Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 10 czerwca 2018
"Książę i dybuk"

Od dawna czekałam na nagrodzony w Wenecji najnowszy dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego, autorów znakomitego "Efektu domina". Tym razem zafascynowani historią Michała Waszyńskiego postanowili zmierzyć się z pytaniem, kim naprawdę był, jaką tajemnicę skrywał. Jeśli czytelniku tej notki nie wiesz nic albo prawie nic o bohaterze tego dokumentu, jeśli udało ci się nie wysłuchać ani nie przeczytać żadnego wywiadu z twórcami, żadnej recenzji, żadnej informacji od producenta, a chcesz mieć niespodziankę i jeszcze większą przyjemność, to nie czytaj dalej, tylko idź do kina, bo naprawdę warto. Powinno ci wystarczyć zapewnienie, że film jest znakomicie zrobiony i trzyma w napięciu, bo twórcy podążają tropem Michała Waszyńskiego, polskiego księcia i filmowca, który w przedwojennej Polsce kręcił cieszące się wielką popularnością filmy, a po wojnie osiadł we Włoszech i współpracował z tuzami filmowego świata. Współprodukował choćby "Upadek Cesarstwa Rzymskiego", wielką superprodukcję. Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć, ale ponieważ bohater filmu to postać znana i informacje o nim można znaleźć jednym kliknięciem, to jednak trochę jeszcze napiszę.

Niewiera i Rosołowski próbują zmierzyć się z zagadką jego życia. Jak to się stało, że polski Żyd z Kowla, syn kowala, stał się księciem i ważnym człowiekiem europejskiego, a nawet światowego kina? Dlaczego ukrywał swoją prawdziwą tożsamość i udawał kogoś, kim przecież nie był? Dlaczego niczym kameleon zmieniał kilkakrotnie skórę i zaczynał kolejny fascynujący rozdział w swoim życiu? Może kluczem do jego historii jest przedwojenna ekranizacja "Dybuka" An-skiego nakręcona w języku jidisz, tak inna od wszystkiego, co robił wcześniej i potem. Niewiera i Rosołowski czynią ją lejtmotywem swojego dokumentu. Kilka melancholijnych scen z "Dybuka" powraca niczym mantra. Przenikają się z opowieściami o nim, z fragmentami zdjęć z czasów i miejsc, w których żył Waszyński. Oglądamy żydowskie sztetle, przedwojenną elegancką Warszawę, szlak przemierzany z armią Andersa, Rzym lat pięćdziesiątych. Kontrapunktem dla obrazów z przeszłości są odwiedziny ekipy filmowej w miejscach związanych najsilniej z jego życiem. Przejmują czytane zza kadru fragmenty dzienników Waszyńskiego, pełne tęsknoty za przeszłością, za czymś, co utracił. Nawet jeśli zna się jego historię, nawet jeśli wysłuchało się rozmowy z twórcami, to film i tak trzyma w napięciu. Znakomite są zdjęcia, które budują nastrój melancholii i smutku. Ale jednocześnie od osób wypowiadających się na ekranie najczęściej  bije radość, pogoda ducha i energia. Bardzo ciekawy i świetnie zrobiony film.

PS. Waszyński, chociaż w pewnym okresie swojego życia miał żonę, był homoseksualistą, czego nie ukrywał. W filmie pojawia się również ten wątek, chociaż nie stanowi głównego tematu opowieści, dlatego wcześniej o nim nie wspomniałam. 

niedziela, 13 maja 2018
"120 uderzeń serca"

"120 uderzeń serca", film Robina Campillo, pokazywany na zeszłorocznym festiwalu w Cannes w konkursie głównym, obsypany Cezarami, cieszył się we Francji ogromną popularnością. Na nasze ekrany trafia z rocznym opóźnieniem i chyba nic nie zapowiada dobrej frekwencji. Już dawno nie siedziałam w tak pustej sali, co prawda wybrałam się do kina w piękne, ciepłe sobotnie bardzo wczesne popołudnie, ale widzów było wyjątkowo niewielu. A szkoda, bo to film i świetnie zrobiony, i ze wszech miar wart zobaczenia. Przyznam, że i ja też, wiedząc mniej więcej, o czym jest "120 uderzeń serca", szłam do kina z lekkim ociąganiem, trochę z ciekawości, trochę z obowiązku, no bo w końcu cóż mnie obchodzi AIDS, do którego dziś już przywykliśmy. Są inne choroby, które mają znacznie gorszy piar, że nie wspomnę o wzbudzających medialną panikę ptasich grypach, ebolach czy innych takich dość egzotycznych zarazach. Zapomnieliśmy, a może nigdy nie dość sobie uświadamialiśmy, czym był AIDS we wczesnych latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. To właśnie wtedy w Paryżu toczy się akcja filmu.

Na świecie śmiertelne żniwo zbiera epidemia AIDS, a politycy i opinia publiczna stale jeszcze uważają, że ten problem dotyczy tylko trzech zamkniętych środowisk - gejów, prostytutek i narkomanów, a wszyscy oni oczywiście sami sobie są winni. "120 uderzeń serca" opowiada o działaniach, jakie prowadzi francuski oddział powstałej w Stanach organizacji ACT UP, która zrzeszała osoby głównie z grup ryzyka, seropozytywne, chore i zdrowe. Wspólnie próbują zwrócić uwagę opinii publicznej i rządzących na problem, który wbrew powszechnemu mniemaniu dotknąć może każdego, walczą też z koncernami farmaceutycznymi, oskarżając je o opieszałość w pracach nad skutecznym lekiem i zatajanie informacji o skutkach ubocznych stosowanych medykamentów. Są wściekli, więc nie przebierają w środkach. Wpadają na konferencje naukowe, do siedziby koncernu farmaceutycznego, ich ulubioną metodą jest rozpryskiwanie sztucznej krwi, co budzi panikę, bo nikt nie wie, że to tylko na czerwono zabarwiony płyn. Organizują manifestacje, odwiedzają szkoły, aby mówić, a właściwie krzyczeć, o problemie i, co najważniejsze, o profilaktyce. Starają się bezskutecznie przyciągnąć uwagę mediów. 

Chociaż to film fabularny, w dużej części przypomina dokument. Obserwujemy cotygodniowe spotkania aktywistów, dyskusje, omawianie strategii, planowanie akcji, wreszcie same akcje. Cóż w tym ciekawego? Wszystko. Podziw budzi sam sposób prowadzenia zebrań, sposób udzielania głosu, wyrażania aplauzu, no i poziom samej dyskusji. Rzeczowej, merytorycznej, często emocjonalnej, prowadzącej do konkluzji. Ileż się można z tych rozmów dowiedzieć. Godna podziwu jest też znajomość przedmiotu. Aktywiści, chociaż są studentami, uczniami, ludźmi różnych zawodów, stali się przez lata działalności ekspertami od AIDS,  dzięki czemu są partnerami w rozmowach na przykład z przedstawicielami koncernów farmaceutycznych. Nie da się ich zbyć i zagiąć. Działacze są przygotowani na wszystko. Ponieważ to akcje nielegalne, każdy z uczestników dostaje dokładną instrukcję, jak ma się zachować w starciu z policją, co zabrać ze sobą, aby w razie zatrzymania przetrwać noc na komisariacie.

Film jest bardzo żywiołowy i świetnie zmontowany. Wszystko rozgrywa się w szybkim tempie, nie ma czasu na nudę i aż kipi od emocji i energii. Mimo powagi problemu na ekranie widać radość, bo jest ona w bohaterach. Chociaż są wściekli, często bezsilni, czasem zrezygnowani, chociaż doskonale zdają sobie sprawę z konsekwencji, jakie ponoszą za swoją działalność, chociaż żyją w cieniu śmierci, przecież co jakiś czas ktoś z nich umiera, to jednak są razem. Wspólnota, jaką tworzą, jest podporą, pociechą w trudnych chwilach. Nikt tu nie jest sam. Poza tym potrafią się bawić, może dlatego, że wielu z nich ma tak mało czasu. Kilkakrotnie w filmie obserwujemy energetyczny, transowy taniec, bohaterowie skaczą w rytm muzyki, wiją się w blasku stroboskopowych, onirycznych świateł. Te sceny powracają niczym refren.

Ale film ma też drugą warstwę, która stopniowo dochodzi do głosu, szczególnie w drugiej części. To historia prywatna - romans dwojga bohaterów, Nathana, który w pierwszej scenie filmu przystępuje do ACT UP, i Seana, długoletniego działacza. Jeden z nich jest zdrowy, drugi choruje. Wiadomo, jak wszystko się skończy. Ta osobista perspektywa wprawdzie w filmie nie dominuje, jest jednak ważna. Sprowadza całą sprawę do konkretu. U źródła działalności jest mnóstwo takich tragedii, ktoś umiera, ktoś choruje, ktoś cierpi po stracie ukochanej osoby. To nie słodka love story, przeciwnie, gorzka, smutna i brudna, bo skażona chorobą. Twórcy filmu nie epatują, ale też nie uciekają od pokazywania fizjologii choroby i umierania.

Naprawdę warto zobaczyć ten film, bo przedstawia historię w polskiej  społecznej świadomości słabo znaną albo zapomnianą. Przywraca też wiarę w sens wspólnotowego działania.

środa, 18 kwietnia 2018
"Twarz"

Na "Twarz" Małgorzaty Szumowskiej początkowo czekałam bardzo niecierpliwie. Po znakomitym "Body/Ciało" poprzeczka postawiona została niezwykle wysoko, a znakomite przyjęcie na Berlinale uwieńczone Srebrnym Niedźwiedziem obiecywało bardzo dużo. Tymczasem kiedy przyszło do premiery, oprócz dobrych recenzji pojawiły się głosy rozczarowania i krytyki. Że Szumowska wali cepem, że brak filmowi subtelności, że nie zna polskiej prowincji, że to jednak krok wstecz. Piszę to ze smutkiem, bo od znakomitego filmu "33 sceny z życia" na każdy jej nowy obraz czekam z ciekawością. Z tych wszystkich powodów, do których doszedł brak czasu, do kina wybrałam się ponad tydzień po premierze. Szłam, jak zwykle w podobnych przypadkach, z zaciekawieniem, ale i nie obiecując sobie zbyt wiele.

Teraz mogę już napisać, jaki jest mój odbiór "Twarzy". Nie było aż tak źle, jak mogłam się spodziewać, ale też trudno powiedzieć, abym ten film jakoś przeżyła, aby mną wstrząsnął, abym się jakoś specjalnie znakomicie bawiła. Dlatego zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że to jednak krok wstecz. Z filmów o prowincji, które ostatnio obrodziły w polskim kinie, ten obszedł mnie najmniej. Zdecydowanie wyżej stawiam znakomitą "Cichą noc" Piotra Domalewskiego, "Wieżę. Jasny dzień" Jagody Szelc czy "Dzikie róże" Anny Jadowskiej, najmniej w tym gronie utytułowane, dla mnie bardzo ważne. Małgorzata Szumowska chciała się rozprawić z wieloma naszymi wadami - nietolerancją, powierzchowną, pustą religijnością, za którą nic nie stoi, wrogością do obcych, megalomanią, źle pojmowanym patriotyzmem, hipokryzją, nieuctwem,  chciwością, prymitywizmem, alkoholizmem, zawiścią. Dostało się też kościołowi i mediom, które wszędzie wietrzą sensację i z wszystkiego zrobią show. Obawiała się skandalu, a może na niego liczyła, a przynajmniej na krytyczne wzmożenie. Tymczasem chyba nic takiego się nie stało.

Zaczyna się z grubej rury - groteskową sceną, świetnie pokazaną, trochę śmieszną, trochę straszną, ale czy rzeczywiście potrzebną? To swoisty prolog do filmu, preludium. Potem w pierwszej części oglądamy szereg innych scen, które pokazują nasze wady. Nasze? Czy jest to portret Polaków, czy portret polskich prowincjuszy? Tej Polski B albo C, którą lubimy obwiniać o całe zło.

Niby pierwsza scena wprowadza widza w konwencję, więc może nie powinnam się czepiać, że wszystko tu rysowane jest grubą kreską, uproszczone, skondensowane. Pewnie takie ma być. Ja jednak wolę subtelność "Cichej nocy" czy "Dzikich róż". Bohaterów tamtych filmów można nie darzyć sympatią, można patrzeć na nich krytycznie, z odrazą, ale można ich też zrozumieć, współczuć im, a nawet polubić. Bohaterów "Twarzy", rodziny Jacka, nie sposób. Wszyscy, poza siostrą graną świetnie przez Agnieszkę Podsiadlik, i dziadkiem, który prawie się nie odzywa, są prymitywni, chciwi, odrażający i chcą, aby wszyscy żyli według jednego wzoru. Klną jak szewcy, piją, mężczyznom brzuchy wylewają się zza pasków, kobiety, usługujące mężom, zajmujące się dziećmi, są tak szare, jakby ich wcale nie było. Tylko matka, w tej roli Anna Tomaszewska, to niezła sekutnica, która z czasem staje się coraz bardziej demoniczna. Wszystko to kondensuje się w kilku scenach. Pierwsza - codzienna popijawa. Druga - śmieszne, groteskowo przerysowane składanie wigilijnych życzeń. Trzecia - pogrzeb. Mogłam coś przeoczyć, te najbardziej zapadły mi w pamięć. Również ksiądz i inni hierarchowie sportretowani są tak, jak możemy tego oczekiwać. Pazerni, nietolerancyjni, hipokryci, ich słowa zupełnie rozmijają się z czynami. Oczywiście Szumowska nie wymyśliła sobie tego. Tacy jesteśmy, takie mamy wady. Pijemy, przeklinamy, zazdrościmy, nasza religijność jest często fasadowa, mnóstwo jest takich księży, więc niby wszystko się zgadza, tym bardziej, że konwencja nie do końca serio, a jednak coś tu nie gra. Nie ma w tym portrecie Polski i Polaków niczego zaskakującego, wszystko jest do bólu przewidywalne. Czy taka jest prowincja? Czy, jak twierdzą niektórzy, tak wyobraża ją sobie Małgorzata Szumowska? Skąd mam wiedzieć. Ja, człowiek miasta, żyjący w swojej bańce, na dobrą sprawę nie mam pojęcia. Mogę się tylko domyślać, że jest nieco bardziej różnorodna.

Z tego tła od początku wyróżnia się główny bohater, Jacek, grany przez Mateusza Kościukiewicza. Ma długie włosy, słucha metalu, chodzi w dżinsowej kamizelce, ma tatuaże, chce wyjechać, a może uciec. Wszyscy traktują go jak dziwaka i odmieńca, rodzina ma chyba nadzieję, że to minie, kiedy tylko się ożeni. Może by wyjechał, może by się ożenił, gdyby nie wypadek, którego konsekwencją jest przeszczep twarzy. Jeżeli coś mnie porusza w tym filmie, to samotność, wyalienowanie i rozpacz bohatera po operacji i powrocie do domu. Żyje, a to jest najważniejsze, ma nową twarz, ale przecież nie jest to twarz ładna. Budzi ciekawość, sensację, ale i odrazę, lęk. Izolowany, odrzucony przez miejscową społeczność, z trudem tolerowany przez rodzinę, no bo trzeba jednak przygarnąć, ale przecież taki dziwny, żeby nie powiedzieć straszny, więc jak. W trudnej sytuacji wspiera go tylko siostra, na pomoc państwa też nie może liczyć. Szumowska skupia się przede wszystkim na wyobcowaniu bohatera, jego problemy bytowe, finansowe są tylko ledwie zaznaczone.

Film jest oczywiście bardzo dobrze zrobiony. Wracają obrazy i sceny. Przystanek autobusowy, most. Spotkania i rozstania. Każde inne, aż w końcu stają się filmową metaforą. To wszystko nie ratuje jednak "Twarzy", która nie zapada w pamięć, co przyznaję ze smutkiem. Mam jednak nadzieję, że kolejnym filmem Małgorzata Szumowska wróci do swojej wysokiej formy, przecież i w przeszłości zdarzały się jej wpadki. Po "33-ech scenach z życia" przyszedł dużo słabszy "Sponsoring', a potem znowu było dobrze ("Imię") albo znakomicie ("Body/Ciało").

środa, 28 marca 2018
"Wieża. Jasny dzień"

Na debiut filmowy Jagody Szelc "Wieża. Jasny dzień" szłam z jednej strony z ciekawością, z drugiej z duszą na ramieniu. Ciekawość, bo reżyserkę okrzyknięto nowym, niespotykanym, intrygującym głosem polskiej kinematografii, film zbierał i zbiera świetne recenzje, Jagoda Szelc dostała w Gdyni nagrodę za debiut i scenariusz, Paszport Polityki, a w Berlinie jej film pokazywany był w sekcji Forum. Mało? Mimo zachwytów i splendorów na ramieniu siedziała mi dusza, bo obawiałam się, że może to być kino udziwnione, arthousowe, jak niektórzy mówią - festiwalowe. Jednym słowem takie, gdzie forma o dziesięć pięter przerasta treść, co do ekstazy doprowadza krytyków, a zwykły widz nie rozumie tych zachwytów albo głosuje nogami. Na szczęście tym razem obawy się nie sprawdziły! Chociaż nie jest to może do końca moja poetyka, to jednak film oglądałam z zapartym tchem, cały czas czekając na to, co się zdarzy, a że zdarzyć się musi, przekonuje widza sugestywna muzyka i rozsiane, najpierw z rzadka, potem coraz częściej, tropy z zupełnie innej, nierealistycznej bajki. Bo "Wieża. Jasny dzień" to pozornie zwyczajna opowieść o rodzinie, która spotyka się z okazji pierwszej komunii. Zapis kilku dni poprzedzających uroczystość i samego święta. Ale to rodzinne, realistyczne kino miesza się z thrillerem, niektórzy twierdzą, że blisko mu do Larsa von Triera czy baśni. I rzeczywiście jest tu coś z ducha "Melancholii". Ten film niekoniecznie działa na emocje, jest bardziej zagadką, szaradą do rozwiązania. Zmusza do namysłu i główkowania, daje pole do interpretacji. A więc zachęcam, a nawet uważam, że koniecznie zobaczyć trzeba, chociaż obawiam się, że niestety "Wieża. Jasny dzień" nie zawojuje masowej widowni. Nieprzekonanych przekonuję, że film naprawdę świetnie się ogląda, jest też piękny wizualnie, kręcony w plenerach Kotliny Kłodzkiej. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 21 marca 2018
"Bliskość"

Nie jest łatwo obejrzeć znakomicie przyjęty debiut Kantamira Bałagowa "Bliskość". W pierwszym tygodniu grania tylko seanse późnowieczorne, w tym konkuruje z corocznym przeglądem kina hiszpańskiego, więc właściwie pojawia się i znika. Ale udało się i tak, jak przeczuwałam, wreszcie wyszłam z kina usatysfakcjonowana. Oczywiście nie jest to kino dla każdego. Film mroczny, przytłaczający, brudny. Nie zaleca się wizualną urodą. Kręcony w ciasnych, ciemnych wnętrzach, skupiony na detalu, twarzach bohaterów. Jakby tego było mało, wąskie kadry powodują, że widz jeszcze bardziej czuje się przytłoczony. Reżyser pokazuje świat bez upiększeń. Północny Kaukaz, Nalczyk - stolica Republiki Kabardyjsko-Bałkarskiej, koniec lat dziewięćdziesiątych. Akcja rozgrywa się w środowisku tamtejszych Żydów. Główną bohaterką jest nieposkromiona, harda Ilana ( w tej roli znakomita Daria Żowner), chłopczyca, która chce żyć po swojemu, nie daje się wtłoczyć w dawno ustalone koleiny. Buntuje się, nie chce zaakceptować tego, że jako kobieta z góry stoi na gorszej pozycji. Kiedy rodzina zostaje dotknięta tragedią, staje przed wielkim dylematem. Kto nie boi się takiego kina, kto nie szuka w kinie rozrywki, ten powinien "Bliskość" zobaczyć. I jeszcze jedno. W filmie jest jedna, ale długa, bardzo mocna scena - fragment dokumentu z wojny czeczeńskiej. Ja zamknęłam oczy. Więcej refleksji w drugiej części. Dla tych, którzy film już widzieli. Zapraszam.

niedziela, 18 marca 2018
"Nić widmo"

Filmów potencjalnie wartych zobaczenia tyle, że trudno nadążyć. Ta okoliczność plus wyjazdy sprawiły, że oglądam chaotycznie. Trochę nadrabiam zaległości, trochę trzymam rękę na pulsie i idę na jakąś nowość. "Nić widmo" już od jakiegoś czasu jest na ekranach, a ja dopiero teraz wybrałam się na nią i to dlatego, że namówiła mnie koleżanka. Recenzje były świetne, ale wszystkiego obejrzeć nie sposób, coś trzeba odpuścić, więc padło na "Nić widmo". Cóż, teraz okazuje się, że słusznie. Pewnie lepiej było iść na "Lady Bird" albo na "W czterech ścianach życia", film o wojnie w Syrii.

Napiszę to po raz kolejny - wyrosłam z takiego kina. Za dużo się  w życiu naoglądałam i dlatego szkoda mi czasu na film piękny jak bombonierka, znakomicie zrobiony, estetycznie wysmakowany, ze świetnym aktorstwem, nawet z głębokimi portretami psychologicznymi, ale taki, który mnie nie poruszy. Obejrzałam, wyszłam z kina i poza twarzami Daniela Day-Lewisa, Vicky Krieps (Alma) i Lesley Manville (Cyril) nic mi więcej nie zostało. Nie ma między nami chemii. Ale rozumiem, że wielu widzom ten weekendowy film może się spodobać. Chociaż uwaga! Na pewno nie jest to propozycja dla kogoś, kto lubi szybką akcję. Tu tempo jest powolne, kamera kontempluje twarze aktorów, ich miny, gesty, skupia się na detalach. Niewiele się dzieje. Toczy się psychologiczna gra między trojgiem bohaterów Reynoldsem Woodcockiem, projektantem i właścicielem londyńskiego domu mody, w którym ubierają się arystokraci, koronowane głowy i śmietanka towarzyska, Almą, kochanką i modelką, która za jego przyzwoleniem, a nawet wyborem, wdziera się w jego życie i burzy mu spokój, oraz Cyril, siostrą głównego bohatera toczącą cichą wojnę z Almą o rząd dusz nad Reynoldsem i wpływy w firmie.

On, skupiony na sobie, na swojej sztuce i pracy, egocentryk, obracający się w wyższych sferach traktuje kochankę instrumentalnie. Daje jej tyle, ile sam chce, do perfekcji doprowadził kontrolowanie wszystkiego, co dzieje się wokół. Ona, dziewczyna nie z jego sfery, kiedy ją spotkał, była kelnerką, chce więcej, chce go tylko dla siebie. Okaże się godnym przeciwnikiem. No i jest jeszcze siostra, dotąd numer jeden w życiu Reynoldsa i numer dwa w firmie. Dlatego Alma musi toczyć podwójną grę. Trzeba przyznać, że robi to subtelnie, perwersyjnie, po mistrzowsku. Można powiedzieć, że i ona w dziedzinie zdobywania mężczyzny staje się artystką. Nie, nie taką, jak może sobie wyobrażać czytelnik tej notki, który nie widział filmu. Nie o trywialne metody tu chodzi, nie o zwyczajne damsko-męskie gry. A i Reynolds zdaje się w pewnym momencie świadomie uczestniczyć w tym spektaklu. Niestety, mnie to w ogóle nie obchodzi. Owszem, obejrzałam z przyjemnością, ale potem miałam poczucie straconego czasu. Ale kto lubi takie kino, niech śmiało idzie. A jutro wybieram się z tygodniowym opóźnieniem na "Bliskość", którą nie jest łatwo złapać, i mam nadzieję na prawdziwe, mocne, poruszające, brudne kino, a nie filmową błyskotkę.

PS. Kiedy, jak zawsze w trakcie pisania, weszłam na stronę Filmwebu, aby sprawdzić nazwiska, zerknęłam na początek recenzji Michała Oleszczyka. Według niego jest to gotycka postlacanowska komedia o erotycznej represji i męskim autyzmie. pada też nazwisko Junga i przywołana zostaje jego teoria. Co do męskiego autyzmu i erotycznej represji zgoda. Resztę pozostawiam znawcom Lacana i Junga. Może oni będą czerpać z "Nici widmo" prawdziwą radość. Mnie daleko do takiego wyrafinowania.

niedziela, 04 marca 2018
Filmowe remanenty - "Jeszcze nie koniec", "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

Z kronikarskiego obowiązku odnotuję krótko dwa filmy, które,  nadrabiając zaległości, obejrzałam w ubiegłym tygodniu.

Pierwszy, mniej znany, ale tym bardziej wart polecenia, to francuski "Jeszcze nie koniec" debiutanta Xaviera Legranda, zdobywca Srebrnego Lwa w Wenecji i innych nagród na licznych festiwalach. Przyznam, że jakoś wcześniej umknął mojej uwadze, ale bardzo dobre recenzje, sprawiły, że poszłam do kina dosłownie w ostatnim momencie, bo film zniknął już z ekranów w moim, niemałym przecież, mieście. Jest to kameralna, niespieszna, ascetyczna, niemizdrząca się do widza opowieść o przemocy domowej. Po rozwodzie rodziców toczy się w sądzie sprawa o kontakty ojca z synem, który wyraźnie oświadcza, że taty widywać nie chce. Długo nie wiemy, po czyjej stronie jest racja. Czy ten niegroźnie wyglądający mężczyzna rzeczywiście jest agresywny? Czy to może matka rozgrywając swoją wojnę z byłym mężem, manipuluje synem, nastawia go przeciwko ojcu? A może to sprytny chłopiec chce coś ugrać przy okazji? Stopniowo widz poznaje prawdę. Film jest znakomicie zagrany, także przez młodego aktora. Chociaż formalnie ascetyczny, momentami trzyma w napięciu, pozwala wczuć się w emocje osoby zaszczutej, zastraszonej, która z problemem musi radzić sobie sama. A to Francja, w Polsce jest na pewno jeszcze gorzej. Ostatnie dziesięć minut filmu to emocjonalny majstersztyk. Wstrząsający finał. Chociaż film nieefektowny, przykry, to naprawdę polecam. Szkoda tylko, że teraz, dwa tygodnie od premiery, pewnie niełatwo go znaleźć.

Drugi film to głośne "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri", które pewnie tej nocy zostaną obsypane workiem Oskarów, a już przecież dostały cztery Złote Globy. Wszyscy się tym filmem zachwycają, ja obejrzałam go dopiero teraz, bo przed krótkimi wakacjami nie zdążyłam. Wybrałam wtedy "Niemiłość" Zwiagincewa, zrobiłam oczywiście słusznie, i dopiero teraz, po powrocie, stęskniona za kinem nadrobiłam zaległość. Kto miał widzieć, pewnie już widział, ale kronikarski obowiązek i przekora  każą mi jednak podzielić się garstką refleksji. Film rzeczywiście bardzo dobrze się ogląda, chociaż dotyka tematów przykrych - śmierć, utrata, zbrodnia, zemsta, poczucie krzywdy - łączy smutek może nie tyle z humorem, ile z dowcipem. Zgadzam się, że jest świetnie zrobiony, zaskakujący, chwilami nieoczywisty, znakomicie zagrany przez Frances McDormand i Sama Rockwella, ale ... No właśnie, ale gdzieś tak od połowy, chyba od pożaru posterunku policji, pomyślałam, że wszystko tu się za fajnie układa. Ja wiem, że to, co teraz piszę, jest z punktu widzenia krytyki filmowej, czy jakiejkolwiek innej, nieprecyzyjne, ale trudno mi moje wrażenia ubrać w konkret. Za gładkie jest to kino, może zbyt przekombinowane, po prostu od jakiegoś momentu staje się przewidywalne. Nie tyle dotyczy to przebiegu akcji, ale bohaterów. Wiemy już, że źli i głupi niekoniecznie okażą się rzeczywiście źli i głupi, każdy tu dostanie swoją szansę. No i ten wzruszająco szlachetny, do końca, szef policji. Brakuje mi w tym filmie prawdziwego pazura, prawdziwych emocji albo odwrotnie - takiego stopnia absurdu, jaki jest w większości filmów Coenów. Nieprzypadkowo tu ich wspominam, bo rzeczywiście, nie  tylko za sprawą Frances McDormand, dostrzegałam wyraźne pokrewieństwo między "Trzema billboardami za Ebbing, Missouri", a kinem braci. Ale tylko do jakiegoś momentu. Oni w absurd brną konsekwentnie, a tu dostajemy jednak pięknie oszlifowane, ociosane kino. Zachęcać pewnie do obejrzenia nie muszę, film ma rzesze wielbicieli. Ja się jednak z tego klubu wypisuję - obejrzałam z przyjemnością, ale i z lekkim znużeniem. Bez przesady z tymi zachwytami.

środa, 28 lutego 2018
"W ułamku sekundy"

Krótkie wakacje sprawiły, że narobiłam sobie kinowych zaległości. Teraz próbuję nadrabiać. Na pierwszy ogień wybrałam "W ułamku sekundy" Fatiha Akina, na którego filmy od czasu obejrzenia "Głową w mur" czekam z wytęsknieniem. A reżyser nie rozpieszcza widzów, chyba też nie wszystko, co nakręcił, dotarło do Polski. Fatih Akin, Turek, mieszkający w Niemczech, kręci filmy o ludziach o podobnej biografii. Tak jest i tym razem. Katja, Niemka, jest żoną Turka, który osiadł w Niemczech. Mają kilkuletniego synka, tworzą szczęśliwą rodzinę, dobrze im się żyje. Aż w owym tytułowym ułamku sekundy młoda kobieta traci wszystko. W zamachu bombowym giną jej mąż i syn. Najnowszy obraz Fatiha Akina to nie tylko opowieść o utracie, bólu, żałobie. To także film sensacyjny, dramat sądowy i opowieść o współczesnej Europie, w której znowu podnoszą głowę ruchy faszystowskie czy neofaszystowskie, jak chcą niektórzy. Można się w tej terminologii pogubić. Chociaż "W ułamku sekundy" nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak niegdyś "Głową w mur", to jednak uważam, że warto, a może nawet trzeba, go obejrzeć. Jest w nim coś z rebelianckiego tonu tamtego filmu, bo tacy trochę nieuporządkowani, po przejściach są jego bohaterowie. Jest smutek, nostalgia, a kiedy trzeba, trzyma w napięciu i kipi emocjami. No i jest zdumienie - jak można chcieć śmierci niewinnych ludzi tylko dlatego, że nie są Niemcami. Tyle w tej części. Więcej refleksji w ciągu dalszym. Zapraszam.

środa, 07 lutego 2018
"Niemiłość"

Już dawno nie wyszłam z kina tak zgnębiona jak po obejrzeniu "Niemiłości" Andrieja Zwiagincewa. Kto zna jego kino, ten wie, że wesołych filmów ten rosyjski reżyser nie kręci. Obraz świata, jaki pokazuje, jest zawsze ponury, żeby nie powiedzieć straszny. Nie inaczej rzecz się ma i tym razem. Opowieść o nienawidzącym się małżeństwie, które za wszelką cenę chce się rozstać, aby ułożyć sobie życie na nowo, jest bardzo czarna i gorzka. Ale to nie tylko historia rodziny. To obraz społeczeństwa, które zatraciło się w dążeniu do sukcesu i szczęścia za wszelką cenę. Niestety efekt jest odwrotny do zamierzonego - pustka, samotność, brak bliskich więzi i nienawiść. Jak każdy film Zwiagincewa tak i ten na pewno nie jest dla wszystkich. Sporo tu ciszy, depresyjną atmosferę potęguje wszechobecna jesienna szarość, krajobraz podmoskiewskiego osiedla, ciemne, klaustrofobiczne wnętrza, nawet te urządzone za duże pieniądze przytłaczają. Tyle we wstępie, a kto już film widział, może czytać ciąg dalszy. Zapomniałam dodać, że film do obejrzenia koniecznie, ale to chyba oczywiste.

środa, 31 stycznia 2018
Filmowe remanenty - "Tamte dni, tamte noce", "Najlepsze polskie 30

W kinach żniwa. Nowość goni nowość, a wiele z nich to must see filmowego maniaka.  Nie nadążam. W tym tygodniu byłam w kinie dwa razy, a i tak na razie opuściłam węgierską "Duszę i ciało", może jeszcze się uda. A przyszły weekend to premiera najnowszego Zwiagincewa, o którym już od dawna głośno, no i amerykańskie "Trzy billboardy za Ebbing Missouri", podobno też bardzo dobre. I jak to wszystko ogarnąć? A dzisiaj polecać będę ze wszystkich sił  głośne już "Tamte dni, tamte noce" i "Najlepsze polskie 30'", brzmi tajemniczo, ale kto się kinem interesuje, wie, o co chodzi, a tych, którzy nie mają pojęcia, proszę o chwilę cierpliwości.

Od jakiegoś już czasu o "Tamtych dniach, tamtych nocach" mówiło się i pisało dużo i bardzo dobrze, więc wiedziałam, że trzeba trzymać rękę na pulsie, ale kiedy tydzień temu odkryłam, że film powstał według scenariusza niegdyś mojego ulubionego reżysera Jamesa Ivorego, który w czerwcu skończy dziewięćdziesiąt lat, co mnie zaskoczyło i zmartwiło, no bo pewnie już nic nie nakręci, a kanwą dla scenariusza była powieść francuskiego pisarza Andre Acimana (właśnie się ukazała, nie omieszkam przeczytać), którego świetną książkę "Wyjście z Egiptu" czytałam kilka lat temu, wiedziałam, że jestem w domu. No więc poszłam i zachwyciłam się, wzruszyłam i bardzo mocno przeżyłam. Być może kogoś "Tamte dni, tamte noce" znudzą, bo to film do kontemplowania. Taki, gdzie najwięcej dzieje się gdzieś pomiędzy - w gestach, w spojrzeniach, w obrazie. Jest tak zmysłowo piękny, jego akcja rozgrywa się w tak sielskich i pięknych krajobrazach północnych Włoch, gdzieś w Lombardii, w starej włoskiej willi, na obrzeżach pięknego miasteczka, a przez chwilę w zielonych górach, że aż dech zapiera. A ponieważ matka siedemnastoletniego Elio, głównego bohatera, jest tłumaczką literatury niemieckiej, a ojciec profesorem archeologii, a i sam Elio to chłopak niezwykły, komponuje, słucha muzyki, jest wyczulony na sztukę, więc i widz obcuje ze sztuką - słucha literackich cytatów, ogląda reprodukcje antycznych rzeźb, muskularnych, nagich męskich ciał. Film jest pięknie fotografowany, wiele w nim zmysłowych metafor. A to wszystko wbrew pozorom nie ocieka lukrem, nie ma w tym ani deka hollywoodzkiej gładkości, filmowego fałszu. Patrzymy na stary, pełen dzieł sztuki, piękny dom, w którym normalnie się żyje, w pokojach bywa bałagan, a elewacja w niektórych miejscach się łuszczy. Jest niezwyczajnie i zwyczajnie zarazem. Na tym tle toczy się opowieść o dojrzewaniu, o budzeniu się zmysłów, o pierwszych seksualnych doświadczeniach i pierwszej wielkiej miłości, no i o odkrywaniu seksualnej orientacji. Bo przecież niczego nie zdradzę, jeśli napiszę, że jest to gejowska love story. Ale miłość jest miłością, obojętnie, kogo spotyka, czy dwóch mężczyzn, czy dwie kobiety, czy kobietę i mężczyznę, więc, czytelniku tej notki, obojętne jakiej orientacji jesteś, jeśli tylko w tym obrazie szczęśliwej-nieszczęśliwej miłości odnajdziesz swoje doświadczenia, to film trafi cię na pewno w jakiś czuły punkt. Im boleśniejsze były, tym mocniej. Ale chociaż teraz ci smutno, to przecież dlatego, że kiedyś byłeś szczęśliwy. A może jesteś już w innym momencie życia i myślisz o tamtej szczęśliwej-nieszczęśliwej miłości tylko z czułością, bo ból uleczył miłosierny czas? I o tym też opowiada ten film. Przypomina tę stoicką (?) mądrość, o której w czasach, kiedy nie wolno nam cierpieć, kiedy musimy się uśmiechać i udawać, że wszystko jest ok, lubimy zapominać. Ale dość już pisania, bo "Tamte dni, tamte noce" trzeba kontemplować, a nie o nich gadać. Żadne słowa nie oddadzą urody tego filmu, jego mądrości i wzruszenia, jakie niesie.

A teraz już krócej o "Najlepszych polskich 30'-ach". Cóż to takiego? Otóż po raz pierwszy do kin weszły zebrane w jedną całość trzy filmy debiutujących reżyserów, trzydziestki, nazywane tak z tego prozaicznego powodu, że trwają mniej więcej pół godziny każdy. Warto na nie zapolować, bo owszem wchodzą do kin, ale pokazywane są raczej na pojedynczych seansach, a nie w ramach regularnego repertuaru. Bardzo chciałam je zobaczyć ze względu na "Najpiękniejsze fajerwerki ever" Aleksandry Terpińskiej, o których już dawniej słyszałam. Film nagradzany, żyjący festiwalowym życiem. I rzeczywiście robi wrażenie ta chłodna, nieco odrealniona opowieść o młodych ludziach, których nagle zaskakuje raczej nie wojna, bardziej chyba jakiś krajowy kryzys, rewolta. A oni nie potrafią w nią uwierzyć, przejąć się, porzucić swojego zwykłego życia i przyjmują wszystko z niedowierzaniem. Ignorują to, co się dzieje, i uciekają w swój świat. Ale prawdziwym zaskoczeniem, pewnie dlatego, że nic o nich nie wiedziałam, były dwa inne filmy. "60 kilo niczego" Piotra Domalewskiego, który w międzyczasie zdążył już nakręcić pełnometrażową fabułę, czyli znakomitą "Cichą noc". Przejmujący film o tym, jak traktowani są ukraińscy robotnicy w Polsce. Z ostro zarysowanym dylematem moralnym, trochę w stylu dawnych obrazów Zanussiego. Drugi to świetny, wzruszający, bezpretensjonalny dokument Marka Skrzecza o chłopaku z małego miasteczka, który marzy o tym, aby trenować wrestling. Te filmy może właśnie ze względu na lapidarność wymuszoną ograniczonym czasem walą jak obuchem w głowę. Są takim destylatem - krótko, zwięźle, dosadnie. Stawiają problem, moralny dylemat, szkicują go i zmuszają do myślenia. Pozostawiają z rozdziawioną gębą. Pewnie gdyby nie sława "Najpiękniejszych fajerwerków ever", nie wybrałabym się na nie i wiele bym straciła. Warto wspomnieć, że w w obu fabułach grają znakomici aktorzy - Justyna Wasilewska, mniej znany Piotr Polak, świetny Grzegorz Damięcki, a w rolach odrażających typów Andrzej Grabowski i Tomasz Schuchardt. Żałuję tylko, że ze względu na późną porę nie mogłam zostać na spotkaniu z Aleksandrą Terpińską, jakie odbywało się po seansie. Szukajcie "Najlepszych polskich 30'-ek'". Warto.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24