująca. Przez strój, przez twarz, przez to, co mówi, jak się zachowuje, jak się zmienia. Sama przypomina dzieło sztuki, jej życie to wieczna gra, teatr - przybieranie masek, ról. Chociaż taki sposób bycia jest mi obcy, oglądanie go na ekranie  intryguje. To inspirujący powiew świeżości. Fascynujące widowisko. A dla wtajemniczonych ważne też będą fragmenty wierszy, filmów, performance i koncerty.

środa, 29 listopada 2017
"Cicha noc"
W kinach zaczynają pojawiać się filmy pokazywane na gdyńskim festiwalu. Tydzień temu na ekrany wszedł "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego, teraz nagrodzona Złotymi Lwami "Cicha noc" Piotra Domalewskiego. Na ten pierwszy nie poszłam, bo za dużo filmów w swoim życiu widziałam i już nie chce mi się tracić czasu na kolejną opowieść w amerykańskim stylu o kimś, kto z dna dotarł na szczyty dzięki własnej determinacji. Nawet jeśli historia jest, jak w tym wypadku, prawdziwa, to i tak wiadomo, że na potrzeby filmu została podkręcona, wygładzona, wyszlifowana. Za to wybrałam się na "Cichą noc", kameralną opowieść rodzinną zrobioną przez debiutanta Piotra Domalewskiego. I nie zawiodłam się. Film dotyka problemów, jakie przynajmniej w części są udziałem większości z nas. Pozostałe doskonale znamy z opowieści znajomych i przyjaciół. Więc niby jest to historia z cyklu znacie, to posłuchajcie, a jednak, ponieważ została znakomicie zrobiona i równie znakomicie zagrana, trzyma w napięciu i pozostaje w pamięci. Wspominając o aktorach, nie mam na myśli tylko nagrodzonego za główną rolę męską Dawida Ogrodnika, ale właściwie wszystkich. Świetna jest niemal nieobecna na ekranach Agnieszka Suchora, oczywiście Arkadiusz Jakubik, Tomasz Ziętek, ściszony, wycofany, skrywający tajemnicę, tak podobny do Ogrodnika, jakby rzeczywiście byli braćmi. Inni też zasługują na uwagę. Każda scena jest ważna, każda jest kolejną cegiełką dorzuconą do portretu bohaterów i do rodzinnego piekiełka. Ileż tu znakomitych obserwacji. Każdy z nas przeżył niejedną taką Wigilię, każdy z nas doskonale zna taką ciotkę, takiego wujka, mamy takich kuzynów, takiego dziadka. Domalewski podąża własną drogą. Podobnie jak Wojciech Smarzowski portretuje polską prowincję, ale mimo rozlicznych wad jego bohaterowie nie są odrażający. Mamy dla nich zrozumienie, współczujemy im. Naprawdę świetny film. A kto już w kinie był, może czytać ciąg dalszy, gdzie więcej refleksji. Zapraszam.
środa, 08 listopada 2017
"Pewnego razu w listopadzie"

Recenzje najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w listopadzie" są różne, od bardzo dobrych po marne. Nazwano go nawet szlachetną porażką, uznano, że temat nie pasuje do artystycznej wrażliwości autora "Sztuczek", "Zmruż oczy" i "Imagine", a że ważny, to niestety został zmarnowany. Mimo wszystko podobno zobaczyć trzeba. I tak chciałam go obejrzeć, więc z ciekawością pobiegłam do kina. Filmową historię zainspirowały prawdziwe zdarzenia, ale nawet gdyby tak nie było, to i tak nic nie straciłaby na wiarygodności. Jest to opowieść o matce, w tej roli Agata Kulesza, i jej synu studencie, którzy zostali eksmitowani z mieszkania przez czyścicieli kamienic. Akcja toczy się w ciągu kilku listopadowych dni, a kulminacją jest 11 listopada - Święto Niepodległości i manifestacja zawładnięta przez narodowców. Andrzej Jakimowski wykorzystał w filmie zdjęcia dokumentalne zrobione przez niego i jego ekipę w czasie słynnego z zamieszek marszu patriotycznego (to słowo w tym kontekście aż nie chce przejść przez gardło) 11 listopada 2013 roku. To wtedy między innymi zaatakowano i podpalono squat antify oraz tęczę na placu Zbawiciela. Chociaż reżyser czasem niepotrzebnie dociska gaz do dechy, chociaż film czasem drażni, to jednak zrobił na mnie duże wrażenie. Właściwie nie zgadzam się z większością uwag krytycznych, jakie pod jego adresem słyszałam. To kino poruszające, dotykające, smutne i zatrważające. Zaangażowane. Gorące. O CZYMŚ. Ja jestem całkowicie na tak. A więcej refleksji w drugiej części. Zapraszam tych, którzy "Pewnego razu w listopadzie" już widzieli.

środa, 01 listopada 2017
"Łagodna"
O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.
niedziela, 22 października 2017
"Zgoda"

Mimo rozmaitych recenzji postanowiłam wybrać się na „Zgodę” Macieja Sobieszczańskiego. Jedni film chwalą, inni wyrażają się raczej krytycznie, niektórzy żałują, że zabrakło dla niego nagrody w Gdyni (jury doceniło tylko kostiumy). Kiedy są kontrowersje, warto sprawdzić, po czyjej stronie jest racja tym bardziej, że temat ważny i słabo dotąd rozpoznany w kinie i w literaturze. Tytułowa Zgoda to obóz stworzony w Świętochłowicach przez polskie organy bezpieczeństwa. Przetrzymywano w nim Niemców, Ślązaków, Polaków i osoby innych narodowości uznane za wrogów. To nie jedyne takie miejsce, niewiele się o nich mówi. Ale poruszała już ten temat w swoim reportażu „Rok 1945. Wojna i pokój” Magdalena Grzebałkowska i, o ile mnie pamięć nie myli, Paweł Smoleński w „Pochówku dla rezuna”

Muszę przyznać, że mam z filmem Macieja Sobieszczańskiego kłopot. To obraz z gatunku słusznych i oczywistych. Taką filmową wyjadaczkę jak ja, która obejrzała całe morze filmów, niczym nie zaskoczył, a przecież powinien. Czego nowego dowiedziałam się po obejrzeniu „Zgody”? Właściwie niczego. Że obozy były i że traktowano tam więźniów okrutnie, to dla mnie żadne odkrycie. Nie wykluczam, że dla niektórych widzów, zwłaszcza młodych, temat może być zaskakujący. Jeśli zadumają się nad skomplikowanymi ścieżkami historii, jeśli zrozumieją, że świat nie jest czarno-biały i ofiary mogą stać się katami, to bardzo dobrze. Ja jednak to wszystko już wiem. Za dużo książek przeczytałam, za dużo filmów obejrzałam, za dużo w życiu widziałam. Nie lepiej jest z warstwą fabularną. „Zgoda” to  melodramat. Ich dwóch i ona jedna. Obaj ją kochają, a ona oczywiście tylko jednego z nich. Franek zgłasza się do pracy w obozie, bo wierzy, że w ten sposób ocali osadzoną w nim Annę. Nieoczekiwanie spotyka tam też Erwina, Niemca. Wszyscy troje przyjaźnili się przed wojną. Jak mówi matka Franka: „Jej nie ocalisz, a siebie pogrążysz” (cytat z zawodnej pamięci). Łatwo domyślić się, że bohaterowie chcąc ratować ukochaną osobę, będą musieli zstąpić do piekieł i dokonywać dramatycznych wyborów. Aby spróbować ocalić ludzkie istnienie, sami zaprzeczą swemu człowieczeństwu. Łatwo też zgadnąć, że skoro ich jest dwóch, a ona jedna, to pojawią się komplikacje. Takie są prawa gatunku. Niestety tym razem na mnie to nie działa. Chociaż film oglądałam w skupieniu i nie mogę powiedzieć, abym się nudziła, nie potrafiłam jakoś wzruszyć się losami bohaterów ani przejąć ich tragicznymi dylematami. Pozostałam obok ich historii. Niby wszystko jest w porządku, na papierze wszystko się zgadza, a jednak coś nie gra. Poza tym przyjęta konwencja zawęża perspektywę, pozostali bohaterowie pozostają w cieniu, a relacje miedzy nimi pokazane są powierzchownie.

Jeżeli coś miałabym pochwalić, to mroczną atmosferę konsekwentnie budowaną zdjęciami. Zdjęcia to mocna strona filmu, niektóre są wręcz malarsko piękne, przywodzą na myśl obrazy, co przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Nie wiem, czy takie estetyzowanie jest w wypadku tego filmu na miejscu. Na ekranie dominują ciemne, monochromatyczne barwy, wiele scen rozgrywanych jest nocą lub w ciasnych, klaustrofobicznych barakach, do których światło niemal nie dociera. Wokół jest szaro i brudno, często pada, a Franek, który wraca nocą do domu,  brnie przez błoto. Słychać jak się rozbryzguje pod jego butami. To nazbyt czytelny, dość nachalny symbol. Film jest też bardzo okrutny, reżyser nie szczędzi widzowi brutalnych scen znęcania się nad więźniami.

Nie unikam na ekranie i w literaturze trudnych tematów, ale tym razem zastanawiam się, w imię czego spędziłam w kinie niełatwe półtorej godziny.

 

środa, 27 września 2017
"Ptaki śpiewają w Kigali"

Na najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego czekałam, od kiedy tylko reżyserska para zaczęła opowiadać o swoich planach, a było to dobrych kilka lat temu. Jestem wielką admiratorką ich twórczości, to po pierwsze, a po drugie temat żywo mnie interesuje. Choroba reżysera, zbieranie funduszy sprawiły, że projekt się przeciągał, a w międzyczasie zmieniła się też koncepcja filmu. Początkowo scenariusz miał być oparty na opowiadaniu Wojciecha Albińskiego. W pierwszej wersji drugim głównym bohaterem, oprócz Claudine, był mężczyzna. Wyszłaby z tego jeszcze jedna opowieść o miłości w czasach zagłady. Dlatego dobrze się stało, że tamten pomysł uległ zmianie. Teraz dostaliśmy uniwersalny film o wychodzeniu z traumy, o przyjaźni, o próbie zrozumienia tego, co się stało, i staraniach, aby zacząć nowe życie po apokalipsie. Film wyciszony, nieepatujący makabrą, o bardzo klarownej, czystej formie, pięknie fotografowany. "Ptaki śpiewają w Kigali" to całkowite przeciwieństwo "Wołynia" Smarzowskiego - nie oglądamy samego ludobójstwa, aktów przemocy. Dlatego też obie aktorki, Jowita Budnik i Eliane Umuhire, grają oszczędnie, są wyciszone, tylko czasami dają upust emocjom. Historia bohaterek jest tylko zarysowana, wiele pozostaje w sferze domysłu, z czasem niektóre wątki zostają dopowiedziane. Na pewno będą widzowie, których film znudzi wolnym tempem i zniechęci oszczędnymi środkami wyrazu. A ja mam kłopot, bo z jednej strony wyciszenie, czystość, klarowność i oszczędność formy zrobiły na mnie wrażenie, sprawiły, że film został ze mną, z drugiej jednak spowodowały, że tę dramatyczną historię oglądałam na chłodno. Nie wzruszyłam się, nie przeżyłam jej, nie doznałam wstrząsu. Chyba jednak nie o to chodziło. Zastanawiam się, czy opowieść, która w zamyśle twórców, ma być ostrzeżeniem przed nienawiścią prowadzącą do przemocy i tragedii, przekona nieprzekonanych, czyli widzów, którzy nie zastanawiają się nad takimi sprawami. Mam jeszcze inną uwagę - moim zdaniem w kilku miejscach nie udało się uniknąć schematycznych rozwiązań. Mimo zastrzeżeń uważam, że film należy obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 20 września 2017
"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 13 września 2017
"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

środa, 09 sierpnia 2017
Filmowe remanenty - "Frantz", "21 x Nowy Jork"

Dziś filmowe remanenty – jedna nowość, „Frantz” Francoisa Ozona, i jedna zaległość, dokument „21 x Nowy Jork” Piotra Stasika.

Nie mam jakiegoś specjalnego nabożeństwa do Francoisa Ozona. Owszem, zawsze kiedy na ekrany wchodzi jego kolejny film, przyglądam mu się bacznie, ale niekoniecznie oglądam. Z tych, które widziałam, właściwie tylko dwa zostały na trwałe w mojej pamięci. Pierwszy to „Czas, który pozostał” - niezwykle smutna opowieść o spełnionym zawodowo młodym człowieku, który nagle dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i nie powiadamia o tym nikogo. Dojmująca opowieść o samotności. Drugi to „Schronienie”, historia młodej narkomanki, która pod wpływem tragicznych wydarzeń próbuje wyjść z nałogu. Inne filmy albo wydały mi się przekombinowane, albo nie były niczym więcej niż ubranym w efektowny kostium bzdetem („Osiem kobiet”), albo po prostu nie zostawiły śladu w mojej pamięci. Ale na „Frantza” postanowiłam się wybrać - zainteresował mnie temat, a nagłówek recenzji, który rzucił mi się w oczy, był zachęcający. Muszę przyznać, że film obejrzałam z prawdziwym zainteresowaniem. To historia rozgrywająca się początkowo w niewielkim niemieckim mieście kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Rany i traumy są wciąż świeże, rodziny opłakują swoich zmarłych. Ze śmiercią  syna wciąż nie potrafi się pogodzić miejscowy lekarz, trochę lepiej radzą sobie jego żona i Anna, narzeczona, która codziennie odwiedza  grób ukochanego. Nieoczekiwanie dla wszystkich na cmentarzu zaczyna pojawiać się młody Francuz. Kim jest? Dlaczego przychodzi na grób Frantza? Wkrótce okaże się, że był jego przyjacielem. I lepiej nie wiedzieć więcej, bo przyjemność, jaka płynie z oglądania, wynika z tego, że widz do końca jest stale zaskakiwany. Ta historia jest niczym cebula – pod jedną warstwą jest następna, potem kolejna i jeszcze jedna. Kiedy śledząc w serii krótkich retrospekcji historię znajomości Frantza i Adriena, byłam pewna dalszego ciągu, wkrótce okazało się, jak bardzo się myliłam. Kiedy po niecałej godzinie doszłam do wniosku, że dalej nic nie ma prawa mnie zaskoczyć, bo historia będzie już do bólu przewidywalna, znowu okazało się, że nie mam racji. Potem zaskoczenie goni zaskoczenie. Tyle przyjemności, bo przecież nie jest to historia wesoła. To film o nieprzewidywalności uczuć, ich pogmatwaniu, ale przede wszystkim o bezsensie wojny. O tym, że jej konsekwencją jest nie tylko śmierć, ale i nienawiść niszcząca ocalonych. I także o tym, że wojna nagle czyni z ludzi wrogów, że ten przysłowiowy brat staje przeciwko bratu. No i jeszcze o tym, że  zawiesza prawa moralne i narzuca własne. Czy żołnierza, który na froncie zabił wroga można nazwać mordercą? Dramat pokazany w filmie Ozona znamy doskonale i z ekranu, i z literatury. Ale na zakończenie do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu. Otóż moim zdaniem "Frantz" jest tylko pięknym bibelotem. Opowiada ładnie, elegancko o bolesnych, poważnych sprawach. Bo trudno tak naprawdę, do głębi, do bebechów przeżyć tę historię. Trudno się wzruszyć, trudno zapłakać. Być może jest tak dlatego, że decydując się na czarno-białe zdjęcia tylko czasem zmącone kolorem, reżyser sprawił, że jego film przypomina stare, czarno-białe zdjęcie sprzed wielu lat. Obejrzymy je chętnie, z nostalgią, może się zadumamy, ale to wszystko. Mimo tych uwag warto wybrać się na „Frantza”.

Z lekkim opóźnieniem wybrałam się na dokument Piotra Stasika „21 x Nowy Jork”, o którym już dawno słyszałam. Tym razem padłam ofiarą mojej zasady – im mniej o filmie wiem, tym lepiej. Gdybym wcześniej wysłuchała rozmowy z reżyserem, gdybym więcej poczytała, pewnie nie poszłabym do kina. Czego innego oczekiwałam. Spodziewałam się tradycyjnego dokumentu – dwudziestu jeden historii z Nowym Jorkiem w tle. Tymczasem filmowi Piotra Stasika bliżej do filmu poetyckiego, arthousowego niż do rasowego dokumentu. Muszę przyznać, że długo nie mogłam przełamać bariery, wciągnąć się w zaproponowaną przez reżysera konwencję. Drażnił mnie sposób pokazywania świata, miałam wrażenie przerostu formy nad treścią. Przeszkadzały mi głosy z offu, przeszkadzało, że z tego powodu nie potrafię rozpoznać bohaterów, przyjrzeć się im, skupić uwagi na ich opowieściach. Irytowały mnie niektóre wypowiedzi, bo wydały mi się po prostu głupie i pretensjonalne. Zdaję sobie sprawę, że to, co mnie przeszkadzało, podoba się krytykom, bo film jest raczej wysoko oceniany. Z drugiej strony może dobrze się stało, że nieświadoma, co zobaczę, do kina jednak poszłam. Bo chociaż film mnie irytował, to nadal go czuję. Przede wszystkim pozostała we mnie dojmująca samotność bohaterów, którzy uparcie szukają bliskiej relacji, a najczęściej nic im z tego nie wychodzi. Ich związki są krótkie, bywają ranieni, ale nie rezygnują. Muszę z pokorą przyznać, że najprawdopodobniej film działa właśnie dzięki klaustrofobicznej, chaotycznej, nachalnej formie. Chociaż pojedyncze historie gdzieś się gubią, ma się ciągłe wrażenie chaosu, to pozostaje odczucie smutku, przygnębienia. Z takimi wrażeniami opuszczałam kino. Ponieważ jednak film nie dawał mi spokoju, nie umiałam go sobie jakoś poskładać, po powrocie do domu odsłuchałam w radiu rozmowę z Piotrem Stasikiem i z irytacją stwierdziłam, że nie do końca odczytałam intencje reżysera. W jego zamyśle obraz Nowego Jorku, jaki pokazał, nie jest aż tak bardzo pesymistyczny. Dlaczego? Zdradzać nie będę. Niech każdy interpretuje film po swojemu, a potem warto skonfrontować się ze zdaniem twórcy.

 

środa, 05 lipca 2017
"Aquarius"

Takiej posuchy filmowej nie pamiętam od lat. Tej wiosny w kinie byłam zaledwie kilka razy, a przecież zdarza mi się w ciągu weekendu obejrzeć nawet dwa filmy. Dlatego mój blog chwilowo powinien zmienić tytuł na czytam, no bo przecież prawie nic nie oglądam. A lato jak zwykle nie zapowiada się szczególnie atrakcyjnie. No ale na szczęście wreszcie pojawił się film, na który czekałam. To brazylijski "Aquarius" z fenomenalną Sonią Bragą w roli głównej. Już samo oglądanie aktorki, przyglądanie się stworzonej przez nią postaci sprawia ogromną przyjemność. Sonia Braga jest w tym filmie magnetyczna, mimo wieku piękna, fascynująca. Chociaż temat jest poważny - walka głównej bohaterki, Clary, z biznesmenami, którzy chcą ją zmusić do sprzedaży mieszkania - jest to film, który znakomicie się ogląda. O takich filmach mówię, że są ładne w oglądaniu, podoba mi się też inne określenie, przyznaję, nie moje, - film dla ludzi. Tak, to mądry, świetnie zrealizowany, pięknie sfotografowany film dla ludzi. Koniecznie muszę podkreślić, że wbrew temu, co znajduje się w opisach "Aquariusa", twórcy poruszają tu znacznie więcej tematów. To nie tylko historia zmagań Clary z wielkim, krwiożerczym biznesem. A wisienką na torcie jest znakomite zakończenie, które sprawiło mi dziką radość. Koniecznie trzeba się wybrać na ten niezwykle kolorowy film. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23