Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 27 września 2017
"Ptaki śpiewają w Kigali"

Na najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego czekałam, od kiedy tylko reżyserska para zaczęła opowiadać o swoich planach, a było to dobrych kilka lat temu. Jestem wielką admiratorką ich twórczości, to po pierwsze, a po drugie temat żywo mnie interesuje. Choroba reżysera, zbieranie funduszy sprawiły, że projekt się przeciągał, a w międzyczasie zmieniła się też koncepcja filmu. Początkowo scenariusz miał być oparty na opowiadaniu Wojciecha Albińskiego. W pierwszej wersji drugim głównym bohaterem, oprócz Claudine, był mężczyzna. Wyszłaby z tego jeszcze jedna opowieść o miłości w czasach zagłady. Dlatego dobrze się stało, że tamten pomysł uległ zmianie. Teraz dostaliśmy uniwersalny film o wychodzeniu z traumy, o przyjaźni, o próbie zrozumienia tego, co się stało, i staraniach, aby zacząć nowe życie po apokalipsie. Film wyciszony, nieepatujący makabrą, o bardzo klarownej, czystej formie, pięknie fotografowany. "Ptaki śpiewają w Kigali" to całkowite przeciwieństwo "Wołynia" Smarzowskiego - nie oglądamy samego ludobójstwa, aktów przemocy. Dlatego też obie aktorki, Jowita Budnik i Eliane Umuhire, grają oszczędnie, są wyciszone, tylko czasami dają upust emocjom. Historia bohaterek jest tylko zarysowana, wiele pozostaje w sferze domysłu, z czasem niektóre wątki zostają dopowiedziane. Na pewno będą widzowie, których film znudzi wolnym tempem i zniechęci oszczędnymi środkami wyrazu. A ja mam kłopot, bo z jednej strony wyciszenie, czystość, klarowność i oszczędność formy zrobiły na mnie wrażenie, sprawiły, że film został ze mną, z drugiej jednak spowodowały, że tę dramatyczną historię oglądałam na chłodno. Nie wzruszyłam się, nie przeżyłam jej, nie doznałam wstrząsu. Chyba jednak nie o to chodziło. Zastanawiam się, czy opowieść, która w zamyśle twórców, ma być ostrzeżeniem przed nienawiścią prowadzącą do przemocy i tragedii, przekona nieprzekonanych, czyli widzów, którzy nie zastanawiają się nad takimi sprawami. Mam jeszcze inną uwagę - moim zdaniem w kilku miejscach nie udało się uniknąć schematycznych rozwiązań. Mimo zastrzeżeń uważam, że film należy obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 20 września 2017
"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 13 września 2017
"Safari"

Wreszcie w kinie. Od wiosny trwała filmowa posucha, ale mam nadzieję, że jesień przyniesie odmianę. W każdym razie najbliższe dwa tygodnie na pewno – czekam na „The Square” i „Ptaki śpiewają w Kigali”. Tymczasem poszłam na najnowszy film  Ulricha Seidla „Safari” podobnie jak „Raj: miłość” nakręcony w Afryce. Tym razem austriacki reżyser sięgnął po formę dokumentalną. Jego filmy miłe i przyjemne nie są, mają widzem potrząsnąć, dotknąć go do żywego, zaboleć. W „Raju: miłości” przyglądał się kobietom, które wyjeżdżają do Kenii i wdają się w przelotne romanse z miejscowymi żigolakami. Brzmi w miarę niewinnie, ale kto widział, wie, że jest żenujące i obrzydliwe. Tym razem Seidl pokazuje austriackich myśliwych jeżdżących do Afryki na polowanie. Temat i u nas bardzo aktualny, zimą mieliśmy polski głos w tej samej sprawie - „Pokot” Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. A i w mediach co jakiś czas sporo mówi się o polskim lobby myśliwskim przy okazji kolejnych nowelizacji ustaw. Szkoda mówić – Zjednoczona Partia Myśliwych ma się cały czas znakomicie. Ale wróćmy do "Safari".

Seidl zderza sceny z polowań z wypowiedziami bohaterów filmu i koszmarnymi obrazami oprawiania zabitych zwierząt, na które nie bardzo byłam w stanie patrzeć. Przerażające jest ich martwe spojrzenie. Nie potrafię zrozumieć, jak polowanie, zabijanie zwierząt może sprawiać przyjemność, a „Safari” tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to barbarzyński rytuał. Dla pokazywanych w filmie myśliwych strzelanie do dzikiej zwierzyny to wielkie emocje, wręcz ekscytacja. Opowiadają o tym przed kamerą, snują jakieś pseudofilozoficzne wywody, znajdują niemal metafizyczne uzasadnienie dla swojej zabawy. Wymądrzają się na temat metafizyki śmierci, ale przecież w śmierci, którą zadają, nic metafizycznego nie ma. Twierdzą, że wyświadczają przysługę zwierzętom. Jedna z bohaterek mówi, że ma problem z zabijaniem  w rzeźni, ale ze strzelaniem do zebry, żyrafy czy gazeli żadnego. Skoro to żaden problem, to dlaczego o swoim procederze nie mówią wprost? Słowo zwierzę zastępują sztuką, zamiast zabiłem powiedzą położyłem, krew nie jest krwią tylko farbą.  Kiedy oddadzą celny strzał, padają sobie w ramiona, gratulują, a na koniec robią zdjęcia z martwym zwierzęciem, ustawiwszy je wcześniej w jak najkorzystniejszy sposób do tej makabrycznej fotografii. Są gotowi płacić za ten proceder ciężkie pieniądze, bo zabijanie ma swój cennik. Tu oczywiście pojawia się kolejny bałamutny argument – polowanie daje pracę miejscowym, pozwala im zarabiać. Niby tak, ale wiadomo, że oni dostają ochłapy z pańskiego stołu, bo interes trzyma w garści biały. To on jest właścicielem myśliwskiej farmy organizującej polowania. Farma przypomina pałac, a miejscowi, którzy oprawiają zabite zwierzęta, są przewodnikami, kierowcami, a przy okazji lokajami, mieszkają w blaszanych budach bez okien. Oczywiście wszyscy zgodnie twierdzą, że nie są rasistami. Seidl nie oszczędza swoich bohaterów, w żaden sposób nie są w stanie wzbudzić sympatii. Są grubi, niesympatyczni, odęci. Niczym jaśniepaństwo pozują do zdjęć, siedzą rozparci na kanapie i plotą androny. Trzeba przyznać, że reżyser w niezbyt korzystnym świetle pokazuje także miejscowych. Sportretowani przez nieruchomą kamerę wydają się dzicy, pierwotni. Czy tacy są, czy takimi widzą ich myśliwi?

Ale Seidl każe widzowi, który z myślistwem nic wspólnego nie ma i jest wrogiem polowań, zastanowić się nad sobą. Kiedy oglądamy wnętrze myśliwskiej farmy, jej ściany ozdobione łbami zabitych zwierząt, kiedy przypatrujemy się myśliwym pozującym do zdjęcia z martwym zwierzęciem, musimy dokonać rachunku sumienia. Tak, dziś mi to przeszkadza, ale kiedyś? Czy przeszkadzały mi podobne trofea oglądane w zwiedzanych pałacach czy dworach? Pierwszy, jaki przychodzi mi na myśl, to pałac w Pszczynie z całą kolekcją takich trofeów. Czy zastanawiałam się, jak tam trafiły? W moim rodzinnym mieście w zamkowym muzeum największą atrakcją było trzecie piętro, a na nim sale z rzędami martwych, wypchanych zwierząt. Drugą były narzędzia tortur pokazywane w zamkowej piwnicy. Jako dziecko uwielbiałam oglądać i jedne, i drugie. Nikt mi nie wytłumaczył, czym są naprawdę te eksponaty. Moje rodzinne miasto opuściłam jeszcze w czasach licealnych, odtąd nigdy już nie byłam w zamkowym muzeum. Czy nadal można tam oglądać wypchane zwłoki zwierząt? Kiedy z niesmakiem patrzę na myśliwych pozujących do zdjęcia z ustrzeloną zebrą albo żyrafą, ze wstydem myślę, że nie przeszkadzały mi podobne zdjęcia Hemingwaya z jego afrykańskich safari. Nie przeszkadzały mi polowania na romantycznym filmie „Pożegnanie z Afryką”, nie przeszkadzał przystojny Robert Redford grający ukochanego Karen Blixen, który przecież polował. Nie przeszkadzały opisy polowań w angielskich powieściach. Współczesne myśliwskie rytuały nie wzięły się z powietrza, są głęboko osadzone w kulturze, w tradycji. Ale może jest nadzieja, bo świadomość się zmienia, dziś czujemy, że to barbarzyństwo, nierówna walka, a właściwie nawet nie walka, bo współczesny myśliwy nie naraża się na niebezpieczeństwo. Coraz więcej jest przeciwników polowań, więc może kiedyś ten krwawy proceder stanie się obciachem?

 

środa, 09 sierpnia 2017
Filmowe remanenty - "Frantz", "21 x Nowy Jork"

Dziś filmowe remanenty – jedna nowość, „Frantz” Francoisa Ozona, i jedna zaległość, dokument „21 x Nowy Jork” Piotra Stasika.

Nie mam jakiegoś specjalnego nabożeństwa do Francoisa Ozona. Owszem, zawsze kiedy na ekrany wchodzi jego kolejny film, przyglądam mu się bacznie, ale niekoniecznie oglądam. Z tych, które widziałam, właściwie tylko dwa zostały na trwałe w mojej pamięci. Pierwszy to „Czas, który pozostał” - niezwykle smutna opowieść o spełnionym zawodowo młodym człowieku, który nagle dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i nie powiadamia o tym nikogo. Dojmująca opowieść o samotności. Drugi to „Schronienie”, historia młodej narkomanki, która pod wpływem tragicznych wydarzeń próbuje wyjść z nałogu. Inne filmy albo wydały mi się przekombinowane, albo nie były niczym więcej niż ubranym w efektowny kostium bzdetem („Osiem kobiet”), albo po prostu nie zostawiły śladu w mojej pamięci. Ale na „Frantza” postanowiłam się wybrać - zainteresował mnie temat, a nagłówek recenzji, który rzucił mi się w oczy, był zachęcający. Muszę przyznać, że film obejrzałam z prawdziwym zainteresowaniem. To historia rozgrywająca się początkowo w niewielkim niemieckim mieście kilka lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Rany i traumy są wciąż świeże, rodziny opłakują swoich zmarłych. Ze śmiercią  syna wciąż nie potrafi się pogodzić miejscowy lekarz, trochę lepiej radzą sobie jego żona i Anna, narzeczona, która codziennie odwiedza  grób ukochanego. Nieoczekiwanie dla wszystkich na cmentarzu zaczyna pojawiać się młody Francuz. Kim jest? Dlaczego przychodzi na grób Frantza? Wkrótce okaże się, że był jego przyjacielem. I lepiej nie wiedzieć więcej, bo przyjemność, jaka płynie z oglądania, wynika z tego, że widz do końca jest stale zaskakiwany. Ta historia jest niczym cebula – pod jedną warstwą jest następna, potem kolejna i jeszcze jedna. Kiedy śledząc w serii krótkich retrospekcji historię znajomości Frantza i Adriena, byłam pewna dalszego ciągu, wkrótce okazało się, jak bardzo się myliłam. Kiedy po niecałej godzinie doszłam do wniosku, że dalej nic nie ma prawa mnie zaskoczyć, bo historia będzie już do bólu przewidywalna, znowu okazało się, że nie mam racji. Potem zaskoczenie goni zaskoczenie. Tyle przyjemności, bo przecież nie jest to historia wesoła. To film o nieprzewidywalności uczuć, ich pogmatwaniu, ale przede wszystkim o bezsensie wojny. O tym, że jej konsekwencją jest nie tylko śmierć, ale i nienawiść niszcząca ocalonych. I także o tym, że wojna nagle czyni z ludzi wrogów, że ten przysłowiowy brat staje przeciwko bratu. No i jeszcze o tym, że  zawiesza prawa moralne i narzuca własne. Czy żołnierza, który na froncie zabił wroga można nazwać mordercą? Dramat pokazany w filmie Ozona znamy doskonale i z ekranu, i z literatury. Ale na zakończenie do tej beczki miodu muszę dodać łyżkę dziegciu. Otóż moim zdaniem "Frantz" jest tylko pięknym bibelotem. Opowiada ładnie, elegancko o bolesnych, poważnych sprawach. Bo trudno tak naprawdę, do głębi, do bebechów przeżyć tę historię. Trudno się wzruszyć, trudno zapłakać. Być może jest tak dlatego, że decydując się na czarno-białe zdjęcia tylko czasem zmącone kolorem, reżyser sprawił, że jego film przypomina stare, czarno-białe zdjęcie sprzed wielu lat. Obejrzymy je chętnie, z nostalgią, może się zadumamy, ale to wszystko. Mimo tych uwag warto wybrać się na „Frantza”.

Z lekkim opóźnieniem wybrałam się na dokument Piotra Stasika „21 x Nowy Jork”, o którym już dawno słyszałam. Tym razem padłam ofiarą mojej zasady – im mniej o filmie wiem, tym lepiej. Gdybym wcześniej wysłuchała rozmowy z reżyserem, gdybym więcej poczytała, pewnie nie poszłabym do kina. Czego innego oczekiwałam. Spodziewałam się tradycyjnego dokumentu – dwudziestu jeden historii z Nowym Jorkiem w tle. Tymczasem filmowi Piotra Stasika bliżej do filmu poetyckiego, arthousowego niż do rasowego dokumentu. Muszę przyznać, że długo nie mogłam przełamać bariery, wciągnąć się w zaproponowaną przez reżysera konwencję. Drażnił mnie sposób pokazywania świata, miałam wrażenie przerostu formy nad treścią. Przeszkadzały mi głosy z offu, przeszkadzało, że z tego powodu nie potrafię rozpoznać bohaterów, przyjrzeć się im, skupić uwagi na ich opowieściach. Irytowały mnie niektóre wypowiedzi, bo wydały mi się po prostu głupie i pretensjonalne. Zdaję sobie sprawę, że to, co mnie przeszkadzało, podoba się krytykom, bo film jest raczej wysoko oceniany. Z drugiej strony może dobrze się stało, że nieświadoma, co zobaczę, do kina jednak poszłam. Bo chociaż film mnie irytował, to nadal go czuję. Przede wszystkim pozostała we mnie dojmująca samotność bohaterów, którzy uparcie szukają bliskiej relacji, a najczęściej nic im z tego nie wychodzi. Ich związki są krótkie, bywają ranieni, ale nie rezygnują. Muszę z pokorą przyznać, że najprawdopodobniej film działa właśnie dzięki klaustrofobicznej, chaotycznej, nachalnej formie. Chociaż pojedyncze historie gdzieś się gubią, ma się ciągłe wrażenie chaosu, to pozostaje odczucie smutku, przygnębienia. Z takimi wrażeniami opuszczałam kino. Ponieważ jednak film nie dawał mi spokoju, nie umiałam go sobie jakoś poskładać, po powrocie do domu odsłuchałam w radiu rozmowę z Piotrem Stasikiem i z irytacją stwierdziłam, że nie do końca odczytałam intencje reżysera. W jego zamyśle obraz Nowego Jorku, jaki pokazał, nie jest aż tak bardzo pesymistyczny. Dlaczego? Zdradzać nie będę. Niech każdy interpretuje film po swojemu, a potem warto skonfrontować się ze zdaniem twórcy.

 

środa, 05 lipca 2017
"Aquarius"

Takiej posuchy filmowej nie pamiętam od lat. Tej wiosny w kinie byłam zaledwie kilka razy, a przecież zdarza mi się w ciągu weekendu obejrzeć nawet dwa filmy. Dlatego mój blog chwilowo powinien zmienić tytuł na czytam, no bo przecież prawie nic nie oglądam. A lato jak zwykle nie zapowiada się szczególnie atrakcyjnie. No ale na szczęście wreszcie pojawił się film, na który czekałam. To brazylijski "Aquarius" z fenomenalną Sonią Bragą w roli głównej. Już samo oglądanie aktorki, przyglądanie się stworzonej przez nią postaci sprawia ogromną przyjemność. Sonia Braga jest w tym filmie magnetyczna, mimo wieku piękna, fascynująca. Chociaż temat jest poważny - walka głównej bohaterki, Clary, z biznesmenami, którzy chcą ją zmusić do sprzedaży mieszkania - jest to film, który znakomicie się ogląda. O takich filmach mówię, że są ładne w oglądaniu, podoba mi się też inne określenie, przyznaję, nie moje, - film dla ludzi. Tak, to mądry, świetnie zrealizowany, pięknie sfotografowany film dla ludzi. Koniecznie muszę podkreślić, że wbrew temu, co znajduje się w opisach "Aquariusa", twórcy poruszają tu znacznie więcej tematów. To nie tylko historia zmagań Clary z wielkim, krwiożerczym biznesem. A wisienką na torcie jest znakomite zakończenie, które sprawiło mi dziką radość. Koniecznie trzeba się wybrać na ten niezwykle kolorowy film. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 07 czerwca 2017
"Sieranevada"
Nie mogłam opuścić najnowszego rumuńskiego filmu - "Sieranevada" Cristi Puiu, ojca filmowych sukcesów kina znad Dunaju. W każdym razie to od "Śmierci pana Lazarescu" zaczął się triumfalny pochód przez festiwale rumuńskich reżyserów, co podobno niekoniecznie przekłada się na popularność wśród ich rodaków. Taką informację gdzieś kiedyś przeczytałam, za jej prawdziwość nie ręczę, chociaż wydaje mi się dość wiarygodna. "Sieranevada" w polskich kinach masowo na pewno oglądany nie będzie, to film dla koneserów. Trwa niemal trzy godziny, akcja prawie cały czas toczy się w ciasnym, zagraconym mieszkaniu, w którym rodzina spotyka się na stypie w czterdziestym dniu od śmierci (albo pogrzebu, nie zapamiętałam) zmarłego ojca. Nic specjalnego się nie wydarzy poza kłótniami, nieporozumieniami, rozmowami. Rodzinna psychodrama, portret rumuńskiej klasy średniej, na którym i my możemy się odnaleźć. Film jest znakomicie zrobiony. Sposób prowadzenia kamery sprawia, że widz ma wrażenie uczestnictwa w tym spotkaniu. Jakbyśmy byli w środku. Słyszymy i widzimy tyle, ile widzi i słyszy ktoś, kto w tej stypie uczestniczy. Goście i domownicy rozchodzą się po mieszkaniu, stale krążą pomiędzy pokojami a kuchnią, jak to w takich przypadkach bywa, więc jasne jest, że nie można być na raz wszędzie, słyszeć i widzieć wszystkiego. Kamera najczęściej śledzi bohaterów z perspektywy przedpokoju, zaglądając tylko do klaustrofobicznych wnętrz. Czasem zapuszcza się do jednego z pokoi albo do kuchni. Ta klaustrofobiczna atmosfera w połączeniu z agresją, która bije od bohaterów, jest dość męcząca, ale myślę, że to zmęczenie celowe. Mnie "Sieranevada" podobała się bardzo, ale, podkreślam jeszcze raz, na pewno nie jest to film dla każdego. A kto już widział, może czytać dalej.
niedziela, 14 maja 2017
"Mali mężczyźni"

Kiedy zobaczyłam zapowiedź "Małych mężczyzn", pomyślałam, to nie dla mnie, bo nie lubię filmów o dzieciach. Ale po raz kolejny dałam się przekonać dyskutantom z Tygodnika Kulturalnego i poszłam do kina, chociaż nie miałam tego w planach. Nie zawsze się z nimi zgadzam, bywa, że nasze gusta rozjeżdżają się zupełnie, ale tym razem mieli rację. To film mądry i jednocześnie taki, który bardzo dobrze się ogląda. Świetnie pasuje do niego określenie, ładny. Ładne miasto, ładne wnętrza, ładni bohaterowie. Żadnych brudów, chropowatości. Ładnie o ważnych sprawach, można by powiedzieć. A te ważne sprawy to dorastanie, szczerość w relacjach rodzinnych, trudne finansowe decyzje, gentryfikacja miasta. Dlatego da się "Małych mężczyzn" bez obawy polecić na weekend tym wszystkim, którzy nie lubią z kina wychodzić przygnębi. No może odrobinę się zasmucą i zadumają, ale na pewno nie zdołują. Dla mnie to oczywiście nie ma znaczenia, nie wybieram filmów, kierując się takimi kryteriami, ale znam wielu, którzy w kinie szukają mądrej przyjemności, a już szczególnie w weekend. A na koniec dla porządku krótko, o czym "Mali mężczyźni" są. To opowieść o dwóch kilkunastolatkach, Jake'u i Tonim, których dość przypadkowo zetknął los. Pochodzą z różnych środowisk - matka Toniego, chilijska imigrantka, krawcowa, prowadzi niewielki butik z odzieżą w domu, który odziedziczyli rodzice Jake'a, aktor i lekarka. Tak rodzi się przyjaźń między chłopcami, ale kiedy rodzice skonfliktują się, nie pozostanie to bez wpływu na ich znajomość. W żadnym razie nie jest to sentymentalna opowiastka. Tyle we wstępie, a ciąg dalszy dla tych, którzy film już widzieli. Zapraszam.

środa, 03 maja 2017
Filmowe remanenty - "Zud", "Porto"

Wygłodniała kina wybrałam się na kolejne filmy. Pierwszy to „Zud” fabularny debiut dokumentalistki Marty Minorowicz. Słyszałam o nim już wcześniej, bo pokazywany był w ramach jednej z sekcji zeszłorocznego Berlinale, dostał też wyróżnienie w Gdyni w konkursie Inne Spojrzenie. Wtedy myślałam, że to propozycja nie dla mnie. Mongolia, życie koczowników, chłopiec przygotowujący się do konnego wyścigu – to nudne, nieatrakcyjne, niszowe, festiwalowe kino. Niszowe i festiwalowe na pewno, a czy nudne i nieatrakcyjne? Nie ma się co oszukiwać, dla wielu tak. Wielkiej frekwencji „Zud” się na pewno nie doczeka. Trzeba wiedzieć, co nas w kinie spotka i zdecydować się na ryzyko. Ja, zachęcona głosami recenzentów, podjęłam wyzwanie i nie żałuję. Kiedy już poddałam się powolnemu rytmowi tego surowego, prawie pozbawionego dialogów filmu, który przypomina raczej dokument niż fabułę, kiedy weszłam w jego świat, nie pozostałam obojętna. „Zud” zmusza do namysłu, refleksji, stawia pytania, a przede wszystkim wywołuje ciekawość. Mongolia, która zawsze wydawała mi się krajem nieatrakcyjnym, nudnym, nieinteresującym, nagle za sprawą tego filmu przynajmniej na chwilę przyciągnęła moje zainteresowanie. Dlatego potem przeczytałam bardzo interesujący wywiad z Martą Minorowicz na portalu Gazeta.pl, który jest znakomitym uzupełnieniem filmu. Bo „Zud” to przecież filmowa impresja dająca asumpt do dalszych poszukiwań. Opowieść o rodzinie mongolskich koczowników żyjących w stepie, hodowców owiec i innych zwierząt. Role w rodzinie są ściśle podzielone, matka zajmuje się domem i dziećmi, ojciec dogląda gospodarstwa, starszy syn, kilkunastoletni Sukhbat, pomaga mu. A praca jest bardzo ciężka, efekty niepewne, uzależnione od kaprysów przyrody. Tytułowy zud to zimny wiatr sprawiający spadek temperatury i zwierzęta, dla których z braku pieniędzy nie buduje się krytych zagród, giną, a hodowcy wpadają w finansowe tarapaty. To właśnie spotyka rodzinę Sukhbata. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzi ojciec, jest udział syna w konnych wyścigach dla dzieci masowo organizowanych w Mongolii, dodajmy nielegalnych. Jeśli wygra, uratuje byt rodziny, jeśli noga mu się powinie, prawdopodobnie będą musieli przenieść się do miasta, zasilić rzesze ubogich mieszkańców żyjących w jurtowych slumsach. „Zud” to opowieść o potędze przyrody, kruchości ludzkiego losu, wzajemnej zależności człowieka i zwierzęcia, które w tych warunkach traktowane jest użytkowo, bo musi człowiekowi służyć, a wreszcie to opowieść o dziecku, które w tej kulturze szybko staje się dorosłe i współuczestniczy w życiu rodziny, jest za nią współodpowiedzialne. Kiedy Sukhbat musi pomagać ojcu, kiedy przygotowuje się do wyścigu, nie chodzi do szkoły, chociaż chciałby. Jedyne chwile dziecięcej beztroski to spotkania z kolegą, rozmowy, pięknie fotografowane. Jedna z takich scen budzi skojarzenia  z obrazami Józefa Chełmońskiego. Praca przy zwierzętach i przygotowania do wyścigu są bardzo ciężkie. Chłopiec musi okiełznać konia, oswoić się z nim, a potem trenować i trenować, a wynik przecież niepewny. Na dziecku spoczywa ogromna odpowiedzialność. Film nie jest oskarżeniem rodziców. Po prostu tak tam się żyje, ci ludzie nie widzą innego rozwiązania, nikt im nie pomaga, radzą sobie, jak potrafią. Pociechy nie przynosi nawet krajobraz, surowy, bardziej brzydki niż piękny. To oczywiście moje spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto spodziewał się zniewalająco pięknego stepu. Jego mieszkańcy pewnie inaczej postrzegają miejsce, w którym żyją.

Drugim filmem, na który się wybrałam, jest „Porto”, debiut filmowy Gabe'a Klingera. Na marginesie dodam, że większość źródeł podaje informację, że to brazylijski krytyk i dokumentalista, ale według recenzenta z portalu miesięcznika Kino Gabe Klinger to kobieta. Chyba jednak ta pierwsza wersja jest prawdziwa. Zostawmy to jednak, a wróćmy do filmu. Już sam tytuł przywodzący na myśl piękne portugalskie miasto, ewentualnie produkowany tam alkohol o tej samej nazwie, wywołał dreszcz emocji i sprawił, że miałam ochotę obdarzyć film kredytem zaufania i wybrać się do kina bez względu na wszystko. A i sam temat kusił. To opowieść o Jake'u i Mati. On, dziwak, samotnik i outsider, Amerykanin, syn dyplomatów, który postanowił zostać w Portugalii na zawsze. Chwyta się dorywczych prac, żyje z dnia na dzień. Ona, Francuzka, archeolożka, kiedyś związana z portugalskim profesorem, pracuje na miejscowym uniwersytecie. Spotykają się na wykopaliskach, potem przypadkowo w pociągu i w kawiarni, wpadają sobie w oko i przeżywają przygodę na jedną noc. Takich historii kino pokazywało już wiele, więc aby widza po raz kolejny nią skusić, trzeba mieć jakiś pomysł. I Gabe Klinger miał. Historię poznajemy z dwóch punktów widzenia, raz Jake'a, raz Mati, albo patrzymy na nią obiektywnie, a może lepiej powiedzieć z boku, z dystansu, nie ich oczyma. Kiedy punkt widzenia zawęża się do jednego z bohaterów, zwęża się też ekran, kiedy perspektywa jest neutralna, obraz wraca do normalnych rozmiarów. Historii kochanków na jedną noc nie poznajemy też chronologicznie. Dlatego kilkakrotnie wracają te same sceny, te same dialogi, te same obrazy. Za każdym razem jednak dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach, o ich uczuciach, motywacjach, dzięki temu jesteśmy zaskakiwani. Kiedy już wydaje się, że wszystko wiemy, nagle okazuje się, że to nie tak. Czym jest ich krótki związek, ta przygoda jednej nocy? Miłością od pierwszego wejrzenia? Początkiem dłuższej relacji? A może tylko zatraceniem, jak mówi jedno z nich. I czy dla każdego jest tym samym? Ale największą zaletą filmu jest jego klimat. Smutny, melancholijny, nostalgiczny. Dużo tu scen kręconych nocą, we mgle, ekran chwilami staje się brudny, ziarnisty, obraz nieostry. Czy to jawa, czy sen? Czy naprawdę to przeżyli, czy tylko sobie wyobrazili? Dlatego kupiłam tę historię, poddałam się jej klimatowi, dlatego mogłabym obejrzeć ten film jeszcze raz. No i Porto rzeczywiście jest trzecim bohaterem. Na szczęście to nie miasto z widokówek, ale prawdziwe, tajemnicze, nieco oczywiście podkręcone, chropawo piękne. Na koniec łyżeczka dziegciu – dialogi chwilami rażą pretensjonalnością, są sztuczne, papierowe. Na szczęście tylko chwilami.

 

środa, 26 kwietnia 2017
"Klient"

Wreszcie w kinie! Nie, nigdzie nie wyjeżdżałam, nic się też specjalnego nie działo, po prostu filmowa posucha. Albo nie miałam ochoty, bo nie moje klimaty, albo jeśli już coś brałam pod uwagę, to recenzje były tak beznadziejne, że rezygnowałam. Dlatego tym bardziej z utęsknieniem czekałam na najnowszy film Asghara Farhadiego. Kto wielbi jego poprzednie obrazy, "Co wiesz o Eli", "Rozstanie", "Przeszłość", ten mnie zrozumie, kto nie potrafił docenić tamtych filmów, niech daruje sobie i ten. Bo w "Kliencie" znajdziemy to wszystko, za co kochamy kino Farhadiego. Kameralną historię rozpisaną na kilku aktorów, dramatyczne zdarzenia burzące spokój bohaterów, nagłe zwroty akcji, które sprawiają, że na wszystko zaczynamy patrzeć inaczej, dylematy moralne, trudne wybory, fascynujące rozmowy. Chociaż to nie kino akcji, film ogląda się z zapartym tchem, a im dalej, tym większa konfuzja - trudno jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, po czyjej stronie jest racja, jak powinni postąpić bohaterowie. Mnóstwo tu też tajemnic, przemilczeń, półprawd. "Klientowi" najbliżej do "Rozstania" i wcale nie dlatego, że oba zostały nagrodzone Oskarem. Nie mogę we wstępie napisać więcej, bo nie da się o tym filmie rozmawiać bez spojlerowania. Dlatego jeszcze raz z całą mocą podkreślę, że na "Klienta" trzeba wybrać się koniecznie, a więcej refleksji w drugiej części. Kto film już widział, niech czyta.

środa, 08 marca 2017
"Moonlight"
Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie obejrzałam "Moonlight". Nieoczekiwanie, bo chociaż jeszcze przed Oskarem wiedziałam, że powinnam, bo znakomity, świetny, poruszający, to jakoś nie miałam na niego ochoty. Raz, że nabrałam przekonania, iż to kino do bólu festiwalowe, mówiąc precyzyjniej takie spod znaku Nowych Horyzontów. Jednym słowem tak bardzo artystyczne, tak bardzo poszukujące nowego języka, że nawet dla wyrobionego, chociaż zwyczajnego, kinomana nie do oglądania. Drugi powód mojej niechęci to temat. Nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o brudach życia. Cóż, czasem mi się nie chce. W końcu jednak wybrałam się na "Moonlight" do kina, a to dlatego, że mimo szczerego zamiaru nie wybrałam się na film o Marii Skłodowskiej-Curie, bo go tak schlastano. A że bardzo chciało mi się kina, poszłam na "Moonlight", który nabrał chyba pooskarowego rozpędu. Żeby usiąść na przyzwoitym miejscu w moim ulubionym kinie, bilet musiałam zarezerwować, sala była pełna, nikt nie wyszedł. A ileż to razy siedzę na pustawej widowni. Poszłam i teraz wiem, że byłam głupia, bo niewiele brakowało, a przegapiłabym naprawdę piękny, poruszający i mądry film. Dlatego piszę, żeby zachęcić, odczarować. Ta składająca się z trzech wyraźnie zaznaczonych części opowieść o czarnoskórym Chironie mieszkającym w jednej z gorszych dzielnic Miami to zwyczajny film, żadnego przerostu formy nad treścią. "Moonlight" łączy w sobie wątek społeczny, obraz życia ubogiej, wykluczonej czarnej społeczności, opowieść o człowieku wyobcowanym, nieprzystosowanym, wrażliwym, pogubionym, samotnym, poezję i zadumę. To kino, gdzie wiele dzieje się gdzieś pomiędzy. Ważne są gesty, spojrzenia, obraz. Takie też jest zakończenie, które przynosi katharsis, ale niczego jednoznacznie nie rozstrzyga. Piękny, mądry, poruszający film. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22