Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 07 lutego 2018
"Niemiłość"

Już dawno nie wyszłam z kina tak zgnębiona jak po obejrzeniu "Niemiłości" Andrieja Zwiagincewa. Kto zna jego kino, ten wie, że wesołych filmów ten rosyjski reżyser nie kręci. Obraz świata, jaki pokazuje, jest zawsze ponury, żeby nie powiedzieć straszny. Nie inaczej rzecz się ma i tym razem. Opowieść o nienawidzącym się małżeństwie, które za wszelką cenę chce się rozstać, aby ułożyć sobie życie na nowo, jest bardzo czarna i gorzka. Ale to nie tylko historia rodziny. To obraz społeczeństwa, które zatraciło się w dążeniu do sukcesu i szczęścia za wszelką cenę. Niestety efekt jest odwrotny do zamierzonego - pustka, samotność, brak bliskich więzi i nienawiść. Jak każdy film Zwiagincewa tak i ten na pewno nie jest dla wszystkich. Sporo tu ciszy, depresyjną atmosferę potęguje wszechobecna jesienna szarość, krajobraz podmoskiewskiego osiedla, ciemne, klaustrofobiczne wnętrza, nawet te urządzone za duże pieniądze przytłaczają. Tyle we wstępie, a kto już film widział, może czytać ciąg dalszy. Zapomniałam dodać, że film do obejrzenia koniecznie, ale to chyba oczywiste.

środa, 31 stycznia 2018
Filmowe remanenty - "Tamte dni, tamte noce", "Najlepsze polskie 30

W kinach żniwa. Nowość goni nowość, a wiele z nich to must see filmowego maniaka.  Nie nadążam. W tym tygodniu byłam w kinie dwa razy, a i tak na razie opuściłam węgierską "Duszę i ciało", może jeszcze się uda. A przyszły weekend to premiera najnowszego Zwiagincewa, o którym już od dawna głośno, no i amerykańskie "Trzy billboardy za Ebbing Missouri", podobno też bardzo dobre. I jak to wszystko ogarnąć? A dzisiaj polecać będę ze wszystkich sił  głośne już "Tamte dni, tamte noce" i "Najlepsze polskie 30'", brzmi tajemniczo, ale kto się kinem interesuje, wie, o co chodzi, a tych, którzy nie mają pojęcia, proszę o chwilę cierpliwości.

Od jakiegoś już czasu o "Tamtych dniach, tamtych nocach" mówiło się i pisało dużo i bardzo dobrze, więc wiedziałam, że trzeba trzymać rękę na pulsie, ale kiedy tydzień temu odkryłam, że film powstał według scenariusza niegdyś mojego ulubionego reżysera Jamesa Ivorego, który w czerwcu skończy dziewięćdziesiąt lat, co mnie zaskoczyło i zmartwiło, no bo pewnie już nic nie nakręci, a kanwą dla scenariusza była powieść francuskiego pisarza Andre Acimana (właśnie się ukazała, nie omieszkam przeczytać), którego świetną książkę "Wyjście z Egiptu" czytałam kilka lat temu, wiedziałam, że jestem w domu. No więc poszłam i zachwyciłam się, wzruszyłam i bardzo mocno przeżyłam. Być może kogoś "Tamte dni, tamte noce" znudzą, bo to film do kontemplowania. Taki, gdzie najwięcej dzieje się gdzieś pomiędzy - w gestach, w spojrzeniach, w obrazie. Jest tak zmysłowo piękny, jego akcja rozgrywa się w tak sielskich i pięknych krajobrazach północnych Włoch, gdzieś w Lombardii, w starej włoskiej willi, na obrzeżach pięknego miasteczka, a przez chwilę w zielonych górach, że aż dech zapiera. A ponieważ matka siedemnastoletniego Elio, głównego bohatera, jest tłumaczką literatury niemieckiej, a ojciec profesorem archeologii, a i sam Elio to chłopak niezwykły, komponuje, słucha muzyki, jest wyczulony na sztukę, więc i widz obcuje ze sztuką - słucha literackich cytatów, ogląda reprodukcje antycznych rzeźb, muskularnych, nagich męskich ciał. Film jest pięknie fotografowany, wiele w nim zmysłowych metafor. A to wszystko wbrew pozorom nie ocieka lukrem, nie ma w tym ani deka hollywoodzkiej gładkości, filmowego fałszu. Patrzymy na stary, pełen dzieł sztuki, piękny dom, w którym normalnie się żyje, w pokojach bywa bałagan, a elewacja w niektórych miejscach się łuszczy. Jest niezwyczajnie i zwyczajnie zarazem. Na tym tle toczy się opowieść o dojrzewaniu, o budzeniu się zmysłów, o pierwszych seksualnych doświadczeniach i pierwszej wielkiej miłości, no i o odkrywaniu seksualnej orientacji. Bo przecież niczego nie zdradzę, jeśli napiszę, że jest to gejowska love story. Ale miłość jest miłością, obojętnie, kogo spotyka, czy dwóch mężczyzn, czy dwie kobiety, czy kobietę i mężczyznę, więc, czytelniku tej notki, obojętne jakiej orientacji jesteś, jeśli tylko w tym obrazie szczęśliwej-nieszczęśliwej miłości odnajdziesz swoje doświadczenia, to film trafi cię na pewno w jakiś czuły punkt. Im boleśniejsze były, tym mocniej. Ale chociaż teraz ci smutno, to przecież dlatego, że kiedyś byłeś szczęśliwy. A może jesteś już w innym momencie życia i myślisz o tamtej szczęśliwej-nieszczęśliwej miłości tylko z czułością, bo ból uleczył miłosierny czas? I o tym też opowiada ten film. Przypomina tę stoicką (?) mądrość, o której w czasach, kiedy nie wolno nam cierpieć, kiedy musimy się uśmiechać i udawać, że wszystko jest ok, lubimy zapominać. Ale dość już pisania, bo "Tamte dni, tamte noce" trzeba kontemplować, a nie o nich gadać. Żadne słowa nie oddadzą urody tego filmu, jego mądrości i wzruszenia, jakie niesie.

A teraz już krócej o "Najlepszych polskich 30'-ach". Cóż to takiego? Otóż po raz pierwszy do kin weszły zebrane w jedną całość trzy filmy debiutujących reżyserów, trzydziestki, nazywane tak z tego prozaicznego powodu, że trwają mniej więcej pół godziny każdy. Warto na nie zapolować, bo owszem wchodzą do kin, ale pokazywane są raczej na pojedynczych seansach, a nie w ramach regularnego repertuaru. Bardzo chciałam je zobaczyć ze względu na "Najpiękniejsze fajerwerki ever" Aleksandry Terpińskiej, o których już dawniej słyszałam. Film nagradzany, żyjący festiwalowym życiem. I rzeczywiście robi wrażenie ta chłodna, nieco odrealniona opowieść o młodych ludziach, których nagle zaskakuje raczej nie wojna, bardziej chyba jakiś krajowy kryzys, rewolta. A oni nie potrafią w nią uwierzyć, przejąć się, porzucić swojego zwykłego życia i przyjmują wszystko z niedowierzaniem. Ignorują to, co się dzieje, i uciekają w swój świat. Ale prawdziwym zaskoczeniem, pewnie dlatego, że nic o nich nie wiedziałam, były dwa inne filmy. "60 kilo niczego" Piotra Domalewskiego, który w międzyczasie zdążył już nakręcić pełnometrażową fabułę, czyli znakomitą "Cichą noc". Przejmujący film o tym, jak traktowani są ukraińscy robotnicy w Polsce. Z ostro zarysowanym dylematem moralnym, trochę w stylu dawnych obrazów Zanussiego. Drugi to świetny, wzruszający, bezpretensjonalny dokument Marka Skrzecza o chłopaku z małego miasteczka, który marzy o tym, aby trenować wrestling. Te filmy może właśnie ze względu na lapidarność wymuszoną ograniczonym czasem walą jak obuchem w głowę. Są takim destylatem - krótko, zwięźle, dosadnie. Stawiają problem, moralny dylemat, szkicują go i zmuszają do myślenia. Pozostawiają z rozdziawioną gębą. Pewnie gdyby nie sława "Najpiękniejszych fajerwerków ever", nie wybrałabym się na nie i wiele bym straciła. Warto wspomnieć, że w w obu fabułach grają znakomici aktorzy - Justyna Wasilewska, mniej znany Piotr Polak, świetny Grzegorz Damięcki, a w rolach odrażających typów Andrzej Grabowski i Tomasz Schuchardt. Żałuję tylko, że ze względu na późną porę nie mogłam zostać na spotkaniu z Aleksandrą Terpińską, jakie odbywało się po seansie. Szukajcie "Najlepszych polskich 30'-ek'". Warto.

niedziela, 21 stycznia 2018
"Atak paniki"

Rozczarowanie - to czuję po obejrzeniu "Ataku paniki", debiutanckiego filmu Pawła Maślony. Do piątkowego wieczoru, kiedy to obejrzałam jak zwykle Tygodnik Kulturalny, byłam przekonana, że "Atak paniki" musi mi się podobać, bo od czasu gdyńskiego festiwalu zewsząd słyszałam głosy zachwytu. Brawurowy debiut - tak między innymi pisano o filmie. Nic dziwnego, że kinowej premiery wyczekiwałam niemal jak kania dżdżu. Dopiero różnica zdań we wspomnianym Tygodniku Kulturalnym zasiała ziarenko niepokoju, ale przecież o niczym nie przesądzała. Przeciwnie, moja ciekawość wzrosła. Tym bardziej, że wątpliwości zgłaszał Grzegorz Brzozowicz, krytyk muzyczny, który lubi w dyskusji na  temat filmu czy teatru przyjmować pozycję szarego widza i marudzić, a nawet obśmiewać. Nie zawsze się z nim zgadzam. Drugim kręcącym nosem był poważny jak zawsze Adam Gawęda znawca komiksu. Twierdzili, że "Atak paniki" jest nieśmieszny i ma dłużyzny, bo dialogi ciągną się w nieskończoność. Chociaż, jak już zdradziłam, i ja jestem rozczarowana, to jednak z trochę innych powodów. Ale po kolei.

Otóż nie nudziłam się, przeciwnie, obejrzałam film z przyjemnością. Czasem się uśmiechnęłam, ale nie śmiałam się w głos, do łez. Nie ja jedna. Na sali przeważało milczenie, z rzadka było słychać parsknięcia śmiechem, raczej pojedyncze. Owszem, reżyser i scenarzyści zgrabnie żonglują kilkoma równolegle prowadzonymi wątkami. Jak to w takich filmach bywa, historie bardziej lub mniej zazębiają się dzięki bohaterom, aż wreszcie mają spleść się w zgrabną całość. Tu dodatkową trudnością i przyjemnością dla widza jest też mieszanie czasu. Wątki nie są pokazywane w porządku chronologicznym, więc tym bardziej trzeba sobie te puzzle składać. Świetni są aktorzy, nie tylko nagrodzona w Gdyni Magdalena Popławska, także Artur Żmijewski, rzadko oglądana na ekranie Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i przede wszystkim Dorota Segda, która gra powściągliwie, ale za to jak. Jak dotąd wszystko było w porządku, bo o to, że nie ryczałam ze śmiechu, pretensji nie mam. Rozczarowanie przyszło na końcu. To już? - pomyślałam. Tylko tyle? Dla mnie problem tego filmu tkwi w scenariuszu, a ściślej w jego finale. Tym historiom brakuje puenty. No bo to, że na końcu okazuje się, iż wszyscy bohaterowie jakoś są ze sobą powiązani, to przecież za mało. Tego oczekujemy po tak skonstruowanym filmie. No i co z tego, że ten jest bratem tej, że tamta jest jej szkolną koleżanką, ktoś byłym mężem innej bohaterki i tak dalej. To za mało. Twórcy filmu i krytycy, których słyszałam, twierdzą, że bohaterowie z własnej winy, z powodu zaniechań i błędów doprowadzają się do stanu, kiedy to wpadają w panikę. Moim zdaniem nie istnieje taki prosty związek pomiędzy tym, co robili wcześniej, a tym, co się im przydarza albo tym, jak reagują na sytuację, w jakiej się znaleźli. Może najklarowniejsza pod tym względem jest historia nałogowego gracza komputerowego.

Po wyjściu z kina zadałam sobie pytanie - po co to wszystko? Tylko dla zabawy? Dla mnie tak, ale twórcy "Ataku paniki" mają chyba pretensje do czegoś więcej, takie mam wrażenie po wysłuchaniu kilku wywiadów z nimi. To również zdają się sugerować zachwyceni filmem krytycy. Problem w tym, że na głębszym poziomie nie potrafię współczuć bohaterom ani przejąć się ich losem, ani nawet kpić z nich jakoś bardzo. Niewiele mnie oni obchodzą, a przecież powinni. Na tym polega moc sztuki - porusza mnie czyjś los, czyjaś postawa, nawet jeśli jego doświadczenia są mi obce. Nie przeżyłam też żadnego ataku paniki, nie pomogła ani narastająca w finale muzyka, ani szybki montaż. Zresztą mam wrażenie, że nie zawsze o panikę tu chodzi, czasem po prostu bohaterowie mają zwyczajnie dość, a to nie to samo, co panika. Ale nie czepiajmy się słówek.

"Atak paniki" ze względu na temat bywa porównywany do "Dzikich historii". Chociaż nie byłam jakąś wielką entuzjastką tamtego filmu, to teraz widzę różnicę, niestety na niekorzyść debiutu Pawła Maślony. Opowieści z "Dzikich historii" wybrzmiewają, kończą się klarowną puentą, nie wszystkie są oczywiście równe. Pewnie to łatwiejsze, bo tamten film składa się z osobnych nowel. Przypomina mi się też moje ulubione "Zero" Pawła Borowskiego, film oparty na podobnej konstrukcji jak "Atak paniki". Tam wszystko zostało przeprowadzone jak w zegarku, wszystko razem zagrało, a całość była przejmująca i przygnębiająca.

Na koniec, jak zawsze w podobnych sytuacjach, kiedy ze zdziwieniem stwierdzam, że nie zachwyca, skoro zachwycać powinno, podzielę się lekkim niepokojem. Może to ze mną jest coś nie tak? Może jestem za mało wrażliwa, nie dość inteligentna, aby pojąć, odczuć, a na końcu wybuchnąć entuzjazmem? Ale zaraz przychodzi otrzeźwienie. Przecież mam prawo do mojego zdania i mojego votum separatum, które niniejszym zgłaszam.

Tagi: komedia
18:29, czytamogladam , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 stycznia 2018
"Dzikie róże"

Końcówka roku pożegnała mnie świetnymi filmami. W 2017 bywało różnie, zdarzały się okresy, że w kinie nie byłam kilka tygodni, co w moim przypadku jest sytuacją wyjątkową, a teraz taki miły akcent. Przed tygodniem "The Florida Project", tym razem "Dzikie róże" Anny Jadowskiej, o których od Nowych Horyzontów było już głośno. W Gdyni film trafił do sekcji Inne Spojrzenie zamiast do konkursu głównego, co raczej uznano za nieporozumienie. Odebrało to też Marcie Nieradkiewicz szansę na nagrodę aktorską, a gra w "Dzikich różach" rewelacyjnie. Nie tylko tu zresztą. To świetna aktorka. A sam film jest bardzo poruszający. Takie lubię najbardziej. Stawia dużo pytań, nie daje jednoznacznych odpowiedzi, zostawia pole do interpretacji. Długo o nim myślałam. To kameralna, rozpisana na kilku aktorów historia trzydziestoletniej Ewy mieszkającej na wsi gdzieś daleko od szosy - jeśli ktoś nie ma samochodu, skazany jest na łaskę sąsiadów lub kilkukilometrowy marsz i łapanie okazji. Ewa ma zrzędząca matkę, dwoje dzieci, męża pracującego za granicą i niewykończony dom, w którym da się już mieszkać, ale to wieczna prowizorka. Monotonna, męcząca codzienność i ogromna samotność. Więcej nie mam prawa zdradzić. Nie jest to oczywiście kino akcji, chociaż emocji nie brakuje. Ta rozgrywana w powolnym tempie, ale bez przesady, historia niesie ze sobą kilka suspensów. Ostatni, który jeszcze inaczej oświetla opowieść, na końcu. Trafił mnie niczym grom z jasnego nieba. Najważniejsze jest w tym filmie to, co rozgrywa się pomiędzy bohaterami. Ewą, jej mężem, matką i małą Marysią. Kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy, kto w kinie nie był, niech koniecznie "Dzikie róże" obejrzy".

środa, 27 grudnia 2017
"The Florida Project"
Kiedy w zapowiedziach na stronie mojego ulubionego kina pojawił się amerykański film pod niewiele mówiącym tytułem "The Florida Project", nie zwróciłam na niego uwagi i z góry wstawiłam na listę filmów, których nie zamierzam oglądać. Nie przeczytałam nawet opisu - wystarczyło zdjęcie plus fakt, że to film amerykański, a ja filmy amerykańskie oglądam wyjątkowo (Mam znajomego, który nie ogląda ich z zasady, ale to już przesada). Żeby tak nie spróbować dowiedzieć się więcej? Głupie? No głupie, wiem, wiem. Więc kiedy nagle w poważnych mediach i poważnych programach zaczął brzmieć jednogłośny chór zachwytów, nie miałam wyjścia - trzeba było iść do kina. A kiedy szłam, zastanawiałam się, czy film mnie czymś jeszcze zaskoczy, bo ciągle nie dowierzając, że rzeczywiście warto, trochę za wielu rozmów na jego temat wysłuchałam. Wiedziałam, że to słuszny film (to nie ironia) o tej gorszej Ameryce, o ludziach wyrzuconych poza nawias. Surowy, niemal jak dokument, zestawiany z "Moonlight", innym rewelacyjnym amerykańskim filmem, na który kiedyś nie bardzo miałam ochotę, a potem oglądałam jak w transie. A jednak! "The Florida Project" okazał się rzeczywiście znakomicie zrobiony, grające główne role dzieci są rewelacyjne, Willem Dafoe też bardzo dobry, problem, jak już pisałam, ważny, no i na szczęście było jednak trochę inaczej, niż się spodziewałam. A dlaczego tego zdradzić we wstępie nie mogę. Trzeba zobaczyć. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 13 grudnia 2017
"Nie jestem twoim murzynem", "Przy Planty 7/9"

Dziś bardziej informacyjnie niż refleksyjnie o dwóch dokumentach, które właśnie weszły do kin. Dlaczego informacyjnie? Bo pierwszy "Nie jestem twoim murzynem" jest na tyle wymagający, że aby dokładniej zagłębić się w jego treść, należałoby go obejrzeć uważnie kilka razy, najlepiej jeszcze robiąc przy okazji notatki. To oczywiście niemożliwe. Drugi, "Przy Planty 7/9", aż tak wymagający nie jest, ale widziałam go w lipcu ubiegłego roku na jakimś pokazie, więc trudno dzisiaj po takim czasie o wnikliwą refleksję. Teraz zupełnie nieoczekiwanie, znienacka wchodzi do kin. Mimo trudności, jakimi się przed chwilą podzieliłam, chcę wspomnieć o tych filmach, żeby zwrócić na nie uwagę, bo warto, a właściwie należy je obejrzeć.

"Nie jestem twoim murzynem" to opowieść o amerykańskim rasizmie, o walce z segregacją, o jej bojownikach - Martinie Lutherze Kingu, Malcolmie X i najmniej w Polsce znanym Medgarze Eversie. Jednym słowem to opowieść o Ameryce i nie jest to historia budująca. Stany, obiekt naszych westchnień, marzeń, podziwu, nie są rajem. A lubimy tak o nich myśleć. Właściwie  lubiliśmy, bo przecież nasz ogląd Ameryki zmienia się, a może już się zmienił. Ale ten film ma jeszcze jednego bohatera, kto wie, czy nie najważniejszego - to afroamerykański pisarz, zmarły w latach osiemdziesiątych James Baldwin. Również żywo zaangażowany w walkę o równe prawa Afroamerykanów. Przez wiele lat mieszkał w Paryżu i w Europie, tam nauczył się być wolnym człowiekiem, tam rasa nie miała znaczenia, przynajmniej aż takiego. Postanowił jednak wrócić do Stanów, bo tęsknił, a poza tym zaczęła mu doskwierać jego komfortowa sytuacja, kiedy jego rodacy cierpieli i walczyli. To jemu film zawdzięcza oryginalność. Ale jednocześnie ta oryginalność sprawia, że tak trudno zapamiętać wszystko, co by należało. Dlaczego? Otóż Baldwin zamierzał napisać książkę poświęconą trzem wyżej wymienionym działaczom, którzy byli jego przyjaciółmi. Ostatecznie powstało tylko trzydzieści stron. I właśnie ten nasycony emocjami, wymagający skupienia tekst stanowi narrację filmu. Oprócz tego oglądamy mnóstwo archiwalnych materiałów, które są znakomitą ilustracją czytanego zza kadru eseju. To fragmenty telewizyjnych rozmów z bohaterami dokumentu, ich wystąpienia na uniwersytetach, fragmenty hollywoodzkich filmów, w których czarnoskórzy bohaterowie pełnili rolę kwiatka do kożucha, zdjęcia z demonstracji i manifestacji, z pogrzebów zamordowanego Malcolma X i Martina Luthera Kinga, makabryczne fotografie zlinczowanych, powieszonych Afroamerykanów. Ogromne wrażenie robią informacje ilustrowane zdjęciami o pierwszych czarnoskórych uczniach, którzy po oficjalnym zniesieniu segregacji próbowali egzekwować swoje prawo do nauki z białymi dziećmi. Spotykali  się z wielkim sprzeciwem - protestowano przeciwko nim, opluwano ich, lżono. Trzeba było mieć ogromną determinację i odwagę, aby to wszystko przetrwać. Kto protestował, pluł i znieważał? Zwyczajni, bardzo sympatycznie wyglądający obywatele Stanów. Oczywiście biali. Materiały archiwalne zderzone zostają ze współczesnymi. Na przebitkach oglądamy zdjęcia zamordowanych współcześnie czarnoskórych Amerykanów, zamieszki, na przykład w Ferguson, ale i fotografie prezydenta Obamy z żoną. Co oprócz tego wszystkiego zostało mi w pamięci? Że świat wcale nie jest biały, a biel jest synonimem władzy i dominacji. Dlaczego? Jakim prawem? Kto je dał białym? Niby banał, ale warto to sobie po raz enty uświadomić. I jeszcze słowa wypowiedziane przez Jamesa Baldwina w czasie telewizyjnej dyskusji, kiedy polemizował z jakimś białym profesorem (chyba), którego nazwiska nie zapamiętałam. Profesor nie miał siebie za rasistę i twierdził, że Afroamerykanie mogą po prostu zajmować się swoimi sprawami, na przykład pisać książki. I wtedy James Baldwin spokojnie, ale stanowczo odpowiedział, że trudno zajmować się pisaniem, kiedy człowiek stale się boi, kiedy wie, że się nim gardzi, kiedy musi myśleć o prześladowaniach. Cóż, pewnie uprościłam. Dlatego trzeba iść do kina. Tyle o "Nie jestem twoim murzynem".

Teraz krótko o drugim dokumencie o trochę dziwnym tytule "Przy Planty 7/9". To adres domu w Kielcach, w którym 4 lipca 1946 roku zaczął się pogrom zwany kieleckim. Zdarzenie przez lata spychane w niepamięć, bo wygodniej zapomnieć o czarnych kartach naszej historii. Jeśli już mówiono na ten temat, to zawsze usprawiedliwiano pogrom ubecką prowokacją, podobnie jak Jedwabne niemiecką. Kiedy słyszę takie gadanie, buntuję się przeciwko tego typu usprawiedliwieniom, bo prowokacja prowokacją, ale ktoś wziął w niej udział. I nie byli to tylko milicjanci i ubecy, ale też zwykli mieszkańcy miasta. Film nie jest tylko opowieścią o tamtych zdarzeniach, ale przede wszystkim to historia zmagania się z pamięcią o nich, historia procesu wybaczania, przepraszania i wreszcie pojednania. A wszystko to stało się możliwe dzięki determinacji i uporowi jednego człowieka, psychologa, praktykującego katolika, co powinni wziąć sobie do serca wszyscy mieniący się katolikami, Bogdana Białka, który po 1989 zaczął pogrom odgrzebywać, przywracać do publicznej świadomości i organizować w jego rocznicę marsze pamięci. Spotkał go ostracyzm, fala nienawiści dzisiaj zwana hejtem i wiele innych nieprzyjemnych zdarzeń. W filmie opowiada o podążaniu drogą, którą sobie wyznaczył, ale i o zwątpieniu, zmęczeniu, załamaniu. Bardzo przejmujący, bardzo ważny dokument.

niedziela, 03 grudnia 2017
"Serce miłości"

Wybrałam się na film Łukasza Rondudy "Serce miłości" z powodów czysto filmowych. Wyznaję szczerze, że dopóki o filmie nie zrobiło się głośno, o jego bohaterach, Wojciechu Bąkowskim i Zuzannie Bartoszek, nie wiedziałam nic, a to z tej prostej przyczyny, że sztuki wizualne, a właściwie sztuka współczesna, i muzyka alternatywna to nie moja bajka. Nie jestem w tym osamotniona, bo, jak powiedział Jacek Poniedziałek w radiowym wywiadzie, który odsłuchałam po obejrzeniu filmu, sztuka współczesna się w Polsce nie przyjęła. Podobno nie bez winy samego środowiska, które jest bardzo hermetyczne. Ale nie będę się więcej wymądrzać, bo w gruncie rzeczy nic na ten temat nie wiem. Właściwie dopiero po wyjściu z kina, kiedy wróciłam do domu, zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu jakichś materiałów o artystach, którzy stali się bohaterami i współtwórcami filmu (razem ze scenarzystą Robertem Bolestą napisali dialogi). Znalazłam sporo ciekawych treści - obszerny materiał o Wojciechu Bąkowskim na stronie Culture.pl, bardzo interesujący wywiad z nim przeprowadzony przez Tadeusza Sobolewskiego i portret Zuzanny Bartoszek pióra Pauliny Reiter w Wysokich Obcasach. Również wart przeczytania. Piszę o tym, bo moje poszukiwania to dowód na inspirującą moc filmu. Tak, naprawdę warto wybrać się do kina, nawet jeżeli tak jak ja niewiele się wie o bohaterach "Serca miłości".

Dlaczego ktoś postanawia opowiedzieć o życiu Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek? To nie przypadek. Łukasz Ronduda jest jednym z kuratorów Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, wykładowcą akademickim. Od lat dla muzeum kręcił filmy o artystach, a "Serce miłości", tytuł wymyśliła Zuzanna Bartoszek, jest jego drugim obrazem kinowym.  To wierna opowieść o wspólnym życiu artystów, w którym symbiotyczny związek, burzliwa, wybuchowa miłość i sztuka splatają się w jedno. Ich bytowanie to nie sielanka. Zazdrość o siebie, o sztukę, oskarżenia o kradzież pomysłów, rywalizacja, ale i wzajemne napędzanie, czerpanie z siebie. Nawet fizycznie tworzą niemal jeden organizm, są do siebie podobni. Przyciągają się i odpychają, kochają i ranią, kłócą. Żyją sztuką i dla sztuki, w sztuce są zanurzeni, sztuka jest treścią ich życia. A inspiracją do tworzenia jest wszystko. Sen, wizyta w galerii handlowej, bezmyślnie powtarzane zdanie, codzienność.

Jest całkiem możliwe, że dla takiego laika i ignoranta jak ja  filmowa opowieść nie byłaby tak fascynująca, gdyby nie para aktorów wcielająca się w Wojciecha Bąkowskiego i Zuzannę Bartoszek. Jego gra Jacek Poniedziałek, ją rewelacyjna Justyna Wasilewska. Oboje są świetni, ale ona wręcz rewelacyjna. Po prostu magnetyczna. Szczupła, z powodu choroby swojej bohaterki łysa, androgyniczna, ale fascynująca. Przez strój, przez twarz, przez to, co mówi, jak się zachowuje, jak się zmienia. Sama przypomina dzieło sztuki, jej życie to wieczna gra, teatr - przybieranie masek, ról. Chociaż taki sposób bycia jest mi obcy, oglądanie go na ekranie  intryguje. To inspirujący powiew świeżości. Fascynujące widowisko. A dla wtajemniczonych ważne też będą fragmenty wierszy, filmów, performance i koncerty.

środa, 29 listopada 2017
"Cicha noc"
W kinach zaczynają pojawiać się filmy pokazywane na gdyńskim festiwalu. Tydzień temu na ekrany wszedł "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego, teraz nagrodzona Złotymi Lwami "Cicha noc" Piotra Domalewskiego. Na ten pierwszy nie poszłam, bo za dużo filmów w swoim życiu widziałam i już nie chce mi się tracić czasu na kolejną opowieść w amerykańskim stylu o kimś, kto z dna dotarł na szczyty dzięki własnej determinacji. Nawet jeśli historia jest, jak w tym wypadku, prawdziwa, to i tak wiadomo, że na potrzeby filmu została podkręcona, wygładzona, wyszlifowana. Za to wybrałam się na "Cichą noc", kameralną opowieść rodzinną zrobioną przez debiutanta Piotra Domalewskiego. I nie zawiodłam się. Film dotyka problemów, jakie przynajmniej w części są udziałem większości z nas. Pozostałe doskonale znamy z opowieści znajomych i przyjaciół. Więc niby jest to historia z cyklu znacie, to posłuchajcie, a jednak, ponieważ została znakomicie zrobiona i równie znakomicie zagrana, trzyma w napięciu i pozostaje w pamięci. Wspominając o aktorach, nie mam na myśli tylko nagrodzonego za główną rolę męską Dawida Ogrodnika, ale właściwie wszystkich. Świetna jest niemal nieobecna na ekranach Agnieszka Suchora, oczywiście Arkadiusz Jakubik, Tomasz Ziętek, ściszony, wycofany, skrywający tajemnicę, tak podobny do Ogrodnika, jakby rzeczywiście byli braćmi. Inni też zasługują na uwagę. Każda scena jest ważna, każda jest kolejną cegiełką dorzuconą do portretu bohaterów i do rodzinnego piekiełka. Ileż tu znakomitych obserwacji. Każdy z nas przeżył niejedną taką Wigilię, każdy z nas doskonale zna taką ciotkę, takiego wujka, mamy takich kuzynów, takiego dziadka. Domalewski podąża własną drogą. Podobnie jak Wojciech Smarzowski portretuje polską prowincję, ale mimo rozlicznych wad jego bohaterowie nie są odrażający. Mamy dla nich zrozumienie, współczujemy im. Naprawdę świetny film. A kto już w kinie był, może czytać ciąg dalszy, gdzie więcej refleksji. Zapraszam.
środa, 08 listopada 2017
"Pewnego razu w listopadzie"

Recenzje najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w listopadzie" są różne, od bardzo dobrych po marne. Nazwano go nawet szlachetną porażką, uznano, że temat nie pasuje do artystycznej wrażliwości autora "Sztuczek", "Zmruż oczy" i "Imagine", a że ważny, to niestety został zmarnowany. Mimo wszystko podobno zobaczyć trzeba. I tak chciałam go obejrzeć, więc z ciekawością pobiegłam do kina. Filmową historię zainspirowały prawdziwe zdarzenia, ale nawet gdyby tak nie było, to i tak nic nie straciłaby na wiarygodności. Jest to opowieść o matce, w tej roli Agata Kulesza, i jej synu studencie, którzy zostali eksmitowani z mieszkania przez czyścicieli kamienic. Akcja toczy się w ciągu kilku listopadowych dni, a kulminacją jest 11 listopada - Święto Niepodległości i manifestacja zawładnięta przez narodowców. Andrzej Jakimowski wykorzystał w filmie zdjęcia dokumentalne zrobione przez niego i jego ekipę w czasie słynnego z zamieszek marszu patriotycznego (to słowo w tym kontekście aż nie chce przejść przez gardło) 11 listopada 2013 roku. To wtedy między innymi zaatakowano i podpalono squat antify oraz tęczę na placu Zbawiciela. Chociaż reżyser czasem niepotrzebnie dociska gaz do dechy, chociaż film czasem drażni, to jednak zrobił na mnie duże wrażenie. Właściwie nie zgadzam się z większością uwag krytycznych, jakie pod jego adresem słyszałam. To kino poruszające, dotykające, smutne i zatrważające. Zaangażowane. Gorące. O CZYMŚ. Ja jestem całkowicie na tak. A więcej refleksji w drugiej części. Zapraszam tych, którzy "Pewnego razu w listopadzie" już widzieli.

środa, 01 listopada 2017
"Łagodna"
O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23